Bezsilność

Styczeń 24, 2010 - autor: defendo

“Mimo upływającemu już okresowi świątecznemu, czasie wspólnych spotkań w gronie rodziny i jeszcze czasie oczekiwania na kolędę świąteczną przez duszpasterzy, mamy poczucie refleksji mijających Świąt Narodzenia Bożego…
Czternastego stycznia w Gminnej Bibliotece Publicznej w N’ odbył się Przegląd Inscenizacji Bożonarodzeniowych- Jasełka 2010, pod hasłem „Syn Boży w żłobie leży..”. Jasełka oficjalnie rozpoczęła dyrektor GBP, pani Maria Nowak, witając serdecznie przybyłych gości, uczniów, rodziców, nauczycieli oraz przedstawicielkę magistratu, skarbnik panią Ewę Jachym. Program jasełek rozpoczęła grupa uczniów z ZSP w Koszarowie, z przedstawieniem pt: „Jasełka”, które zostało przygotowane przez A.Kaczmerek i I.Lewicką. Uczniowie utożsamiali się ze swoimi rolami, czego dowodem było duże zainteresowanie publiczności scenami oraz dialogami, które rozbawiały widzów. „Adoracja misyjna przy żłobku”, tak brzmi tytuł jasełek, przygotowanych przez Miejskie Przedszkole w Kowalowie, pod kierunkiem pani S.Dobrej. Przedszkolaki zaczarowały uczestników spotkania pięknym śpiewem kolęd, ciekawymi strojami i recytacją dialogów. Podczas „Jasełek”, zorganizowanych przez uczniów Szkoły Podstawowej w Jaworowie, mogliśmy usłyszeć tematy kolęd zagranych na gitarze i fletach. Przedstawienie zostało zorganizowane przez panią F.Jakową i T.Serek. Młodzi aktorzy byli bardzo dobrze przygotowani do swoich ról, na scenie nie zabrakło dynamizmu, śpiewu, a co najważniejsze pięknych kostiumów i ról zwierząt, m.in. ptaków, zajęcy oraz misia. O „Zwyczajach Bożonarodzeniowych w Państwach Unii Europejskiej”, opowiedzieli nam uczniowie ze Szkoły Podstawowej w Kolonowie, którzy dzięki pomocy nauczycielek pani K.Kowalskiej i O. Malkowskiej, bardzo wiernie odwzorowali tradycję i obyczaje bożonarodzeniowe. Klasa zero przygotowała zwyczaje Włoch, pierwsza klasa Niemiec, druga Francji, a trzecia Anglii. Dzieci wykazały się bardzo dużą znajomością języka obcego, opisywanego kraju, ciekawymi inscenizacjami oraz śpiewek kolęd w języku obcym. Dodatkowo przedstawienie każdej klasy, było wzbogacone o slajdy ze zwyczajami świątecznymi każdego kraju. Tytułowe jasełka wystawili uczniowie ze Szkoły Podstawowej w Wodzimiu, pod kierunkiem pani J.babskiej i U,Zalewskiej. „A światłość ciemności świeci”- tytuł jasełek bardzo wiernie odwzorował treść przedstawienia, poprzez ciekawą rolę węża, Adama i Ewy, świętej rodziny, pasterzy i aniołów. Ciekawa scenografia i bardzo dobrze przygotowane kostiumy, przykuwały uwagę widzów. Całość przedstawienia dopełniły tematy muzyczne Arki Noego i Golec Orkiestra. Po zakończeniu każdego przedstawienia pani dyrektor wręczała dzieciom dyplomy i nagrody, a nauczycielom podziękowania za przygotowanie dzieci i organizację przedstawień. (…) Na zakończenie dyrektor GBP, podziękowała gościom za przybycie i aktywne uczestnictwo w tegorocznych jasełkach.”
Przepraszam za to, że naraziłam moich czytelników na ten kuriozalny tekst. Napisała go pewna młoda panienka, magister dziennikarstwa. Serio. Na uwagi reaguje awanturą, święcie przekonana, że pisze cudownie. W tekście zmieniłam tylko nazwy miejscowości i nazwiska – Bogu ducha winnych – nauczycieli.
Przypomniała mi się opowieść, którą uraczył mnie wiekowy już przyjaciel. Podczas wojny chodził do szkoły w zapadłej podrzeszowskiej wsi. Miał tam kolegę, który nie przepadał za nabywaniem wiedzy. Zapytał go kiedyś, czemu nie uważa na lekcjach i otrzymał rzeczową odpowiedź: “Bo to draństwo mnie mierzi i pobudza mnie do srania…”. Kto pyta – ten się dopyta, lub napyta sobie biedy.
Może panią magister(absolwentkę prywatnej – na szczęście – uczelni) wykłady i ćwiczenia też mierziły? W końcu zapłaciła, więc miała prawo wymagać. Ciekawe, czego wymagali od niej egzaminatorzy? Może warto przyjrzeć się pracom magisterskim absolwentów tego “ludycznego” uniwersytetu?
Piszę tę notkę, bo czuję się bezsilna. Przecież “toto” zapłaci i zrobi doktorat(tak się odgraża). Nic babie zrobić nie można. Formalnie to ona jest wykształcona jak cholera. Więcej takich tekstów popełniła, niektóre opublikowała w darmowych gazetkach, ktoś jej nawet za to jakieś grosiki zapłacił, umacniając ją w przekonaniu, że pisze co najmniej dobrze. Ksiądz Rydzyk też się doktoryzował – z samego siebie, a szacowna komisja oficjalnie uznała, że “wiele się od doktoranta nauczyła”. Niech sobie polscy piłkarze kopiący schodzą na psy, niech Małysz skacze niezbyt daleko, pogodzę się z wieloma innymi naszymi nieosiągnięciami, ale bronić bedę do upadłego statusu polskiej nauki. Aż upadną te magisterki! Po drugiej publikacji, świadczącej nie tylko o idiotyzmie, ale o kompletnej nieporadności językowej takiego osobnika – powinno się odebrać mu tytuł! Albo przydzielić tytuł magistra wszystkim, którzy przekroczyli 22 rok życia, niezależnie od ich umiejętności i kompetencji! W dowód osobisty wpisać albo co?
Idiomagistrzy studiów humanistycznych(sic!) nie odróżniają Berlioza od berlieta, Grotowskiego od Grota-Roweckiego, Begerowej od choroby Bergera, Rubika od Rubikonu, konia od dyszla, charta od hartu… Do garów, psiakość! Chociaż nie – wolałabym nie być przez nich karmiona, zapewne właśnie jakiś magister żywienia uraczył Tadeusza rozmoczonymi szczątkami rybopodobnymi w drogiej knajpie.
Polska edukacja była na najwyższym światowym poziomie, potem ją zreformowaliśmy, nie zauważając, że reformy nie dość, że używane, to w dodatku niedoprane. Powtórzyliśmy wszystkie błędy szkolnictwa zachodniego, nie wiedząc, że zazdrości nam ono znakomitych wyników. Na fali reformowania wszystkiego – byle jak i prędko – popłynęliśmy w stronę rynsztoków. Łatwo było naród wkręcić – ciekawe, kto to odkręci?

Kicz

Styczeń 14, 2010 - autor: defendo

Nie zamierzam definiować kiczu, zresztą – o ile wiem – nikomu to się nie udało, a jeśli próbowano, to określenia tego pojęcia budziły wiele zastrzeżeń. Sądzę, że samo istnienie sztuki implikuje istnienie nie-sztuki, czyli kiczu.
Artysta zawsze czegoś poszukuje, do czegoś dąży, przeciw czemuś się buntuje. Czasem czyni to konsekwentnie, czasem – dla chleba – rezygnuje z części swojej koncepcji. W kiczu nie ma żadnej walki – jest jak fast-food: łatwo przyswajalny, łatwo go przełknąć, wygląda “ładnie”, wabi oko lub ucho, nie wychodzi poza utarte schematy, więc daje poczucie bezpieczeństwa. Jak w McDonaldzie – doskonale wiemy, czego się spodziewać, ten sam smak, zapach, kolor. I podobne skutki nadużywania. Po pewnym czasie uzależnia, powoduje otyłość – a ta z kolei ociężałość.
Wszystko potrafi zbanalizować – obrazki kobiet-motyli nie kojarzą się z tym, że życie motyla krótkie, że wcale nie wymaga on opieki, że w postaci gąsienicy potrafi niszczyć całe lasy, że w powietrze unoszą nie tylko skrzydła – czasem głupota. Anioł Stróż, który przeprowadza ufne dziatki przez niebezpieczną kładkę jest śliczny do urzygania, a barwy pastelowe lub landrynkowe, więc stanowią “optymistyczny akcent kolorystyczny” w dziecinnym pokoju. Dzieci też ładniutkie – porządnie odkarmione, pyzate, w loczkach, marzenie mamuś i babć; niby tych dawnych, ale przecież te obrazki są wciąż popularne. Jelenie ryczą nadal na rykowiskach “jak żywe”, w wazonach omdlewają maki i chryzantemy, w ogrodach stoją “greckie” posągi i krasnale. Z kwadrofoniczej aparatury płynie słodki głos Feela, Dody(polskiej królowej kiczu, chociaż ma mnóstwo rywalek), na półce różowieją Harlequiny, a grafomańskie blogi pełne są achów i ochów komentatorek i komentatorów. Wszechobecny kicz dotyczy też sposobu ubierania się, każąc krótkonogim istotom podporządkowywać się dyktatowi krótkich spódnic i obniżonej talii, stawiając włosy facetów w żelowej gotowości(podobno już przed wojną wybrylantowany fryzjer był symbolem złego smaku), włazi w scenografie, film, plakat. I jest dziś łatwiej dostępny niż kiedyś – dzięki internetowi. Każcie swojej wyszukiwarce spenetrować graficzne zasoby sieci, a przekonacie się, jak trudno o sztukę, bo kicz ją zdominował.
Niby można się bronić, niby nie ma wielkiego znaczenia, niby jest tylko częścią naszej ikonosfery. Mam wątpliwości – bo przenika wielu ludzi na wylot, każąc im postrzegać realny świat przez pryzmat kiczu. Banalny, operujący schematem i frazesem – zmusza do myślenia w tych kategoriach. Stereotypy nabierają większej wagi, rosną uprzedzenia i nietolerancja. Pozornie nie wpływa na to kolejna piosenka, następny obrazek, reklama, tekst, fenomen Joli Rutowicz, którą zaprasza się do programów telewizyjnych niby po to, żeby ją ośmieszyć, ale tak naprawdę dlatego, że zwiększy ich oglądalność, bo ludzie chcą ją widzieć i słuchać idiotyzmów, które wygłasza. Bo Jola ma z nimi wiele wspólnego – jest przerysowaną wersją ich samych, karykaturalną, ale dzięki niej mogą czuć się lepsi. Drażniący, wulgarny śmiech Dody stał się jej znakiem rozpoznawczym, naśladująca ją nieświadomie panienka sądzi, że jest od niej fajniejsza, bo aż tak się nie śmieje. Nie jest. Jest jej “inną wersją”, ale nadal tylko wersją.
Kicz wzrusza – tak jak wzrusza widok szczęśliwej rodziny przy wigilijnym stole, chociaż wiemy, że przez cały rok się przy nim nie spotka, a wzajemne relacje jej członków mogą oscylować między miłością i nienawiścią. Wzrusza opowieść o dziewczęcych emocjach mocno dorosłych pańć, wzrusza gadanie o kolejnym zawodzie miłosnym, o podłej modliszce, która się odkochała, o walce z chorobą. Wzruszają koszmarne wierszyki, których wysyp jest szczególnie obfity w okolicach świąt, melodramatyczne, pseudopoetyckie wyznania pań i panów, żenujące teksty piosenek o tym, że życie jest smutne straszliwie lub straszliwie piękne.
Inną cechą kiczu jest kompletny brak poczucia humoru. Wszystkie “dzieła” są tworzone albo ze śmiertelną powagą(jeśli twórca jest ambitny) lub wyłącznie dla pieniędzy(cynizm autorów jest aż nazbyt widoczny w niektórych reklamach). Żadnego żartu, żadnego przymrużenia oka – bo odbiorca mógłby się poczuć niepewnie. A przecież najważniejsze jest jego bezpieczeństwo – tylko wtedy jest skłonny zapłacić za widoczek, płytę, inny produkt.
Współczesna sztuka wprawdzie wykorzystuje kicz, chcąc wieść dialog z publicznością, ale mam pewne wątpliwości, na ile jej się to udaje. Zbyt częste dotykanie paskudztwa grozi zakażeniem. Nie wiadomo, czy artysta zauważy moment, w którym ulegnie, kiedy już nie próbuje – przy pomocy środków dla kiczu właściwych – przekraczać granic, kiedy zostanie w nich uwięziony. Dopóki flirtuje z masowym odbiorcą – dopóty zabawa jest bezpieczna.
Nie chcę jednak usunięcia kiczu ze sfery publicznej. Żadnych zakazów oglądania kreskówek robionych w disneyowskiej estetyce, walki z setkami tysięcy paskudnych “durnostojek”(tak moja Babcia nazywała bibeloty). Kicz jest potrzebny, nawet konieczny – jak konieczna jest kultura masowa, z którą go nie utożsamiam, chociaż ma z nią wiele wspólnego. Nie chcę, bo sądzę, że nie zabraknie ludzi umiejących odróżnić autentyzm sztuki od sztuczności kiczu. I wcale nie przeszkadza mi to, że będzie ich niewielu, bo łączyć ich będzie tajemna i radosna więź, poczucie przynależności do mniejszości. Nie stworzą organizacji, nie będą lobbystami, bo to grono indywidualistów, niechętnych zrzeszaniu się, podejmowaniu jakiś wspólnych działań(może poza konkretnymi akcjami, takimi jak obrona Bruna Jasieńskiego).
Jak odróżnić kicz od sztuki? Najtrudniej odpowiedzieć na proste pytanie. Zresztą – być może – jest źle postawione. Spróbujmy rozważyć np. taką możliwość – kicz działa tylko na emocje, nie wywołuje refleksji. Można jednak z takim poglądem polemizować, przecież da się tak odbierać symfonię Mahlera. Sztuka ma walor autentyczności – kicz nie. Ba! – ale jak odróżnić autentyczność od wtórności? Sztuka wciąż przekracza jakieś granice, kicz się nigdy poza nie nie wychyla. Jednak sztuka może wykorzystać kicz do ich przekraczania.
Może najbardziej miarodajną próbą byłby sposób odczytywania mitów? Kicz je banalizuje, ozdabia happy endem, ślizga się po ich powierzchni, dzieło sztuki mit penetruje, czyta na nowo, rozkodowuje ukryte znaki.
A dla mnie ma jeszcze jeden walor – wprawdzie czasem mnie złości, to jednak o wiele częściej bawi. Jak widok plastikowego kota wspinającego się po świerku, gipsowego brytana strzegącego wejścia do domu, koła drabiniastego wozu zawieszonego na ścianie gargamelowatego pałacyku datowanego na rok 2007?
Gorąca prośba do Tadeusza i Mii – ten tekst aż błaga o ilustracje! Ja też…

Logosie – dziękuję!

Moc życzeń

Grudzień 27, 2009 - autor: defendo

Święta to szczególny czas. Magia miesza się z religią, stary czas się kończy, nowy jeszcze nie nastał. Radość walczy o miejsce z lękiem, nadzieja z obawą. Stwarzamy nowy porządek, konstytuujemy świat, mając – lub nie – świadomość, że to niebezpieczne, bo za blisko i za daleko jesteśmy. Czyny i słowa jednoczą się w obrzędach, stają się działaniem, nabierają mocy. Składamy sobie życzenia, pod których werbalną warstwą kryje się zarówno ich forma “zaklęciowa”(powtarzamy jak mantrę, że życzymy komuś, kogo kochamy/lubimy “zdrowia i szczęścia”) i zindywidualizowana(z tym większy problem, bo musimy mieć jakąś wiedzę o adresacie życzeń).
Magia tym się różni od religii, że ta pierwsza próbuje zmusić bóstwo do ulegania nam, zaklinającym, ta druga zakłada poddanie się woli bożej. W modlitwach prosimy, w zabiegach magicznych – próbujemy na Boga wpłynąć. Ile jest więc magii w religii?
Akt mowy – jeśli kierujemy wypowiedź do kogoś – ma charakter illokucyjny(chcemy coś do kogoś powiedzieć) i perlokucyjny(chcemy sprawić – dzięki słowom – żeby adresat przyjął pewną postawę, którą chcieliśmy wywołać). Moc illokucyjna jest możliwa dzięki konwencji językowej. Stąd życzenia, które czytamy, są dla nas zrozumiałe – ktoś, kto życzy nam zdrowia i szczęścia – jest osobą, która nas lubi. Lubi mnie mój bank(bez klientów zdechłby pod płotem), czasopismo(splajtuje, jeśli przestaniemy kupować), właściciel sieci komórkowej(też interesownie) itd.
Zupełnie inaczej lubi mnie Torlin czy Sadoq – moje istnienie/niebyt nie wpłynie na nich w żaden sposób, więc czytam i odbieram ich życzenia całkiem inaczej. Są mi bezinteresownie życzliwi, zaklinają dla mnie Fatum, chociaż nie muszą. W tle słyszę “nie mam wpływu na to, czy będziesz zdrowa, ale jeśli zachorujesz, wyzdrowiej, znajdź w sobie siłę do walki”, “bądź szczęśliwa – a raczej szukaj szczęścia – masz moje przyzwolenie; akceptuję Twoje poszukiwania, bez względu na koszty, którymi – być może – i mnie obciążysz”.
Uważnie czytam życzenia, nawet te rymowane(widzę w nich – okiem antropologa – szereg zaklęć i niemal “czystą” magię), chociaż ich forma bywa żenująca. Znajomi się dziwią – podobno nikt nie wnika w formę i treść życzeń, liczy się samo ich składanie.
Scenka na poczcie(autentyczna):
- Proszę o kartkę z kopertą – pani oferuje kilka wzorów w różnych cenach, młodzieniec waha się, w końcu zagląda do środka świątecznej pocztówki.
- A ma pani takie z życzeniami, wydrukowanymi?
- Te po 1.50 zł są bez życzeń, te po 1.70 zł – z życzeniami.
- To ja poproszę te droższe. Wystarczy się podpisać?
Nie mam  mu za złe. Ktoś kazał mu wysłać życzenia do rodziny, o której – być może – niewiele wie. I tak nieźle – pocztą, nie przez internet. Więc “dopisz choćby imię własną ręką, nie wystukuj wszystkiego na maszynie”, jak prosiła Jasnorzewska.
Kiedy nadchodzi czas składania życzeń – staję się bezradna. Wtedy właśnie uświadamiam sobie, jak niewiele wiem o marzeniach ludzi, których lubię i kocham. Komu życzyć obrony doktoratu, komu – potomka(tak łatwo zranić bezpłodnych!), komu – spełnienia najskrytszych marzeń(a marzy o otruciu teściowej, którą przypadkiem lubię), komu – sukcesów w życiu osobistym(jakby było inne niż osobiste)?
Życzę więc Wam wszystkiego najlepszego, czyli tego, co uważacie za najlepsze – nie ja – Wy. Bo to Wy jesteście najważniejsi, niczego nie   c h c ę, bo nie ja tu jestem ważna, tyko Wy. I życzę   n a m, żebyśmy umieli rozmawiać ze sobą. I żebyśmy umieli zobaczyć zalety interlokutorów, których poglądów nie akceptujemy i wady tych, których cenić potrafimy. Żebyśmy uwolnili się od pokusy adoracji i od pokusy nienawiści. Życzę Wam, żeby przybywało ludzi myślących i mądrze wątpiących, bo odnalezienie jednej owieczki w stadzie jest bezcenne.
Na marginesie – doceniłam ortografię. Większość życzeniodawców życzy wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku(w sumie trzy dni). Nowy Rok to tylko 1 stycznia. Pozostałych 364 dni mam mieć mniej szczęśliwych?
I jeszcze jedno – marzę o tym, żeby świąteczne dekoracje na zewnątrz domów oceniał jakiś plastyk i wykopał w kosmos wszystkie saneczki, Mikołaje, elfy i reniferki! To jest magiczny czas, nie Święto Kiczu!

Zraniona

Grudzień 13, 2009 - autor: defendo

Nie, nie zraniły mnie dziwaczne próby malowania mojego “portretu psychologicznego” przez pacykarzy.
Nie drażnią mnie argumenty ad personam, bo to żadne argumenty. To wyraz bezradności. Nieprawda, że próbuję kogokolwiek przekonać, że ateiści są więcej/mniej warci od wierzących. Jeśli już o coś walczę, to – paradoksalnie – o jakość wiary. A dialog uważam za możliwy i twórczy. I wiem, że KK jest do takiego dialogu zdolny. “Przewrót kopernikański” w Kościele to z pewnością osiągnięcia Soboru Watykańskiego II, możliwe dzięki mądrości i odwadze niedocenianego  Jana XXIII. Kościół – zwłaszcza europejski – zaakceptował fakt, że ludzie mogą wyznawać inne religie(i nie są przez to ani lepsi, ani gorsi od chrześcijan), mogą też nie wyznawać żadnej religii, a mimo to przestrzegać norm etycznych, które przyjęli i które nie kolidują z normami moralnymi katolików.
Nie przeszkadzają mi krzyże w salach szkolnych,  w których uczy się religii, nie przeszkadza mi obecność księdza na wszystkich uroczystościach. Nie podoba mi się jednak, że nauczyciel ma opiekować się dziećmi podczas rekolekcji w kościele, nawet jeśli jest niewierzący. Rzadkie to wypadki, ale się zdarzają. Nie podoba mi się hipokryzja – zarówno władz państwowych jak i duchownych – dotycząca rzekomego nieuprzywilejowania żadnej z opcji. Bo swobodny wybór religii lub etyki sprowadza się do faktycznego wyboru religii, etyki nauczanej przez katechetów lub… rezygnacji z którejś z tych możliwości, bo trzeciej z reguły nie ma. W ilu polskich szkołach etyki uczą absolwenci filozofii? I nieprawda, że na świadectwie “nie widać”, czego uczyło się dziecko. Wydrukowano tam “religia/etyka” i jest miejsce na stopień. Brak tego stopnia oznacza, że uczeń nie chodził na religię. Pracodawca otrzymuje więc informację, której mieć nie powinien. A to już nie jest w porządku. I nie w porządku jest wliczanie stopnia z religii do średniej ocen, która ma istotny wpływ na możliwość studiowania na wymarzonej uczelni, bo praktyka jest taka, że ocenia się udział młodego człowieka w nabożeństwach i pielgrzymkach, jego aktywność w różnych Oazach itd., a w najlepszym wypadku – jego znajomość zasad jedynie słusznej wiary. A to nie powinno mieć wpływu na przyjęcie na niekatolicką uczelnię publiczną.
Przeszkadza mi banalizacja religii, która szkodzi jej o wiele bardziej niż wszyscy ateiści razem wzięci; bardziej, niż działalność Świętego Officjum i o wiele bardziej niż Bierut, Gomułka czy Stalin.Banalizacja to koszmarne gadżety w postaci długopisów z trójwymiarową(sic!) Matką Boską, pozytywek grających kolędy, na których kręci się figurka Jezusa – są nawet scyzoryki, profanujące krzyż(taki właśnie breloczek przywieziono mi – jako swoiste curiosum – z Częstochowy, kupuje się je w sklepach z dewocjonaliami).

Banalizacja to również poświęcanie przez księdza – w oprawie tak uroczystej, że aż zabawnej – byle myjni samochodowej, szatni dla zawodników piłki kopanej, a nawet nowej toalety publicznej. To nadmierne przenikanie się sfery sacrum ze sferą profanum, które nie zaszkodzi tej drugiej, ale niszczy pierwszą. To stawianie pomników Jana Pawła II we wszystkich miasteczkach(zaprzyjaźniony Francuz opowiedział mi krążący w jego kraju dowcip: -Czym różni się Francja od Polski? -We Francji jest tylko jedna miejscowość, gdzie nie upamiętniono ofiar I wojny światowej, choćby w postaci płyty pamiątkowej – W Polsce nie ma ani jednej miejscowości, w której nie ma pomnika papieża, tablicy, ulicy jego imienia), to specyficzny radiomaryjny język, to protesty przeciw występowi Madonny w dniu 15 sierpnia, bo to święto kościelne itd. Na marginesie: w moim mieście postawiono pomnik w obrębie zabytkowego kościoła otoczonego równie zabytkowym murem. I oto czytam ze zdumieniem w lokalnej prasie, że proboszcz uznał, iż pomnika zza muru nie widać, więc”się wyburzy mur lub zrobi się ażurowy – i ma uzasadnioną nadzieję, że wojewódzki konserwator zabytków wyrazi na to zgodę” – że też Bóg nie spuści na głowę ojczulka kaganka! Czternastowieczny mur to w końcu pikuś wobec zapędów księdza, a zresztą najpierw się go wyburzy, a potem poprosi o zgodę…
Jednocześnie to właśnie u nas powstała jedyna na świecie historia filozofii po góralsku, to tutaj wydawany jest “Tygodnik Powszechny”, który czytuję regularnie, bo mądrzy ludzie tam piszą, a który niewiele ma odpowiedników w innych krajach. To u nas naucza się w seminariach z podręczników napisanych przez późniejszych apostatów, bo są po prostu dobre. To właśnie w Polsce mogę przyjaźnić się z biskupem, który mnie nie potępia, ale uważnie słucha – i rozmawia bez wstrętu, chociaż ma mu to za złe proboszcz, na pastwisku którego mieszkam. Ma za złe, ale nie ośmieli się tego publicznie powiedzieć, napomyka zaledwie.

Tak było jeszcze wczoraj, dziś kwiaty odeszły.

Zraniło mnie coś zupełnie innego. I trudno mi się pozbierać. Podczas bardzo poważnej dyskusji zarzucono mi, że nie doceniam emocji, że słucham zbyt uważnie, że żądam argumentów, że nie oceniam całości tekstu, ale koncentruję się na jego treści, że przeszkadza mi nienaukowy język rozprawy(niewielkiego objętościowo tekstu), która – wg wielu – jest  ontologiczna(tych “wielu” zasugerowała Maria, którą też kocham – i która niewątpliwie jest autorytetem) . A moim zdaniem – jest tylko próbą argumentowania niezdarnej tezy panienki, która metaforami godnymi Ani z Zielonego Wzgórza próbuje zakryć swoją nieporadność. Bo – podobno – powinnam się domyślić, że doktorantka ma problemy psychiczne. To czemu – do diabła! – nikt mi o tym nie powiedział? I dlaczego mam stosować taryfę ulgową, którą – być może – stosowano wobec niej w LO i na uczelni? Ze szkodą dla niej, bo czort wie, czy nie wyrządzono jej w ten sposób krzywdy?
Nie umiem pojąć tych zarzutów, ale może jestem za głupia po prostu. I zraniło mnie również to, że wciąż podkreślano, że jestem tak bardzo wrażliwa, że to moja cecha, że na tę moją wrażliwość liczą i biorą poprawkę. I jednocześnie walono na odlew, bo wrażliwca najlepiej strzelić w łeb.
Dlaczego się pogubiłam? Bo nie można jednocześnie zarzucać mi, że słucham zbyt uważnie, że nie widzę całości, że szukam treści, a przecież forma ważna, skoro od początku mówiłam, że starałam się nie zauważyć kulawej formy, poszukać treści – i ta treść właśnie okazała się dla mnie niestrawna, skoro nie forma i nie treść, to co? Miałam czytać z oczu? Podałam powody niestrawności. Też źle – bo nie widziałam ontologiczności tekstu. W skrócie – pani próbowała powiedzieć, że przemiana w życiu człowieka polega na olśnieniu, które trwa moment i po którym nic nie jest takie samo jak przedtem. Jasne, można tego  chcieć, można uważać, że tak bywa. Wszystko można, ale jeśli tekst pretenduje do miana filozoficznego, to mam pewne wymagania. Mogę nie zgadzać się z platońską koncepcją duszy, ale nie mam wątpliwości, że teksty, w których Platon ją zawarł, są filozoficzne. Nie mam wątpliwości, że Cervantes napisał “Don Kichota” również po to, żeby przekazać nam własny system filozoficzny.
Mam jednak prawo podważać tezę, że przemiana nie jest procesem, ale wydarzeniem. Podobno nie powinnam była użyć argumentu o śmierci. Brzmiał mniej więcej tak, że śmierć najbliższych zaczyna się na długo przed ich zgonem – i trwa przez wiele lat, właściwie nigdy nie następuje. Bo pani poczuła się skarcona, jak mała dziewczynka. Nie wiem, czy ktoś z nas, dorosłych, nie myślał nigdy o tym, że odejdzie jego matka, ojciec, kochanek – co wtedy będzie. I jeśli ktoś doświadczył takiego odejścia, to przez lata całe żegna się ze zmarłymi. Wciąż odchodzą, coraz dalej, ale nadal obecni. Nie wiem, czy ktoś z Was poczuł, że od tego momentu wszysto się zmieniło, dla mnie wciąż się zmienia. Nawet podczas pisania tego tekstu ulegałam przemianie – i po jego napisaniu jestem nieco inna. I w pewnym sensie – nadal taka sama. Bo nadal lubię ciężkie, egzotyczne zapachy, wciąż kocham Borgesa, ale zwerbalizowałam emocje – i one się zmieniły. Teza, że po przemianie “nic już nie jest takie samo jak przedtem” jest możliwa, rzecz jasna, ale niechże ją ktoś jakoś umocuje, same metafory to za mało.
Jeszcze jedno – sądzę, że filozofia staje się coraz bardziej interdyscyplinarna – i bardzo dobrze! Coraz bliżej jej do antropologii kulturowej, coraz śmielej czerpie z psychologii(psychologowie uważają, że “święta trójca”: Sokrates, Platon, Arystoteles – to właściwie prekursorzy psychologii, mówili o człowieku i jego świadomości), uznaje zdobycze fizyki kwantowej, anektując jej odkrycia(sama mam na sumieniu aneksję zasady nieoznaczoności Heisenberga na potrzeby filozofii), zaczęła wreszcie doceniać “tę wstrętną socjologię”, zbliżyła sie do literatury itd. I vice versa.

Czy  ktoś z Was doznał takiej przemiany, o której może powiedzieć, że była tak istotna, że od tego czasu nic już nie było takie samo(i nastąpiła w bardzo krótkim czasie)?

Logos przysłał mi zdjęcie sztyletu-krucyfiksu.  Co jeszcze można ukryć w krzyżu? Co jeszcze można na nim powiesić? Czysty, nieskażony symbol stał się orężem, nie dziś, już dawno. Szkoda.

Czar(t) metafizyczny

Grudzień 11, 2009 - autor: defendo

Waldemar Duda szepcze, nie krzyczy. Warto wsłuchać się w ten protojęzyk, w którym znaki pozbawione znaczenia zawierają w sobie tak wiele możliwości interpretacji, że zza jednej z nich natychmiast wyłania się cień drugiej. Kontekst przestaje się liczyć, a tło – pozbawione znaku – jest ważne przez jego nieobecność. To miejsce dla odbiorcy. Miejsce przygotowane z czułością, wypieszczone wieloma dotknięciami pędzla, które tworzą fakturę tylko obrazom Dudy właściwą.

Uniwersalne znaki zamieniają się miejscami – są symbolem drzewa, odciskiem kurzych łap, zamykaniem, otwieraniem, kobietą, mężczyzną, domem i psią budą – a zawsze labiryntem, znienacka rozświetlonym lub pozbawionym światła. To zapis sakralny – i zamienny. Drzewo staje się śladem, ślad – drzewem, bo w raju były drzewa, wiele drzew. Ewa zjadła owoc, ale może to była figa? Widać przecież drwiący uśmiech, sam uśmiech – bez Boga. Trójkąt może oznaczać męskość, ale kojarzy się z łonem kobiety. Dom jest bezpieczny, ale niestabilny, przypomina psią budę, bo  kto wie, w jakie zwierzę wcieli się czyjaś dusza? A może tyleż w nas zwierzęcia, ile człowieka? I tyle człowieka, ile zwierzęcia? I czyż ta druga możliwość nie jest bardziej interesująca?

Obrazy tego twórcy są doceniane nie tylko w Polsce, uniwersalny język Dudy uwodzi odbiorców wszędzie – w Japonii, Szwecji, we Włoszech, na Słowacji. W spokojnej ciszy jego niemal monochromatycznych kompozycji zapisane są emocje, a od matowych powierzchni nie odbija się światło – ono płynie z obrazu.

A perspektywa? Przypomina tę z egipskich malowideł na ścianach grobowców. Malowano, co wiedziano, nie co widziano. Można dotknąć czwartego wymiaru przestrzeni, chociaż to “grozi śmiercią lub kalectwem”. Na jednym z obrazów jest okrąg i dwie linie – 12.15? 15.00? 03.00? 24.15?

Jest   p o   jakimś środku dnia czy nocy? Czy wybiła właśnie godzina? Może to nie zegar? To możliwość zegara, bo wskazówki wcale nie dotykają środka. Są niezależne, wolne – robią, co chcą. Czas jest oderwany – więc i my możemy się od niego oderwać. Nie ma nad nami władzy.

A poza tym – Duda ma ogromne poczucie humoru! Doskonale się bawi – i bawi odbiorców, przymrużając jedno oko, a czasem oba. I jeszcze – jest mistrzem omijania okazji do zrobienia kariery(tak stało się po wystawie w Zachęcie). Podejrzewam, że robi to celowo, albo pracują na niego przypadki.

Łatwo minąć te obrazy, przejść obojętnie, ale jeśli chociaż raz się przy nich zatrzymamy – już nie uwolnimy się od dudobrazów.

To powernisażowe reminiscencje. Jest więcej zdjęć, wystarczy poszukać:)

Aneks – i kogo to obraża?

Grudzień 8, 2009 - autor: defendo

Rozbawił mnie ten teledysk. Znakomita muzyka i świetny tekst. Zresztą – u Lao Che – to norma. Szukałam tekstów “Spiętego” w necie. Okazało się, że na wielu stronach został wykasowany. Teksty i dyski skasowali ci, którzy wcześniej je wrzucili na różne strony – pod naciskiem “dbaczy o dusz czystość”(ciekawe, że większość spotkanych przeze mnie osobiście misjonarzy wolała rozprawiać o duszy, ale – sądząc po wątpliwym aromacie, jaki roztaczali – uważali mydło za zbędny luksus). Piszę o Lao Che, bo należą do tych nielicznych, którzy śpiewają o czymś(vide “Hydropiekłowstąpienie”). O czymś śpiewa też Coma. Znaczy – można. I – co ciekawe – oni wszyscy są “niszowi”. Ja też.

Ostatnio Spięty z Lao Che zaśpiewał uroczo:

a potem:

Posłuchajcie, proszę:)

Koci antrakt

Listopad 30, 2009 - autor: defendo

Koty są skuteczne. Przez wiele lat uczyłam dziecko, że używane skarpetki – przed praniem – powinny leżeć w miejscu na nie przeznaczonym i to parami. Rezultat? Żaden. Koty nauczyły mojego syna tej sztuki w ciągu tygodnia. Koszt? Trzy nieodwracalnie zniszczone sztuki skarpetek, każda z innej pary, jedna zniszczona odwracalnie(specjalne, górskie, ukochane – teraz dziecko negocjuje ze mną cerowanie), trzy sztuki posłużyły za kuwetę. Dziecko pierze na bieżąco. Ręcznie – więc przedłuża żywot tej części garderoby. Sama radość!

Psem zawładnęły natychmiast. Papkin tak długo ssał Veri, aż zaczęła go karmić. I tak się dożywia aż do dziś. Jego brat nie życzył sobie pożywienia, za to lubi grzać się przy suce. Veri jest stronnicza – kiedy kociątka walczą ze sobą, staje po stronie karmionego, chociaż jej interwencja ogranicza się do rozdzielania przeciwników.

Jak sprawić, żeby państwo chcieli się bawić z kotami, ilekroć kotom przyjdzie na to ochota?
Znalazły sposób. Piłeczka czasem nie skutkowała, bo ludzie woleli zajmować się jakimiś idiotycznymi czynnościami jak czytanie, oglądanie filmu, sprzątanie, gotowanie itp. albo leniuchowaniem. A tymczasem zawsze można ich sprowokować do zabawy – wystarczy uważnie patrzyć, co aktualnie robią i czego do tej pracy potrzebują. Jeśli jest to pióro, kartki, łyżka, szczotka do włosów, pilot od tv czy radia, ściereczka do kurzu albo biżuteria – to zabawa jest pewna. Trzeba odczekać, wykorzystać moment nieuwagi, porwać przedmiot i gnać przez mieszkanie na oślep, wszystko jedno dokąd. Istota dwunożna rzuci się w pogoń, a wtedy można liczyć na współpracę brata-zbója, który gwizdnie drugi, równie nieodzowny przedmiot i poleci w innym kierunku. To o wiele ciekawsze niż durna piłeczka, za którą koty muszą same ganiać, a ludzie tylko rzucają. Na liście rzeczy, które znajdą się dopiero podczas gruntownego remontu mam pen-drive z najważniejszymi tekstami, pierścionek, jeden klips ze srebra i hebanu(ulubiony), mini-latarkę syna, trzy breloczki i nie  mam pojęcia, co jeszcze – to się okaże, kiedy zacznę gorączkowo poszukiwać czegoś, bez czego życie jest stanowczo mniej piękne.

Jak obudzić istotę dwunożną w środku nocy? To łatwe. Jest wiele sposobów. Można rozpocząć bratobójczy pojedynek na udeptanej – starannie – ziemi łóżka osoby, która słodko zasnęła. Można drapać drzwi – wzorem psa – tak długo, aż półprzytomny człowiek wstanie i je otworzy – wtedy udać się na strych, gdzie w skrzynkach suszą się orzechy, wywlec kilka na podłogę sporządzoną z pięknych, długich desek – i toczyć je z hurgotem porównywalnym z gradem pocisków z kałacha. Można też położyć się na poduszce na wysokości twarzy śpiącego i wpatrywać się intensywnie w jego zamknięte oczy – otworzy je po góra pięciu minutach. I jest duża szansa, że ich nie zamknie przez najbliższych 180 minut. Kocia inwencja w zakresie budzenia śpiących jest niewyczerpana, wyczerpani są budzeni,  bezlitośnie i znienacka pozbawiani możliwości wypoczynku. Niezłym sposobem jest atakowanie psiego, merdającego ogona – Veri jest cierpliwa do obrzydliwości, ale i ona szczeknie w końcu, kiedy kot się w ogon za mocno wczepi kłami i pazurami. Obowiązuje zasada – im głośniej, tym lepiej..

Wanna stwarza nieograniczone możliwości. Najlepiej wpaść do ciepłej, pachnącej olejkami wody niby przypadkiem, w końcu kot tylko spacerował po śliskiej krawędzi. A dalej to już same przyjemności – pani wywleka zwierzę, suszy ciepłą suszarką, otula ręcznikiem…frajda! Można też wskoczyć do pustej wanny i ścigać po jej dnie mydło, korek…wszystko jedno, co – i tak jest gwarancja, że za chwilę ktoś przyleci ze szmatką, bo szlaczek z kocich łap na białej emalii mu się nie spodoba.Ludzie mają dziwne gusta.
I największe “cudowności” – karmienie witaminami i innymi preparatami. Najpierw trzeba spojrzeć z wyrzutem w niewinnych oczach, potem wyrwać się drapiąc do krwi, potem drapać miejsca poza opatrunkiem, bo co sznyt – to sznyt; następnie warto zobaczyć jak wygląda kot na suficie i zjechać na windzie firanki, bo po co komu ta durna zasłona? Krew się leje, ludzie mówią różne wyrazy, których koty nie rozumieją, bo tak postanowiły… Kiedy już całe miasto, okoliczne wsie i pół Polski otrzymały informację, że konieczna jest interwencja TOnZ, trzeba nagle zmięknąć i pozwolić sobie podać te kretyńskie odżywki wprost do pyska, ale tylko wtedy, kiedy są owinięte w prawdziwe salami(tylko to najdroższe, produktów wartych mniej niż 50 zł/kg nie przyjmujemy). Ale jeśli pani je paprykę, szczypiorek, kiszoną kapustę – i nie chce się podzielić – trzeba jej to paskudztwo ukraść i zjeść natychmiast! Niech wie, kto tu rządzi!

Czasoświadomość(kolejny fragment większej całości)

Listopad 25, 2009 - autor: defendo

Mózg to przedziwne urządzenie. Na ogromną część jego działań nie mamy najmniejszego wpływu. Nie kontrolujemy – świadomie – czynności oddychania, trawienia, mrugania(ale przymrużanie oka to już czynność świadoma), wielu czynności motorycznych i masy innych “akcji”, a przecież nasz mózg jest ich sprawcą.  Warto więc oddzielić umysł od mózgu. Można przyjąć, że umysł to coś w rodzaju biologicznej struktury przetwarzającej informacje. I mamy następny kłopot, bo przecież nie wszystkie informacje nasz umysł przetwarza świadomie. Wiele z nich dociera do umysłu, a on je selekcjonuje – jedne odsyłając do “centrum obliczeniowego”(ta część umysłu, której nie jesteśmy świadomi), a  inne załadowuje nam do umysłu… hmmm.. “rozważającego”. Taka hipoteza jest możliwa? Póki ktoś jej nie przewróci – jest. Świadomość koncentrowałaby się więc w części “rozważającej” umysłu.

Świadomość jest  związana z aktywnością umysłu. Jest procesem. Nie mamy pojęcia, jak działa. Nagle przypomina mi się jakaś melodia, usłyszana dawno temu, fragment wiersza, który czytałam jako dwudziestolatka – i nie nie wiem, jak to się stało, jakie zjawiska zaszły w moim umyśle, które mnie zaprowadziły do cytatu z Holderlina. Mój umysł zatem nie jest mi dostępny jako całość, ale pewna jego część – tak. Oprócz świadomości jest też samoświadomość. Powiedzmy, że to coś w rodzaju możliwości koncentrowania się na sobie samym. Na tym, co dla mnie ważne – czyli na moich emocjach, moich ideach, moich przekonaniach. I ludzie robią to zaskakująco rzadko. Z reguły myślimy o innych, o czymś innym niż JA. Łatwo to sprawdzić – wystarczy sobie ustawić w komputerze jakiś brzęczyk, który co pewien czas się odezwie – i uczciwie zapisać, o czym w tym momencie myślimy. Jeśli dumamy o filmie, który oglądamy, rozmawiamy z rodzicami czy dziećmi, czytamy książkę, buszujemy w necie – to nie skupiamy się wtedy przecież na sobie samych. Może to i dobrze? Może zanudzilibyśmy się na śmierć we własnym towarzystwie? A może byłoby to działanie ryzykowne – ludzie lubią, kiedy ich system wartości nie zmienia się, lubią czuć się bezpiecznie. A taka koncentracja na sobie samym mogłaby spowodować konieczność ustawicznych zmian – hierarchia wartości utraciłaby stabilność, idee okazałyby się zbyt spłowiałe, wiara – podważalna i podejrzana.
I jeszcze jedno – moje idee, wartości, przekonania, moje uczucia funkcjonują w relacjach z ideami wartościami, uczuciami innych ludzi. Z tymi,  których już nie ma, tymi, którzy są wokół mnie lub w  pewnym oddaleniu ode mnie, tymi, którzy dopiero się narodzą. Moja autotożsamość, moje poczucie własnego “ja” dzieje się ustawicznie w kontekście “ja” innych ludzi, a jednocześnie jestem kontekstem dla ich “ja”. Wola – jako akt samoświadomości – jest zatem wolna, ale spętana kontekstem. Wola zależy też zapewne od tej części umysłu, do której nie mam dostępu, od “centrum obliczeniowego” wybierającego informacje, które przekaże dalej. Nie wiem, jak je selekcjonuje. Mechanicznie? Ocenia intensywność bodźców? Czas ich trwania? “Czyści” moją pamięć?

Po diabła to wszystko piszę? Bo wciąż chcę namalować tło rozważań o przemianie, przenieść się na grunt filozofii, po którym poruszam się o wiele pewniej.
No i jeszcze czas. Czas, który oswajam jak jednorożca. Kot Schrodingera jest żywy i martwy jednocześnie i  nie ma żadnego “teraz”.  Jeśli mam jakiś wybór – powiedzmy, że mam kupić suknię i podoba mi się kilka różnych, to świat(wszechświat) natychmiast usłużnie się powiela – i w każej z replik podejmuję inną decyzję, a konsekwencje każdej z nich są inne. W jednej sukni odnoszę sukces,w innej zauważa mnie znany wydawca, w tamtej urywa mi się ramiączko i kompromituję się wobec ludzi, na których mi zależy itd. I za każdym razem mój kolejny, zreplikowany wszechświat znów się replikuje, bo skutki tych wydarzeń – i moje, związane z nimi decyzje, są różne itd. Kot Schrodingera w jednym świecie jest więc martwy – i trzeba go pochować, w drugim – łasi się, mruczy, drapie. Skoro istnieje nieskończenie wielka, niepoliczalna ilość wszechświatów, to w każdym z nich płynie inny czas. Powielone wszechświaty przecinają się, czasy przenikają się i splątują ze sobą. A w dodatku czas nie musi być linearny, dlaczego nie miałby mieć więcej wymiarów niż jeden? Skoro przestrzeń ma więcej niż jeden? Może właśnie dlatego nie da się wyjaśnić zarówno istnienia świata jak i jego stawania się?

Prawa fizyki są – niemal wszystkie – symetryczne względem czasu, działają niezależnie od niego. Wyjątki dotyczą tylko oddziaływań słabych niektórych cząstek elementarnych. Czas natomiast intuicyjnie pojmujemy jako niesymetryczny, jako coś, co ma kierunek i czego nie da się cofnąć. Jest jednak pojęciem z zakresu fizyki, więc powinien być symetryczny, a nie jest, tzn. nie tak go odczuwamy. Einstein i rewolucja czasoprzestrzeni, która zjednoczyła czas i przestrzeń, wcześniej uważane za absolutne i oddzielne, też nie wyjaśnia asymetrii czasu. Może zatem zmysły nas oszukują i czas nie jest asymetryczny, nie ma żadnej “strzałki czasu”? A przecież rodzimy się, żyjemy, umieramy i nie można się cofnąć do czasów dzieciństwa inaczej, jak tylko dzięki pamięci. A może to niedostępna  nam część umysłu potrafi “poznać” relacje następstwa w czasie? Wtedy można przyjąć, że za asymetrię czasu odpowiada sam jego upływ.
No to sobie tło namalowałam przy akompaniamencie dziwnego chichotu. Podejrzewałam koty o wydawanie z siebie drwiących dźwięków, ale śpią, zmęczone udawaniem półdiabląt. Podłoga skrzypi inaczej, drzewa za oknami stoją nieruchomo, wiatr ucichł. Więc kto ze mnie kpi?

Zdjęcie, które tak bezlitośnie potraktowałam, przesłał mi Valmont, dziękuję!

Dusza(fragment większej całości)

Listopad 16, 2009 - autor: defendo

dehnel  2134

Najpierw wyjaśnienie. Postanowiłam  b a r d z o   uprzystępnić mój – rzeczywiście nazbyt hermetyczny – tekst. Tutaj, tam – nie. Nie ukrywam, że interesuje mnie odbiór w postaci komentarzy i ciosów, w końcu nie od dziś trenuję podwójną gardę, zwłaszcza kiedy kocham.

  • Straszliwie mnie rozdrażnił tekst kobiety, pretendujący do miana filozoficznego. W ramach buntu napisałam ko-tekst, ten rósł, rósł i się rozrósł. Ko-tekst jak koty, które zawdzięczam Tadeuszowi. Tfu! Żadne tam koty – kopytne stwory kotopodobne z odmiany rozbójników. Serio – szukam kopyt… czterołapy galopują po schodach ze strychu, gonią piłeczkę – tupią i tętnią, aż człek się za tętnice skroniowe łapie. Słodkie kociaczki mają na koncie trzy gołębie, jedną kurę, szycie psiej skóry u weterynarza, dwie palpitacje serc sąsiadek, dwadzieścia rolek ręczników jednorazowego użytku, jedną szybę, jedno lustro(walczyły z wrogimi bliźniakami), stówę rozszarpaną na strzępy, dwieście nieprzespanych nocy(moich, moich przygodnych kochanków i jednej przypadkowo przenocowywanej artystki)… Tadziu! dzięki!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Dzięki Tobie – znaczy – wiem, czym było moje życie    b e z   tych.. jak je nazwać? Wysłanników TK-niebios:P

Wracam do ko-tekstu. Otóż(koty cholerne, koniec łaszenia się i łażenia po klawiaturze – i tak wiem,że wolicie suchą karmę od mojej błękitnej krwi! To JA tu piszę!)  – NIE MAM DUSZY. Nie ma we mnie na nią miejsca. Nie mieści mi się w głowie ani w sercu, w podrobach też nie. Ta koncepcja nie jest mi potrzebna – żeby zacytować faceta, który nie mówi, ale jest genialny, chociaż na wózku. Jednak przez ponad dwa tysiące lat pojęcie duszy determinowało myślenie o człowieku, a podobno ja też człowiek, chociaż koty wątpią – widzę ich kpiące spojrzenia. Platon definiuje je(pojęcie – nie koty) – chociaż(stary asekurant) nie wprost,  np. w “Fajdrosie” tak: “Wszelka dusza jest nieśmiertelna. Bo co się wiecznie rusza – nie umiera. Tylko to, co inne rzeczy porusza, a samo skądinąd ruch bierze, mając koniec ruchu – ma też koniec życia”.

Dygresja – jedynym perpetuum mobile byłażby dusza właśnie?

Dowody nieśmiertelności? Platon je ma w zanadrzu peplosu;
- życie wyklucza śmierć(więc dusza wyklucza śmierć)
- dusza ma “wiedzę wrodzoną”(sprzed narodzin ciała, de ja vu..któż tego nie zaznał?)
- każda rzecz ginie od zła; złem jest niesprawiedliwość, tchórzostwo, ciemnota – skoro zatem duszy nie uśmiercają, to już nic nie może jej zabić:D

Wystarczy? Nie?
Dusza mieszka w ciele – to jej więzienie. Ale jest niejednorodna, więc sobie  różne pokoje wybiera. Część najdoskonalsza wybrała głowę(racjonalna, rozum..widocznie nie ma lęku przestrzeni), popędowość ulokowała się w sercu, a pożądliwość w miejscu najczulszym – poniżej brzucha. Powinna dominować głowa, ale.. czyż nie jesteśmy ludźmi? Przecież z pożądliwości i popędliwości mamy wiele przyjemności(to następne komponenty naszej duszy)… Platon nie zaleca ascezy – przeciwnie – można czuć rozkosz cielesną(nawet należy), jeśli się wie, że przyjemność związana z mądrością jest wyższa, piękniejsza, miaukliwsza(cholerne koty!) od pozostałych.
A co z wolą? Człowiek lubi sobą porządzić.
I znów Platon definiuje ją “nie wprost”. W “Fajdrosie” porównuje ją do woźnicy, trzymającego lejce pary koni(w tym jednego narowistego), aż mu kłykcie bieleją. Jeden koń – rasowy, piękny, ambitny(racjonalny pierwiastek duszy), drugi – bezczelny, narowisty, pożądliwy i nieposłuszny(popędowość i pożądliwość). Zaprzężone razem, skazane na siebie, w wiecznym konflikcie, który powinien rozstrzygnąć woźnica – jeśli zdoła. Wola = furman. Full-man? Ależ skąd!  Wola jest zdeterminowana siłą pociągowych zwierząt. W dodatku na jednym z nich siadła goła baba, bo Podkowiński ją uwiecznił po czasy wsze i wszeteczne.
Woźnica – żałosny dyrygent, który ma osiągnąć harmonię z dysharmonii końskiej i rozpasanej.
Dusza ma jeszcze jedną cechę(Platon to  w końcu idealista)  dąży do dobra, do ideału, a to imperatyw kategoryczny – ma się samodoskonalić! Dusza jest więc w trakcie procesu, który nigdy się nie kończy, w trakcie poznania(i żadne koziołki poznańskie niech nie beczą, blaszane są). Dusza dynamiczna, cudna, nieśmiertelna, wciąż “w ruchu”(ergo: nieśmiertelna). Byt niezależny od ciała, chociaż ciało jest narzędziem poznania.
Platońska koncepcja duszy może więc wyjaśniać pochodzenie niepokoju, który towarzyszy naszemu istnieniu, potrzebę kreatywności(immanentną cechę człowieka), zmierzanie “ku czemuś”, chrześcijańską nadrzędność duszy nad ciałem i nieco pogardliwy do tego “więzienia duszy”(ciała) stosunek.
Platon był filozofem-poetą, Arystoteles – filozofem poważnym ponad miarę. Ponad miarę rzeczy, którą jest człowiek(jak nie kochać języka polskiego? tyle możliwości!). Kiedy więc najzdolniejszy uczeń Platona chce napisać o duszy, czyni to w formie wykładu.  Nie można tu liczyć na konie, wymyślone mity, przypowieści, homeryckie porównania. Arystoteles – jak wszyscy zdolni uczniowie – ma kompleks mistrza.  Więc – nie zgadza się z jego dialektyczną metodą, bo uważa, że przy jej pomocy można analizować tylko pojęcia niezwiązane z ciałem. A przecież dusza jest ściśle z ciałem związana(tu widać jak na dłoni hylemorfizm Arystotelesa, tj. przekonanie, że materia, aby stać się “czymś” – czyli substancją, np. kotem – musi posiadać formę; materia bez formy i forma bez materii nie są samoistne, dopiero połączone – istnieją samoistnie i realnie). Ciało – to materia, dusza – forma. Połączone – człowiek. Rozłączone – nie są bytami samoistnymi, niech sczezną!
Ergo – dusza jest śmiertelna!
“Dusza jest to pierwszy akt ciała naturalnego, posiadającego w możności życie, czyli ciała obdarzonego organami”(organami władzy????) – cytuję Arystotelesa.
Akt pierwszy, w ostatnim akcie wypala ta strzelba, zabijając duszę.
Św.Augustyn schrystianizował poglądy Platona, św.Tomasz – Arystotelesa(miał trudniej, musiał uporać się ze śmiertelnością duszy). Augustyn nazwał platoński świat idei – Bogiem. Nie, nie spłycił – uznał, że człowiek nie dąży do poznania Absolutu przy pomocy rozumu, on chce się tylko z nim emocjonalnie zjednoczyć. Tomasz połączył arystotelesowski hylemorfizm z transcendencją(ekwilibrysta), uznając Boga za cel życia człowieka. Po to mamy rozum i wolę, żeby ten cel osiągnąć.

Pytanie – czyim celem jest BÓG? Twoim? Twoim? Jej(dziewice konsekrowane uprasza się o nieodpowiadanie.. wolę innych zboczeńców)?
Jeśli jest Twoim celem – licz się z tym, że potrafi zrobić unik. Jeśli jest celem Twojego życia – zastanów się, czy On tego chce…

To tylko fragment większej całości – uprzedzałam. Pominę więc np. interakcjonizm Kartezjusza i harmonię Leibniza. Nie wspomnę o Cabanisie i Le Mettrie.
A przywołani – i niewzywani – Platon, Arystoteles, Tomasz, Demokryt, Teilhard de Chardin, Tischner – wcale nie rozważali problemu duszy. Może mówili o świadomości jako funkcji mózgu? a Może jako o funkcji ciała i rozumu?

Pozwolę sobie w dalszych  rozważaniach pisać o świadomości, autotożsamości, samoświadomości i innych – szkodliwych dla wełenek wrażliwych na mole – bzdetach. Uprasza się zamkniętych o czytanie z niezrozumieniem, pozostałych – tylko o nieczytanie ;)

Tekst ilustruje obraz Jacka Dehnela.

Za ciosem

Październik 15, 2009 - autor: defendo

Wszędzie znajdzie się jakiś “urażeniec”, wrażliwszy od mimozy, którego uczucia łatwo obrazić, bo wyobraża sobie, że je ma. A ma zwłaszcza uczucia religijne, więc składa na sesji rady miejskiej oświadczenie, że zaproszona z okazji obchodów święta miasta “Neo-Nówka” uczucia te i owe uraziła do żywego i martwego(intelekt to on ma mało żywy). Nieznalską to on by zgwałcił i następnie ukamienował. Madonnę(za datę występu w Polszcze) spaliłby żywcem, pewnego Włocha zastrzeliłby(gdyby miał jaja) za meteoryt, przygniatający JPII. Jego prawo, bo uczucia religijne ma draśnięte, że aż woda się polała – bo o krwi może jeno pomarzyć. Największy prowokator blogosfery – Proces – jak ognia boi się rozmów o religijnych odczuciach – łatwiej urażać userów, trudniej – naprawdę się narazić… kunktator jeden!
Na tym tle czytam wypowiedzi mądrych księży(są i tacy, słowo!) – Prusaka, Szostka. Przypominają, że Jezusa razili kupcy w świątyni, nie innowiercy. Że JPII    n i e    j e s t  przedmiotem kultu religijnego, ale człowiekiem, zmarłym(więc szacunek przynależny nieżyjącym mu się należy, ale tylko tyle). Że sprawa powieszenia lub zdjęcia krzyża w społecznościach demokratycznych powinna podlegać negocjacjom. Że rzetelny katolik powinien reagować nie tylko wtedy, kiedy   j e g o   uczucia są obrażane – ale i wówczas, kiedy uraża się uczucia judaistów, mahometan, prawosławnych.
Żaden radiomaryjny dureń nie pomyśli(myślenie jest zakazane – wyznawcom księdza doktora, który – kuriozum! – doktoryzował się z siebie samego, miast z ekonomii, na której zna się lepiej od Balcerowicza), że “obraza uczuć religijnych” to również parszywe komentarze po śmierci Edelmana. Przecież on był “zaledwie żydkiem”. Tylko ksiądz Szostek ma odwagę powiedzieć, że “to są moi bliźni. Kiedy oni są dotknięci, to i ja jestem  dotknięty.”
A gdzie “kenoza”? O której zdaje się nie mieć bladego pojęcia(pewnie nie ma) ojciec dyrektor? Gdzie świadomość, że gdyby nie uniżenie Chrystusa – ostateczne, tylko Jemu przynależne -  Odkupienie nie byłoby możliwe? Gdzie piękne zaufanie do artystów, że – kalając – uświęcają?
Gdzie pewność wierzących, że ich uczuć religijnych  n i e   m o ż n a   obrazić?
Najładniejszy dowcip rysunkowy, jaki ostatnio widziałam: kura ma nieco łysy odwłok, głos z offu mówi – ..wyrwali mi z kontekstu. Nie dam sobie wyrwać pióra – z żadnego ze skrzydeł!:D

Addenda(zgodnie z obietnicą)

Rudolf Otto pisał, że przeżycia religijne(nie uczucia!) to bycie pociąganym i napełnianym strachem przez “świętość” i numinosum(przejaw woli i mocy bóstwa), składają się z grozy i fascynacji równocześnie. Ta definicja ma wielu przeciwników, potrafiących swoje zarzuty uargumentować.

William James uważa, że uczucia religijne od niereligijnych różnią się tym, że – pozbawione treści poznawczej – są intensywniejsze i uroczystsze. Prawdy i przekonania religijne(nazywał je “czystymi przeświadczeniami”) są wobec przeżyć tylko wtórne i  w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Maslow(ten od słynnej piramidy potrzeb) badał zjawisko “doświadczeń szczytowych” – doświadczanie pełni istnienia – i stwierdził, że mogą one mieć zarówno charakter religijny jak i areligijny. Uznał, że przekonania religijne są późniejszą interpretacją tych szczytowych doświadczeń, których nie można przecież zwerbalizować, więc próbuje się je przekazać innym ludziom w formie przekonań właśnie. Te doświadczenia są dla doznających ich tak ważne, że gotowi są bronić ich nawet za cenę życia(w sytuacjach skrajnych gotowi są zabić lub ponieść śmierć), wolności itd.

Badania Samuelsa i Lestera(wyniki opublikowane w 1985r.) nad uczuciami wobec Boga, prowadzone wśród katolickich zakonnic i księży dowiodły, że uczucia te nie różnią się niczym od uczuć przeżywanych w kontaktach z innymi ludźmi. Miały również podobny stopień natężenia.

Ks.Jacek Prusak uważa, że uczuć religijnych nie można odróżnić od niereligijnych; są przeżywane jako miłość, wdzięczność, lęk, poczucie winy – zupełnie tak, jak uczucia międzyosobowe. Komponent motywacyjny i komponent ekspresji  też nie jest w żaden sposób wyjątkowy(składanie rąk do modlitwy, skupianie się, pomaganie innym w imię miłości bliźniego – można to robić i bez religii). Komponent neurofizjologiczny również nie jest fenomenem – stan “szczęśliwości”, wewnętrznego spokoju można osiągnąć równie dobrze dzięki modlitwie jak i dzięki stosowaniu technik relaksacyjnych czy spełnionej miłości do drugiego człowieka. Prusak sądzi, że uczucia religijne różni od innych tylko komponent poznawczy – ktoś interpretuje jakąś sytuację czy zdarzenie jako związane z Bogiem, a to wywiera na nim wrażenie, porusza go, bo – w jego ocenie – odnosi się do tego, co ponadludzkie. Osoby religijne czują się więc obrażone, bo uważają swoje uczucia za adekwatne w stosunku do określonych przekonań czy symboli, które zostały przez kogoś innego zakwestionowane, a dla nich mają wartość nadrzędną.

Zatem -  “obrażalstwo religijne” wynika ze słabej, czy silnej wiary?

Ciekawe, że żadnego katolika nie obraża koszmarna kiczowatość Lichenia, pełne nienawiści i jadu słowa Rydzyka, buteleczki na wodę święconą w kształcie “matek bosek” z odkręcaną główką, raniące uszy – zarówno tekstem, jak i melodią i aranżacją – piosenki religijne, śpiewane na pielgrzymkach, język artykułów o Alicji Tysiąc w różnych pisemkach przeznaczonych dla owieczek, żenująco niski poziom nauczania religii w szkołach itd. itp. A przeciw tym właśnie zjawiskom powinni najgłośniej protestować – bo nie Nieznalska zagraża religii, ale działalność bluźnierczych wiernych. Bo o wiele bardziej niszczy religię i jej symbole banalizacja niż prowokacja – ta ostatnia może inspirować do myślenia i przemyślenia na nowo, może wyznawców wzbogacać, a już na pewno nie obraża. A kabareciarze? Oni oświetlają jaskrawym światłem to, czego wierni zobaczyć nie chcą – więc maybachy księżowskie, pychę i żądzę zupełnie świeckiej władzy, którą często grzeszy naziemny personel Pana Boga, niedouczenie wielu księży, ich nieporadność językową(wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się wszelkie homilie i kazania internetowe – ordynarne “gotowce” na niedzielne msze i ściągi dla seminarzystów; i to nie wierni tam zaglądają, a pasterze). I katolicy powinni kabareciarzom dziękować – bo podają im na tacy nie złotówki, a informacje o tym, co ludzi zraża do instytucji Kościoła i co trzeba zmienić.