Za ciosem

październik 15, 2009 - autor: defendo

Wszędzie znajdzie się jakiś “urażeniec”, wrażliwszy od mimozy, którego uczucia łatwo obrazić, bo wyobraża sobie, że je ma. A ma zwłaszcza uczucia religijne, więc składa na sesji rady miejskiej oświadczenie, że zaproszona z okazji obchodów święta miasta “Neo-Nówka” uczucia te i owe uraziła do żywego i martwego(intelekt to on ma mało żywy). Nieznalską to on by zgwałcił i następnie ukamienował. Madonnę(za datę występu w Polszcze) spaliłby żywcem, pewnego Włocha zastrzeliłby(gdyby miał jaja) za meteoryt, przygniatający JPII. Jego prawo, bo uczucia religijne ma draśnięte, że aż woda się polała – bo o krwi może jeno pomarzyć. Największy prowokator blogosfery – Proces – jak ognia boi się rozmów o religijnych odczuciach – łatwiej urażać userów, trudniej – naprawdę się narazić… kunktator jeden!
Na tym tle czytam wypowiedzi mądrych księży(są i tacy, słowo!) – Prusaka, Szostka. Przypominają, że Jezusa razili kupcy w świątyni, nie innowiercy. Że JPII    n i e    j e s t  przedmiotem kultu religijnego, ale człowiekiem, zmarłym(więc szacunek przynależny nieżyjącym mu się należy, ale tylko tyle). Że sprawa powieszenia lub zdjęcia krzyża w społecznościach demokratycznych powinna podlegać negocjacjom. Że rzetelny katolik powinien reagować nie tylko wtedy, kiedy   j e g o   uczucia są obrażane – ale i wówczas, kiedy uraża się uczucia judaistów, mahometan, prawosławnych.
Żaden radiomaryjny dureń nie pomyśli(myślenie jest zakazane – wyznawcom księdza doktora, który – kuriozum! – doktoryzował się z siebie samego, miast z ekonomii, na której zna się lepiej od Balcerowicza), że “obraza uczuć religijnych” to również parszywe komentarze po śmierci Edelmana. Przecież on był “zaledwie żydkiem”. Tylko ksiądz Szostek ma odwagę powiedzieć, że “to są moi bliźni. Kiedy oni są dotknięci, to i ja jestem  dotknięty.”
A gdzie “kenoza”? O której zdaje się nie mieć bladego pojęcia(pewnie nie ma) ojciec dyrektor? Gdzie świadomość, że gdyby nie uniżenie Chrystusa – ostateczne, tylko Jemu przynależne -  Odkupienie nie byłoby możliwe? Gdzie piękne zaufanie do artystów, że – kalając – uświęcają?
Gdzie pewność wierzących, że ich uczuć religijnych  n i e   m o ż n a   obrazić?
Najładniejszy dowcip rysunkowy, jaki ostatnio widziałam: kura ma nieco łysy odwłok, głos z offu mówi – ..wyrwali mi z kontekstu. Nie dam sobie wyrwać pióra – z żadnego ze skrzydeł!:D

Addenda(zgodnie z obietnicą)

Rudolf Otto pisał, że przeżycia religijne(nie uczucia!) to bycie pociąganym i napełnianym strachem przez “świętość” i numinosum(przejaw woli i mocy bóstwa), składają się z grozy i fascynacji równocześnie. Ta definicja ma wielu przeciwników, potrafiących swoje zarzuty uargumentować.

William James uważa, że uczucia religijne od niereligijnych różnią się tym, że – pozbawione treści poznawczej – są intensywniejsze i uroczystsze. Prawdy i przekonania religijne(nazywał je “czystymi przeświadczeniami”) są wobec przeżyć tylko wtórne i  w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Maslow(ten od słynnej piramidy potrzeb) badał zjawisko “doświadczeń szczytowych” – doświadczanie pełni istnienia – i stwierdził, że mogą one mieć zarówno charakter religijny jak i areligijny. Uznał, że przekonania religijne są późniejszą interpretacją tych szczytowych doświadczeń, których nie można przecież zwerbalizować, więc próbuje się je przekazać innym ludziom w formie przekonań właśnie. Te doświadczenia są dla doznających ich tak ważne, że gotowi są bronić ich nawet za cenę życia(w sytuacjach skrajnych gotowi są zabić lub ponieść śmierć), wolności itd.

Badania Samuelsa i Lestera(wyniki opublikowane w 1985r.) nad uczuciami wobec Boga, prowadzone wśród katolickich zakonnic i księży dowiodły, że uczucia te nie różnią się niczym od uczuć przeżywanych w kontaktach z innymi ludźmi. Miały również podobny stopień natężenia.

Ks.Jacek Prusak uważa, że uczuć religijnych nie można odróżnić od niereligijnych; są przeżywane jako miłość, wdzięczność, lęk, poczucie winy – zupełnie tak, jak uczucia międzyosobowe. Komponent motywacyjny i komponent ekspresji  też nie jest w żaden sposób wyjątkowy(składanie rąk do modlitwy, skupianie się, pomaganie innym w imię miłości bliźniego – można to robić i bez religii). Komponent neurofizjologiczny również nie jest fenomenem – stan “szczęśliwości”, wewnętrznego spokoju można osiągnąć równie dobrze dzięki modlitwie jak i dzięki stosowaniu technik relaksacyjnych czy spełnionej miłości do drugiego człowieka. Prusak sądzi, że uczucia religijne różni od innych tylko komponent poznawczy – ktoś interpretuje jakąś sytuację czy zdarzenie jako związane z Bogiem, a to wywiera na nim wrażenie, porusza go, bo – w jego ocenie – odnosi się do tego, co ponadludzkie. Osoby religijne czują się więc obrażone, bo uważają swoje uczucia za adekwatne w stosunku do określonych przekonań czy symboli, które zostały przez kogoś innego zakwestionowane, a dla nich mają wartość nadrzędną.

Zatem -  “obrażalstwo religijne” wynika ze słabej, czy silnej wiary?

Ciekawe, że żadnego katolika nie obraża koszmarna kiczowatość Lichenia, pełne nienawiści i jadu słowa Rydzyka, buteleczki na wodę święconą w kształcie “matek bosek” z odkręcaną główką, raniące uszy – zarówno tekstem, jak i melodią i aranżacją – piosenki religijne, śpiewane na pielgrzymkach, język artykułów o Alicji Tysiąc w różnych pisemkach przeznaczonych dla owieczek, żenująco niski poziom nauczania religii w szkołach itd. itp. A przeciw tym właśnie zjawiskom powinni najgłośniej protestować – bo nie Nieznalska zagraża religii, ale działalność bluźnierczych wiernych. Bo o wiele bardziej niszczy religię i jej symbole banalizacja niż prowokacja – ta ostatnia może inspirować do myślenia i przemyślenia na nowo, może wyznawców wzbogacać, a już na pewno nie obraża. A kabareciarze? Oni oświetlają jaskrawym światłem to, czego wierni zobaczyć nie chcą – więc maybachy księżowskie, pychę i żądzę zupełnie świeckiej władzy, którą często grzeszy naziemny personel Pana Boga, niedouczenie wielu księży, ich nieporadność językową(wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się wszelkie homilie i kazania internetowe – ordynarne “gotowce” na niedzielne msze i ściągi dla seminarzystów; i to nie wierni tam zaglądają, a pasterze). I katolicy powinni kabareciarzom dziękować – bo podają im na tacy nie złotówki, a informacje o tym, co ludzi zraża do instytucji Kościoła i co trzeba zmienić.

Sufizm

październik 11, 2009 - autor: defendo

Nie chcę, o Nieboskłonie, nie wiruj beze mnie -
Słońce – ja nie chcę, byś wschodziło beze mnie,
I nie chcę, Świecie, żebyś trwał beze mnie -
Nie chcę!
Kiedy jesteś ze mną, i we mnie, i przy mnie,
To piękna jest Ziemia i piękne Zaświaty -
Nie chcę, byś na tej ziemi przebywał beze mnie -
Nie chcę!
Ty dajesz nocą światło Księżycowi
Jesteś Księżycem, a ja jestem Nocą -
Po niebie nie płyń beze mnie -
Nie chcę!
Spójrz na kolec, co przywarł cały do swej róży -
Czyż nie jesteś Różą a ja kolcem Róży?
W kwietniki różane nie odchodź beze mnie -
Nie chcę!

Malutka próbka – fragment rubajaty Celaleddina Rumiego, diabli wiedzą, czy Turka, czy Persa – bo pisał po persku, ale mieszkał w Azji Mniejszej. Te rubajaty to Biblia wyznawców sufizmu. I znów – czort wie, skąd się wzięli, dlaczego zyskali tak wielką popularność i czemu zniknęli. Wiadomo natomiast, że posługiwali się zupełnie niereligijnym językiem soczystych erotyków, nawet kiedy pisali o miłości Boga. Ewoluowali – najpierw było założenie(dla islamu – oczywiste), że człowiek i Bóg to jedność, potem(skoro “nie ma boga prócz Boga”), że nie ma   n i c  prócz Boga, a skoro Bóg jest bytem jedynym, to człowiek… nie, tak daleko się nie posunęli, Allah miał być jedynym bytem rzeczywistym, człowiek natomiast – bytem przypadkowym.
Miłość do Allaha – to jedyna miłość prawdziwa, ale wiedzie przez miłość do człowieka, kochanki lub kochanka, namiętną, gorącą, seksualną. Mistyczny seks i seksualny mistycyzm.
“Płomień mojej miłości przerasta niebo i ziemię. Wśród tych płomieni błyszczy moje Słońce – Szems. Wszystko staje się jasne, kiedy Szems jest przy mnie. Oglądam rzeczy nigdy niewidziane, przeżywam doznania nigdy niedoznane. Bo Szems jest morzem duszy, duszą świata…” – Rumi tworzył pijąc i tańcząc, kochając się i biesiadując, w ekstazie i rozkoszy.Podobno na cześć twórcy rubajatów do dziś tańczą derwisze – już od ponad siedmiuset pięćdziesięciu lat. My – czcimy naszych wielkich śmiertelnie poważnie.ćma

Rodzimi sufici(sufiści?) to całkiem inna sekta, sufit jest ich natchnieniem. Tam widzą zarysy bardzo wygodnych spiskowych teorii dziejów, tam odnajdują swoich wodzów, stamtąd czerpią argumenty. A kiedy próbujesz z nimi rozmawiać – błądzą oczami po swoim niebie – suficie. A i Biblie ich inne zgoła od rubajatów czy gazel, powtarzają swoje sutry i krowy z reguły z okazji czyjejś śmierci, jakiejś rocznicy, odsądzając od czci i wiary – czczonych. Wygwizdują Bartoszewskiego i wieszają psy na Edelmanie, Skardze też nie przepuścili. Bo – ich zdaniem – wszystkiemu winni są żydzi, geje, zwolennicy aborcji, racjonaliści, miłośnicy filmów Polańskiego, przeciwnicy kary śmierci…… i cykliści.

O obrażaniu i obrażaniu się

październik 4, 2009 - autor: defendo

Najpierw fanfary!!!!!!!!!! Na cześć Tadeusza! Jego projekt będzie realizowany, a jest…cudny, sami zobaczcie! Dawno nie widziałam tak dobrego projektu plastycznego, który godziłby znak, stworzony przez artystę, z potrzebami odbiorcy.tramwaj Tadeusza

Wpadła mi w ręce niewielka książeczka, znaczy – cieniutka, ale  poczytna: “Polski kodeks honorowy” Boziewicza(na czele rankingu ksiąg poczytnych plasują się takie kurioza jak Coelho, Mniszkówna, Harry Potter, a peleton  zamykają pisarze-intelektualiści, co mnie dziwi,ale nie za bardzo, jako że to “umarła klasa” dawców i biorców) i pomyślałam sobie o obrażaniu i obrażaniu się. Wg rzeczonego kodeksu nie wszyscy mają “zdolność” pojedynkową; Boziewicz pozbawia jej osób karanych za przestępstwo z chciwości, “denuncjantów” i zdrajców, tchórzy, homoseksualistów(sic!), dezerterów z armii polskiej, utrzymanków kobiet(niezależnie od  konduity dam), autorów anonimów(jak to sprawdzić?), oszczerców, alkoholików, itp.(lista jest długa, służę szczegółową – na życzenie).
W art.14 czytamy: “Pojęciem obrazy określamy każdą czynność, gestykulację, słowne, obrazowe lub pisemne wywnętrzenie się, mogące obrazić honor lub miłość własną drugiej osoby bez względu na zamiar obrażającego”(uwaga – intencje się nie liczą).Jak nie kochać Boziewicza za “wywnętrzenie się”?

Za “obrazę lekką” Boziewicz uważa afront(obraza bez naruszenia czci – ?),  ale już naruszenie czci gentlemana jest obrazą ciężką. Do  “poważnych armat” zalicza m.in. zarzut nieuctwa(kocham go za to!), zarzut tchórzostwa(żadna kobieta by tego nie zniosła – bo kobiety, z braku innego wyjścia, muszą być odważne) i inne.
Zniewaga najwyższa to zniewaga “czci familii”, ale “wolnym od obowiązku dania satysfakcji jest mąż, który znieważa człowieka uwodzącego mu żonę” – może sobie(biedak) urągać kochankowi do woli…”Wszelką zwłokę, nie pozwalającą na wyzwanie w terminie(24 godz.) – w ciągu doby  należy wyzwanemu “donieść telegraficznie lub listem express-poleconym”(ciekawe, czy mail się liczy?) – żądanie pojedynku. Obrażający – w tekście Boziewicza – nazywany bywa “obrazicielem”.
Satysfakcja honorowa to:
- wyjaśnienie(pięknie, prawda? jak wyjaśnić komuś, że nazwanie go świnią jest wyrazem sympatii jego kubków smakowych do schabu?)
- zaprzeczenie obrazy(“nieprawda, że Twoja żona jest śliczną k..ą?” )
- odwołanie obrazy(pewnie w internecie: “nieprawda, że pan X jest idiotą”, anons bezpłatny zgoła)
- usprawiedliwienie postępku(byłem pijany, czyli polska norma, bo ludzie dzielą się na abstynentów i kapusiów)
- przeproszenie(“przepraszam pana Y za to, że jego żona  jest dziwką”)
- pojedynek(oko w oko, łeb w łeb, pysk w pysk, morduchna w morduchnę)

I tak oto nie mogę się na nikogo obrazić. Jeśli facet spod pubu(dawniej – budki z piwem) wybełkocze na mój widok “o k..a, jakie nogi!”, to to jest “usprawiedliwienie postępku”, jeśli jest niewykształcony – to podpada pod art.4(“brak wykształcenia średniego, chyba że to artysta”); jeśli zawistna baba zarzuca mi wszystkie swoje grzechy  (jako kobieta jest niezdolna do “dania satysfakcji”) – to akurat jasne, jestem zdecydowaną heteryczką, a moja miłość własna też wywiera presję – i wrzeszczy:”jeśli on uważa Cię za…(wstawić obelgę), to idiota/idiotka, więc odpuść. Dalej – lokaj nie jest  w stanie obrazić swojej pani, nawet kiedy pokaże jej język(za jej plecami).

Nowocześniej – obrażają się:
- zakompleksieni(vide Kaczyńscy – ale pewnie sama bym się obraziła, gdybym była wzrostu siedzącego psa
-  impotenci(prawda w oczy kole, oni nie są w stanie ukłuć kogokolwiek – z powodu braku żądła)
-  idiotki/idioci(nie mają pojęcia, dlaczego, ale  – czemu nie? one/oni na wszelki wypadek…)
-  indolenci(bo nie mają pojęcia, że “erudyta” nie jest obelgą)
-  grafomani/grafomanki(bo uwielbiają własną TFUrczość, a zawsze znajdą rycerzyków/rycerzyCZki, którzy/które  – chcąc je zawlec na swoje legowiska – są gotowi      powalczyć, bo w końcu za “dziewczynkę”  musieliby zapłacić, tu mają za darmochę – no i są wobec siebie bezkrytyczni/bezkrytyczne
-  i inni(wiek, maść i płeć – obojętne…wszystkim)

Mnie – jako damę – uraża nie “tykanie”(bo sama na to pozwoliłam), ale familiarne poklepywanie po tyłku(odwłok to mam wrażliwy wielce) przez osoby nieuprawnione, zwłaszcza przez mało oryginalne, za to zadufane paniĘki; ocenianie przez gości, którzy poznali słowo “frak”, ale nie wiedzą, że nie pasuje do adidasów; laicy, którzy mniemają, iż rozum – i dar polemiczny – mają(za to nie posiadają wiedzy). Uraża – nie obraża. Za to ich obraża samo moje istnienie, co mnie raduje wielce, jako że mam paskudny charakter – ale – w odróżnieniu od nich  -  m a m    c h a r a k t e r . I właśnie dlatego nie kasuję tu żadnych komentarzy – wychodząc z założenia, że obrzydliwcy sami sobie wystawiają świadectwo – certyfikat chama.
I jeszcze – obrażają się ludzie pozbawieni poczucia humoru; ci, których dystans do siebie samych jest tak malutki, że nie widzi go nawet mikroskop elektroniczny, tacy, którzy cierpią na elephantiasis ego przy równoczesnym niedorozwoju IQ, ckliwe grafomanki(tych najwięcej)  i kliniczni megalomani.
Zatem dyskusja pod wdzięczną i – zdaniem zwolenników cenzury – niewulgarną nazwą “Chamstwo w sieci” nie przyprawiła mnie o palpitacje. Drodzy urażeńcy – przecież macie wybór.
1. Zamknąć się w wieży z kości słoniowej, cenzurować komentarze(a najlepiej – uniemożliwić komentowanie tekstów, chociaż wtedy nie poczujecie dymu kadzideł).
2. Pozwolić na komentowanie i wywalać wszystkie niepochlebne wpisy, ale to moc pracy – no i skazuje na ustawiczne warowanie przy komputerze.
3. Niczego nie wyrzucać – bo tylko w ten sposób można mieć prawdziwy kontakt z czytelnikiem i wiedzieć(mniej więcej) jaki jest odbiór tekstu.

A poza tym – jedną z pierwszych oznak dorosłości jest uświadomienie sobie, że nie każdemu się podobamy, ale przecież – niezależnie od wieku – nie wszyscy  doroślejemy, nie brak Piotrusiów Panów i słodkich dziewczątek po czterdziestce…

_____________________________________
Ostatnio wydumałam taki bon mote – “Cel uświęca pal” – i sądzę, że to(wbrew moim intencjom) hasło feministyczne. Właścicieli pali serecznie przepraszam – moje intencje były inne zgoła. Tym niemniej – pięknie, kiedy pal jest uświęcony przez cel;). Nie powiem ze “zbożny” – powiem, że “piękny”.Bo takie moje zbójeckie prawo!

Ten okropny Bataille…

lipiec 12, 2009 - autor: defendo

Filozof nie opisuje świata – on go przedstawia. Każdy człowiek nosi w sobie obraz świata, stworzony na podobieństwo swoje. To obraz uporządkowany, bo chaos nas przeraża. Bo my chcemy być uporządkowani, wolimy dotyczące nas zdarzenia traktować jako przejaw “siły wyższej” niż dzieło przypadku. Tworzymy Systemy i z uporem się ich trzymamy, godząc się zaledwie na to, żeby czasem zastąpić je innymi, kolejnymi. Ciągłość i linearność pozwala nam na złudne uczucie pewności, przewidywalności tego, co może nastąpić. Ten komfort burzą filozofowie.

Bataille mówi, że można uzyskać świadomość, która nie jest świadomością czegoś, nie ma przedmiotu. Jest dosłownie SAMOświadomością. Aletheia.

Kultura Europy – czy tego chcemy czy nie – jest kulturą chrześcijańską. Wykołysało nas Morze Śródziemne, przesycając duchem helleńskim i hellenistycznym, otuliło rzymskie imperium, a potem przez ponad tysiąc lat częściej słyszeliśmy psalmy niż pieśni miłosne. Nawet “Pieśń nad pieśniami” utraciła swoją weselną radość, ucharakteryzowana na modlitwę. Chrześcijaństwo to jedna z nielicznych – jeśli nie jedyna – religii, które wyrzuciły seks i erotyzm poza sferę sacrum, czyniąc go wręcz wstrętnym. Jest zaledwie tolerowany – ze względu na prokreacyjną konieczność. Bataille próbuje sakralizować seks, przywrócić mu “świątynne miejsce”, które zajmował w czasach przedchrześcijańskich. Jest jak koło ratunkowe w czasach, kiedy można mieć każdy seks bez cienia erotyzmu, kiedy ciało powoli staje się instrumentem do osiągania wyłącznie fizycznej rozkoszy bez angażowania do roli głównej uczuć nazywanych kiedyś “wyższymi”, kiedy cyberseks umożliwia praktykowanie uciech bez dotyku partnera. Bataille pisze: “Zakaz, który przeciwstawia się w nas swobodzie seksualnej, jest ogólny, uniwersalny, a poszczególne zakazy są jego zmiennymi aspektami”. Kobieta staje się “zakazana” – wychodząc za mąż, zakazana dla innych mężczyzn niż mąż. Kobieta przyjmuje rolę matki i żony, ale równocześnie jest podmiotem i przedmiotem seksualnym, umie być jednocześnie człowiekiem i zwierzęciem; w akcie seksualnym – jest tylko zwierzęciem, jej osobowość przestaje istnieć – na szczęście, bo gdyby nie to, nie mogłaby osiągnąć orgazmu. Ta “chwilowa śmierć” osobowości pozwala kobiecie i mężczyźnie czuć rozkosz, zwiększoną dzięki zerwaniu tam, jakie stawia nam świadomość. Nie mam zamiaru przedstawiać tutaj głównych założeń Bataille’owskiej filozofii, ale bez przybliżenia jego stosunku do zakazu się nie obejdzie. Bataille mówi o nieusuwalności zakazu – tylko wydaje nam się, że zakazy przestały istnieć, a tymczasem są one jedynie uchylane, na przeciąg chwili. Każdy zakaz jest z natury irracjonalny; wciąż gwałcony i nieustannie nienaruszalny. Jestem dzieckiem ikonosfery, zatem myślenie Bataille’a próbuję sobie przełożyć na język obrazkowy. Kiedy pisze on o wspólnej przestrzeni nauki i filozofii, oddzielonej od obu, to wyobrażam sobie następujący zabieg:

Bataille - nauka i filozofiaW tej wspólnej przestrzeni nie ma już ani nauki, ani filozofii, chociaż w pewien sposób są w niej nadal obie. Widzę w niej miejsce na dyskurs, w którym definicje nie są formułowane, a tylko “przeczuwane”, nowa jakość, inne podejście.
Analogicznie można pojąć Bataille’owską koncepcję związku seksualizmu ze śmiercią. Wspólną strefą obu rządzi zakaz(jak wcześniej pisałam – irracjonalny). Tak właśnie rozumiem słowa B.: “Człowiek jest zwierzęciem, które chroni się w ‘zakazie’ śmierci i seksualnego zjednoczenia”.

Bataille - selsualność i śmierćErotyzm to zbytek. Nieustanne święto, bo przecież instytucja święta(podobnie jak instytucja wojny) funkcjonuje dzięki nagromadzeniu dóbr, które trzeba “zmarnować”.To  jak sypanie płatków kwiatów podczas procesji Bożego Ciała, jak przepych ceremonii intronizacyjnych.
Mężczyzna, otwierając uda kobiety, czyta w niej(nie w “nich”) swoją śmierć, ale wie, że właśnie teraz jej nie ma, jest od niego oddzielona. Kobieta, zamykając z rozkoszy oczy, widzi, jak bardzo jest śmiercią podszyta i jak ogromną ma – przez chwilę – nad nią przewagę. Zamknięte ciała – otwierają sie na siebie i dla siebie. Staje się coś niezwykle ważnego – przekraczanie granic. Erotyzm i seks pozwala przekraczać granice śmierci. A śmierć jest rozpustą. Natura hojnie nią szafuje(ona – w przeciwieństwie do ludzi – nie bywa oszczędna, raczej rozrzutna), ale dzięki temu zapewnia nieustanne odradzanie się i młodość. Śmierć trwoni nadmiar życia, seksualność umożliwia stworzenie tego nadmiaru. W akcie seksualnym śmierć jest usuwana przez erotyzm, w umieraniu zdarza się ekstaza podobna do miłosnej rozkoszy.

Fragmenty “Madame Edwardy”;
“Rozkosz zasługiwałaby na wzgardę, gdyby nie była owym przygniatającym przekraczaniem, które nie jest ograniczone do ekstazy zmysłowej, bo w ten sposób poznali je mistycy różnych wyznań, przede wszystkim zaś mistycy chrześcijańscy. Byt jest nam dany również w nieznośnym przekraczaniu bytu, równie nieznośnym co sama śmierć. A ponieważ w chwili śmierci w tym samym czasie, gdy jest on nam dawany, jest nam również odbierany, winniśmy go poszukiwać w uczuciu śmierci, w owych chwilach nie do zniesienia, gdy zdaje nam się, że umieramy, bowiem byt w nas istnieje już tylko w zbytku, kiedy to pełnia grozy i radości zbiegły się w czasie.
Nawet myśl(refleksja) dopełnia się w nas jedynie w zbytku. Cóż znaczy prawda – poza wyobrażeniem zbytku – jeśli nie patrzymy tam, gdzie zbywa zdolności widzenia, co jest nie do zniesienia dla oka, tak jak rzeczą nie do zniesienia w ekstazie jest przeżywanie rozkoszy?; jeśli nie myślimy tego, co przekracza zdolność myślenia?
U kresu tej patetycznej refleksji – która unicestwia się w krzyku przez to, że popada w brak tolerancji dla siebie – odnajdujemy Boga. On jest sensem, on jest bezeceństwem tej szaleńczej książki: opowieść ta zawiera Boga w całej pełni jego przymiotów – niemniej ów Bóg to przecież zwykła publiczna dziwka, całkiem podobna do innych. To wszakże, czego mistycyzm nie mógł wypowiedzieć(w chwili wypowiadania zanikał), powiada erotyzm: Bóg jest niczym, jeśli nie jest przekroczeniem Boga w każdym sensie, w sensie powszechnego bytu, jak również w sensie grozy i nieczystości, na koniec w sensie niczego… Nie możemy bezkarnie dodawać do języka słowa    B ó g; ledwie to uczynimy, słowo to, przekraczając siebie, burzy w zawrotny sposób własne granice. To, czym jest, nie cofnie się przed niczym, tam je znajdziesz, gdzie go nie posiejesz, samo w sobie jest bezeceństwem. Ktokolwiek żywi co do tego najmniejsze bodaj podejrzenie, milknie natychmiast. Bądź też szukając wyjścia, choć wie, że wpada we własne sidła, poszukuje w sobie tego, co – mogąc go unicestwić – kształtuje go na podobieństwo Boga, na podobieństwo niczego.”

“Dostrzegła mnie, w tym momencie zrozumiałem z jej spojrzenia, że wraca ze świata niemożliwości i dojrzałem – w głębi niej – przyprawiającą o zawrót głowy stałość. Zalewająca ją od korzenia fala znalazła ujście we łzach: łzy polały się z jej oczu. Miłość  w tych oczach była martwa, emanował z nich chłód jutrzenki, przejrzystość,  w której czytałem śmierć. I wszystko się ze sobą wiązało w owym spojrzeniu ze snu: nagie ciała, palce, którymi się rozwierała, mój lęk i wspomnienie śliny na wargach, nie było nic, co by nie przyczyniało się do tego ślepego zapadania w śmierć.
Rozkosz Edwardy – żywe źródło, wytryskiem rozdzierające w niej serce – trwała niebywale długo: przypływ rozkoszy nieustannie gloryfikował jej byt, czynił jej nagość bardziej nagą, jej bezwstyd bardziej wstydliwym. Z ciałem, twarzą oddanymi ekstazie, zapamiętana w bezsłownym szepcie i krzyku, uśmiechała się ze skruchą. Mój lęk przeciwstawiał się rozkoszy, której powinienem był pragnąć; bolesna rozkosz Edwardy przyprawiała mnie o męczące poczucie cudu.(…)
Ze snu, w którym trwaliśmy niedługo, obudziłem się pierwszy.Reszta jest ironią, długim oczekiwaniem na śmierć.”

“Otóż i pierwsza teologia zaproponowana przez człowieka, dla którego śmiech jest iluminacją i który dobrodusznie nie ogranicza tego, co nie wie, czym jest granica.”

Chętnie przytoczyłabym jeszcze inne fragmenty, ale to stanowczo nie jest lektura dla niewinnych panienek,  młodzieży przysposobionej przez katechetów do życia w rodzinie  i wielu innych nazbyt łatwo  gorszących się czytelników.  Bataille napisał w “Madame Edwardzie”: “Jeśli boisz się wszystkiego, czytaj tę książkę, lecz wpierw mnie wysłuchaj: jeśli się śmiejesz, to znaczy, że się boisz. Książka, wydaje ci się, jest rzeczą martwą. Być może. A jeśli jednak, co się przecież zdarza, nie potrafisz czytać? Czyż powinieneś się obawiać…? Czy jesteś sam? Zimno ci? Czy wiesz, do jakiego stopnia człowiek to ‘ty właśnie’? Imbecyl? I nagi?”.
_____________________________________________
Spośród “możliwe” i “prawdopodobne” wolę to pierwsze, bo – paradoksalnie – jest bardziej prawdopodobne(zbliżone ku prawdzie). Prawdopodobieństwo ogranicza.

Akt odwagi?

czerwiec 22, 2009 - autor: defendo

Są ludzie, którzy mogą mieć dzieci i tego nie chcą. To zupełnie świadoma decyzje.
Zarzuca im się egoizm, bunt przeciw normom społecznym, wygodnictwo, brak instynktu macierzyńskiego/tacierzyńskiego, tchórzostwo i niemal atak na WTC.
Dzieciaci patrzą na nich z pewną wyższością, opowiadają o urokach rodzicielstwa – skrzętnie pomijając jego ciemne strony, podkreślają, że decyzja o zostaniu matką/ojcem była przemyślana i dojrzała. Nie zająkną się o tym, jak bardzo dziecko ograniczyło ich swobodę, jak zmieniło ich życie, jak ogromnie się boją chorób i wypadków, wpływu rówieśników, tysiąca różnych rzeczy.
Zapominają przy tym, że ich decyzja nie była wynikiem naprawdę wolnej woli, że zadziałał instynkt włączając hormony. Wolą nie pamietać, że nie można zaplanować wszystkiego – kryzysu ekonomicznego, który skaże ich dzieci na bezrobocie lub wyjazd za granicę, uaktywnienia się genów uszkadzających płód, wyborów niezgodnych z opcjami rodziców, odejścia własnego partnera, wojny itd. Nietrudno trafić na gorzkie żale rodziców, których jedyny syn poczuł powołanie – i pozbawił ich uroków posiadania(!) wnucząt, że wypieszczone dziecko jest homoseksualne, że nie umieją się pogodzić. Ci bardziej szczerzy dodają, że przynajmniej mogą liczyć na starość na opiekę progenitury, ale te wnuki… ta niemożność przedłużenia życia – w tej akurat postaci – bardzo ich boli. Pytają ze smutkiem – kto odwiedzi ich groby, kiedy już braknie córeczki/synka, kto powiesi na ścianie ich zdjęcia, komu oddadzą rodzinny album, dom, pamiątki? Może więc decyzja o prokreacji jest sposobem na przedłużenie własnego życia? Tak decyduje za nas podświadomość,  w której wciąż jest zakodowany lęk przed śmiercią i przemijaniem. Opiekowaliśmy się naszymi rodzicami, kiedy tego potrzebowali – liczymy na rewanż? Tego wszytkiego nie bierze się pod uwagę mając mniej niż trzydzieści lat, więc świadome macierzyństwo/ojcostwo to mit? Narodziny niemal automatycznie generują miłość rodziców – i zagłusza ona wszystkie wątpliwości.
Dziecko łączy rodziców na mur, nawet jeśli nie utrzymują ze sobą kontaktów. Często jest argumentem za nieopuszczaniem partnera. Bywa, że staje się mimowolnym sprawcą trwania nieudanych związków. Facet porzucający żonę obarczoną dwojgiem lub wiecej potomstwa “gwarantuje sobie”, że ona pozostanie samotna, niełatwo jej będzie znaleźć kogoś, kto będzie chciał i umiał inwestować uczucia i pieniądze w cudze dzieci. Żonie, rodzącej trzecie dziecko, wydaje się, że mąż jej już teraz nigdy nie zostawi. To nie egoizm? Nie lęk?

Może więc decyzja o nieposiadaniu dzieci jest jednak aktem odwagi? Aktem naprawdę wolnej woli? Sądzę, że wtedy istnieje się inaczej – bardziej intensywnie przeżywa każdy dzień, mocniej odczuwa się upływ czasu, może częściej i chętniej poświęca się pracy. Może głębiej przeżywa się miłość?
Argument obrzydliwy: kiedy zdechnie nasz ulubiony pies, długo bronimy się przed adoptowaniem kolejnego, bo nie chcemy przeżywać jego śmierci. Płodząc/rodząc dzieci przywołujemy na świat kolejne istnienie, które musi umrzeć, może dlatego tak bardzo zależy nam na wnukach?

Lilie

czerwiec 20, 2009 - autor: defendo

lilie5

Sadziła je moja babcia – w ogrodzie, którym się opiekuję, staroświeckie i niemodne. Nie mam serca ich przesadzić, chociaż w jednym miejscu marnieją. Tak jak nie mogę przestawić jej ulubionego fotela, jej koszyka z robótkami. Szanuję pamiątki.
Jakaś siła każe mi hołubić jabłoń, którą posadziła – chociaż nie rodzi owoców. I prowadzić syna na cmentarz – chociaż ani moja Mama, ani Babcia nie mogły  go przytulić – obie nie żyły, kiedy się urodził. Czasem myślę, jak inne byłoby moje życie, gdyby one mogły trwać, gdyby żył  Ojciec.
Na moim ukochanym pianinie jest kilka durnostojek – rogi jelenia, upolowanego przez Dziadka, figurki mnichów grających w karty, przywiezione mi z Asyżu przez przyjaciół, medalion z Francji, malachitowy przycisk do papieru, koszmarny kryształowy wazon(potwornych rozmiarów) ofiarowany mi przez studentów, odpustowy świecznik… nie wyrzucę – przeciwnie, pieczołowicie ścieram kurz. Wartości materialnej toto nie ma, ale ogromną – emocjonalną. Jak ten medal na ścianie – za wygranie jakiegoś turnieju brydżowego. Tandeta, ale…
Nie potrafię pozbyć się wyrw – podczas ogromnych mrozów pękł pień brzoskwini w moim ogrodzie, trzeba było ściąć martwe drzewo. Z tego drzewa ścinałam kwitnące gałązki, żeby włożyć je do trumny mojej Mamy, wciąż uwiera mnie ta pustka. Tyle wokół miejsc – po kimś, po czymś, niewypełnionych.
Jestem tandetna, ale nie da się mnie kupić. Jak nie można kupić ode mnie tych gadżetów. Ludzie są bezcenni nawet wtedy, kiedy wystawiają się na allegro. I kiedy nas zawiodą.
Nie chcę przetrwać w przedmiotach, ale chciałabym istnieć w Waszych myślach. Niedługo, chociaż chwilę.
Dziś moja tęsknota ma białe, mocno pachnące płatki.

Co roku czekam, aż zakwitnie pierwsza.

Nikt nie umiera

czerwiec 16, 2009 - autor: defendo

Sen
Duża, zimna sala, błyszcząca metalem i bielą kafelków. Na stole zwłoki Heideggera, które dwóch pracowników pieczołowicie umyło, ubrało godnie i przygotowało do ułożenia w trumnie. Ktoś z rodziny zauważa na grzbiecie dłoni zmarłego swastykę. Namalowana? Konsternacja. Nie działają żadne środki – stygmat nie poddaje się ługowi ani wybielaczom. Nie znika pod warstwą fluidu, po każdej próbie ingerencji jest wyraźniejszy. Ktoś proponuje rękawiczki – ale po ich nałożeniu złowrogi symbol się uwydatnia. Za chwilę obok otwartej trumny zgromadzi się wielu ludzi – tych, którym był myślą bliski i tych, co się kiedyś narodzą i zechcą spojrzeć mu w twarz.
- I co teraz? – pyta z rozpaczą i dość bezradnie któryś z krewnych.
- Nic – odpowiada mu ten, czyje rysy przypominają mi Bachelarda – to był człowiek, więc byt dotknięty chwałą tworzenia…ciszej nad tą trumną…
- Omnis mundi creatura/ quasi liber et pictura/ nobis est in speculum(każde na ziemi stworzenie, niczym księga i obraz, jest dla nas odbiciem) – dopowiada z uśmiechem Umberto Eco. Łatwo go poznać, jest we wszystkich mediach.
- Cokolwiek uczynię, uczynię dobrze, jeśli rzeczywiście ja to uczynię – szepcze cienista postać głosem Heideggera.
Rodzina milczy i płacze.heidegger

Żyć można nieautentycznie, poddawać się zbiorowemu konformizmowi, realizować mimetyczny model życia – naśladując innych. To gwarantuje spokój i szczęście jednostki, ale ta rękojmia nie obejmuje sytuacji granicznych: śmierci najbliższych, poważnych konfliktów moralnych. Tego rodzaju zdarzenia wytrącają jednostkę z błogostanu, izolują ją i dowodzą, jak bardzo jest samotna. Musi zmierzyć się z absurdalnością istnienia.
Życie autentyczne wymaga odwagi uświadomienia sobie własnej nicości. Jest też nagroda/przekleństwo – wolność. Żadna zbiorowość nie może narzucić jednostce – żyjącej autentycznie(postulat Heideggera) – żadnych schematów myślenia; ona już wie, że nie ma komunikowania się bytów, jest tylko współbycie(Mitsein).
Jestem – czyli przede mną mnóstwo możliwości(ogród o rozwidlających się ścieżkach) i tylko ode mnie zależy, którą wybiorę. Wolna i samotna. Próbuję nadać sens nicości, realizuję Dasein. Rzeczy zaledwie “są”(biernie), ja “istnieję” aktywnie – to różnica. Podejmuję decyzje, wybieram – i nie wiem(bo nie mogę “wiedzieć”), czy mój wybór był dobry. Nie ma żadnego probierza – może tylko własne sumienie? Trudno żyć w stanie ciągłej “zgody-ze-sobą” i “w-trwodze-bycia-ku-śmierci”. Tako rzecze Heidegger.
Nigdy nie dokonał publicznej ekspiacji. Nie odżegnał się od nazistowskiej przeszłości. Nie kajał się przed nikim(chyba – bo  tylko Hannah wiedziała…). Czy można mieć mu to za złe? Nie mam. Pozostał wierny głoszonym przez siebie poglądom – “cokolwiek uczynię – uczynię dobrze”. To nie arogancja, to oparte na solidnej naukowej podstawie echo postawy Sokratesa.

W rozmowach, które prowadzimy pod wpisami, kilka razy przewinął się problem relacji dzieło-biografia. Zawdzięczam to głównie Telemachowi i Logosowi, a i Sadoq nie jest bez “winy”.
Widzę trzy rodzaje reakcji:
1. Dzieło jest nierozerwalnie sprzęgnięte z biografią twórcy; należy zakwestionować jego wartość, kiedy autor np. zamordował żonę i brata swego.
2. Dokonania(dzieła) posiadają wartość odrębną; fakt, że ich autor bijał żonę i dziatki – nie ma znaczenia.
3. “Oddzielanie wybiórcze” – jeśli biografia stanowi ważny klucz interpretacyjny, trzeba ją uwzględnić, jeśli nie – pominąć.

Wszystkie te reakcje są w pewien sposób skażone nadmiarem subiektywności(brakiem obiektywności) oglądu. O ile w przypadku dwóch pierwszych ten nadmiar/brak wydaje się oczywisty, o tyle w odniesieniu do trzeciej – można dyskutować. To jednak tylko pozory.

Refleksja końcowa – im bliżej twórcy do etyki(nie chcę tego precyzować, zrozumiecie), tym chętniej ocenia się go w kategoriach biograficznych.

Sądzę, ze Telemach w swoich rozważaniach filozoficznych ma wyraźnie zarysowane tło etyczne, więc nie oddziela dzieła od twórcy – a przynajmniej nieczęsto. Wydaje mi się, że nie przeszkadzałby mu fakt, iż Marks nieczęsto się mył(przepraszam za eufemizm) i narzekał na czyraki, ale decyzje J.J.Rousseau dotyczące jego progenitury – to inna sprawa.

Ciekawe, jak widzi relacje dzieło-twórca w przypadku B.Russela czy Sartre’a(żeby wymienić te samonarzucające się przykłady).

Nietzsche ogłosił śmierć Boga, ale ten mu umierał długo. To się w jego myśleniu dokonywało. Śmierć Boga otworzyła drzwi do śmierci człowieka(podmiotu).
Heidegger poddaje w wątpliwość metafizykę.
Faucault otwiera szerzej drzwi do “śmierci człowieka” – ale budzi go do życia… Postfilozofia nie jest kresem filozofii, to nowa jakość.

Rozmowy

czerwiec 14, 2009 - autor: defendo

Mój prywatny spis alfabetyczny czynników utrudniających rozmowę.

Arogancja. Lubię pewną arogancję – zwłaszcza, kiedy ktoś ma do niej podstawy – i zniecierpliwił się. Nie znoszę arogancji laików, tych wszystkich formułek “miłego dnia”, “dobranoc”. Arogancja uczonego nie ma nic wspólnego z arogancją paniusi z recepcji ośrodka zdrowia.

Bezmyślne prowokowanie pod hasłem – “ja to się od was różnię, taki ze mnie rajski ptak” Ptica poniekąd wyskubana, po diabła zabiera głos i skrzeczy cięgiem? Ktoś podejmuje dyskusję i ginie, przygnieciony lawiną słów, po kilku takich doświadczeniach uczy się nierozmawiania z “pticami”, które mają pięć przeciwstawnych poglądów na to samo zagadnienie(równocześnie), a poglądy te łączy tylko przekonanie, że ptica jest najpiękniejsza i najmądrzejsza.

Co mi tam uczeni! Jakaś tam Świderkówna nie zna się na Biblii, ja to się dopiero znam! I zaczyna się gorączkowe wyszukiwanie zawiłych argumentów, nie mających nic wspólnego z żadną nauką świecką.

Diamentowo twarda postawa typu MZiJ(Moje Zasady i Ja – w tej kolejności). Rozmówca najpierw ogląda swoje zasady, potem decyduje się wygłosić pogląd z nimi zgodny – zasad trzyma się kurczowo. A posiada je wbite na mur i uważa, że nie trzeba ich czasem na nowo przemyśleć.

Ewentualne przywalenie zawiłymi i tak wielokrotnie złożonymi zdaniami, że z trudem trzeba się przebijać przez ten gąszcz. Spod ornamentów nie widać konstrukcji. Czasem podejrzewam, ze pod ozdobnikami nie kryje się żadna myśl.

Finezyjne sugerowanie kontaktów prywatnych z co bardziej interesującymi rozmówcami. Oczywiście do każdego można wysłać mail i liczyć na uprzejmą odpowiedź, ale taka sugestia wśród poważnej rozmowy to wyraźny komunikat:”między nami coś istnieje, gadamy sobie czule za waszymi plecami, porozumiewamy się, więc on(ona) będzie po mojej stronie, a przynajmniej nie przeciw”(sugestia ma dość wyraźny podtekst damsko-męski).

Godna podziwu umiejętność widzenia tylko detalu notki i niechwytania myśli przewodniej, co sprawia, że rozmowa jedzie po bocznym torze, aż miło – i nie da się przestawić zwrotnicy, bo grozi wykolejenie. Addenda wzbogaca tekst – rozmydlanie zarzyna rozmowę.

Higiena umysłowa doprowadzona do absurdu – lista dzieł nieprzeczytanych, a przydatnych – choćby po to, żeby móc rozmawiać na równych prawach – jest bardzo długa, za to umysł sterylnie czysty. Taki osobnik uważa, że tysiąc razy ważniejsze są jego przemyslenia niż jakiegoś tam Kanta czy Platona – w razie potrzeby przecież sobie potrzebne fragmenty wygugla. Przemyśleć to on ich nie przemyśli, bo tak się nie da. Z mielonej wołowiny nie da się poskładać byka. Na takiego besserwissera niewielu się nabiera, chociaż czasem nawet mądrzy ludzie początkowo dają się zwieść – szybko jednak przytomnieją.jaskółka3

Mój  prywatny spis alfabetyczny czynników ułatwiających rozmowę

Inspirowanie rozmówcy, które równocześnie pozwala rozwinąć temat. Warunkiem koniecznym takiego zachowania jest uważne przeczytanie notki i odnalezienie tezy(tez).

Jasno sprecyzowany argument.

Konsekwentne unikanie argumentów ad personam.

Lubię, kiedy ktoś potrafi znaleźć stosowną anegdotkę, ubarwiającą wypowiedź i pozwalającą na zaczerpnięcie oddechu.

Ładnie, jeśli rozmówca podaje źródła, skoro przytacza cudze myśli.

Mam wiele uznania dla tych, którzy dopowiadają to, czego sama nie dostrzegłam. I dla tych, którzy odpowiadają na pytania, jakie stawiam. A pytam niemal zawsze. Nie zawsze wprost.

Niezbędny jest szacunek dla interlokutora, chociaż czasem tak trudno się powstrzymać od ironii!

Okazywanie sympatii, wyrażane niekoniecznie bezpośrednio, ale doskonale wyczuwalne między wierszami.

Podejście Wittgensteinowskie. Tak nazywam “pamiętanie” podczas dyskusji o tym, że wypowiedzi naszych rozmówców nie są ich stanowiskiem, z którego wygłaszają tylko swoje wewnętrzne doświadczenia. Wittgenstein podaje tu przykład bólu. Pyta – co to znaczy “boli mnie”? I dlaczego tak trudno komuś wtedy zaprzeczyć? Bo w “zbiorowej świadomości” uważamy, że ból jest subiektywny, przynależny jednostce, to rodzaj osobistego doświadczenia, ale jej wypowiedź należy też do “gry językowej” zbiorowości.

Raz jeszcze Wittgenstein: “Najważniejsze dla nas aspekty rzeczy ukrywa przed nami ich prostota i codzienność” – przedmiot naszego zainteresowania jest blisko, w zasięgu ręki i postrzegania. Właśnie dlatego o nim zapominamy, jak zapominamy o tym, że siedzimy na krześle, że otaczają nas ściany, że trwa wiosna. Z naszej wiedzy o świecie “w działaniu”- efekt tzw. zdrowego rozsądku – korzystamy niemal bez przerwy, ale rzadko ją weryfikujemy. A to głównie ona wymaga ciągłej aktualizacji. Nie wolno kostnieć, to grozi popadnięciem w schematyzm. Stąd tylko krok do błędów poznawczych.

Sceptyczna postawa wobec prostoty. To, co proste – bywa prostackie. Dlatego nie wolno zapominać o rygorze metodologii. Prostota wiedzie na manowce, chociaż jest taka kusząca – niby łatwo ogarnąć świat, jeśli sprowadzi się skomplikowane sprawy do prostych modeli, ale jak wiele się przy tym traci! Tak łatwo pomylić artefakty z faktami.jaskółka

Biję się w piersi własne i cudze, a echo robi do mnie perskie oko…Echo nie ma oczu? Przecież to nimfa;)
Może ta jaskółka, uwięziona w obiektywie, ale wolna, jest dobrą wróżbą? Ptaki są uwikłane w mitologię: Prokne, córka Pandiona i żona Tereusa, nakarmiła swojego męża ciałem ich syna, Itysa – z zemsty za to, że nie tylko zgwałcił Filomelę, jej siostrę, ale w dodatku wyrwał jej język, żeby nie mogła się poskarżyć. Bogowie zmienili Filomelę w jaskółkę, Prokne w słowika, a Tereusa w jastrzębia. Podobno “święto jaskółek” obchodzi się do dziś w niektórych rejonach Grecji. Przypada 1 marca. U nas wierzono, że te ptaki spędzają zimę na dnie jeziora lub stawu, bo znikały tak nagle.

Pendant do notki Torlina

czerwiec 14, 2009 - autor: defendo

wejście na mizar

Torlin napisał urokliwą notkę o Tatarach w polskim wojsku.

http://torlin.wordpress.com/2009/05/09/i-powietrzny-pulk-tatarski/

Byłam niedawno w Kruszynianach. Malutka wieś na Podlasiu, na obrzeżu Puszczy Knyszyńskiej. Od trzystu lat mieszkają tu potomkowie Tatarów(osiedlonych przez Jana III Sobieskiego) – muzułmanie, wyznawcy prawosławia i katolicy. Nie ma konfliktów na tle religijnym, oni nie muszą słuchać o ekumenizmie -  od lat go realizują. Kiedy jakieś 20 lat temu paliła się cerkiew – pierwsi z pomocą pospieszyli wyznawcy Mahometa.
Lubię cmentarze. Nie te nowoczesne, pozbawione drzew – bo nagrobki się niszczą i trzeba sprzątać liście, ale te stare, na których nie brak nisko zwisających gałęzi lip i klonów, żeby dusze mogły w nocy na nich odpocząć, kołysząc się łagodnie. Wierzyli w to nasi przodkowie. Wrosły tam w ziemię kamienie nagrobne, wrośli ludzie, a wszytko pokrył bluszcz, dąbrówka, konwalie,żółci się glistnik. Na mizarze(cmentarzu muzułmańskim) kwiaty sadzone czyjąś troskliwą dłonią zeszły z grobów i teraz irysy, łubiny, “królicze uszy” są niemal wszędzie. A wszystko to na wzgórzu, w lesie, wśród wysokich, starych sosen, wykrzywionych wiatrem. Wszytko tutaj krzywe – kamienie, upamiętniające miejsca pochówku przechylają się, przewracają, cmentarz jest  na zboczu wzgórza, więc nie ma tu płaskich powierzchni.mizar2 - porucznik Półtorzycki

Na grobach półksiężyce, a pod nimi napisy – w różnych językach. Najstarszy pochodzi z 1699r., te z XVIII i XIX wieku są pisane wprawdzie rosyjskimi literami, ale nazwiska nie-rosyjskie: Mucharski, Jasiński, Sokołowska. Potem już tylko po polsku.napisy z tyłu płyty

Po raz pierwszy byłam tu dawno, wiedziona ciekawością – przeczytałam we wrocławskiej gazecie nekrolog o pogrzebie właśnie tam, w Kruszynianach. Tak daleko? Wtedy dowiedziałam się, że to jedyny(wtedy) czynny cmentarz muzułmański w Polsce, wyznawcy tej religii byli przewożeni setki kilometrów, żeby spocząć na mizarze. Dziś jest takich nekropolii kilka.
Mizar zmienił się – tradycja nakazywała dawniej kłaść jeden duży kamień nad głową pochowanego, drugi – mniejszy – w miejscu nóg. Potem pojawiły się groby podobne do tych na naszych cmentarzach, ale z napisami z tyłu, jakby na plecach tablicy. Te napisy często mówią o funkcji, jaką zmarły pełnił za życia: imam, adwokat, lekarz, żona imama. Najnowsze nagrobki są już takie same jak na cmentarzach katolickich, tylko zamiast krzyża jest półksiężyc. W jednym ze świeższych grobów pochowano młodą Czeczenkę i dwie jej córeczki, echo niedawnej tragedii.

Spoczywa tu zdobywca Port Artur, Mucharski.zdobywca Port-Artur

Podpułkownik Selim Bielak zginął służąc w 69. pułku, nie udało mi się dowiedzieć, co to za formacja.podpulkownik Selim Bielak

Podwójne medaliony to rzadkość – mąż zmarł ponad dwadzieścia lat później od żony i to zapewne on zdecydował o umieszczeniu w medalionie ślubnej fotografii. Może chciał zatrzymać ich młodość i urodę? Może nie przestał jej kochać nawet wtedy, kiedy umarła?podwójny medalion

Warto przyjrzeć się medalionom, to współczesne portrety trumienne. Dlaczego ludzie chcą je umieszczać? Co i dla kogo pragną zatrzymać? Może podświadomie sądzą, że utrwalenie wizerunku przedłuża w pewien sposób obecność tego, który odszedł? Może to chęć fizycznego zbliżenia się do umarłego? We wszystkich kulturach obrzędy pogrzebowe zawierają mocny akcent integracyjny. Zmarły powinien zjednoczyć się z “tamtym światem”, opuszczając ten(polskie portrety trumienne to swojego rodzaju ewenement). Mam wielką ochotę napisać o współczesnych rytuałach przejścia, obrzędach pogrzebowych i ich ukrytym znaczeniu.meczet

Addenda – dla Torlina
Jednym z organizatorów ucieczki Piłsudskiego z twierdzy w Pietropawłowsku był jego przyjaciel i rówieśnik, polski Tatar Aleksander Sulkiewicz “Czarny Michał”(zginął jako żołnierz słynnej I Brygady w 1916 r.). Pułkownik Maciej mustafa Bajraszewski należał do organizatorów Pułku Jazdy Tatarskiej w 1918r. O tym, że nasi Tatarzy walczyli w wojskach II Korpusu, świadczy fakt, że powołano wtedy nawet specjalny Naczelny Imamat Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Po zakończeniu II wojny emir El-Muemin Bajraszewski pełnił funkcję Naczelnego Imama Muzułmanów Polskich w Londynie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie.
Adiutantką płk.Dąbka, obrońcy Gdyni w 1939r. była Dżenneta Dżabagi Skibniewska. Polscy Tatarzy spoczywają w zbiorowych mogiłach Ostaszkowa, Starobielska, Katynia. Niewielka, ale dzielna i wierna społeczność. Warto o nich pamiętać. I warto zajrzeć do jurty w Kruszynianach, trzeba koniecznie spróbować ich jedzenia i wspaniałej, orzeźwiającej herbaty podawanej z listkiem świeżej mięty.
Kiedy podjechaliśmy pod meczet w Kruszynianach, okazało się, że parking jest zajęty przez duże samochody campingowe. Trafiliśmy na wycieczkę Włochów – wszystkie samochody były oznakowane napisem GRANDE POLOGNE i numerem, było ich kilkanaście. Miło.

Zdumienie

czerwiec 12, 2009 - autor: defendo

tęcza Z JASKÓŁKĄ

Ta tęcza to z Podlasia, sfotografowałam zanim uciekła.

Zdumiewa mnie przyroda – ale nie mniej net.

Zwartości odżywcze jaja gęsiego
włosie mongolskie czy polskie lepsze do
elektrycznosc statyczna sarozytni grecy
test ze znajomośći chłopcy z placu broni
publiczny onanizm
jak to się robi
święta patronka bazylissa
dlaczego wół był patronem Łukasza
naelektryzowana słomka
sextelefonistka oferty pracy
komu minos dał byka?
na kamieniu diabeł murakami hard boiled
skad sie bierze u ptakow barwniki jaj?
tworzenie sie barchanow
one wolą tych lamusów,których na nie sta
jak schowac malpke w adresie
swieczka samozapalajaca
dlaczego flądra z jednej ciemna z drugie
mezczyzna malujacy sobie paznokcie u stó
króliki selekcja dla szybkiego odstawien
jak zrobic zawor bezpieczenstwa
szalona z sakreker
zwierze które głaszcze sie pod pachami
męska dewocja
jak lokować włosy
walki uliczne
cycki laury
emocje pracownika socjalnego
zespół śmierdzącego pępka
“niewidomy w ghazie”

Wiecie, co to? Po wpisaniu następujących haseł wyszukiwarki wskazały Twój blog. W życiu nie pisałam o gęsich jajach i o zwierzakach, które głaszczą się po czymkolwiek. Nie wiem, komu Minos dał byka, chociaż lubię woły – śliczne są. Barwniki jaj ptasich są ode mnie odległe o lata świetlne. Jak króliki do szybkiego odstawienia(chyba od piersi?).

Publiczny onanizm? Może nawet interesujące, ale skąd ja do tego? I ta flądra, z jednej strony ciemna, z drugiej malująca paznokcie!

Lokowanie włosów kojarzy mi się z magią, a śmierdzący pępek z czymś, czego nie doznałam i nie wierzę. Naelektryzowana słomka do koktajli? Można się pokopać!

Ale najbardziej mnie frapują “cycki Laury”. Nienawidzę tej nazwy, Laury sobie cenię.

Wittgenstein chichocze, chyba mu ulegnę;)

Wiem, że jakość tego zdjęcia jest – najdelikatniej mówiąc – żałosna, ale tylko takie mam. Słońce niemal zaszło, wcześniej świeciło bardzo mocno – i równocześnie padał deszcz, taki burzowy. To też obrazek z Podlasia. niesamowite, kryształowe powietrze, dzięki temu pewnie  że to miejsce jest tuż przy naszej granicy z Białorusią, żaden przemysł nie zasłonił nieba – ani po tej, ani po tamtej stronie. Zdjęcie zrobiłam niemal w tym samym miejscu, co poprzednie, tuż za progiem domu, który mnie gościł. Za tymi drzewami płynie czysta i zimna Świsłocz, której wschodni brzeg jest już białoruski.

Ładuję tam akumulatory – w niewielkim domku, z dala od wsi i asfaltowej szosy, w którym nadal piecze się chleb, telefon ma zasięg tylko przy jednym oknie, a kiedy burza zerwie druty, to na ponowne włączenie prądu czasem trzeba czekać kilka dni. W oknach są siatki – inaczej jaskółki lepią gniazda w pokoju. Dwa ogromne psy łaszą się do nóg i zaglądają w oczy. Czas tam płynie inaczej – dużo go się robi, bardzo dużo.  To miejsce, gdzie naprawdę nic nie muszę.Każdemu życzę, żeby miał takie miejsce :)tęcza dzieki Logosowi