Archive for Grudzień 2008

air pavion

Grudzień 22, 2008

wiac298cej_muz-tk

Zaczęło się od tego, że w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa nauczyłam się czytać i pisać. Nauka była lekka, łatwa i przyjemna, bo jako szkrab siadywałam na desce kreślarskiej Ojca i zaglądając mu przez ramię podziwiałam czarnym tuszem stawiane znaczki, pytając mało odkrywczo: „co to?” i jakoś tak samo mi się nauczyło. Nabyte w ten sposób umiejętności wykorzystuję do dziś, zaśmiecając beztrosko bŁogosferę. Przy netostradzie zbudowałam motel, odwiedzany przez przygodnych podróżnych i stałych gości – a żeby im nieco umilić pobyt, powiesiłam na ścianach obrazy. Oryginały, oczywiście, nie żadne kopie, wykopane w wirtualnej ikonosferze. Sama też zaczęłam odbywać przejażdżki, porzucając podwrocławskie okolice – najpierw do sąsiadów, potem pozwoliłam sobie na dłuższe wycieczki, z reguły nieśmiało na cudzych blogach milcząc, czasem odzywając się niemal szeptem. Tak trafiłam na mglistą wyspę Antrima, uwiedziona głosem syren niefabrycznych zgoła. Spodobały mi się zagraniczne wojaże, więc dzięki Stefanowej ortodromie wylądowałam i w Brazylii, na korepetycjach z matematyki, których udziela Andsol, obdarzony niebywałym talentem pedagogicznym. Nawet ja rozumiem, co do mnie mówi.

drzewowiadomosci-tk

I to właśnie on zdradził mi nazwisko autora grafiki, którą u siebie powiesiłam, a która była bezimienna, jako że autora wykryć nie potrafiłam, a została mi ofiarowana przez kogoś, kto zapomniał, że twórca wieńczy dzieło czy jakoś odwrotnie. Rzeczony autor odezwał się na brazylijskim blogu, a wtedy okazało się, że dzieli nas odległość nie siedmiu gór, pięciu mórz i trzech oceanów, a zaledwie trzydziestu paru kilometrów po płaskiej, acz dziurawej nieco, nawierzchni. Łączą zaś wspólni znajomi i wspólne ukochanie Wrocławia. Zawsze podejrzewałam, że najkrótsza droga Strzelin-Wrocław prowadzi przez Południową Amerykę.

pukajacym-odszczekac-tk

Kilka grafik i malutki fragment korespondencji za wiedzą i zgodą s-twórcy – publikuję.

przekazciesobie-tk

List ze znaczkiem:

pavion-tk

Faxonosz fax od Ciebie przyniósł
Akurat, kiedyś mi się śniła – bom nieco przysnął utrudzony.
Gdy jużem cały na jawę tu powrócił…
Faxu nie było!!!
Wiatr powiał – fiuuu wywiał przez okno
i psi po wsi go rozwłóczyli.
Wstęgę tę w całość Twego przesłania
jużem miał złożyć – mówię Ci szczerze –
gdy mi się zdało, że sąsiad jeszcze kawał jej porwał
i za stodołę w te pędy bieży.
Szaleńcza bladość w trwodze mię opadnęła
i nagła krew skoczyła w skronie
Jużem go dostał u drzwi wychodka,
już jego szyjkę chwytam w swe szpony
On charcząc powietrza wybałusza strasznie gały
a ja po jednym zbielałe odginam mu palice……..
Patrzę?
A onci w grabie….. inną wstęgę mielił.
Ach!
Tyle to trwało, to całe bieganie
i walka o każde Twoje słóweczko,
że z odpowiedzią spóźniłem się
…… deczko.

Tadeusz Puszkin

niesciemniaj-tk1

… i moja odpowiedź:
My Dear Puszkinie!
Bajeczny jesteś – bajka była przednia,
na faxonosza skargi nie układaj,
zwyczajnie – zbłądził biedak, u sąsiadki
zabawił dłużej. Ona pewnie młoda,
do tego gładka, jak to sąsiadka.
Zrozum go, proszę, fax mu się zmiętosił
przy tych czynnościach, grzesznych, ale cudnych.
Nie śmiał Ci wręczyć tak pogniecionego,
pod drzwi podrzucił, czmychnął i tyle go
widziano. Twój sąsiad zazdrosny mniemał,
że list Ci przyniósł – i to list miłosny
od jego żony. Chciał tylko zobaczyć,
pod drzwi się podkradł w drodze do wychodka.
Stąd cała
historia
straszna i śmieszna
się stała…
M.

hejcho-tk

Do każdego listu dołączona jest grafika, a czasem list do grafiki…

wypij-tk

I tak sobie płyniemy…

nafalix-tk

… z uśmiechem…

kochaj-tk

Więcej grafik dziś nie pokażę. Dzięki – Tadeuszu Puszkinie – Kurando!

Reklamy

Plagiatorzy wszelkiej maści – strzeżcie się!

Grudzień 12, 2008

klejnoty_montany01

Od dawna walczę z plagiatorami, niezależnie od ich płci. Ostatnio obserwuję ciekawe zjawisko – takie CÓŚ, co własnych myśli nie posiada, za to dysponuje nieograniczoną chęcią brylowania, licząc na brak bryli u widowni, przepisuje sobie teksty(w necie akurat nieistniejące, bo – wbrew pozorom – jeszcze nie wszystko tu wpisano) – i wkleja beztrosko jako własne.  Wyguglać się ich nie da, więc czuje się bezpiecznie .Uważa, że obywatele Wirtuallandii to banda durniów, którzy poza ekranem nie są zdolni czytać. Nieco racji mają  – zważywszy, że na topie są jakieś słodkie blogaski o modzie, urodzie, kuchni, dzieciakach, wyn(atu)rzenia podstarzałych podlotków na temat ich stanów emocjonalnych, mocno uzależnionych od poziomu hormonów, blogi-forumo-czato-zastępcze i Rihanny tudzież Jole Rutowicz(kto – czy co – to, u diabła, takiego?! „Ni pies ni wydra, coś na kształt świdra”Tu-wim, i Wy wicie).
Nie mam nic przeciw temu, żeby mnie cytowano. Nawet w męskiej toalecie – w przeciągu, na bungie, na drągu, na buforze – daj Boże! Ale – do cholery! – to   m o j e  myśli, ustrojone w   m o j e   słowa. Moja własność! Kocham czytać siebie cytowaną w pracach licencjackich czy innych – bo one źródła podawać muszą, inaczej się uduszą. Nie chcę żadnych profitów. Ten jest wystarczający – w końcu publikując coś tam, sprzedałam cząstkę siebie „w ciemno”.
Mało tego – uczciwość popłaca – wypłaciła mi więcej niż Totolotek, bo kiedy powiedziałam prawdę – iż nie wiem, kto stworzył grafikę, którą zamieściłam – Autor dał głos. I to jak dał! Oszołamiająco!
Jedna bandytka z drugą słowami znalezionymi w druku – radośnie oznajmia różne „prawdy niechybne”.  Baśnie opowiada – cudzymi słowami, zapominając o cudzysłowiu. Kiedy jej zarzucisz plagiat – odpowiada roSSSkosznie, że przecież nic złego nie uczyniła, bo ze słowami autora się utożsamiła. W końcu nie dla jednego Litwa jest „ojczyzną moją”, a kobieta „kluchem marnym”.
Ostrzegam plagiatorów słowami Miłoszowi z zębów wyrwanymi: „nie bądź spokojny – poeta pamięta, spisane będą czyny i rozmowy”. Znam źródła inspiracji(sic!) domorosłych poetess, na razie jestem miłosierna, ale listę tworzę.
Czepialskie nicki online zarzucają mi, że cytuję,  i – o zgrozo! – przyznaję, że cytuję. Jasne – lepiej byłoby nie cytować, w końcu każdego stać na taki  drobiazg jak „piekło to Inni”. Zawsze jednak podaję autora słów. Jeśli nie podaję – znaczy – moje, ułomne, kulawe, ciasne, ale własne.
A w roli ilustracji występują klejnoty, które Logos Amicus mi ofiarował. Dane mi – więc moje. Pozwolił – pytałam o zgodę.

Na gorąco

Grudzień 9, 2008

dalajlama1

Przed gmachem Hali Ludowej we Wrocławiu kilkanaście osób pyta, czy nie mamy wolnych zaproszeń. Nie mamy. Przy wejściu każą oddać aparaty fotograficzne, ostre narzędzia, butelki z wodą. Prześwietlają torby, czasem proszą o  rozpięcie kurtek. Podobno w budynku może usiąść swobodnie 5000 widzów. Powoli zapełniają się wszystkie miejsca. Są tacy, którzy koczują na schodach, na podłodze w przejściach. Czekamy. Mój wiecznie głodny znajomy wagi grubo powyżej średniej europejskiej wyskakuje do bufetu w foyer i przynosi ogromny kawał żytniego, cudownie pachnącego chleba ze smalcem i kiszonymi ogórkami, wrocławską specjalność, dodawaną gratis do piwa w „Spiżu”, dziś sprzedawaną tu bez piwa. Niby nikt nie był głodny, a po chwili większość naszego sektoru objada się rarytasem. Pierwszy rząd, można swobodnie umieścić nogi. W tle produkuje się trzyosobowy zespół, całkiem niezły, oryginalny, coś w rodzaju współczesnych”Novi Singers”, ale klimaty klubowe. Na scenie dużo doniczek z białymi, egzotycznymi kwiatami. Na dwóch dużych telebimach zdjęcia z Tybetu – piękne; czasem pojawia się na nich publiczność, czasem zespół. Czekanie przedłuża się. Wreszcie konferansjer zapowiada – już jest! Cała sala, kilka tysięcy ludzi, wstaje i zaczyna bić brawo. W milczeniu, coraz głośniej. Wchodzi Dalajlama – nie widać go spoza ochroniarzy. Wita go prezydent Wrocławia. Dalajlama zajmuje miejsce na białej kanapie, za nim, nieco z boku, na krześle – tłumacz. Nareszcie! Na początku duchowy przywódca Tybetańczyków prosi publiczność o zgodę na to, żeby mógł usiąść wygodniej. Śmiech. Dalajlama pochyla się i… zaczyna zdejmować buty. Zwinnie przybiera na kanapie pozycję typową dla buddystów. Też się śmieje. Zaczyna mówić. O pokoju i tolerancji. Na początku jednak opowiada o tym, jak to dziś przypadkiem dowiedział się o istnieniu we Wrocławiu „dzielnicy czterech wyznań”. Natychmiast poprosił władze miasta o umożliwienie mu jej zwiedzenia(prośbę od razu spełniono) – i wyraża swój zachwyt; w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie funkcjonują: kościół katolicki, synagoga, zbór ewangelicki i cerkiew prawosławna. Zdarza się, że wyznawcy różnych religii modlą się wspólnie. Chciał odwiedzić te świątynie, bo uważa się za pielgrzyma. Mówi o pokoju – dla niego to nie tylko „brak wojny” – ważne są intencje; można mieć broń i siłę, ale nie dokonywać podbojów, bo pokój jest cenniejszy niż inne wartości. Mówi, jak ważny jest spokój, który każdy powinien mieć w sobie. Warunkiem spokoju jest wolność od nienawiści, zawiści, zawziętości, przemocy – od wszelkich negatywnych emocji. To trudne, ale możliwe. Pozwala szanować przeciwnika i jednocześnie samemu nie stać się ofiarą. Tybetańczycy, na których czele stoi, szanują wrogów, unikają przemocy, dzięki temu popiera ich niemal cały świat. Uśmiecha się często. Dostrzega obecność wielu młodych ludzi(na sali dominują studenci) i często zwraca się bezpośrednio do nich. Tłumacz z trudem nadąża, bywa zagłuszany brawami – angielszczyzna Dalajlamy nie jest skomplikowana. Podkreśla, że jest zwykłym człowiekiem, żeby nikt nie liczył na jakieś „cudowne” efekty spotkania, uzdrawiać to on nie umie(niedawno przeszedł operację woreczka żółciowego, więc gdyby miał moc leczenia – na pewno uleczyłby się bez pomocy lekarzy – śmieje się, ale zupełnie poważnie dodaje, że wbrew prognozom doktorów wyzdrowiał bardzo szybko, przypisuje to właśnie swojemu wewnętrznemu spokojowi). Wykład kończy się stanowczo za wcześnie. Pozostaje niedosyt. Czas na pytania. Pierwsi dopadają mikrofonu uczniowie ogólniaków – najmłodsi i najsprawniejsi, wiadomo – pytania są żenujące, np.”jak wygląda Pana zwyczajny dzień”(mógł sobie wyguglać), „z czym się Panu kojarzy Polska”, kuriozalne: „czemu Pan spotyka się z młodzieżą, co chce im Pan powiedzieć”(było słuchać, tłuku pięściowy!) – chętnie zamordowałabym wyraźnie zadowolonych z siebie belfrów, którzy poszczuli swoich uczniów na gościa;  dwa sensowne zadaje facet z brodą. I koniec. A nie – jeszcze prezent od prezydenta Wrocławia – uszczęśliwił Dalajlamę krzyżem wykonanym wg pomysłu Gertrudy Stein. I drugi – tym razem piękny: stara, tybetańska pieśń(napisana przez 17-tego Karmapę; harmonię do niej napisał specjalnie na tę okazję i na prośbę wykonawców Jean-Claude Acquaviva, lider polifonicznej grupy z Korsyki „A Filetta”) w wykonaniu artystów Teatru „Pieśń Kozła” – powiało mistycyzmem. Dalajlama jest wyraźnie wzruszony, dziękuje, kłania się artystom. Bo i jest za co. Wracamy. Nawet gigantyczne korki jakoś nikogo nie drażnią. Jasny, pomarańczowy spokój Dalajlamy i nam się udzielił. Do zobaczenia, kiedyś…
Po bardzo długim czekaniu nastąpiło coś ważnego – spotkanie z człowiekiem skromnym, dowcipnym, spokojnym i walczącym. Jeden z moich przyjaciół mówi:
– Niech sobie gada, co chce, a ja wyraźnie lepiej się czuję… Łeb mnie bolał i przestał. Nie ma to jak pooddychać jednym powietrzem z niezwyczajnym człowiekiem, przy was było mi gorzej! – uprzejmie proponuję mu w odpowiedzi, żeby wrócił piechotą do domu, ma szanse na jakieś większe uleczenie. Odmawia, aż tak chory to on nie jest.
Mój ukochany Wrocław jest szczególnie piękny wieczorem.

Mam uczucie, że uczestniczyłam w święcie. Nie wiem dlaczego, ale tak właśnie czuję.

Logosie, tak pięknie mnie dopowiedziałeś, że się nie oprę. Rzadko zagląda ktoś do komentarzy – a tymczasem  w nich tkwi to, co najważniejsze.

Prostota.
Wyrafinowana myśl nigdy nie zdobędzie masowego poklasku. Wiedzą o tym ci, którzy sterują umysłami ludzi. I nie jest istotne, czy robią to z premedytacją, czy intuicyjnie. Efekt jest ten sam, choć premedytacja wymaga od nich ciągłej uwagi i kontroli, która w końcu może osłabnąć; intuicja zaś zdradza rasowego przywódcę.
Prostota w połączeniu z pasją, oddaniem i mocą sugestii (to ostatnie może wskazywać na fanatyka, wizjonera lub genialnego manipulatora) – ten mariaż jest w stanie uczynić z człowieka charyzmatycznego lidera.
(…)

Kiedy prostotę mędrca można uznać za naiwność, a mądrościową maksymę za banał?
Kiedy szlachetna dążność zaczyna się przemieniać w pobożne życzenie?
Czy cudowne recepty zbyt często nie ignorują rzeczywistości, faktów i całej masy uwarunkowań?
(…)

Czyż nie jest tak, że tylko pozycja i autorytet Dalajlamy mogą uchronić go przed krytyczną oceną takich choćby jego wypowiedzi?:

‘Musimy nauczyć się żyć jak bracia i siostry w jednej wielkiej ludzkiej rodzinie’.
‘Buddyści i chrześcijanie powinni wzmacniać swe wysiłki, by krzewić mądrość, prostotę i miłość’.
‘Nie wolno dopuszczać do tego, by religie stawały się przyczyną podziałów między ludźmi i nie wyrządzały krzywdy’.

Amen.
Ja również tego bym sobie – i innym – życzył.”

Teraz ode mnie – podziwiam XIV Dalajlamę – za ten zupełnie nieziemski spokój, za to, co  zrobił dla Tybetańczyków, za ten rzadki u wielkich ludzi dystans do samego siebie, za poczucie humoru. Za tolerancję.

Buddyzm to religia(?) wielce optymistyczna. Liczę na to, że w końcu do władzy w Państwie Środka dorwą się tacy, którzy zapewnią autonomię Tybetowi. Nie wiem, czy ludzie z Dachu Świata potrafiliby stworzyć samodzielne państwo. Być może. A może pogrążyliby się w piekle walki. Jak Czeczeni, gdyba im umożliwić byt państwowy, do którego – moim zdaniem – nie są przygotowani. Jeszcze nie.

Warto spojrzeć

Grudzień 8, 2008

„Trzymasz płomień między palcami
I malujesz jak pożar
Wreszcie płomień łączy, wreszcie płomień zbawia”

Tak pisał Paul Eluard o twórczości Picassa. Łączenie i ocalanie, tradycja i nowatorskie poszukiwania, mity zdekonstruowane i odczytane mocniej, pełniej – czy nie w tym właśnie tkwi istota sztuki? Któż przed Picassem umiał rozpoznać istotę mitu o Minotaurze?

„Ja nie ewoluuję – ja jestem. W sztuce nie istnieje przeszłość ani przyszłość. Sztuki, której nie ma teraz, nie będzie nigdy. Sztuka Greków czy Egipcjan nie należy do przeszłości; są oni bardziej żywi dziś niż kiedykolwiek.” Picasso – mówiąc te słowa – podał klucz, którym można otworzyć świat malarstwa współczesnego.
Leonardo da Vinci radził, żeby wziąć szybę szklaną i umieścić ją między sobą a przedmiotem, który „uwiecznić pragniesz”, zaznaczyć na szybie to, co z „tamtej strony się pokazuje”, przenieść to potem na karton czy płótno i namalować. Przedstaw tę część świata, którą uważasz za piękną lub godną zapisania. Kant wzmocnił ten przepis, głosząc, że „nie znaleziono przestrzeni, która miałaby więcej niż trzy wymiary(…) na tym opiera się pewność wszystkich zasad geometrycznych”. A potem przyszli ci, którzy zobaczyli więcej: Einstein, Poincare, Łobaczewski, Riemann – konstruktorzy niesprzecznych modeli przestrzeni wielowymiarowych. Okazało się, że pewniki geometryczne to kwestia umowy. W obecności rewolucji naukowej tworzyli malarze, którzy intuicyjnie już wcześniej zajmowali się czwartym wymiarem. Szyba Leonarda nie straciła racji bytu(to Kant się mylił), ale świat, który przez nią widać nie jest już zewnętrzny – to świat należący do twórcy. Artysta taki świat, własny, autonomiczny – maluje. Patrzy przez szybę, ale każdy przez własną, inną, inaczej załamującą światło, inne się na niej rysują linie. Jego świat łączy się jednak ze światami nas wszystkich – odbiorców, bo ukształtowała nas kultura, posługując się metaforami, archetypami, symbolami, otoczyła nas dziełami rąk ludzkich, wyposażyła w zdobycze intelektualne.
Tradycji nie można wybrać – jest nam dana. Zapominanie nie jest możliwe – jak na twardym dysku komputera: wszystko, co zaistniało, można wyrzucić do kosza, ale pozostaną ślady – możliwe jest tylko wyrzucenie do podświadomości tego, czego pamiętać nie chcemy. Artysta ma prawo do eksperymentu – pozbycia się balastu ograniczeń wynikających z klasycznych konwencji, ale nawet w tych eksperymentach pozostaje wierny sobie i nam, odbiorcom, bo „ja i ty jesteśmy z jednej krwi” kulturowej.
Jako odbiorcy – wartościujemy dzieła sztuki, dokonując wciąż nowych wyborów. Rozumiem tych, którzy akceptują wyłącznie obrazy przedstawiające i mimetyczne, bo przecież lubimy tylko te piosenki, które znamy. Nie zamierzam ich przekonywać, że można cenić kogoś oprócz Beksińskiego czy Siudmaka.
Warto jednak spojrzeć i na te prace:zdzislaw-nitka-pies-patrzacy-na-ksiezyc

Zdzisław Nitka – „Pies patrzący na księżyc”
Lubię ten obraz. Mocny, ostry. Jest w nim napięcie linii, niepokojące, tak jak niepokojąco bliski jest księżyc, do którego pies, ozłocony jego blaskiem, musi wykręcać szyję. Jest tajemnicza głowa-czaszka, którą chroni. Jej oczy są puste, to pies widzi. Dla nas księżyc umarł, albo my, ludzie, umarliśmy dla niego, zabiliśmy go milionami sztucznych świateł, które zapalamy po nastaniu zmroku. Magiczna moc pełni, która budziła lęk, dziś jest wyczytywana w kalendarzu.
– Czemu dziś się czuję tak jakoś niewyraźnie, nie mogę zasnąć? – Basia otwiera kalendarz i sprawdza – Tak myślałam,  pełnia księżyca.
Nie wygląda przez okno, żeby to sprawdzić, wierzy. Zresztą i tak nie zobaczyłaby – latarnie uliczne gaszą jego blask.

bogdan-szychowiak-7

Bogusław Szychowiak(nie znam tytułu)
Jego obrazy lubię, bo są otwarte – również na interpretację. Biały, falliczny kształt można uważać za pocisk. Mężczyźni są agresywni, bo muszą, ślą jasne pociski z mroku, nieproporcjonalnie wielkie. Albo to my, kobiety, postrzegamy ich jako zbyt małych? Przekłamujemy? A może po prostu ważne jest, co emitujemy, a nie my sami? Niepozorny człowiek może dać nam coś wielkiego, jasnego, czystego. Bogdan lubi rozmawiać – mówi obrazem, ale oprócz tego jest niezwykle cennym „gadaczem”, inspirującym i interesującym. Uważa, że to, co twórca chciał przekazać, jest nieistotne, ważne, co znalazł dla siebie odbiorca.
konrad-jarodzki-penetracja-ix

Konrad Jarodzki – „Penetracja IX”
I wszystko jasne. Aluzja czytelna nawet bez podpisu. A przecież pod gładką, precyzyjną linią czai się coś niedookreślonego, moc sytuacji granicznej, niepewność.minciel-3

Eugeniusz Minciel – z cyklu „Tym, którzy stracili głowę”
Nazywany „konkretnym abstrakcjonistą”. Bardzo konkretny.

mariusz-mikolajek-zlozenie-do-grobu

Mariusz Mikołajek – „Złożenie do grobu”

Jedyny w tym zestawie obraz o tematyce religijnej. Podoba mi się w nim jasność i ulotność postaci Chrystusa zestawiona z wysiłkiem, którego wymaga pochowanie Boga. Niemal malarstwo figuratywne. Niemal – bo jest w nim mistycyzm i żywiołowość.

Kwiaty św.Mikołaja

Grudzień 6, 2008

7

Lubię tu mieszkać, na   m o i m   Dolnym Śląsku, bo jak go nie kochać? Choćby za to, że w grudniu kwitną wciąż róże.

8

I nie tylko róże…

9

Wprawdzie ciemierniki zwiastują nadejście zimy, ale ileż wiosny w moim grudniu.

11

Zdjęcia zrobiłam wczoraj, a dziś kwiatów jest nawet nieco więcej, mimo że na niebie wiszą ciężkie, czarne chmury.

Może nie będzie zimy w tym roku? Zresztą niech sobie będzie, ale w górach. Do gór mam zaledwie kilkadziesiąt kilometrów(kolejny powód, żeby kochać Dolny Śląsk), do jeziora tyleż(następny…) i tylko morza tu brakuje, a najbardziej – oceanu(jak marzyć, to marzyć!).

WordPressie – tylko Ty mi zepsułeś humor – nienawidzę zmian! Przywykłam do poprzedniego panelu administracyjnego, doskonale się w nim czułam, po diabła mi niechciany prezent?

Incydent? Czy IPN(Idiotyczna Polska Norma)?

Grudzień 1, 2008

sztylet-w-oku
Miejsce akcji: publiczna autostrada, internetowa, ale jednak: jest policja(reaguje tylko na klaksony wyśpiewujące wulgaryzmy), kilka równoległych pasów ruchu i namiastka asfaltu. Komfort polega na nazwie.
Czas akcji: późny wieczór, niemal noc.
Uczestnicy: pojazdy uprzywilejowane, mniej uprzywilejowane, pozbawione przywilejów, stare, nowe, w różnym stanie, jeden czołg.
Pierwszy klaps(jeszcze nie boli  – w przeciwieństwie do Eboli): w trakcie „rozmów niezupełnie kontrolowanych” pada pytanie z kuciapki Polaka-katolika-antysemity:
– Jesteś katolikiem?
Napadnięty wykręca się odwłokiem i usiłuje udawać, że nie ma uszu. Ma, ale za małe, żeby za tarczę robiły. Prawdziwy Polak czepia się jak kleszcz:
– Wstydzisz się swojej religii? – pytania powtarza jak mantrę, szukając wciąż nowych ofiar. Temat wiodący kompletnie go nie interesuje, na próby zagadania jest niewrażliwy. Trwa to około godziny, jak na autostradę – masa czasu.
– Czemu, no czemu wstydzicie się powiedzieć, że jesteście katolikami? – drąży. Ktoś próbuje mu uświadomić, że nie życzy sobie, żeby zmuszano go do publicznych deklaracji, ktoś inny mówi, że to nie czas i miejsce, że to prywatne sprawy itd. Nic nie pomaga. Nie wytrzymuję – mówię, żem ateistka.
– A, rozumiem, znaczy „mądra inaczej”… tylko kretyni są ateistami, bo nie chcą wierzyć w Boga jedynego. Już dawno udowodniono, ze Bóg musi istnieć!
– Zmusiłeś Boga do istnienia? – usiłuję dowiedzieć się czegoś więcej o facecie, który sobie magię z religią pomylił. I ma się za omnipotentnego. Na netowej autostradzie wiele omnibusów.
– Jak można żyć bez wiary?
Próbuję wyjaśniać – ale moherowy pancerz jest skuteczniejszy od irydowego. Po drodze dumam: „po diabła Ci to?” Wykazuję mu, że znam Biblię o niebo lepiej niż on. I neotomizm(o tym nie słyszał). I postanowienia II Soboru Watykańskiego. I doktrynę KK. I że czytam regularnie  „Tygodnik Powszechny”(tu reakcja jest natychmiastowa – „to brukowiec”; już widzę jego dłoń szukającą brukowca; gdyby żył Turowicz, to powinien chodzić w hełmie). Dziurawe wiadro ust Katolika dopiero teraz pokazuje, co potrafi:
– Ateiści są najgorsi, zaraz po żydach i komuchach, ale komuchy to ateiści, więc na jedno wychodzi. Pewnie jesteś też lesbijką.
– I sodomitką, i gomoriatką – ironizuję, ale nie zauważa, rozpędzony jak cyklon.
– Skoro nie jesteś katoliczką, to łamiesz dekalog. Powinnaś się nawrócić – widać, jak rośnie w nim misja, a nawet zaczyna go przerastać. Zna kilka dowodów na istnienie Boga. Wszystkie niepodważalne.
– Tak, Słońce Autostrady, nagminnie kradnę i morduję – odpowiadam – wpadłam w nałóg, lepiej pozwól mi jechać swoją drogą…
– No tak, ateiści nie mają żadnej moralności. Tylko religia gwarantuje prawidłowe wychowanie dzieci i kobiet – słyszę.
– A ludzi? – pytam niewinnie, choć już lekko rozzłoszczona.
– Ludzie wierzą w Boga – pada odpowiedź.
– Cyraneczka nie ptak, dziewczyna nie ludzie – nucę sobie pod nosem.
– I na pewno zdradzasz męża – ripostuje celnie, celnik samozwańczy, który uparł się, żeby mi zajrzeć w bagażnik bez znieczulenia.
– I pożądam osła bliźniego – mówię  łagodnie – swego.Wytłumacz mi, proszę, czego zakazuje to przykazanie.
– Zboczeń – słyszę.
– Oczywiście, pożądanie żony bliźniego jest zboczeniem najgorszym, Kim Ir Śnie – mówię i uciekam, bo odzywają się „zboczeńcy”, którym smak żony bliźniego nie jest obcy. Ciekawe, że wszelkie próby uspokojenia misjonarza przez umiarkowanie wierzących spaliły na panewce. Chyba zabrakło prochu. Został pył. Mam nadzieję, że kiedyś przysypie grubą warstwą fanatyków wszelkiej maści.

Nie usiłuję nikogo przekonywać, żeby podzielał moje poglądy. Mój ateizm nie przeszkadza mi cenić de Chardina, mieć przyjaciół wśród ludzi wierzących, moja heteroseksualność pozwala mi czcić muzykę Szymanowskiego, a niechęć do koloru niebieskiego nie zmniejsza mojego podziwu dla obrazów Picassa z tego okresu. Są jednak ludzie, którzy nie spoczną, dopóki nie ukształtują wszystkich wokół na obraz i podobieństwo swoje, czując się dobrze tylko wśród kalek(znaczy: własnych, powielonych matryc).
Autorem collage’u jest Malcharek.