Archive for the ‘Społeczeństwo’ Category

Wolność w rozumieniu ustawodawców

Luty 24, 2010

Dobrzy Ludzie(DL) wiedzą lepiej. Nie więcej, niż ja – lepiej. Lepsza wiedza to już nie kategoria obiektywna, ontologiczna, włazi w aksjologię. Wiedzą lepiej niż ja, że życie jest kategorią nadrzędną, że trzeba je chronić. Odmawiają mi prawa do zrezygnowania z niego. Mają w odwłoku to, że ważna jest jego jakość, nie długość.
DL w imię „mojego dobra” zakazują mi palenia papierosów w knajpach, posiadania najmniejszej nawet ilości narkotyków, aborcji i decydowania o sobie.
Kochają pakować się do mojego łóżka – bo to najważniejsza sfera życia każdego z nas. Tutaj dzieją się rzeczy najistotniejsze – śmierć i miłość. Trzeba więc je uregulować – zdaniem DL -zakazać, zabronić, zastosować sankcje. DL kochają swoją władzę – więc w imię zwiększania przyrostu naturalnego, który – podobno – jest dobrem wspólnym – ograniczają mój dostęp do środków antykoncepcyjnych i karzą kobiety(i lekarzy) za aborcję.
DL wiedzą doskonale, że każdy powinien w    c o ś   wierzyć. Nie, nie przeszkadzają mi krzyże w salach lekcyjnych – niech wiszą. Niech wiszą półksiężyce i pentagramy. Wisieć może wszystko – a nawet wszyscy. Nauka jednak – w przeciwieństwie do religii – jest obiektywna i weryfikowalna. Jej osiągnięcia powinny być dostępne każdemu i to za darmo. Jestem gotowa płacić(z moich podatków) nauczycielom, którzy przekazują ją dzieciom. Nie chcę finansować lekcji religii, a robię to wbrew mojej woli. Niech państwo płaci nauczycielom, ale nie katechetom – jeśli ktoś chce, żeby jego dzieciak uczestniczył w lekcjach religii – niech to sfinansuje, indywidualnie, z własnej kieszeni. Jego decyzja, jego pieniądze.
Wolność jest luksusem, większości z nas – niepotrzebnym. Niełatwo z niej korzystać, niewolnicy mają lepiej. W ustrojach totalitarnych mnóstwo ludzi czuło się znakomicie – zwolnieni z myślenia mogli realizować swoje malutkie, prywatne szczęścia.
Czuję się wolna, kiedy ta moja wolność kogoś uwiera i chce mi ją odebrać. Czerwona lampka alarmowa zapala się dopiero wtedy, kiedy moje opcje nikomu nie przeszkadzają, nie wywołują kontrowersji. Na szczęście moja wolność przeszkadza wielu ludziom, którzy wymyślają przepisy, które  ją ograniczają i rzecz jasna mają oni w zanadrzu masę etycznych, szczytnych powodów, dla których chcą mnie zniewolić. Ba, nie tylko chcą – uważają się za uprawnionych! Za chwilę każą mi robić mammografię(ciekawe, że nikt nie wymyślił, żeby mężczyźni przymusowo poddawali się badaniom prostaty; może dlatego, że w organach prawodawczych przeważają faceci). Za kilka lat wszystkie restauracje zamienią się w bary mleczne, bo alkohol też szkodzi, więc nie będzie go można spożywać w lokalach publicznych. Za 20 lat wprowadzą obowiązek uprawiania jakiejś dyscypliny sportu, potem zabronią chodzić na spacery po zmroku – wszystko to dla „naszego dobra”. Totalitaryzm rodzi się niepostrzeżenie…
Pytam znajomych, czy czują się wolni. Czują się. Jak to się objawia? Bo mogą jechać, gdzie chcą, robić, co chcą. Czekam, aż ktoś wreszcie powie mi, że wolność to dla niego swoboda myślenia i mówienia, że sam może myśleć, co chce, mówić to, pisać – i innym na to pozwala.
Wolność to wykwintna potrawa, nie smakuje tym, którzy uważają schabowego z kapustą za szczyt wyrafinowania. Wcale niełatwo ją polubić, często kończy się niestrawnością, a wtedy chętnie wraca się do mielonego i ruskich pierogów. Zupa cytrynowa, foie gras, krem truflowy, li-czi w sosie z białego wina, parmeńska szynka na melonie – to nie to samo, co pizza, hamburgery z McDonalda czy risotto(też obce, ale łatwo asymilowane). Wolność, podobnie jak slow-food, przygotowuje się powoli i potem się nią można niespiesznie delektować. Żadnych erzaców, margaryny zamiast masła, konserw mięsnych zamiast bekonu, podłego sikacza zamiast np.cahors; nie chcę, żeby w imię mojego dobra ktoś stracił prawo do swobodnego wyrażania swoich opinii i ocen(bo mogłabym się poczuć obrażona), żeby we wszystkich restauracjach nie można było palić(bo ktoś sobie tego nie życzy i mu szkodzi), żeby zabroniono picia wina(bo alkohol może być przyczyną wielu schorzeń – aż dziw, że na etykietkach wódki jeszcze nie ma stosownych ostrzeżeń – i awantur domowych z użyciem przemocy, o wypadkach już nie wspomnę: nota bene o wiele więcej osób ginie corocznie w wypadkach samochodowych niż z powodu raka płuc, może więc zabronić używania samochodów?), żeby wrócił dziki pomysł pakowania do więzienia niedoszłych samobójców(Anglia to już przerabiała, na szczęście dość dawno). Każde ograniczenie wolności – dla czyjegokolwiek dobra – niesie ze sobą ograniczenie praw.
Tysiące lat doświadczeń dowiodły, że człowieka nie można „w anioła przerobić”, w katolickim kraju mnóstwo ludzi zabija, kradnie, cudzołoży, pożąda cudzych żon(może osłów już nie, ale to nie zasługa dekalogu), mówi fałszywe świadectwo, nie miłuje bliźnich. I nie da się tego wymusić żadnym prawem, żadnymi sankcjami.

Od mojej wolności wara! Dla mojego dobra – zostawcie ją w spokoju!
Aha – prezydenta też chcę sama wybierać, bo taki mam kaprys…

Ilustrację przysłał mi nieoceniony Tadeusz Kuranda, wielkie dzięki!

Za ciosem

Październik 15, 2009

Wszędzie znajdzie się jakiś „urażeniec”, wrażliwszy od mimozy, którego uczucia łatwo obrazić, bo wyobraża sobie, że je ma. A ma zwłaszcza uczucia religijne, więc składa na sesji rady miejskiej oświadczenie, że zaproszona z okazji obchodów święta miasta „Neo-Nówka” uczucia te i owe uraziła do żywego i martwego(intelekt to on ma mało żywy). Nieznalską to on by zgwałcił i następnie ukamienował. Madonnę(za datę występu w Polszcze) spaliłby żywcem, pewnego Włocha zastrzeliłby(gdyby miał jaja) za meteoryt, przygniatający JPII. Jego prawo, bo uczucia religijne ma draśnięte, że aż woda się polała – bo o krwi może jeno pomarzyć. Największy prowokator blogosfery – Proces – jak ognia boi się rozmów o religijnych odczuciach – łatwiej urażać userów, trudniej – naprawdę się narazić… kunktator jeden!
Na tym tle czytam wypowiedzi mądrych księży(są i tacy, słowo!) – Prusaka, Szostka. Przypominają, że Jezusa razili kupcy w świątyni, nie innowiercy. Że JPII    n i e    j e s t  przedmiotem kultu religijnego, ale człowiekiem, zmarłym(więc szacunek przynależny nieżyjącym mu się należy, ale tylko tyle). Że sprawa powieszenia lub zdjęcia krzyża w społecznościach demokratycznych powinna podlegać negocjacjom. Że rzetelny katolik powinien reagować nie tylko wtedy, kiedy   j e g o   uczucia są obrażane – ale i wówczas, kiedy uraża się uczucia judaistów, mahometan, prawosławnych.
Żaden radiomaryjny dureń nie pomyśli(myślenie jest zakazane – wyznawcom księdza doktora, który – kuriozum! – doktoryzował się z siebie samego, miast z ekonomii, na której zna się lepiej od Balcerowicza), że „obraza uczuć religijnych” to również parszywe komentarze po śmierci Edelmana. Przecież on był „zaledwie żydkiem”. Tylko ksiądz Szostek ma odwagę powiedzieć, że „to są moi bliźni. Kiedy oni są dotknięci, to i ja jestem  dotknięty.”
A gdzie „kenoza”? O której zdaje się nie mieć bladego pojęcia(pewnie nie ma) ojciec dyrektor? Gdzie świadomość, że gdyby nie uniżenie Chrystusa – ostateczne, tylko Jemu przynależne –  Odkupienie nie byłoby możliwe? Gdzie piękne zaufanie do artystów, że – kalając – uświęcają?
Gdzie pewność wierzących, że ich uczuć religijnych  n i e   m o ż n a   obrazić?
Najładniejszy dowcip rysunkowy, jaki ostatnio widziałam: kura ma nieco łysy odwłok, głos z offu mówi – ..wyrwali mi z kontekstu. Nie dam sobie wyrwać pióra – z żadnego ze skrzydeł!:D

Addenda(zgodnie z obietnicą)

Rudolf Otto pisał, że przeżycia religijne(nie uczucia!) to bycie pociąganym i napełnianym strachem przez „świętość” i numinosum(przejaw woli i mocy bóstwa), składają się z grozy i fascynacji równocześnie. Ta definicja ma wielu przeciwników, potrafiących swoje zarzuty uargumentować.

William James uważa, że uczucia religijne od niereligijnych różnią się tym, że – pozbawione treści poznawczej – są intensywniejsze i uroczystsze. Prawdy i przekonania religijne(nazywał je „czystymi przeświadczeniami”) są wobec przeżyć tylko wtórne i  w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Maslow(ten od słynnej piramidy potrzeb) badał zjawisko „doświadczeń szczytowych” – doświadczanie pełni istnienia – i stwierdził, że mogą one mieć zarówno charakter religijny jak i areligijny. Uznał, że przekonania religijne są późniejszą interpretacją tych szczytowych doświadczeń, których nie można przecież zwerbalizować, więc próbuje się je przekazać innym ludziom w formie przekonań właśnie. Te doświadczenia są dla doznających ich tak ważne, że gotowi są bronić ich nawet za cenę życia(w sytuacjach skrajnych gotowi są zabić lub ponieść śmierć), wolności itd.

Badania Samuelsa i Lestera(wyniki opublikowane w 1985r.) nad uczuciami wobec Boga, prowadzone wśród katolickich zakonnic i księży dowiodły, że uczucia te nie różnią się niczym od uczuć przeżywanych w kontaktach z innymi ludźmi. Miały również podobny stopień natężenia.

Ks.Jacek Prusak uważa, że uczuć religijnych nie można odróżnić od niereligijnych; są przeżywane jako miłość, wdzięczność, lęk, poczucie winy – zupełnie tak, jak uczucia międzyosobowe. Komponent motywacyjny i komponent ekspresji  też nie jest w żaden sposób wyjątkowy(składanie rąk do modlitwy, skupianie się, pomaganie innym w imię miłości bliźniego – można to robić i bez religii). Komponent neurofizjologiczny również nie jest fenomenem – stan „szczęśliwości”, wewnętrznego spokoju można osiągnąć równie dobrze dzięki modlitwie jak i dzięki stosowaniu technik relaksacyjnych czy spełnionej miłości do drugiego człowieka. Prusak sądzi, że uczucia religijne różni od innych tylko komponent poznawczy – ktoś interpretuje jakąś sytuację czy zdarzenie jako związane z Bogiem, a to wywiera na nim wrażenie, porusza go, bo – w jego ocenie – odnosi się do tego, co ponadludzkie. Osoby religijne czują się więc obrażone, bo uważają swoje uczucia za adekwatne w stosunku do określonych przekonań czy symboli, które zostały przez kogoś innego zakwestionowane, a dla nich mają wartość nadrzędną.

Zatem –  „obrażalstwo religijne” wynika ze słabej, czy silnej wiary?

Ciekawe, że żadnego katolika nie obraża koszmarna kiczowatość Lichenia, pełne nienawiści i jadu słowa Rydzyka, buteleczki na wodę święconą w kształcie „matek bosek” z odkręcaną główką, raniące uszy – zarówno tekstem, jak i melodią i aranżacją – piosenki religijne, śpiewane na pielgrzymkach, język artykułów o Alicji Tysiąc w różnych pisemkach przeznaczonych dla owieczek, żenująco niski poziom nauczania religii w szkołach itd. itp. A przeciw tym właśnie zjawiskom powinni najgłośniej protestować – bo nie Nieznalska zagraża religii, ale działalność bluźnierczych wiernych. Bo o wiele bardziej niszczy religię i jej symbole banalizacja niż prowokacja – ta ostatnia może inspirować do myślenia i przemyślenia na nowo, może wyznawców wzbogacać, a już na pewno nie obraża. A kabareciarze? Oni oświetlają jaskrawym światłem to, czego wierni zobaczyć nie chcą – więc maybachy księżowskie, pychę i żądzę zupełnie świeckiej władzy, którą często grzeszy naziemny personel Pana Boga, niedouczenie wielu księży, ich nieporadność językową(wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się wszelkie homilie i kazania internetowe – ordynarne „gotowce” na niedzielne msze i ściągi dla seminarzystów; i to nie wierni tam zaglądają, a pasterze). I katolicy powinni kabareciarzom dziękować – bo podają im na tacy nie złotówki, a informacje o tym, co ludzi zraża do instytucji Kościoła i co trzeba zmienić.

O obrażaniu i obrażaniu się

Październik 4, 2009

Najpierw fanfary!!!!!!!!!! Na cześć Tadeusza! Jego projekt będzie realizowany, a jest…cudny, sami zobaczcie! Dawno nie widziałam tak dobrego projektu plastycznego, który godziłby znak, stworzony przez artystę, z potrzebami odbiorcy.tramwaj Tadeusza

Wpadła mi w ręce niewielka książeczka, znaczy – cieniutka, ale  poczytna: „Polski kodeks honorowy” Boziewicza(na czele rankingu ksiąg poczytnych plasują się takie kurioza jak Coelho, Mniszkówna, Harry Potter, a peleton  zamykają pisarze-intelektualiści, co mnie dziwi,ale nie za bardzo, jako że to „umarła klasa” dawców i biorców) i pomyślałam sobie o obrażaniu i obrażaniu się. Wg rzeczonego kodeksu nie wszyscy mają „zdolność” pojedynkową; Boziewicz pozbawia jej osób karanych za przestępstwo z chciwości, „denuncjantów” i zdrajców, tchórzy, homoseksualistów(sic!), dezerterów z armii polskiej, utrzymanków kobiet(niezależnie od  konduity dam), autorów anonimów(jak to sprawdzić?), oszczerców, alkoholików, itp.(lista jest długa, służę szczegółową – na życzenie).
W art.14 czytamy: „Pojęciem obrazy określamy każdą czynność, gestykulację, słowne, obrazowe lub pisemne wywnętrzenie się, mogące obrazić honor lub miłość własną drugiej osoby bez względu na zamiar obrażającego”(uwaga – intencje się nie liczą).Jak nie kochać Boziewicza za „wywnętrzenie się”?

Za „obrazę lekką” Boziewicz uważa afront(obraza bez naruszenia czci – ?),  ale już naruszenie czci gentlemana jest obrazą ciężką. Do  „poważnych armat” zalicza m.in. zarzut nieuctwa(kocham go za to!), zarzut tchórzostwa(żadna kobieta by tego nie zniosła – bo kobiety, z braku innego wyjścia, muszą być odważne) i inne.
Zniewaga najwyższa to zniewaga „czci familii”, ale „wolnym od obowiązku dania satysfakcji jest mąż, który znieważa człowieka uwodzącego mu żonę” – może sobie(biedak) urągać kochankowi do woli…”Wszelką zwłokę, nie pozwalającą na wyzwanie w terminie(24 godz.) – w ciągu doby  należy wyzwanemu „donieść telegraficznie lub listem express-poleconym”(ciekawe, czy mail się liczy?) – żądanie pojedynku. Obrażający – w tekście Boziewicza – nazywany bywa „obrazicielem”.
Satysfakcja honorowa to:
– wyjaśnienie(pięknie, prawda? jak wyjaśnić komuś, że nazwanie go świnią jest wyrazem sympatii jego kubków smakowych do schabu?)
– zaprzeczenie obrazy(„nieprawda, że Twoja żona jest śliczną k..ą?” )
– odwołanie obrazy(pewnie w internecie: „nieprawda, że pan X jest idiotą”, anons bezpłatny zgoła)
– usprawiedliwienie postępku(byłem pijany, czyli polska norma, bo ludzie dzielą się na abstynentów i kapusiów)
– przeproszenie(„przepraszam pana Y za to, że jego żona  jest dziwką”)
– pojedynek(oko w oko, łeb w łeb, pysk w pysk, morduchna w morduchnę)

I tak oto nie mogę się na nikogo obrazić. Jeśli facet spod pubu(dawniej – budki z piwem) wybełkocze na mój widok „o k..a, jakie nogi!”, to to jest „usprawiedliwienie postępku”, jeśli jest niewykształcony – to podpada pod art.4(„brak wykształcenia średniego, chyba że to artysta”); jeśli zawistna baba zarzuca mi wszystkie swoje grzechy  (jako kobieta jest niezdolna do „dania satysfakcji”) – to akurat jasne, jestem zdecydowaną heteryczką, a moja miłość własna też wywiera presję – i wrzeszczy:”jeśli on uważa Cię za…(wstawić obelgę), to idiota/idiotka, więc odpuść. Dalej – lokaj nie jest  w stanie obrazić swojej pani, nawet kiedy pokaże jej język(za jej plecami).

Nowocześniej – obrażają się:
– zakompleksieni(vide Kaczyńscy – ale pewnie sama bym się obraziła, gdybym była wzrostu siedzącego psa
–  impotenci(prawda w oczy kole, oni nie są w stanie ukłuć kogokolwiek – z powodu braku żądła)
–  idiotki/idioci(nie mają pojęcia, dlaczego, ale  – czemu nie? one/oni na wszelki wypadek…)
–  indolenci(bo nie mają pojęcia, że „erudyta” nie jest obelgą)
–  grafomani/grafomanki(bo uwielbiają własną TFUrczość, a zawsze znajdą rycerzyków/rycerzyCZki, którzy/które  – chcąc je zawlec na swoje legowiska – są gotowi      powalczyć, bo w końcu za „dziewczynkę”  musieliby zapłacić, tu mają za darmochę – no i są wobec siebie bezkrytyczni/bezkrytyczne
–  i inni(wiek, maść i płeć – obojętne…wszystkim)

Mnie – jako damę – uraża nie „tykanie”(bo sama na to pozwoliłam), ale familiarne poklepywanie po tyłku(odwłok to mam wrażliwy wielce) przez osoby nieuprawnione, zwłaszcza przez mało oryginalne, za to zadufane paniĘki; ocenianie przez gości, którzy poznali słowo „frak”, ale nie wiedzą, że nie pasuje do adidasów; laicy, którzy mniemają, iż rozum – i dar polemiczny – mają(za to nie posiadają wiedzy). Uraża – nie obraża. Za to ich obraża samo moje istnienie, co mnie raduje wielce, jako że mam paskudny charakter – ale – w odróżnieniu od nich  –  m a m    c h a r a k t e r . I właśnie dlatego nie kasuję tu żadnych komentarzy – wychodząc z założenia, że obrzydliwcy sami sobie wystawiają świadectwo – certyfikat chama.
I jeszcze – obrażają się ludzie pozbawieni poczucia humoru; ci, których dystans do siebie samych jest tak malutki, że nie widzi go nawet mikroskop elektroniczny, tacy, którzy cierpią na elephantiasis ego przy równoczesnym niedorozwoju IQ, ckliwe grafomanki(tych najwięcej)  i kliniczni megalomani.
Zatem dyskusja pod wdzięczną i – zdaniem zwolenników cenzury – niewulgarną nazwą „Chamstwo w sieci” nie przyprawiła mnie o palpitacje. Drodzy urażeńcy – przecież macie wybór.
1. Zamknąć się w wieży z kości słoniowej, cenzurować komentarze(a najlepiej – uniemożliwić komentowanie tekstów, chociaż wtedy nie poczujecie dymu kadzideł).
2. Pozwolić na komentowanie i wywalać wszystkie niepochlebne wpisy, ale to moc pracy – no i skazuje na ustawiczne warowanie przy komputerze.
3. Niczego nie wyrzucać – bo tylko w ten sposób można mieć prawdziwy kontakt z czytelnikiem i wiedzieć(mniej więcej) jaki jest odbiór tekstu.

A poza tym – jedną z pierwszych oznak dorosłości jest uświadomienie sobie, że nie każdemu się podobamy, ale przecież – niezależnie od wieku – nie wszyscy  doroślejemy, nie brak Piotrusiów Panów i słodkich dziewczątek po czterdziestce…

_____________________________________
Ostatnio wydumałam taki bon mote – „Cel uświęca pal” – i sądzę, że to(wbrew moim intencjom) hasło feministyczne. Właścicieli pali serecznie przepraszam – moje intencje były inne zgoła. Tym niemniej – pięknie, kiedy pal jest uświęcony przez cel;). Nie powiem ze „zbożny” – powiem, że „piękny”.Bo takie moje zbójeckie prawo!

Akt odwagi?

Czerwiec 22, 2009

Są ludzie, którzy mogą mieć dzieci i tego nie chcą. To zupełnie świadoma decyzje.
Zarzuca im się egoizm, bunt przeciw normom społecznym, wygodnictwo, brak instynktu macierzyńskiego/tacierzyńskiego, tchórzostwo i niemal atak na WTC.
Dzieciaci patrzą na nich z pewną wyższością, opowiadają o urokach rodzicielstwa – skrzętnie pomijając jego ciemne strony, podkreślają, że decyzja o zostaniu matką/ojcem była przemyślana i dojrzała. Nie zająkną się o tym, jak bardzo dziecko ograniczyło ich swobodę, jak zmieniło ich życie, jak ogromnie się boją chorób i wypadków, wpływu rówieśników, tysiąca różnych rzeczy.
Zapominają przy tym, że ich decyzja nie była wynikiem naprawdę wolnej woli, że zadziałał instynkt włączając hormony. Wolą nie pamietać, że nie można zaplanować wszystkiego – kryzysu ekonomicznego, który skaże ich dzieci na bezrobocie lub wyjazd za granicę, uaktywnienia się genów uszkadzających płód, wyborów niezgodnych z opcjami rodziców, odejścia własnego partnera, wojny itd. Nietrudno trafić na gorzkie żale rodziców, których jedyny syn poczuł powołanie – i pozbawił ich uroków posiadania(!) wnucząt, że wypieszczone dziecko jest homoseksualne, że nie umieją się pogodzić. Ci bardziej szczerzy dodają, że przynajmniej mogą liczyć na starość na opiekę progenitury, ale te wnuki… ta niemożność przedłużenia życia – w tej akurat postaci – bardzo ich boli. Pytają ze smutkiem – kto odwiedzi ich groby, kiedy już braknie córeczki/synka, kto powiesi na ścianie ich zdjęcia, komu oddadzą rodzinny album, dom, pamiątki? Może więc decyzja o prokreacji jest sposobem na przedłużenie własnego życia? Tak decyduje za nas podświadomość,  w której wciąż jest zakodowany lęk przed śmiercią i przemijaniem. Opiekowaliśmy się naszymi rodzicami, kiedy tego potrzebowali – liczymy na rewanż? Tego wszytkiego nie bierze się pod uwagę mając mniej niż trzydzieści lat, więc świadome macierzyństwo/ojcostwo to mit? Narodziny niemal automatycznie generują miłość rodziców – i zagłusza ona wszystkie wątpliwości.
Dziecko łączy rodziców na mur, nawet jeśli nie utrzymują ze sobą kontaktów. Często jest argumentem za nieopuszczaniem partnera. Bywa, że staje się mimowolnym sprawcą trwania nieudanych związków. Facet porzucający żonę obarczoną dwojgiem lub wiecej potomstwa „gwarantuje sobie”, że ona pozostanie samotna, niełatwo jej będzie znaleźć kogoś, kto będzie chciał i umiał inwestować uczucia i pieniądze w cudze dzieci. Żonie, rodzącej trzecie dziecko, wydaje się, że mąż jej już teraz nigdy nie zostawi. To nie egoizm? Nie lęk?

Może więc decyzja o nieposiadaniu dzieci jest jednak aktem odwagi? Aktem naprawdę wolnej woli? Sądzę, że wtedy istnieje się inaczej – bardziej intensywnie przeżywa każdy dzień, mocniej odczuwa się upływ czasu, może częściej i chętniej poświęca się pracy. Może głębiej przeżywa się miłość?
Argument obrzydliwy: kiedy zdechnie nasz ulubiony pies, długo bronimy się przed adoptowaniem kolejnego, bo nie chcemy przeżywać jego śmierci. Płodząc/rodząc dzieci przywołujemy na świat kolejne istnienie, które musi umrzeć, może dlatego tak bardzo zależy nam na wnukach?