Archive for Październik 2008

Rzecz o języku

Październik 26, 2008

Milczałam. W czasach powszechnego bełkotu, zalewu słów – z taką łatwością wrzucanych w internet, czyhających w ustach polityków, czających się na łamach niechlujnie redagowanych tabloidów – milczenie bywa pożądane. Znów jednak zakładam zbroję i wyruszam na barykadę, żeby bronić języka, niezbędnego narzędzia poznania i zupełnie niezwykłego środka komunikowania się z ludźmi.
Nie zgadzam się na bylejakość rozmów i „mów”. Na skróty myślowe, które sprawiają,że potem długo i uciążliwie trzeba wyjaśniać swoje intencje. Rzekomy luz rozmaitej maści prezenterów radiowych i telewizyjnych atakuje mnie, usprawiedliwiając swoją brutalność tym, że podobno ludzie nie mają czasu słuchać dłuższych wypowiedzi, że wolą skrót, obrazek, że nie umieją czytać. Prowadzący wywiad zaprasza do studia osobę, której poglądy mnie interesują, ale nie po to, żeby rozmawiać – po to, żeby mieć okazję wygłosić własne, kompletnie mnie nie obchodzące, zdanie. Bezceremonialnie przerywa wypowiedź swojemu gościowi, bo musi przecież pełnić misję, polegającą na promowaniu siebie samego.
Słowa-wytrychy włamują się do naszych myśli, rozleniwiają – a od lenistwa i niedbalstwa językowego zaczyna się otępienie umysłowe. Wszechobecny „projekt” zaczyna mnie doprowadzać do dzikiej furii. Byle pop-gwiazdeczka nie nagrywa już paskudnej pioseneczki, tylko „realizuje projekt”, działacze piłkarscy mają w zanadrzu „projekt walki z korupcją”, ostatni spektakl teatralny to – oczywiście – projekt reżysera. Mam wrażenie, że słowo to wyrosło ponad miarę w ustach kukieł „zaprojektowanych” na ludzi.
„Wiocha” to sposób zachowania, buty, telefon, piosenka, plakat i czort wie, co jeszcze. Przykłady można mnożyć. Mam nadzieję, że moją niechęć do bylejakości mówienia ktoś ze mną podzieli.
Czasem przypadkowi rozmówcy(nie mówię tu o moich komentatorach – mam to szczęście, że bywają u mnie ludzie mądrzy i skłonni do namysłu, dopowiadający i rozumiejący, konieczni mi jak powietrze i woda) zarzucają mi, że używam zbyt wyszukanych słów, że mogłabym prościej i łatwiej. Otóż – nie mogłabym. Nadmierne upraszczanie skomplikowanego tematu łatwo zmienia się w prostactwo. Można w kilku prostych słowach skutecznie uargumentować prawo do samobójstwa? Tezę o potrzebie lub braku potrzeby wiary? Uzasadnić autorytaryzm Polaków?
Nie potrafię brutalizować języka. Cenię wartość niuansów, nie zapominam o odcieniach. Lubię tez kolokwializmy – one wzbogacają paletę, podkreślają obraz. Nie udaję, że nie mam ciała – ale drażni mnie wulgarność. Nie będę nazywać rzeczy po imieniu, bo imię tej rzeczy można usłyszeć na ulicy z delikatnych usteczek pięciolatków, którzy bez „ch..ja” nie potrafią zamienić ze sobą dwóch równoważników zdań. Nie lubię – bo mści się na mnie szkoła muzyczna, która uwrażliwiła mnie na melodię języka, na jego brzmienie. Słyszę poszczególne frazy, a kiedy czytam dobry tekst – wyczuwam jego rytm.
Za wiele wymagam? Czy określenie „oniryczny” nie powinno należeć do zwykłego wyposażenia leksykalnego przeciętnego maturzysty? O akceleracji to nawet ja się uczyłam na fizyce – i wiem, na jakiej zasadzie działa cyklotron. Czyżby współczesny – średnio wykształcony – człowiek nigdy o takim, dość starym przecież, wynalazku nie słyszał? Szlag mnie trafia, kiedy czytam w lokalnej gazecie taką przedziwną konstrukcję zdaniową: „We wtorek rano wszedł w kolizję pojazd marki opel astra. Po zderzeniu z barierką samochód został uszkodzony i wymagał holowania”(słowa te napisał świeżo upieczony magister dziennikarstwa; podczas telefonicznej rozmowy ze mną stwierdził, że to tylko takie krótkie notki i każdy wie, o co chodzi).
Język, którego używa się byle jak, staje się łatwo narzędziem manipulacji. Celują w tym politycy PiS-u, chociaż inni też mają swoje „zasługi”. Sławetny „układ” stał się synonimem czegoś straszliwego, ogólnoświatowego spisku na miarę masonerii i świadectwem działalności niewidzialnej ręki UFO. „My, bliźniacy, tworzymy zdrową sieć hierarchicznych zależności, oni – pozostali – wraży układ”. Nikt niczego nie argumentuje, niczego nie wyjaśnia, nie musi dowodzić swoich racji. Skrót myślowy zwalnia z uzasadniania, a chętnych odbiorców – z myślenia. W tle zaś kwitnie w najlepsze narcyzm językowych manipulantów, których celem nadrzędnym jest zawładnięcie słuchaczami. Podobną metodę stosują prezenterzy telewizyjni, Wildstein, Pospieszalski i wielu innych. Z ich twarzy można wyczytać lekceważenie wszystkich, którzy im nie klaszczą.
System testów – do którego wracam z uporem maniaka – sprzyja bezrefleksyjności. Jak nauczyć formułowania tez, obrony swojego stanowiska, prowadzenia logicznego wywodu – jeśli certyfikat konieczny do rozpoczęcia studiów zdobywa się dzięki opanowaniu technik, które zabijają samodzielne i twórcze myślenie? Jeszcze trochę, a na teście maturalnym z języka polskiego pojawi się polecenie:”Spośród wydrukowanych niżej idiotikonek wybierz tę, która symbolizuje dobre samopoczucie okraszone uśmiechem”.
Addenda:
Akt mowy jest aktem poważnym. Nie tylko komunikuje, ale również czegoś dokonuje. Kiedy ktoś z nas wypowiada zaklęcie, zgadza się na spełnienie czyjejś prośby, mówi „tak” w USC czy w kościele – to jego wypowiedź językowa zyskuje specyficzną „moc sprawczą”, staje się aktem performatywnym.
Akt mowy może być więc:
– aktem lokucyjnym (chciałam powiedzieć pewne słowa i powiedziałam je)
– aktem illokucyjnym (chciałam powiedzieć pewne słowa, żeby sprecyzować swój pogląd czy postawę i powiedziałam je)
– aktem perlokucyjnym (chciałam powiedzieć pewne słowa, żeby dzięki ich lokucyjnym i illokucyjnym właściwościom zrealizować jakąś własną intencję, która miała spowodować zmianę lub umocnienie postawy adresata – albo też jego sprzeciw – i powiedziałam je)
Oczywiście – nie wystarczą moje intencje – konieczny jest jeszcze kontekst kulturowy, zwłaszcza w dziedzinie języka. Szczególnie powszechnie akceptowane sądy interpretacyjne. To dzięki nim można trafnie odczytać moje intencje. Siłę aktu mowy stanowią metafory, symbole, archetypy i my wszyscy – podmioty mówiące. Dość bezradności! Słowa mają znaczenie, mają siłę. I nie wolno ich traktować byle jak. Bo potrafią się zemścić.

Ogromnie dziękuję wszystkim tym, którzy odczuli moją nieobecność i dopingowali mnie do pisania. Katju, Kasiu, Sarno, Sprzątaczu, Stefanie najmilszy, Grzesiu, Telemachu – ślę Wam uśmiech jesienny, zmierzchowy…

Postanowiłam ilustrować moje notki, niekoniecznie często, ale za to czymś, co sama sfotografowałam, dostałam w prezencie od zaprzyjaźnionego autora lub(o zgrozo!) popełniłam. Dziś Jacek Dehnel – zdjęcie tego obrazu zrobiłam podczas jego wernisażu. Tytuł:”Orfeusz”.