Archive for Lipiec 2008

Mrok

Lipiec 24, 2008

W mroku rodzą się wizje. W ciemności – nigdy dość kompletnej – zaczynamy widzieć. Pod powiekami powstaje prawda nieprzekładalna na harmonię jasności. Błądzenie w pozbawionej światła rzeczywistości odrealnia i ją – i nas samych. Nieoświetlone zaułki, czarny las w bezksiężycową noc, otulający i duszący opar nad zmierzchowymi łąkami i cisza pełna szelestów i odgłosów nierozpoznanych, więc trwożących. W przemieszaniu trwogi-ciemności, która nas tak pociąga – i jasności pozbawionej lęku, ale do bólu realnej – błyska szczęście. W tym szczęściu jest więc jakiś udział trwogi. Dionizje urządzano na cześć boga, który nauczył ludzi szczęścia i zabawy, a przecież bachantki z jego orszaku rozszarpały Orfeusza – w tle szczęścia jest krew i przemoc. Jeśli twórczość rozgrzesza ze wszystkiego, to mamy prawo polować na siebie i innych? Traktować przedmiotowo świat, ludzi, nas samych?
Sztuka współczesna tworzy własny język, nierozumiany przez większość ludzi. Spod jasności prześwituje ciemność lęku, o którym nikt chyba nie umie mówić. Nowy język bierzemy za bełkot, zresztą często to rzeczywiście bełkot – każdy język na początku swojego istnienia próbuje, błądzi w ślepe uliczki, powoli się doskonaląc. A przecież tym – często niezdarnym językiem – twórca mówi rzeczy fascynujące. Bronię jego praw – bo prawa odbiorcy są nazbyt mocno chronione.
Umarli krytycy, bo przecież rzetelny krytyk tak naprawdę kocha przedmiot swoich zabiegów, ale wykorzystuje go też bezlitośnie – do porządkowania własnych myśli, do przyozdobienia ich ornamentem wyszukanych metafor – i wypuszczenia tych myśli na wolność publiczną. Zwykłe recenzowanie jest dostępne niemal każdemu – nawet ćwierćidiocie – i potrafi to zrobić zupełnie udatnie. Celują w tym kobiety – zwłaszcza zawistne, bo tak łatwo ukryć zawiść pod pozorami obiektywnej oceny. Recenzent pozostanie jednak antytezą twórcy, podczas gdy prawdziwy krytyk jest współuczestnikiem aktu kreacji, a w końcu sam zaczyna tworzyć, ulegając impulsowi autoekspresji. Tłumienie tego impulsu(bo nie wypada, bo to ekshibicjonizm, bo los artysty jest trudny i diablo niewygodny) przynosi skutek w postaci wysokiego konta w banku, wygodnego domu, oddanego i akuratnego partnera(partnerki) i ekskluzywnego miejsca na cmentarzu. Pamięć po kimś takim trwa około miesiąca. Krytyk prawdziwy stopniowo zyskuje autonomię, tracąc komfort codzienny. Nie opiera się pokusom.
Zarzut, że dbam o język, że przejawiam nadmierną troskę o formę jest zapewne uzasadniony. Forma musi ściśle przylegać do przedmiotu, inaczej naraża go na kalectwo zakalca. Piszę, bo nie mam wyboru. Piszę zgodnie z jedną prawdą. Nie przeciw innej. Piszę też dlatego, że – jak każdy – muszę jakoś uporać sie z kolejnymi okropnościami, poszukać w mroku szczęścia. Nie wiem, czy warto tropić prawdę – każdy jest właścicielem swojej. Oczywiście istnieją błędy – ale ich ujawnienie nie jest przecież tożsame z odkryciem prawdy. Bo prawda nie jest ich przeciwieństwem. Najczęściej zwracam się wtedy ku innej prawdzie, obarczonej jeszcze większym błędem. Tak łatwo śmiać się z ludzi średniowiecza, głęboko przekonanych o tym, że myszy rodzą się ze słomy i brudnej wody i że kamień filozoficzny – byle go tylko znaleźć – zapewni nieśmiertelność, tak trudno śmiać się z siebie samych, jeszcze wczoraj wierzących w podobne bzdury. Każda fundamentalna zasada zaczyna się niebezpiecznie chwiać natychmiast po tym, jak została sformułowana, sztuczne jej podtrzymywanie wymaga mnóstwa wysiłku, który i tak idzie na marne. A kurczowe trzymanie się zasad grozi śmiercią pod ich gruzami.
Zmroczniałam i zmroczyłam przesłanie tego tekstu?

A „krytyka” – wyrażona wprost lub pośrednio o treści „stara, nudna idiotka” świetnie mi robi. Siadam sobie wygodnie z kawą i lampką wina i zaczynam myśleć: stara się nie czuję, do starości mi na szczęście daleko, ze sobą samą się nie nudzę, więc i ten zrzut jest bezpodstawny, idiotką nie jestem, chociaż do mądrości mi daleko. Wbrew intencjom zoila utwierdzam się w niezłym mniemaniu o sobie – zdołał mnie nakłonić do podwyższenia samooceny ;)

Lekko i letnio

Lipiec 11, 2008

Zacznę od takiej myśli, która się na mnie rzuciła z drapieżnością Harpii – blog, net, czaty – to taka fatamorgana. Najpierw widzisz palmy, pałace, hurysy, pięknookich beduinów, wielbłądy. Potem znikają kolejno: pałace, odaliski, beduini – i zostajesz sam na sam z wielbłądem. Najgorsze, że widzisz go w lustrze…
A teraz lekko i letnio wrócę do Bunia, o którym już wprawdzie pisałam dwukrotnie w tym blogu, ale było to tylko sygnalizowanie problemu. Bunio byłby doskonałym, wręcz modelowym bohaterem serialu pt.”Pechowiec”, a scenarzyści powinni oddać mu swoje tantiemy – jego życiorys jest gotowcem, nie wymaga nawet najmniejszych poprawek.
Wyczyny w postaci „przypadkowego” zerwania gazowego junkersa ze ściany w moim domu, utraty zęba przedniego górnego podczas zwyczajnego pływania w oceanie – i bez kolizji z czymkolwiek, choćby z wodorostem, trafienie korkiem od szampana dokładnie w żyrandol oraz szereg innych, drobnych wydarzeń – wszystko to dowodzi, że Bunio jest właścicielem pecha-giganta.
Do drobnych zdarzeń zaliczam takie na przykład: jedziemy zwiedzać Polskę, kilka samochodów, namioty, doskonałe nastroje. Bunio troszczy się o – jego zdaniem nieco ofermowate – kobiety i zawiązuje białe kokardki na linkach namiotów, bo jeszcze któraś nie zauważy i rozbije śliczne kolano. Po czym trzeba opatrywać kolano Bunia – nie zauważył kokardek.
W sylwestrowy wieczór potrafił omamić zamykającą właśnie sklep ekspedientkę, rzutem na taśmę nabył alkohol(na dużej prywatnej imprezie odpowiadał za trunki) i wyrąbał się następnie z całym tym nabojem na śliskich schodach. Ktoś inny pewnie po prostu wstałby, pozbierał butelki i poszedł – Buniowi udało się stłuc wszystko, zbieranie musiałoby polegać głównie na ssaniu i lizaniu w miejscu publicznym. Ocalał tylko szampan…a pani zdążyła już zamknąć sklep i uodpornić się na Buniowe prośby przy pomocy metalowych sztab i nagle nabytej głuchoty.
To właśnie jemu – w uporządkowanych do bólu i akuratnych Niemczech – urywa się klamka w publicznej toalecie i musi czekać uwięziony w niej na nadejście pomocy. To on podczas wichury przestawia – na wszelki wypadek – samochód spod drzewa na podwórze i następnego dnia musi wstawić nową szybę – rzecz jasna przednią – bo trafiła w nią dachówka. Drzewo nie straciło nawet jednej gałęzi.
W jednej dziedzinie Bunio ma kolosalne szczęście – pewnie w ramach rekompensaty ze strony Fatum, które chyba ma wobec niego jakieś poczucie winy. Otóż Bunio nie tylko ma pieniądze, ale wszystkie operacje finansowe, jakich dokonuje, kończą się niebywałym wręcz sukcesem. Twierdzi, że decyzje podejmuje na nos, wyczucie, przypadkowo lub pod wpływem nagłego olśnienia. Posiadanie odpowiednich zasobów umożliwia mu podróże. Zniesmaczony polską zimą postanowił pod koniec lutego pojechać do Grecji, zwiedzając po drodze co się da. Miał wrócić na początku maja, tak żeby towarzyszyć nam w wyjeździe do Francji. Pojechał. Strasznie okrężną drogą, przez Szwajcarię, która mu się napatoczyła przypadkiem, jako kraj niezwiedzony. Do samochodu(specjalnie nabył volkswagena T3, wyposażonego w lodówkę, kuchenkę, klimatyzację i inne luksusy) przytroczył rower – zamierzał zostawiać auto na campingach, a miasta zwiedzać przy pomocy środka komunikacji łatwiejszego w parkowaniu i eliminującego problem stania w korkach. Rower nabył duży, jako że wzrost Bunio posiada stosowny do pecha – około dwóch metrów. I pojechał. Najpierw telefonował do Polski, czasem nawet używał skype’u, bo na cywilizowanych noclegowiskach Europy taka możliwość istnieje, po czym zamilkł na mur. Jego telefon nie odpowiadał, abonent był wciąż poza zasięgiem i zaczęliśmy się nieco niepokoić, czy aby nie wpadło mu do głowy zdobywanie alpejskich szczytów, bo w górach pech Bunia eksploduje ze zwiększoną siłą. I tuż przed świętami zadzwonił. Z Włoch. Ze szpitala. Pozwiedzał na rowerze San Marino, potem zjeżdżał stromą ulicą na camping, potem… nie pamięta. Reszty dowiedział się z miejscowej gazety. Dokładniej – po odzyskaniu przytomności ujrzał swoje zdjęcie na pierwszej stronie tejże gazety. Do fotografii pozował leżąc, a towarzystwie ratowników. Oni nie leżeli, mieli dość dużo pracy, którą zapewnił im właśnie nasz przyjaciel. Wypadku jako takiego nikt akurat nie widział, najprawdopodobniej Bunio wyleciał z pojazdu przez kierownicę, bo prędkość roweru nie skorelowała się z jego prędkością. Na trzeciej stronie gazety serwis fotograficzny był jeszcze bogatszy – Bunio dowiedział się, dlaczego stracił sweter i spodnie i kto odpowiada za ich pocięcie. Pomyśleć, jak wielu ludzi marzy o tym, żeby dostać się na pierwsze strony gazet, jak bardzo się starają, ile podejmują działań. Bunio po prostu wsiadł na rower. Wystarczyło, żeby robił za sensację dnia w niewielkim San Marino. Maleńkiej enklawie w wielkiej Unii Europejskiej – w której ubezpieczenie, wykupione przez pechowca, nie działało. Parę kilometrów bliżej i dalej – owszem. Po dwóch dniach przewieziono go do włoskiego szpitala, uznając, że już nadaje się do transportu. Rachunek ze szpitala w San Marino musiał jednak zapłacić. Dwie osoby z grona przyjaciół-i-znajomych odbyły niezaplanowaną wycieczkę do Włoch, żeby przywieźć z powrotem do Polski wstrząśniętego mózgowo i dysponującego nieco nadpękniętą miednicą delikwenta. Pech dotknął emerytowaną pielęgniarkę z jego rodziny, która poczuła się zobowiązana do opieki – i nie opuścił Bunia, zmuszonego do przyjęcia pozycji horyzontalnej i odbywania wyroku w postaci konieczności oglądania telewizji, jako że do internetu dostępu nie miał, laptop przydawał mu się tylko w charakterze tacy. Pech trafił rykoszetem i w nas – w ramach rozrywania pacjenta grywaliśmy z nim w brydża. Ktoś musiał przecież grać z nim w parze. Uważam, że zbyt często wypadała moja kolej. Rzecz jasna dostaje same blotki, kiedy Ty masz akurat mocną kartę, albo ma renons w wylicytowanym kolorze.
Nie mogę namierzyć źródła, ale pamiętam,że kiedyś czytałam o pewnym eksperymencie, przeprowadzonym przez zespół psychologów. Przed wieżowcem przez kilka dni kładli skórkę od banana – zawsze ślizgali się na niej ci sami mieszkańcy.
Syndrom Bunia zaczyna mnie skłaniać do stosowania jakiejś magii – może białej? Wrócę do „Złotej gałęzi” Frazera, tam na pewno znajdę jakieś wskazówki, wykorzystam zioła z ogrodu, zasięgnę rady nietoperza, który siedzi na moim ramieniu. W końcu karmię go różami, to go zobowiązuje ;)

Mam do Was prośbę – chcę zarekomendować blog, który ma kilka walorów, moim zdaniem istotnych – jego autor ma niewątpliwy talent narracyjny, a to, co pisze, jest autentyczne. Debiutuje w WordPressie. W powodzi gadania o kieckach i gadaniny o emocjach podstarzałych podlotków blog Yoyo jest czymś nowym i świeżym. Polecam. Radzę czytać od najstarszego wpisu, inaczej łatwo się pogubić.

Jeszcze jedno – gorąco dziękuję, Sir Lancelocie, za przekład mojego tekstu na angielski(Trzy moralitety z syreną w tle). Miło mi,że uznałeś, że jest tego wart ;)