Archive for the ‘filozofia’ Category

Zraniona

Grudzień 13, 2009

Nie, nie zraniły mnie dziwaczne próby malowania mojego „portretu psychologicznego” przez pacykarzy.
Nie drażnią mnie argumenty ad personam, bo to żadne argumenty. To wyraz bezradności. Nieprawda, że próbuję kogokolwiek przekonać, że ateiści są więcej/mniej warci od wierzących. Jeśli już o coś walczę, to – paradoksalnie – o jakość wiary. A dialog uważam za możliwy i twórczy. I wiem, że KK jest do takiego dialogu zdolny. „Przewrót kopernikański” w Kościele to z pewnością osiągnięcia Soboru Watykańskiego II, możliwe dzięki mądrości i odwadze niedocenianego  Jana XXIII. Kościół – zwłaszcza europejski – zaakceptował fakt, że ludzie mogą wyznawać inne religie(i nie są przez to ani lepsi, ani gorsi od chrześcijan), mogą też nie wyznawać żadnej religii, a mimo to przestrzegać norm etycznych, które przyjęli i które nie kolidują z normami moralnymi katolików.
Nie przeszkadzają mi krzyże w salach szkolnych,  w których uczy się religii, nie przeszkadza mi obecność księdza na wszystkich uroczystościach. Nie podoba mi się jednak, że nauczyciel ma opiekować się dziećmi podczas rekolekcji w kościele, nawet jeśli jest niewierzący. Rzadkie to wypadki, ale się zdarzają. Nie podoba mi się hipokryzja – zarówno władz państwowych jak i duchownych – dotycząca rzekomego nieuprzywilejowania żadnej z opcji. Bo swobodny wybór religii lub etyki sprowadza się do faktycznego wyboru religii, etyki nauczanej przez katechetów lub… rezygnacji z którejś z tych możliwości, bo trzeciej z reguły nie ma. W ilu polskich szkołach etyki uczą absolwenci filozofii? I nieprawda, że na świadectwie „nie widać”, czego uczyło się dziecko. Wydrukowano tam „religia/etyka” i jest miejsce na stopień. Brak tego stopnia oznacza, że uczeń nie chodził na religię. Pracodawca otrzymuje więc informację, której mieć nie powinien. A to już nie jest w porządku. I nie w porządku jest wliczanie stopnia z religii do średniej ocen, która ma istotny wpływ na możliwość studiowania na wymarzonej uczelni, bo praktyka jest taka, że ocenia się udział młodego człowieka w nabożeństwach i pielgrzymkach, jego aktywność w różnych Oazach itd., a w najlepszym wypadku – jego znajomość zasad jedynie słusznej wiary. A to nie powinno mieć wpływu na przyjęcie na niekatolicką uczelnię publiczną.
Przeszkadza mi banalizacja religii, która szkodzi jej o wiele bardziej niż wszyscy ateiści razem wzięci; bardziej, niż działalność Świętego Officjum i o wiele bardziej niż Bierut, Gomułka czy Stalin.Banalizacja to koszmarne gadżety w postaci długopisów z trójwymiarową(sic!) Matką Boską, pozytywek grających kolędy, na których kręci się figurka Jezusa – są nawet scyzoryki, profanujące krzyż(taki właśnie breloczek przywieziono mi – jako swoiste curiosum – z Częstochowy, kupuje się je w sklepach z dewocjonaliami).

Banalizacja to również poświęcanie przez księdza – w oprawie tak uroczystej, że aż zabawnej – byle myjni samochodowej, szatni dla zawodników piłki kopanej, a nawet nowej toalety publicznej. To nadmierne przenikanie się sfery sacrum ze sferą profanum, które nie zaszkodzi tej drugiej, ale niszczy pierwszą. To stawianie pomników Jana Pawła II we wszystkich miasteczkach(zaprzyjaźniony Francuz opowiedział mi krążący w jego kraju dowcip: -Czym różni się Francja od Polski? -We Francji jest tylko jedna miejscowość, gdzie nie upamiętniono ofiar I wojny światowej, choćby w postaci płyty pamiątkowej – W Polsce nie ma ani jednej miejscowości, w której nie ma pomnika papieża, tablicy, ulicy jego imienia), to specyficzny radiomaryjny język, to protesty przeciw występowi Madonny w dniu 15 sierpnia, bo to święto kościelne itd. Na marginesie: w moim mieście postawiono pomnik w obrębie zabytkowego kościoła otoczonego równie zabytkowym murem. I oto czytam ze zdumieniem w lokalnej prasie, że proboszcz uznał, iż pomnika zza muru nie widać, więc”się wyburzy mur lub zrobi się ażurowy – i ma uzasadnioną nadzieję, że wojewódzki konserwator zabytków wyrazi na to zgodę” – że też Bóg nie spuści na głowę ojczulka kaganka! Czternastowieczny mur to w końcu pikuś wobec zapędów księdza, a zresztą najpierw się go wyburzy, a potem poprosi o zgodę…
Jednocześnie to właśnie u nas powstała jedyna na świecie historia filozofii po góralsku, to tutaj wydawany jest „Tygodnik Powszechny”, który czytuję regularnie, bo mądrzy ludzie tam piszą, a który niewiele ma odpowiedników w innych krajach. To u nas naucza się w seminariach z podręczników napisanych przez późniejszych apostatów, bo są po prostu dobre. To właśnie w Polsce mogę przyjaźnić się z biskupem, który mnie nie potępia, ale uważnie słucha – i rozmawia bez wstrętu, chociaż ma mu to za złe proboszcz, na pastwisku którego mieszkam. Ma za złe, ale nie ośmieli się tego publicznie powiedzieć, napomyka zaledwie.

Tak było jeszcze wczoraj, dziś kwiaty odeszły.

Zraniło mnie coś zupełnie innego. I trudno mi się pozbierać. Podczas bardzo poważnej dyskusji zarzucono mi, że nie doceniam emocji, że słucham zbyt uważnie, że żądam argumentów, że nie oceniam całości tekstu, ale koncentruję się na jego treści, że przeszkadza mi nienaukowy język rozprawy(niewielkiego objętościowo tekstu), która – wg wielu – jest  ontologiczna(tych „wielu” zasugerowała Maria, którą też kocham – i która niewątpliwie jest autorytetem) . A moim zdaniem – jest tylko próbą argumentowania niezdarnej tezy panienki, która metaforami godnymi Ani z Zielonego Wzgórza próbuje zakryć swoją nieporadność. Bo – podobno – powinnam się domyślić, że doktorantka ma problemy psychiczne. To czemu – do diabła! – nikt mi o tym nie powiedział? I dlaczego mam stosować taryfę ulgową, którą – być może – stosowano wobec niej w LO i na uczelni? Ze szkodą dla niej, bo czort wie, czy nie wyrządzono jej w ten sposób krzywdy?
Nie umiem pojąć tych zarzutów, ale może jestem za głupia po prostu. I zraniło mnie również to, że wciąż podkreślano, że jestem tak bardzo wrażliwa, że to moja cecha, że na tę moją wrażliwość liczą i biorą poprawkę. I jednocześnie walono na odlew, bo wrażliwca najlepiej strzelić w łeb.
Dlaczego się pogubiłam? Bo nie można jednocześnie zarzucać mi, że słucham zbyt uważnie, że nie widzę całości, że szukam treści, a przecież forma ważna, skoro od początku mówiłam, że starałam się nie zauważyć kulawej formy, poszukać treści – i ta treść właśnie okazała się dla mnie niestrawna, skoro nie forma i nie treść, to co? Miałam czytać z oczu? Podałam powody niestrawności. Też źle – bo nie widziałam ontologiczności tekstu. W skrócie – pani próbowała powiedzieć, że przemiana w życiu człowieka polega na olśnieniu, które trwa moment i po którym nic nie jest takie samo jak przedtem. Jasne, można tego  chcieć, można uważać, że tak bywa. Wszystko można, ale jeśli tekst pretenduje do miana filozoficznego, to mam pewne wymagania. Mogę nie zgadzać się z platońską koncepcją duszy, ale nie mam wątpliwości, że teksty, w których Platon ją zawarł, są filozoficzne. Nie mam wątpliwości, że Cervantes napisał „Don Kichota” również po to, żeby przekazać nam własny system filozoficzny.
Mam jednak prawo podważać tezę, że przemiana nie jest procesem, ale wydarzeniem. Podobno nie powinnam była użyć argumentu o śmierci. Brzmiał mniej więcej tak, że śmierć najbliższych zaczyna się na długo przed ich zgonem – i trwa przez wiele lat, właściwie nigdy nie następuje. Bo pani poczuła się skarcona, jak mała dziewczynka. Nie wiem, czy ktoś z nas, dorosłych, nie myślał nigdy o tym, że odejdzie jego matka, ojciec, kochanek – co wtedy będzie. I jeśli ktoś doświadczył takiego odejścia, to przez lata całe żegna się ze zmarłymi. Wciąż odchodzą, coraz dalej, ale nadal obecni. Nie wiem, czy ktoś z Was poczuł, że od tego momentu wszysto się zmieniło, dla mnie wciąż się zmienia. Nawet podczas pisania tego tekstu ulegałam przemianie – i po jego napisaniu jestem nieco inna. I w pewnym sensie – nadal taka sama. Bo nadal lubię ciężkie, egzotyczne zapachy, wciąż kocham Borgesa, ale zwerbalizowałam emocje – i one się zmieniły. Teza, że po przemianie „nic już nie jest takie samo jak przedtem” jest możliwa, rzecz jasna, ale niechże ją ktoś jakoś umocuje, same metafory to za mało.
Jeszcze jedno – sądzę, że filozofia staje się coraz bardziej interdyscyplinarna – i bardzo dobrze! Coraz bliżej jej do antropologii kulturowej, coraz śmielej czerpie z psychologii(psychologowie uważają, że „święta trójca”: Sokrates, Platon, Arystoteles – to właściwie prekursorzy psychologii, mówili o człowieku i jego świadomości), uznaje zdobycze fizyki kwantowej, anektując jej odkrycia(sama mam na sumieniu aneksję zasady nieoznaczoności Heisenberga na potrzeby filozofii), zaczęła wreszcie doceniać „tę wstrętną socjologię”, zbliżyła sie do literatury itd. I vice versa.

Czy  ktoś z Was doznał takiej przemiany, o której może powiedzieć, że była tak istotna, że od tego czasu nic już nie było takie samo(i nastąpiła w bardzo krótkim czasie)?

Logos przysłał mi zdjęcie sztyletu-krucyfiksu.  Co jeszcze można ukryć w krzyżu? Co jeszcze można na nim powiesić? Czysty, nieskażony symbol stał się orężem, nie dziś, już dawno. Szkoda.

Czasoświadomość(kolejny fragment większej całości)

Listopad 25, 2009

Mózg to przedziwne urządzenie. Na ogromną część jego działań nie mamy najmniejszego wpływu. Nie kontrolujemy – świadomie – czynności oddychania, trawienia, mrugania(ale przymrużanie oka to już czynność świadoma), wielu czynności motorycznych i masy innych „akcji”, a przecież nasz mózg jest ich sprawcą.  Warto więc oddzielić umysł od mózgu. Można przyjąć, że umysł to coś w rodzaju biologicznej struktury przetwarzającej informacje. I mamy następny kłopot, bo przecież nie wszystkie informacje nasz umysł przetwarza świadomie. Wiele z nich dociera do umysłu, a on je selekcjonuje – jedne odsyłając do „centrum obliczeniowego”(ta część umysłu, której nie jesteśmy świadomi), a  inne załadowuje nam do umysłu… hmmm.. „rozważającego”. Taka hipoteza jest możliwa? Póki ktoś jej nie przewróci – jest. Świadomość koncentrowałaby się więc w części „rozważającej” umysłu.

Świadomość jest  związana z aktywnością umysłu. Jest procesem. Nie mamy pojęcia, jak działa. Nagle przypomina mi się jakaś melodia, usłyszana dawno temu, fragment wiersza, który czytałam jako dwudziestolatka – i nie nie wiem, jak to się stało, jakie zjawiska zaszły w moim umyśle, które mnie zaprowadziły do cytatu z Holderlina. Mój umysł zatem nie jest mi dostępny jako całość, ale pewna jego część – tak. Oprócz świadomości jest też samoświadomość. Powiedzmy, że to coś w rodzaju możliwości koncentrowania się na sobie samym. Na tym, co dla mnie ważne – czyli na moich emocjach, moich ideach, moich przekonaniach. I ludzie robią to zaskakująco rzadko. Z reguły myślimy o innych, o czymś innym niż JA. Łatwo to sprawdzić – wystarczy sobie ustawić w komputerze jakiś brzęczyk, który co pewien czas się odezwie – i uczciwie zapisać, o czym w tym momencie myślimy. Jeśli dumamy o filmie, który oglądamy, rozmawiamy z rodzicami czy dziećmi, czytamy książkę, buszujemy w necie – to nie skupiamy się wtedy przecież na sobie samych. Może to i dobrze? Może zanudzilibyśmy się na śmierć we własnym towarzystwie? A może byłoby to działanie ryzykowne – ludzie lubią, kiedy ich system wartości nie zmienia się, lubią czuć się bezpiecznie. A taka koncentracja na sobie samym mogłaby spowodować konieczność ustawicznych zmian – hierarchia wartości utraciłaby stabilność, idee okazałyby się zbyt spłowiałe, wiara – podważalna i podejrzana.
I jeszcze jedno – moje idee, wartości, przekonania, moje uczucia funkcjonują w relacjach z ideami wartościami, uczuciami innych ludzi. Z tymi,  których już nie ma, tymi, którzy są wokół mnie lub w  pewnym oddaleniu ode mnie, tymi, którzy dopiero się narodzą. Moja autotożsamość, moje poczucie własnego „ja” dzieje się ustawicznie w kontekście „ja” innych ludzi, a jednocześnie jestem kontekstem dla ich „ja”. Wola – jako akt samoświadomości – jest zatem wolna, ale spętana kontekstem. Wola zależy też zapewne od tej części umysłu, do której nie mam dostępu, od „centrum obliczeniowego” wybierającego informacje, które przekaże dalej. Nie wiem, jak je selekcjonuje. Mechanicznie? Ocenia intensywność bodźców? Czas ich trwania? „Czyści” moją pamięć?

Po diabła to wszystko piszę? Bo wciąż chcę namalować tło rozważań o przemianie, przenieść się na grunt filozofii, po którym poruszam się o wiele pewniej.
No i jeszcze czas. Czas, który oswajam jak jednorożca. Kot Schrodingera jest żywy i martwy jednocześnie i  nie ma żadnego „teraz”.  Jeśli mam jakiś wybór – powiedzmy, że mam kupić suknię i podoba mi się kilka różnych, to świat(wszechświat) natychmiast usłużnie się powiela – i w każej z replik podejmuję inną decyzję, a konsekwencje każdej z nich są inne. W jednej sukni odnoszę sukces,w innej zauważa mnie znany wydawca, w tamtej urywa mi się ramiączko i kompromituję się wobec ludzi, na których mi zależy itd. I za każdym razem mój kolejny, zreplikowany wszechświat znów się replikuje, bo skutki tych wydarzeń – i moje, związane z nimi decyzje, są różne itd. Kot Schrodingera w jednym świecie jest więc martwy – i trzeba go pochować, w drugim – łasi się, mruczy, drapie. Skoro istnieje nieskończenie wielka, niepoliczalna ilość wszechświatów, to w każdym z nich płynie inny czas. Powielone wszechświaty przecinają się, czasy przenikają się i splątują ze sobą. A w dodatku czas nie musi być linearny, dlaczego nie miałby mieć więcej wymiarów niż jeden? Skoro przestrzeń ma więcej niż jeden? Może właśnie dlatego nie da się wyjaśnić zarówno istnienia świata jak i jego stawania się?

Prawa fizyki są – niemal wszystkie – symetryczne względem czasu, działają niezależnie od niego. Wyjątki dotyczą tylko oddziaływań słabych niektórych cząstek elementarnych. Czas natomiast intuicyjnie pojmujemy jako niesymetryczny, jako coś, co ma kierunek i czego nie da się cofnąć. Jest jednak pojęciem z zakresu fizyki, więc powinien być symetryczny, a nie jest, tzn. nie tak go odczuwamy. Einstein i rewolucja czasoprzestrzeni, która zjednoczyła czas i przestrzeń, wcześniej uważane za absolutne i oddzielne, też nie wyjaśnia asymetrii czasu. Może zatem zmysły nas oszukują i czas nie jest asymetryczny, nie ma żadnej „strzałki czasu”? A przecież rodzimy się, żyjemy, umieramy i nie można się cofnąć do czasów dzieciństwa inaczej, jak tylko dzięki pamięci. A może to niedostępna  nam część umysłu potrafi „poznać” relacje następstwa w czasie? Wtedy można przyjąć, że za asymetrię czasu odpowiada sam jego upływ.
No to sobie tło namalowałam przy akompaniamencie dziwnego chichotu. Podejrzewałam koty o wydawanie z siebie drwiących dźwięków, ale śpią, zmęczone udawaniem półdiabląt. Podłoga skrzypi inaczej, drzewa za oknami stoją nieruchomo, wiatr ucichł. Więc kto ze mnie kpi?

Zdjęcie, które tak bezlitośnie potraktowałam, przesłał mi Valmont, dziękuję!

Dusza(fragment większej całości)

Listopad 16, 2009

dehnel  2134

Najpierw wyjaśnienie. Postanowiłam  b a r d z o   uprzystępnić mój – rzeczywiście nazbyt hermetyczny – tekst. Tutaj, tam – nie. Nie ukrywam, że interesuje mnie odbiór w postaci komentarzy i ciosów, w końcu nie od dziś trenuję podwójną gardę, zwłaszcza kiedy kocham.

  • Straszliwie mnie rozdrażnił tekst kobiety, pretendujący do miana filozoficznego. W ramach buntu napisałam ko-tekst, ten rósł, rósł i się rozrósł. Ko-tekst jak koty, które zawdzięczam Tadeuszowi. Tfu! Żadne tam koty – kopytne stwory kotopodobne z odmiany rozbójników. Serio – szukam kopyt… czterołapy galopują po schodach ze strychu, gonią piłeczkę – tupią i tętnią, aż człek się za tętnice skroniowe łapie. Słodkie kociaczki mają na koncie trzy gołębie, jedną kurę, szycie psiej skóry u weterynarza, dwie palpitacje serc sąsiadek, dwadzieścia rolek ręczników jednorazowego użytku, jedną szybę, jedno lustro(walczyły z wrogimi bliźniakami), stówę rozszarpaną na strzępy, dwieście nieprzespanych nocy(moich, moich przygodnych kochanków i jednej przypadkowo przenocowywanej artystki)… Tadziu! dzięki!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Dzięki Tobie – znaczy – wiem, czym było moje życie    b e z   tych.. jak je nazwać? Wysłanników TK-niebios:P

Wracam do ko-tekstu. Otóż(koty cholerne, koniec łaszenia się i łażenia po klawiaturze – i tak wiem,że wolicie suchą karmę od mojej błękitnej krwi! To JA tu piszę!)  – NIE MAM DUSZY. Nie ma we mnie na nią miejsca. Nie mieści mi się w głowie ani w sercu, w podrobach też nie. Ta koncepcja nie jest mi potrzebna – żeby zacytować faceta, który nie mówi, ale jest genialny, chociaż na wózku. Jednak przez ponad dwa tysiące lat pojęcie duszy determinowało myślenie o człowieku, a podobno ja też człowiek, chociaż koty wątpią – widzę ich kpiące spojrzenia. Platon definiuje je(pojęcie – nie koty) – chociaż(stary asekurant) nie wprost,  np. w „Fajdrosie” tak: „Wszelka dusza jest nieśmiertelna. Bo co się wiecznie rusza – nie umiera. Tylko to, co inne rzeczy porusza, a samo skądinąd ruch bierze, mając koniec ruchu – ma też koniec życia”.

Dygresja – jedynym perpetuum mobile byłażby dusza właśnie?

Dowody nieśmiertelności? Platon je ma w zanadrzu peplosu;
– życie wyklucza śmierć(więc dusza wyklucza śmierć)
– dusza ma „wiedzę wrodzoną”(sprzed narodzin ciała, de ja vu..któż tego nie zaznał?)
– każda rzecz ginie od zła; złem jest niesprawiedliwość, tchórzostwo, ciemnota – skoro zatem duszy nie uśmiercają, to już nic nie może jej zabić:D

Wystarczy? Nie?
Dusza mieszka w ciele – to jej więzienie. Ale jest niejednorodna, więc sobie  różne pokoje wybiera. Część najdoskonalsza wybrała głowę(racjonalna, rozum..widocznie nie ma lęku przestrzeni), popędowość ulokowała się w sercu, a pożądliwość w miejscu najczulszym – poniżej brzucha. Powinna dominować głowa, ale.. czyż nie jesteśmy ludźmi? Przecież z pożądliwości i popędliwości mamy wiele przyjemności(to następne komponenty naszej duszy)… Platon nie zaleca ascezy – przeciwnie – można czuć rozkosz cielesną(nawet należy), jeśli się wie, że przyjemność związana z mądrością jest wyższa, piękniejsza, miaukliwsza(cholerne koty!) od pozostałych.
A co z wolą? Człowiek lubi sobą porządzić.
I znów Platon definiuje ją „nie wprost”. W „Fajdrosie” porównuje ją do woźnicy, trzymającego lejce pary koni(w tym jednego narowistego), aż mu kłykcie bieleją. Jeden koń – rasowy, piękny, ambitny(racjonalny pierwiastek duszy), drugi – bezczelny, narowisty, pożądliwy i nieposłuszny(popędowość i pożądliwość). Zaprzężone razem, skazane na siebie, w wiecznym konflikcie, który powinien rozstrzygnąć woźnica – jeśli zdoła. Wola = furman. Full-man? Ależ skąd!  Wola jest zdeterminowana siłą pociągowych zwierząt. W dodatku na jednym z nich siadła goła baba, bo Podkowiński ją uwiecznił po czasy wsze i wszeteczne.
Woźnica – żałosny dyrygent, który ma osiągnąć harmonię z dysharmonii końskiej i rozpasanej.
Dusza ma jeszcze jedną cechę(Platon to  w końcu idealista)  dąży do dobra, do ideału, a to imperatyw kategoryczny – ma się samodoskonalić! Dusza jest więc w trakcie procesu, który nigdy się nie kończy, w trakcie poznania(i żadne koziołki poznańskie niech nie beczą, blaszane są). Dusza dynamiczna, cudna, nieśmiertelna, wciąż „w ruchu”(ergo: nieśmiertelna). Byt niezależny od ciała, chociaż ciało jest narzędziem poznania.
Platońska koncepcja duszy może więc wyjaśniać pochodzenie niepokoju, który towarzyszy naszemu istnieniu, potrzebę kreatywności(immanentną cechę człowieka), zmierzanie „ku czemuś”, chrześcijańską nadrzędność duszy nad ciałem i nieco pogardliwy do tego „więzienia duszy”(ciała) stosunek.
Platon był filozofem-poetą, Arystoteles – filozofem poważnym ponad miarę. Ponad miarę rzeczy, którą jest człowiek(jak nie kochać języka polskiego? tyle możliwości!). Kiedy więc najzdolniejszy uczeń Platona chce napisać o duszy, czyni to w formie wykładu.  Nie można tu liczyć na konie, wymyślone mity, przypowieści, homeryckie porównania. Arystoteles – jak wszyscy zdolni uczniowie – ma kompleks mistrza.  Więc – nie zgadza się z jego dialektyczną metodą, bo uważa, że przy jej pomocy można analizować tylko pojęcia niezwiązane z ciałem. A przecież dusza jest ściśle z ciałem związana(tu widać jak na dłoni hylemorfizm Arystotelesa, tj. przekonanie, że materia, aby stać się „czymś” – czyli substancją, np. kotem – musi posiadać formę; materia bez formy i forma bez materii nie są samoistne, dopiero połączone – istnieją samoistnie i realnie). Ciało – to materia, dusza – forma. Połączone – człowiek. Rozłączone – nie są bytami samoistnymi, niech sczezną!
Ergo – dusza jest śmiertelna!
„Dusza jest to pierwszy akt ciała naturalnego, posiadającego w możności życie, czyli ciała obdarzonego organami”(organami władzy????) – cytuję Arystotelesa.
Akt pierwszy, w ostatnim akcie wypala ta strzelba, zabijając duszę.
Św.Augustyn schrystianizował poglądy Platona, św.Tomasz – Arystotelesa(miał trudniej, musiał uporać się ze śmiertelnością duszy). Augustyn nazwał platoński świat idei – Bogiem. Nie, nie spłycił – uznał, że człowiek nie dąży do poznania Absolutu przy pomocy rozumu, on chce się tylko z nim emocjonalnie zjednoczyć. Tomasz połączył arystotelesowski hylemorfizm z transcendencją(ekwilibrysta), uznając Boga za cel życia człowieka. Po to mamy rozum i wolę, żeby ten cel osiągnąć.

Pytanie – czyim celem jest BÓG? Twoim? Twoim? Jej(dziewice konsekrowane uprasza się o nieodpowiadanie.. wolę innych zboczeńców)?
Jeśli jest Twoim celem – licz się z tym, że potrafi zrobić unik. Jeśli jest celem Twojego życia – zastanów się, czy On tego chce…

To tylko fragment większej całości – uprzedzałam. Pominę więc np. interakcjonizm Kartezjusza i harmonię Leibniza. Nie wspomnę o Cabanisie i Le Mettrie.
A przywołani – i niewzywani – Platon, Arystoteles, Tomasz, Demokryt, Teilhard de Chardin, Tischner – wcale nie rozważali problemu duszy. Może mówili o świadomości jako funkcji mózgu? a Może jako o funkcji ciała i rozumu?

Pozwolę sobie w dalszych  rozważaniach pisać o świadomości, autotożsamości, samoświadomości i innych – szkodliwych dla wełenek wrażliwych na mole – bzdetach. Uprasza się zamkniętych o czytanie z niezrozumieniem, pozostałych – tylko o nieczytanie ;)

Tekst ilustruje obraz Jacka Dehnela.

Ten okropny Bataille…

Lipiec 12, 2009

Filozof nie opisuje świata – on go przedstawia. Każdy człowiek nosi w sobie obraz świata, stworzony na podobieństwo swoje. To obraz uporządkowany, bo chaos nas przeraża. Bo my chcemy być uporządkowani, wolimy dotyczące nas zdarzenia traktować jako przejaw „siły wyższej” niż dzieło przypadku. Tworzymy Systemy i z uporem się ich trzymamy, godząc się zaledwie na to, żeby czasem zastąpić je innymi, kolejnymi. Ciągłość i linearność pozwala nam na złudne uczucie pewności, przewidywalności tego, co może nastąpić. Ten komfort burzą filozofowie.

Bataille mówi, że można uzyskać świadomość, która nie jest świadomością czegoś, nie ma przedmiotu. Jest dosłownie SAMOświadomością. Aletheia.

Kultura Europy – czy tego chcemy czy nie – jest kulturą chrześcijańską. Wykołysało nas Morze Śródziemne, przesycając duchem helleńskim i hellenistycznym, otuliło rzymskie imperium, a potem przez ponad tysiąc lat częściej słyszeliśmy psalmy niż pieśni miłosne. Nawet „Pieśń nad pieśniami” utraciła swoją weselną radość, ucharakteryzowana na modlitwę. Chrześcijaństwo to jedna z nielicznych – jeśli nie jedyna – religii, które wyrzuciły seks i erotyzm poza sferę sacrum, czyniąc go wręcz wstrętnym. Jest zaledwie tolerowany – ze względu na prokreacyjną konieczność. Bataille próbuje sakralizować seks, przywrócić mu „świątynne miejsce”, które zajmował w czasach przedchrześcijańskich. Jest jak koło ratunkowe w czasach, kiedy można mieć każdy seks bez cienia erotyzmu, kiedy ciało powoli staje się instrumentem do osiągania wyłącznie fizycznej rozkoszy bez angażowania do roli głównej uczuć nazywanych kiedyś „wyższymi”, kiedy cyberseks umożliwia praktykowanie uciech bez dotyku partnera. Bataille pisze: „Zakaz, który przeciwstawia się w nas swobodzie seksualnej, jest ogólny, uniwersalny, a poszczególne zakazy są jego zmiennymi aspektami”. Kobieta staje się „zakazana” – wychodząc za mąż, zakazana dla innych mężczyzn niż mąż. Kobieta przyjmuje rolę matki i żony, ale równocześnie jest podmiotem i przedmiotem seksualnym, umie być jednocześnie człowiekiem i zwierzęciem; w akcie seksualnym – jest tylko zwierzęciem, jej osobowość przestaje istnieć – na szczęście, bo gdyby nie to, nie mogłaby osiągnąć orgazmu. Ta „chwilowa śmierć” osobowości pozwala kobiecie i mężczyźnie czuć rozkosz, zwiększoną dzięki zerwaniu tam, jakie stawia nam świadomość. Nie mam zamiaru przedstawiać tutaj głównych założeń Bataille’owskiej filozofii, ale bez przybliżenia jego stosunku do zakazu się nie obejdzie. Bataille mówi o nieusuwalności zakazu – tylko wydaje nam się, że zakazy przestały istnieć, a tymczasem są one jedynie uchylane, na przeciąg chwili. Każdy zakaz jest z natury irracjonalny; wciąż gwałcony i nieustannie nienaruszalny. Jestem dzieckiem ikonosfery, zatem myślenie Bataille’a próbuję sobie przełożyć na język obrazkowy. Kiedy pisze on o wspólnej przestrzeni nauki i filozofii, oddzielonej od obu, to wyobrażam sobie następujący zabieg:

Bataille - nauka i filozofiaW tej wspólnej przestrzeni nie ma już ani nauki, ani filozofii, chociaż w pewien sposób są w niej nadal obie. Widzę w niej miejsce na dyskurs, w którym definicje nie są formułowane, a tylko „przeczuwane”, nowa jakość, inne podejście.
Analogicznie można pojąć Bataille’owską koncepcję związku seksualizmu ze śmiercią. Wspólną strefą obu rządzi zakaz(jak wcześniej pisałam – irracjonalny). Tak właśnie rozumiem słowa B.: „Człowiek jest zwierzęciem, które chroni się w ‚zakazie’ śmierci i seksualnego zjednoczenia”.

Bataille - selsualność i śmierćErotyzm to zbytek. Nieustanne święto, bo przecież instytucja święta(podobnie jak instytucja wojny) funkcjonuje dzięki nagromadzeniu dóbr, które trzeba „zmarnować”.To  jak sypanie płatków kwiatów podczas procesji Bożego Ciała, jak przepych ceremonii intronizacyjnych.
Mężczyzna, otwierając uda kobiety, czyta w niej(nie w „nich”) swoją śmierć, ale wie, że właśnie teraz jej nie ma, jest od niego oddzielona. Kobieta, zamykając z rozkoszy oczy, widzi, jak bardzo jest śmiercią podszyta i jak ogromną ma – przez chwilę – nad nią przewagę. Zamknięte ciała – otwierają sie na siebie i dla siebie. Staje się coś niezwykle ważnego – przekraczanie granic. Erotyzm i seks pozwala przekraczać granice śmierci. A śmierć jest rozpustą. Natura hojnie nią szafuje(ona – w przeciwieństwie do ludzi – nie bywa oszczędna, raczej rozrzutna), ale dzięki temu zapewnia nieustanne odradzanie się i młodość. Śmierć trwoni nadmiar życia, seksualność umożliwia stworzenie tego nadmiaru. W akcie seksualnym śmierć jest usuwana przez erotyzm, w umieraniu zdarza się ekstaza podobna do miłosnej rozkoszy.

Fragmenty „Madame Edwardy”;
„Rozkosz zasługiwałaby na wzgardę, gdyby nie była owym przygniatającym przekraczaniem, które nie jest ograniczone do ekstazy zmysłowej, bo w ten sposób poznali je mistycy różnych wyznań, przede wszystkim zaś mistycy chrześcijańscy. Byt jest nam dany również w nieznośnym przekraczaniu bytu, równie nieznośnym co sama śmierć. A ponieważ w chwili śmierci w tym samym czasie, gdy jest on nam dawany, jest nam również odbierany, winniśmy go poszukiwać w uczuciu śmierci, w owych chwilach nie do zniesienia, gdy zdaje nam się, że umieramy, bowiem byt w nas istnieje już tylko w zbytku, kiedy to pełnia grozy i radości zbiegły się w czasie.
Nawet myśl(refleksja) dopełnia się w nas jedynie w zbytku. Cóż znaczy prawda – poza wyobrażeniem zbytku – jeśli nie patrzymy tam, gdzie zbywa zdolności widzenia, co jest nie do zniesienia dla oka, tak jak rzeczą nie do zniesienia w ekstazie jest przeżywanie rozkoszy?; jeśli nie myślimy tego, co przekracza zdolność myślenia?
U kresu tej patetycznej refleksji – która unicestwia się w krzyku przez to, że popada w brak tolerancji dla siebie – odnajdujemy Boga. On jest sensem, on jest bezeceństwem tej szaleńczej książki: opowieść ta zawiera Boga w całej pełni jego przymiotów – niemniej ów Bóg to przecież zwykła publiczna dziwka, całkiem podobna do innych. To wszakże, czego mistycyzm nie mógł wypowiedzieć(w chwili wypowiadania zanikał), powiada erotyzm: Bóg jest niczym, jeśli nie jest przekroczeniem Boga w każdym sensie, w sensie powszechnego bytu, jak również w sensie grozy i nieczystości, na koniec w sensie niczego… Nie możemy bezkarnie dodawać do języka słowa    B ó g; ledwie to uczynimy, słowo to, przekraczając siebie, burzy w zawrotny sposób własne granice. To, czym jest, nie cofnie się przed niczym, tam je znajdziesz, gdzie go nie posiejesz, samo w sobie jest bezeceństwem. Ktokolwiek żywi co do tego najmniejsze bodaj podejrzenie, milknie natychmiast. Bądź też szukając wyjścia, choć wie, że wpada we własne sidła, poszukuje w sobie tego, co – mogąc go unicestwić – kształtuje go na podobieństwo Boga, na podobieństwo niczego.”

„Dostrzegła mnie, w tym momencie zrozumiałem z jej spojrzenia, że wraca ze świata niemożliwości i dojrzałem – w głębi niej – przyprawiającą o zawrót głowy stałość. Zalewająca ją od korzenia fala znalazła ujście we łzach: łzy polały się z jej oczu. Miłość  w tych oczach była martwa, emanował z nich chłód jutrzenki, przejrzystość,  w której czytałem śmierć. I wszystko się ze sobą wiązało w owym spojrzeniu ze snu: nagie ciała, palce, którymi się rozwierała, mój lęk i wspomnienie śliny na wargach, nie było nic, co by nie przyczyniało się do tego ślepego zapadania w śmierć.
Rozkosz Edwardy – żywe źródło, wytryskiem rozdzierające w niej serce – trwała niebywale długo: przypływ rozkoszy nieustannie gloryfikował jej byt, czynił jej nagość bardziej nagą, jej bezwstyd bardziej wstydliwym. Z ciałem, twarzą oddanymi ekstazie, zapamiętana w bezsłownym szepcie i krzyku, uśmiechała się ze skruchą. Mój lęk przeciwstawiał się rozkoszy, której powinienem był pragnąć; bolesna rozkosz Edwardy przyprawiała mnie o męczące poczucie cudu.(…)
Ze snu, w którym trwaliśmy niedługo, obudziłem się pierwszy.Reszta jest ironią, długim oczekiwaniem na śmierć.”

„Otóż i pierwsza teologia zaproponowana przez człowieka, dla którego śmiech jest iluminacją i który dobrodusznie nie ogranicza tego, co nie wie, czym jest granica.”

Chętnie przytoczyłabym jeszcze inne fragmenty, ale to stanowczo nie jest lektura dla niewinnych panienek,  młodzieży przysposobionej przez katechetów do życia w rodzinie  i wielu innych nazbyt łatwo  gorszących się czytelników.  Bataille napisał w „Madame Edwardzie”: „Jeśli boisz się wszystkiego, czytaj tę książkę, lecz wpierw mnie wysłuchaj: jeśli się śmiejesz, to znaczy, że się boisz. Książka, wydaje ci się, jest rzeczą martwą. Być może. A jeśli jednak, co się przecież zdarza, nie potrafisz czytać? Czyż powinieneś się obawiać…? Czy jesteś sam? Zimno ci? Czy wiesz, do jakiego stopnia człowiek to ‚ty właśnie’? Imbecyl? I nagi?”.
_____________________________________________
Spośród „możliwe” i „prawdopodobne” wolę to pierwsze, bo – paradoksalnie – jest bardziej prawdopodobne(zbliżone ku prawdzie). Prawdopodobieństwo ogranicza.