Czar(t) metafizyczny

Grudzień 11, 2009

Waldemar Duda szepcze, nie krzyczy. Warto wsłuchać się w ten protojęzyk, w którym znaki pozbawione znaczenia zawierają w sobie tak wiele możliwości interpretacji, że zza jednej z nich natychmiast wyłania się cień drugiej. Kontekst przestaje się liczyć, a tło – pozbawione znaku – jest ważne przez jego nieobecność. To miejsce dla odbiorcy. Miejsce przygotowane z czułością, wypieszczone wieloma dotknięciami pędzla, które tworzą fakturę tylko obrazom Dudy właściwą.

Uniwersalne znaki zamieniają się miejscami – są symbolem drzewa, odciskiem kurzych łap, zamykaniem, otwieraniem, kobietą, mężczyzną, domem i psią budą – a zawsze labiryntem, znienacka rozświetlonym lub pozbawionym światła. To zapis sakralny – i zamienny. Drzewo staje się śladem, ślad – drzewem, bo w raju były drzewa, wiele drzew. Ewa zjadła owoc, ale może to była figa? Widać przecież drwiący uśmiech, sam uśmiech – bez Boga. Trójkąt może oznaczać męskość, ale kojarzy się z łonem kobiety. Dom jest bezpieczny, ale niestabilny, przypomina psią budę, bo  kto wie, w jakie zwierzę wcieli się czyjaś dusza? A może tyleż w nas zwierzęcia, ile człowieka? I tyle człowieka, ile zwierzęcia? I czyż ta druga możliwość nie jest bardziej interesująca?

Obrazy tego twórcy są doceniane nie tylko w Polsce, uniwersalny język Dudy uwodzi odbiorców wszędzie – w Japonii, Szwecji, we Włoszech, na Słowacji. W spokojnej ciszy jego niemal monochromatycznych kompozycji zapisane są emocje, a od matowych powierzchni nie odbija się światło – ono płynie z obrazu.

A perspektywa? Przypomina tę z egipskich malowideł na ścianach grobowców. Malowano, co wiedziano, nie co widziano. Można dotknąć czwartego wymiaru przestrzeni, chociaż to „grozi śmiercią lub kalectwem”. Na jednym z obrazów jest okrąg i dwie linie – 12.15? 15.00? 03.00? 24.15?

Jest   p o   jakimś środku dnia czy nocy? Czy wybiła właśnie godzina? Może to nie zegar? To możliwość zegara, bo wskazówki wcale nie dotykają środka. Są niezależne, wolne – robią, co chcą. Czas jest oderwany – więc i my możemy się od niego oderwać. Nie ma nad nami władzy.

A poza tym – Duda ma ogromne poczucie humoru! Doskonale się bawi – i bawi odbiorców, przymrużając jedno oko, a czasem oba. I jeszcze – jest mistrzem omijania okazji do zrobienia kariery(tak stało się po wystawie w Zachęcie). Podejrzewam, że robi to celowo, albo pracują na niego przypadki.

Łatwo minąć te obrazy, przejść obojętnie, ale jeśli chociaż raz się przy nich zatrzymamy – już nie uwolnimy się od dudobrazów.

To powernisażowe reminiscencje. Jest więcej zdjęć, wystarczy poszukać:)

Aneks – i kogo to obraża?

Grudzień 8, 2009

Rozbawił mnie ten teledysk. Znakomita muzyka i świetny tekst. Zresztą – u Lao Che – to norma. Szukałam tekstów „Spiętego” w necie. Okazało się, że na wielu stronach został wykasowany. Teksty i dyski skasowali ci, którzy wcześniej je wrzucili na różne strony – pod naciskiem „dbaczy o dusz czystość”(ciekawe, że większość spotkanych przeze mnie osobiście misjonarzy wolała rozprawiać o duszy, ale – sądząc po wątpliwym aromacie, jaki roztaczali – uważali mydło za zbędny luksus). Piszę o Lao Che, bo należą do tych nielicznych, którzy śpiewają o czymś(vide „Hydropiekłowstąpienie”). O czymś śpiewa też Coma. Znaczy – można. I – co ciekawe – oni wszyscy są „niszowi”. Ja też.

Ostatnio Spięty z Lao Che zaśpiewał uroczo:

a potem:

Posłuchajcie, proszę:)

Koci antrakt

Listopad 30, 2009

Koty są skuteczne. Przez wiele lat uczyłam dziecko, że używane skarpetki – przed praniem – powinny leżeć w miejscu na nie przeznaczonym i to parami. Rezultat? Żaden. Koty nauczyły mojego syna tej sztuki w ciągu tygodnia. Koszt? Trzy nieodwracalnie zniszczone sztuki skarpetek, każda z innej pary, jedna zniszczona odwracalnie(specjalne, górskie, ukochane – teraz dziecko negocjuje ze mną cerowanie), trzy sztuki posłużyły za kuwetę. Dziecko pierze na bieżąco. Ręcznie – więc przedłuża żywot tej części garderoby. Sama radość!

Psem zawładnęły natychmiast. Papkin tak długo ssał Veri, aż zaczęła go karmić. I tak się dożywia aż do dziś. Jego brat nie życzył sobie pożywienia, za to lubi grzać się przy suce. Veri jest stronnicza – kiedy kociątka walczą ze sobą, staje po stronie karmionego, chociaż jej interwencja ogranicza się do rozdzielania przeciwników.

Jak sprawić, żeby państwo chcieli się bawić z kotami, ilekroć kotom przyjdzie na to ochota?
Znalazły sposób. Piłeczka czasem nie skutkowała, bo ludzie woleli zajmować się jakimiś idiotycznymi czynnościami jak czytanie, oglądanie filmu, sprzątanie, gotowanie itp. albo leniuchowaniem. A tymczasem zawsze można ich sprowokować do zabawy – wystarczy uważnie patrzyć, co aktualnie robią i czego do tej pracy potrzebują. Jeśli jest to pióro, kartki, łyżka, szczotka do włosów, pilot od tv czy radia, ściereczka do kurzu albo biżuteria – to zabawa jest pewna. Trzeba odczekać, wykorzystać moment nieuwagi, porwać przedmiot i gnać przez mieszkanie na oślep, wszystko jedno dokąd. Istota dwunożna rzuci się w pogoń, a wtedy można liczyć na współpracę brata-zbója, który gwizdnie drugi, równie nieodzowny przedmiot i poleci w innym kierunku. To o wiele ciekawsze niż durna piłeczka, za którą koty muszą same ganiać, a ludzie tylko rzucają. Na liście rzeczy, które znajdą się dopiero podczas gruntownego remontu mam pen-drive z najważniejszymi tekstami, pierścionek, jeden klips ze srebra i hebanu(ulubiony), mini-latarkę syna, trzy breloczki i nie  mam pojęcia, co jeszcze – to się okaże, kiedy zacznę gorączkowo poszukiwać czegoś, bez czego życie jest stanowczo mniej piękne.

Jak obudzić istotę dwunożną w środku nocy? To łatwe. Jest wiele sposobów. Można rozpocząć bratobójczy pojedynek na udeptanej – starannie – ziemi łóżka osoby, która słodko zasnęła. Można drapać drzwi – wzorem psa – tak długo, aż półprzytomny człowiek wstanie i je otworzy – wtedy udać się na strych, gdzie w skrzynkach suszą się orzechy, wywlec kilka na podłogę sporządzoną z pięknych, długich desek – i toczyć je z hurgotem porównywalnym z gradem pocisków z kałacha. Można też położyć się na poduszce na wysokości twarzy śpiącego i wpatrywać się intensywnie w jego zamknięte oczy – otworzy je po góra pięciu minutach. I jest duża szansa, że ich nie zamknie przez najbliższych 180 minut. Kocia inwencja w zakresie budzenia śpiących jest niewyczerpana, wyczerpani są budzeni,  bezlitośnie i znienacka pozbawiani możliwości wypoczynku. Niezłym sposobem jest atakowanie psiego, merdającego ogona – Veri jest cierpliwa do obrzydliwości, ale i ona szczeknie w końcu, kiedy kot się w ogon za mocno wczepi kłami i pazurami. Obowiązuje zasada – im głośniej, tym lepiej..

Wanna stwarza nieograniczone możliwości. Najlepiej wpaść do ciepłej, pachnącej olejkami wody niby przypadkiem, w końcu kot tylko spacerował po śliskiej krawędzi. A dalej to już same przyjemności – pani wywleka zwierzę, suszy ciepłą suszarką, otula ręcznikiem…frajda! Można też wskoczyć do pustej wanny i ścigać po jej dnie mydło, korek…wszystko jedno, co – i tak jest gwarancja, że za chwilę ktoś przyleci ze szmatką, bo szlaczek z kocich łap na białej emalii mu się nie spodoba.Ludzie mają dziwne gusta.
I największe „cudowności” – karmienie witaminami i innymi preparatami. Najpierw trzeba spojrzeć z wyrzutem w niewinnych oczach, potem wyrwać się drapiąc do krwi, potem drapać miejsca poza opatrunkiem, bo co sznyt – to sznyt; następnie warto zobaczyć jak wygląda kot na suficie i zjechać na windzie firanki, bo po co komu ta durna zasłona? Krew się leje, ludzie mówią różne wyrazy, których koty nie rozumieją, bo tak postanowiły… Kiedy już całe miasto, okoliczne wsie i pół Polski otrzymały informację, że konieczna jest interwencja TOnZ, trzeba nagle zmięknąć i pozwolić sobie podać te kretyńskie odżywki wprost do pyska, ale tylko wtedy, kiedy są owinięte w prawdziwe salami(tylko to najdroższe, produktów wartych mniej niż 50 zł/kg nie przyjmujemy). Ale jeśli pani je paprykę, szczypiorek, kiszoną kapustę – i nie chce się podzielić – trzeba jej to paskudztwo ukraść i zjeść natychmiast! Niech wie, kto tu rządzi!

Czasoświadomość(kolejny fragment większej całości)

Listopad 25, 2009

Mózg to przedziwne urządzenie. Na ogromną część jego działań nie mamy najmniejszego wpływu. Nie kontrolujemy – świadomie – czynności oddychania, trawienia, mrugania(ale przymrużanie oka to już czynność świadoma), wielu czynności motorycznych i masy innych „akcji”, a przecież nasz mózg jest ich sprawcą.  Warto więc oddzielić umysł od mózgu. Można przyjąć, że umysł to coś w rodzaju biologicznej struktury przetwarzającej informacje. I mamy następny kłopot, bo przecież nie wszystkie informacje nasz umysł przetwarza świadomie. Wiele z nich dociera do umysłu, a on je selekcjonuje – jedne odsyłając do „centrum obliczeniowego”(ta część umysłu, której nie jesteśmy świadomi), a  inne załadowuje nam do umysłu… hmmm.. „rozważającego”. Taka hipoteza jest możliwa? Póki ktoś jej nie przewróci – jest. Świadomość koncentrowałaby się więc w części „rozważającej” umysłu.

Świadomość jest  związana z aktywnością umysłu. Jest procesem. Nie mamy pojęcia, jak działa. Nagle przypomina mi się jakaś melodia, usłyszana dawno temu, fragment wiersza, który czytałam jako dwudziestolatka – i nie nie wiem, jak to się stało, jakie zjawiska zaszły w moim umyśle, które mnie zaprowadziły do cytatu z Holderlina. Mój umysł zatem nie jest mi dostępny jako całość, ale pewna jego część – tak. Oprócz świadomości jest też samoświadomość. Powiedzmy, że to coś w rodzaju możliwości koncentrowania się na sobie samym. Na tym, co dla mnie ważne – czyli na moich emocjach, moich ideach, moich przekonaniach. I ludzie robią to zaskakująco rzadko. Z reguły myślimy o innych, o czymś innym niż JA. Łatwo to sprawdzić – wystarczy sobie ustawić w komputerze jakiś brzęczyk, który co pewien czas się odezwie – i uczciwie zapisać, o czym w tym momencie myślimy. Jeśli dumamy o filmie, który oglądamy, rozmawiamy z rodzicami czy dziećmi, czytamy książkę, buszujemy w necie – to nie skupiamy się wtedy przecież na sobie samych. Może to i dobrze? Może zanudzilibyśmy się na śmierć we własnym towarzystwie? A może byłoby to działanie ryzykowne – ludzie lubią, kiedy ich system wartości nie zmienia się, lubią czuć się bezpiecznie. A taka koncentracja na sobie samym mogłaby spowodować konieczność ustawicznych zmian – hierarchia wartości utraciłaby stabilność, idee okazałyby się zbyt spłowiałe, wiara – podważalna i podejrzana.
I jeszcze jedno – moje idee, wartości, przekonania, moje uczucia funkcjonują w relacjach z ideami wartościami, uczuciami innych ludzi. Z tymi,  których już nie ma, tymi, którzy są wokół mnie lub w  pewnym oddaleniu ode mnie, tymi, którzy dopiero się narodzą. Moja autotożsamość, moje poczucie własnego „ja” dzieje się ustawicznie w kontekście „ja” innych ludzi, a jednocześnie jestem kontekstem dla ich „ja”. Wola – jako akt samoświadomości – jest zatem wolna, ale spętana kontekstem. Wola zależy też zapewne od tej części umysłu, do której nie mam dostępu, od „centrum obliczeniowego” wybierającego informacje, które przekaże dalej. Nie wiem, jak je selekcjonuje. Mechanicznie? Ocenia intensywność bodźców? Czas ich trwania? „Czyści” moją pamięć?

Po diabła to wszystko piszę? Bo wciąż chcę namalować tło rozważań o przemianie, przenieść się na grunt filozofii, po którym poruszam się o wiele pewniej.
No i jeszcze czas. Czas, który oswajam jak jednorożca. Kot Schrodingera jest żywy i martwy jednocześnie i  nie ma żadnego „teraz”.  Jeśli mam jakiś wybór – powiedzmy, że mam kupić suknię i podoba mi się kilka różnych, to świat(wszechświat) natychmiast usłużnie się powiela – i w każej z replik podejmuję inną decyzję, a konsekwencje każdej z nich są inne. W jednej sukni odnoszę sukces,w innej zauważa mnie znany wydawca, w tamtej urywa mi się ramiączko i kompromituję się wobec ludzi, na których mi zależy itd. I za każdym razem mój kolejny, zreplikowany wszechświat znów się replikuje, bo skutki tych wydarzeń – i moje, związane z nimi decyzje, są różne itd. Kot Schrodingera w jednym świecie jest więc martwy – i trzeba go pochować, w drugim – łasi się, mruczy, drapie. Skoro istnieje nieskończenie wielka, niepoliczalna ilość wszechświatów, to w każdym z nich płynie inny czas. Powielone wszechświaty przecinają się, czasy przenikają się i splątują ze sobą. A w dodatku czas nie musi być linearny, dlaczego nie miałby mieć więcej wymiarów niż jeden? Skoro przestrzeń ma więcej niż jeden? Może właśnie dlatego nie da się wyjaśnić zarówno istnienia świata jak i jego stawania się?

Prawa fizyki są – niemal wszystkie – symetryczne względem czasu, działają niezależnie od niego. Wyjątki dotyczą tylko oddziaływań słabych niektórych cząstek elementarnych. Czas natomiast intuicyjnie pojmujemy jako niesymetryczny, jako coś, co ma kierunek i czego nie da się cofnąć. Jest jednak pojęciem z zakresu fizyki, więc powinien być symetryczny, a nie jest, tzn. nie tak go odczuwamy. Einstein i rewolucja czasoprzestrzeni, która zjednoczyła czas i przestrzeń, wcześniej uważane za absolutne i oddzielne, też nie wyjaśnia asymetrii czasu. Może zatem zmysły nas oszukują i czas nie jest asymetryczny, nie ma żadnej „strzałki czasu”? A przecież rodzimy się, żyjemy, umieramy i nie można się cofnąć do czasów dzieciństwa inaczej, jak tylko dzięki pamięci. A może to niedostępna  nam część umysłu potrafi „poznać” relacje następstwa w czasie? Wtedy można przyjąć, że za asymetrię czasu odpowiada sam jego upływ.
No to sobie tło namalowałam przy akompaniamencie dziwnego chichotu. Podejrzewałam koty o wydawanie z siebie drwiących dźwięków, ale śpią, zmęczone udawaniem półdiabląt. Podłoga skrzypi inaczej, drzewa za oknami stoją nieruchomo, wiatr ucichł. Więc kto ze mnie kpi?

Zdjęcie, które tak bezlitośnie potraktowałam, przesłał mi Valmont, dziękuję!

Dusza(fragment większej całości)

Listopad 16, 2009

dehnel  2134

Najpierw wyjaśnienie. Postanowiłam  b a r d z o   uprzystępnić mój – rzeczywiście nazbyt hermetyczny – tekst. Tutaj, tam – nie. Nie ukrywam, że interesuje mnie odbiór w postaci komentarzy i ciosów, w końcu nie od dziś trenuję podwójną gardę, zwłaszcza kiedy kocham.

  • Straszliwie mnie rozdrażnił tekst kobiety, pretendujący do miana filozoficznego. W ramach buntu napisałam ko-tekst, ten rósł, rósł i się rozrósł. Ko-tekst jak koty, które zawdzięczam Tadeuszowi. Tfu! Żadne tam koty – kopytne stwory kotopodobne z odmiany rozbójników. Serio – szukam kopyt… czterołapy galopują po schodach ze strychu, gonią piłeczkę – tupią i tętnią, aż człek się za tętnice skroniowe łapie. Słodkie kociaczki mają na koncie trzy gołębie, jedną kurę, szycie psiej skóry u weterynarza, dwie palpitacje serc sąsiadek, dwadzieścia rolek ręczników jednorazowego użytku, jedną szybę, jedno lustro(walczyły z wrogimi bliźniakami), stówę rozszarpaną na strzępy, dwieście nieprzespanych nocy(moich, moich przygodnych kochanków i jednej przypadkowo przenocowywanej artystki)… Tadziu! dzięki!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Dzięki Tobie – znaczy – wiem, czym było moje życie    b e z   tych.. jak je nazwać? Wysłanników TK-niebios:P

Wracam do ko-tekstu. Otóż(koty cholerne, koniec łaszenia się i łażenia po klawiaturze – i tak wiem,że wolicie suchą karmę od mojej błękitnej krwi! To JA tu piszę!)  – NIE MAM DUSZY. Nie ma we mnie na nią miejsca. Nie mieści mi się w głowie ani w sercu, w podrobach też nie. Ta koncepcja nie jest mi potrzebna – żeby zacytować faceta, który nie mówi, ale jest genialny, chociaż na wózku. Jednak przez ponad dwa tysiące lat pojęcie duszy determinowało myślenie o człowieku, a podobno ja też człowiek, chociaż koty wątpią – widzę ich kpiące spojrzenia. Platon definiuje je(pojęcie – nie koty) – chociaż(stary asekurant) nie wprost,  np. w „Fajdrosie” tak: „Wszelka dusza jest nieśmiertelna. Bo co się wiecznie rusza – nie umiera. Tylko to, co inne rzeczy porusza, a samo skądinąd ruch bierze, mając koniec ruchu – ma też koniec życia”.

Dygresja – jedynym perpetuum mobile byłażby dusza właśnie?

Dowody nieśmiertelności? Platon je ma w zanadrzu peplosu;
– życie wyklucza śmierć(więc dusza wyklucza śmierć)
– dusza ma „wiedzę wrodzoną”(sprzed narodzin ciała, de ja vu..któż tego nie zaznał?)
– każda rzecz ginie od zła; złem jest niesprawiedliwość, tchórzostwo, ciemnota – skoro zatem duszy nie uśmiercają, to już nic nie może jej zabić:D

Wystarczy? Nie?
Dusza mieszka w ciele – to jej więzienie. Ale jest niejednorodna, więc sobie  różne pokoje wybiera. Część najdoskonalsza wybrała głowę(racjonalna, rozum..widocznie nie ma lęku przestrzeni), popędowość ulokowała się w sercu, a pożądliwość w miejscu najczulszym – poniżej brzucha. Powinna dominować głowa, ale.. czyż nie jesteśmy ludźmi? Przecież z pożądliwości i popędliwości mamy wiele przyjemności(to następne komponenty naszej duszy)… Platon nie zaleca ascezy – przeciwnie – można czuć rozkosz cielesną(nawet należy), jeśli się wie, że przyjemność związana z mądrością jest wyższa, piękniejsza, miaukliwsza(cholerne koty!) od pozostałych.
A co z wolą? Człowiek lubi sobą porządzić.
I znów Platon definiuje ją „nie wprost”. W „Fajdrosie” porównuje ją do woźnicy, trzymającego lejce pary koni(w tym jednego narowistego), aż mu kłykcie bieleją. Jeden koń – rasowy, piękny, ambitny(racjonalny pierwiastek duszy), drugi – bezczelny, narowisty, pożądliwy i nieposłuszny(popędowość i pożądliwość). Zaprzężone razem, skazane na siebie, w wiecznym konflikcie, który powinien rozstrzygnąć woźnica – jeśli zdoła. Wola = furman. Full-man? Ależ skąd!  Wola jest zdeterminowana siłą pociągowych zwierząt. W dodatku na jednym z nich siadła goła baba, bo Podkowiński ją uwiecznił po czasy wsze i wszeteczne.
Woźnica – żałosny dyrygent, który ma osiągnąć harmonię z dysharmonii końskiej i rozpasanej.
Dusza ma jeszcze jedną cechę(Platon to  w końcu idealista)  dąży do dobra, do ideału, a to imperatyw kategoryczny – ma się samodoskonalić! Dusza jest więc w trakcie procesu, który nigdy się nie kończy, w trakcie poznania(i żadne koziołki poznańskie niech nie beczą, blaszane są). Dusza dynamiczna, cudna, nieśmiertelna, wciąż „w ruchu”(ergo: nieśmiertelna). Byt niezależny od ciała, chociaż ciało jest narzędziem poznania.
Platońska koncepcja duszy może więc wyjaśniać pochodzenie niepokoju, który towarzyszy naszemu istnieniu, potrzebę kreatywności(immanentną cechę człowieka), zmierzanie „ku czemuś”, chrześcijańską nadrzędność duszy nad ciałem i nieco pogardliwy do tego „więzienia duszy”(ciała) stosunek.
Platon był filozofem-poetą, Arystoteles – filozofem poważnym ponad miarę. Ponad miarę rzeczy, którą jest człowiek(jak nie kochać języka polskiego? tyle możliwości!). Kiedy więc najzdolniejszy uczeń Platona chce napisać o duszy, czyni to w formie wykładu.  Nie można tu liczyć na konie, wymyślone mity, przypowieści, homeryckie porównania. Arystoteles – jak wszyscy zdolni uczniowie – ma kompleks mistrza.  Więc – nie zgadza się z jego dialektyczną metodą, bo uważa, że przy jej pomocy można analizować tylko pojęcia niezwiązane z ciałem. A przecież dusza jest ściśle z ciałem związana(tu widać jak na dłoni hylemorfizm Arystotelesa, tj. przekonanie, że materia, aby stać się „czymś” – czyli substancją, np. kotem – musi posiadać formę; materia bez formy i forma bez materii nie są samoistne, dopiero połączone – istnieją samoistnie i realnie). Ciało – to materia, dusza – forma. Połączone – człowiek. Rozłączone – nie są bytami samoistnymi, niech sczezną!
Ergo – dusza jest śmiertelna!
„Dusza jest to pierwszy akt ciała naturalnego, posiadającego w możności życie, czyli ciała obdarzonego organami”(organami władzy????) – cytuję Arystotelesa.
Akt pierwszy, w ostatnim akcie wypala ta strzelba, zabijając duszę.
Św.Augustyn schrystianizował poglądy Platona, św.Tomasz – Arystotelesa(miał trudniej, musiał uporać się ze śmiertelnością duszy). Augustyn nazwał platoński świat idei – Bogiem. Nie, nie spłycił – uznał, że człowiek nie dąży do poznania Absolutu przy pomocy rozumu, on chce się tylko z nim emocjonalnie zjednoczyć. Tomasz połączył arystotelesowski hylemorfizm z transcendencją(ekwilibrysta), uznając Boga za cel życia człowieka. Po to mamy rozum i wolę, żeby ten cel osiągnąć.

Pytanie – czyim celem jest BÓG? Twoim? Twoim? Jej(dziewice konsekrowane uprasza się o nieodpowiadanie.. wolę innych zboczeńców)?
Jeśli jest Twoim celem – licz się z tym, że potrafi zrobić unik. Jeśli jest celem Twojego życia – zastanów się, czy On tego chce…

To tylko fragment większej całości – uprzedzałam. Pominę więc np. interakcjonizm Kartezjusza i harmonię Leibniza. Nie wspomnę o Cabanisie i Le Mettrie.
A przywołani – i niewzywani – Platon, Arystoteles, Tomasz, Demokryt, Teilhard de Chardin, Tischner – wcale nie rozważali problemu duszy. Może mówili o świadomości jako funkcji mózgu? a Może jako o funkcji ciała i rozumu?

Pozwolę sobie w dalszych  rozważaniach pisać o świadomości, autotożsamości, samoświadomości i innych – szkodliwych dla wełenek wrażliwych na mole – bzdetach. Uprasza się zamkniętych o czytanie z niezrozumieniem, pozostałych – tylko o nieczytanie ;)

Tekst ilustruje obraz Jacka Dehnela.

Za ciosem

Październik 15, 2009

Wszędzie znajdzie się jakiś „urażeniec”, wrażliwszy od mimozy, którego uczucia łatwo obrazić, bo wyobraża sobie, że je ma. A ma zwłaszcza uczucia religijne, więc składa na sesji rady miejskiej oświadczenie, że zaproszona z okazji obchodów święta miasta „Neo-Nówka” uczucia te i owe uraziła do żywego i martwego(intelekt to on ma mało żywy). Nieznalską to on by zgwałcił i następnie ukamienował. Madonnę(za datę występu w Polszcze) spaliłby żywcem, pewnego Włocha zastrzeliłby(gdyby miał jaja) za meteoryt, przygniatający JPII. Jego prawo, bo uczucia religijne ma draśnięte, że aż woda się polała – bo o krwi może jeno pomarzyć. Największy prowokator blogosfery – Proces – jak ognia boi się rozmów o religijnych odczuciach – łatwiej urażać userów, trudniej – naprawdę się narazić… kunktator jeden!
Na tym tle czytam wypowiedzi mądrych księży(są i tacy, słowo!) – Prusaka, Szostka. Przypominają, że Jezusa razili kupcy w świątyni, nie innowiercy. Że JPII    n i e    j e s t  przedmiotem kultu religijnego, ale człowiekiem, zmarłym(więc szacunek przynależny nieżyjącym mu się należy, ale tylko tyle). Że sprawa powieszenia lub zdjęcia krzyża w społecznościach demokratycznych powinna podlegać negocjacjom. Że rzetelny katolik powinien reagować nie tylko wtedy, kiedy   j e g o   uczucia są obrażane – ale i wówczas, kiedy uraża się uczucia judaistów, mahometan, prawosławnych.
Żaden radiomaryjny dureń nie pomyśli(myślenie jest zakazane – wyznawcom księdza doktora, który – kuriozum! – doktoryzował się z siebie samego, miast z ekonomii, na której zna się lepiej od Balcerowicza), że „obraza uczuć religijnych” to również parszywe komentarze po śmierci Edelmana. Przecież on był „zaledwie żydkiem”. Tylko ksiądz Szostek ma odwagę powiedzieć, że „to są moi bliźni. Kiedy oni są dotknięci, to i ja jestem  dotknięty.”
A gdzie „kenoza”? O której zdaje się nie mieć bladego pojęcia(pewnie nie ma) ojciec dyrektor? Gdzie świadomość, że gdyby nie uniżenie Chrystusa – ostateczne, tylko Jemu przynależne –  Odkupienie nie byłoby możliwe? Gdzie piękne zaufanie do artystów, że – kalając – uświęcają?
Gdzie pewność wierzących, że ich uczuć religijnych  n i e   m o ż n a   obrazić?
Najładniejszy dowcip rysunkowy, jaki ostatnio widziałam: kura ma nieco łysy odwłok, głos z offu mówi – ..wyrwali mi z kontekstu. Nie dam sobie wyrwać pióra – z żadnego ze skrzydeł!:D

Addenda(zgodnie z obietnicą)

Rudolf Otto pisał, że przeżycia religijne(nie uczucia!) to bycie pociąganym i napełnianym strachem przez „świętość” i numinosum(przejaw woli i mocy bóstwa), składają się z grozy i fascynacji równocześnie. Ta definicja ma wielu przeciwników, potrafiących swoje zarzuty uargumentować.

William James uważa, że uczucia religijne od niereligijnych różnią się tym, że – pozbawione treści poznawczej – są intensywniejsze i uroczystsze. Prawdy i przekonania religijne(nazywał je „czystymi przeświadczeniami”) są wobec przeżyć tylko wtórne i  w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Maslow(ten od słynnej piramidy potrzeb) badał zjawisko „doświadczeń szczytowych” – doświadczanie pełni istnienia – i stwierdził, że mogą one mieć zarówno charakter religijny jak i areligijny. Uznał, że przekonania religijne są późniejszą interpretacją tych szczytowych doświadczeń, których nie można przecież zwerbalizować, więc próbuje się je przekazać innym ludziom w formie przekonań właśnie. Te doświadczenia są dla doznających ich tak ważne, że gotowi są bronić ich nawet za cenę życia(w sytuacjach skrajnych gotowi są zabić lub ponieść śmierć), wolności itd.

Badania Samuelsa i Lestera(wyniki opublikowane w 1985r.) nad uczuciami wobec Boga, prowadzone wśród katolickich zakonnic i księży dowiodły, że uczucia te nie różnią się niczym od uczuć przeżywanych w kontaktach z innymi ludźmi. Miały również podobny stopień natężenia.

Ks.Jacek Prusak uważa, że uczuć religijnych nie można odróżnić od niereligijnych; są przeżywane jako miłość, wdzięczność, lęk, poczucie winy – zupełnie tak, jak uczucia międzyosobowe. Komponent motywacyjny i komponent ekspresji  też nie jest w żaden sposób wyjątkowy(składanie rąk do modlitwy, skupianie się, pomaganie innym w imię miłości bliźniego – można to robić i bez religii). Komponent neurofizjologiczny również nie jest fenomenem – stan „szczęśliwości”, wewnętrznego spokoju można osiągnąć równie dobrze dzięki modlitwie jak i dzięki stosowaniu technik relaksacyjnych czy spełnionej miłości do drugiego człowieka. Prusak sądzi, że uczucia religijne różni od innych tylko komponent poznawczy – ktoś interpretuje jakąś sytuację czy zdarzenie jako związane z Bogiem, a to wywiera na nim wrażenie, porusza go, bo – w jego ocenie – odnosi się do tego, co ponadludzkie. Osoby religijne czują się więc obrażone, bo uważają swoje uczucia za adekwatne w stosunku do określonych przekonań czy symboli, które zostały przez kogoś innego zakwestionowane, a dla nich mają wartość nadrzędną.

Zatem –  „obrażalstwo religijne” wynika ze słabej, czy silnej wiary?

Ciekawe, że żadnego katolika nie obraża koszmarna kiczowatość Lichenia, pełne nienawiści i jadu słowa Rydzyka, buteleczki na wodę święconą w kształcie „matek bosek” z odkręcaną główką, raniące uszy – zarówno tekstem, jak i melodią i aranżacją – piosenki religijne, śpiewane na pielgrzymkach, język artykułów o Alicji Tysiąc w różnych pisemkach przeznaczonych dla owieczek, żenująco niski poziom nauczania religii w szkołach itd. itp. A przeciw tym właśnie zjawiskom powinni najgłośniej protestować – bo nie Nieznalska zagraża religii, ale działalność bluźnierczych wiernych. Bo o wiele bardziej niszczy religię i jej symbole banalizacja niż prowokacja – ta ostatnia może inspirować do myślenia i przemyślenia na nowo, może wyznawców wzbogacać, a już na pewno nie obraża. A kabareciarze? Oni oświetlają jaskrawym światłem to, czego wierni zobaczyć nie chcą – więc maybachy księżowskie, pychę i żądzę zupełnie świeckiej władzy, którą często grzeszy naziemny personel Pana Boga, niedouczenie wielu księży, ich nieporadność językową(wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się wszelkie homilie i kazania internetowe – ordynarne „gotowce” na niedzielne msze i ściągi dla seminarzystów; i to nie wierni tam zaglądają, a pasterze). I katolicy powinni kabareciarzom dziękować – bo podają im na tacy nie złotówki, a informacje o tym, co ludzi zraża do instytucji Kościoła i co trzeba zmienić.

Sufizm

Październik 11, 2009

Nie chcę, o Nieboskłonie, nie wiruj beze mnie –
Słońce – ja nie chcę, byś wschodziło beze mnie,
I nie chcę, Świecie, żebyś trwał beze mnie –
Nie chcę!
Kiedy jesteś ze mną, i we mnie, i przy mnie,
To piękna jest Ziemia i piękne Zaświaty –
Nie chcę, byś na tej ziemi przebywał beze mnie –
Nie chcę!
Ty dajesz nocą światło Księżycowi
Jesteś Księżycem, a ja jestem Nocą –
Po niebie nie płyń beze mnie –
Nie chcę!
Spójrz na kolec, co przywarł cały do swej róży –
Czyż nie jesteś Różą a ja kolcem Róży?
W kwietniki różane nie odchodź beze mnie –
Nie chcę!

Malutka próbka – fragment rubajaty Celaleddina Rumiego, diabli wiedzą, czy Turka, czy Persa – bo pisał po persku, ale mieszkał w Azji Mniejszej. Te rubajaty to Biblia wyznawców sufizmu. I znów – czort wie, skąd się wzięli, dlaczego zyskali tak wielką popularność i czemu zniknęli. Wiadomo natomiast, że posługiwali się zupełnie niereligijnym językiem soczystych erotyków, nawet kiedy pisali o miłości Boga. Ewoluowali – najpierw było założenie(dla islamu – oczywiste), że człowiek i Bóg to jedność, potem(skoro „nie ma boga prócz Boga”), że nie ma   n i c  prócz Boga, a skoro Bóg jest bytem jedynym, to człowiek… nie, tak daleko się nie posunęli, Allah miał być jedynym bytem rzeczywistym, człowiek natomiast – bytem przypadkowym.
Miłość do Allaha – to jedyna miłość prawdziwa, ale wiedzie przez miłość do człowieka, kochanki lub kochanka, namiętną, gorącą, seksualną. Mistyczny seks i seksualny mistycyzm.
„Płomień mojej miłości przerasta niebo i ziemię. Wśród tych płomieni błyszczy moje Słońce – Szems. Wszystko staje się jasne, kiedy Szems jest przy mnie. Oglądam rzeczy nigdy niewidziane, przeżywam doznania nigdy niedoznane. Bo Szems jest morzem duszy, duszą świata…” – Rumi tworzył pijąc i tańcząc, kochając się i biesiadując, w ekstazie i rozkoszy.Podobno na cześć twórcy rubajatów do dziś tańczą derwisze – już od ponad siedmiuset pięćdziesięciu lat. My – czcimy naszych wielkich śmiertelnie poważnie.ćma

Rodzimi sufici(sufiści?) to całkiem inna sekta, sufit jest ich natchnieniem. Tam widzą zarysy bardzo wygodnych spiskowych teorii dziejów, tam odnajdują swoich wodzów, stamtąd czerpią argumenty. A kiedy próbujesz z nimi rozmawiać – błądzą oczami po swoim niebie – suficie. A i Biblie ich inne zgoła od rubajatów czy gazel, powtarzają swoje sutry i krowy z reguły z okazji czyjejś śmierci, jakiejś rocznicy, odsądzając od czci i wiary – czczonych. Wygwizdują Bartoszewskiego i wieszają psy na Edelmanie, Skardze też nie przepuścili. Bo – ich zdaniem – wszystkiemu winni są żydzi, geje, zwolennicy aborcji, racjonaliści, miłośnicy filmów Polańskiego, przeciwnicy kary śmierci…… i cykliści.

O obrażaniu i obrażaniu się

Październik 4, 2009

Najpierw fanfary!!!!!!!!!! Na cześć Tadeusza! Jego projekt będzie realizowany, a jest…cudny, sami zobaczcie! Dawno nie widziałam tak dobrego projektu plastycznego, który godziłby znak, stworzony przez artystę, z potrzebami odbiorcy.tramwaj Tadeusza

Wpadła mi w ręce niewielka książeczka, znaczy – cieniutka, ale  poczytna: „Polski kodeks honorowy” Boziewicza(na czele rankingu ksiąg poczytnych plasują się takie kurioza jak Coelho, Mniszkówna, Harry Potter, a peleton  zamykają pisarze-intelektualiści, co mnie dziwi,ale nie za bardzo, jako że to „umarła klasa” dawców i biorców) i pomyślałam sobie o obrażaniu i obrażaniu się. Wg rzeczonego kodeksu nie wszyscy mają „zdolność” pojedynkową; Boziewicz pozbawia jej osób karanych za przestępstwo z chciwości, „denuncjantów” i zdrajców, tchórzy, homoseksualistów(sic!), dezerterów z armii polskiej, utrzymanków kobiet(niezależnie od  konduity dam), autorów anonimów(jak to sprawdzić?), oszczerców, alkoholików, itp.(lista jest długa, służę szczegółową – na życzenie).
W art.14 czytamy: „Pojęciem obrazy określamy każdą czynność, gestykulację, słowne, obrazowe lub pisemne wywnętrzenie się, mogące obrazić honor lub miłość własną drugiej osoby bez względu na zamiar obrażającego”(uwaga – intencje się nie liczą).Jak nie kochać Boziewicza za „wywnętrzenie się”?

Za „obrazę lekką” Boziewicz uważa afront(obraza bez naruszenia czci – ?),  ale już naruszenie czci gentlemana jest obrazą ciężką. Do  „poważnych armat” zalicza m.in. zarzut nieuctwa(kocham go za to!), zarzut tchórzostwa(żadna kobieta by tego nie zniosła – bo kobiety, z braku innego wyjścia, muszą być odważne) i inne.
Zniewaga najwyższa to zniewaga „czci familii”, ale „wolnym od obowiązku dania satysfakcji jest mąż, który znieważa człowieka uwodzącego mu żonę” – może sobie(biedak) urągać kochankowi do woli…”Wszelką zwłokę, nie pozwalającą na wyzwanie w terminie(24 godz.) – w ciągu doby  należy wyzwanemu „donieść telegraficznie lub listem express-poleconym”(ciekawe, czy mail się liczy?) – żądanie pojedynku. Obrażający – w tekście Boziewicza – nazywany bywa „obrazicielem”.
Satysfakcja honorowa to:
– wyjaśnienie(pięknie, prawda? jak wyjaśnić komuś, że nazwanie go świnią jest wyrazem sympatii jego kubków smakowych do schabu?)
– zaprzeczenie obrazy(„nieprawda, że Twoja żona jest śliczną k..ą?” )
– odwołanie obrazy(pewnie w internecie: „nieprawda, że pan X jest idiotą”, anons bezpłatny zgoła)
– usprawiedliwienie postępku(byłem pijany, czyli polska norma, bo ludzie dzielą się na abstynentów i kapusiów)
– przeproszenie(„przepraszam pana Y za to, że jego żona  jest dziwką”)
– pojedynek(oko w oko, łeb w łeb, pysk w pysk, morduchna w morduchnę)

I tak oto nie mogę się na nikogo obrazić. Jeśli facet spod pubu(dawniej – budki z piwem) wybełkocze na mój widok „o k..a, jakie nogi!”, to to jest „usprawiedliwienie postępku”, jeśli jest niewykształcony – to podpada pod art.4(„brak wykształcenia średniego, chyba że to artysta”); jeśli zawistna baba zarzuca mi wszystkie swoje grzechy  (jako kobieta jest niezdolna do „dania satysfakcji”) – to akurat jasne, jestem zdecydowaną heteryczką, a moja miłość własna też wywiera presję – i wrzeszczy:”jeśli on uważa Cię za…(wstawić obelgę), to idiota/idiotka, więc odpuść. Dalej – lokaj nie jest  w stanie obrazić swojej pani, nawet kiedy pokaże jej język(za jej plecami).

Nowocześniej – obrażają się:
– zakompleksieni(vide Kaczyńscy – ale pewnie sama bym się obraziła, gdybym była wzrostu siedzącego psa
–  impotenci(prawda w oczy kole, oni nie są w stanie ukłuć kogokolwiek – z powodu braku żądła)
–  idiotki/idioci(nie mają pojęcia, dlaczego, ale  – czemu nie? one/oni na wszelki wypadek…)
–  indolenci(bo nie mają pojęcia, że „erudyta” nie jest obelgą)
–  grafomani/grafomanki(bo uwielbiają własną TFUrczość, a zawsze znajdą rycerzyków/rycerzyCZki, którzy/które  – chcąc je zawlec na swoje legowiska – są gotowi      powalczyć, bo w końcu za „dziewczynkę”  musieliby zapłacić, tu mają za darmochę – no i są wobec siebie bezkrytyczni/bezkrytyczne
–  i inni(wiek, maść i płeć – obojętne…wszystkim)

Mnie – jako damę – uraża nie „tykanie”(bo sama na to pozwoliłam), ale familiarne poklepywanie po tyłku(odwłok to mam wrażliwy wielce) przez osoby nieuprawnione, zwłaszcza przez mało oryginalne, za to zadufane paniĘki; ocenianie przez gości, którzy poznali słowo „frak”, ale nie wiedzą, że nie pasuje do adidasów; laicy, którzy mniemają, iż rozum – i dar polemiczny – mają(za to nie posiadają wiedzy). Uraża – nie obraża. Za to ich obraża samo moje istnienie, co mnie raduje wielce, jako że mam paskudny charakter – ale – w odróżnieniu od nich  –  m a m    c h a r a k t e r . I właśnie dlatego nie kasuję tu żadnych komentarzy – wychodząc z założenia, że obrzydliwcy sami sobie wystawiają świadectwo – certyfikat chama.
I jeszcze – obrażają się ludzie pozbawieni poczucia humoru; ci, których dystans do siebie samych jest tak malutki, że nie widzi go nawet mikroskop elektroniczny, tacy, którzy cierpią na elephantiasis ego przy równoczesnym niedorozwoju IQ, ckliwe grafomanki(tych najwięcej)  i kliniczni megalomani.
Zatem dyskusja pod wdzięczną i – zdaniem zwolenników cenzury – niewulgarną nazwą „Chamstwo w sieci” nie przyprawiła mnie o palpitacje. Drodzy urażeńcy – przecież macie wybór.
1. Zamknąć się w wieży z kości słoniowej, cenzurować komentarze(a najlepiej – uniemożliwić komentowanie tekstów, chociaż wtedy nie poczujecie dymu kadzideł).
2. Pozwolić na komentowanie i wywalać wszystkie niepochlebne wpisy, ale to moc pracy – no i skazuje na ustawiczne warowanie przy komputerze.
3. Niczego nie wyrzucać – bo tylko w ten sposób można mieć prawdziwy kontakt z czytelnikiem i wiedzieć(mniej więcej) jaki jest odbiór tekstu.

A poza tym – jedną z pierwszych oznak dorosłości jest uświadomienie sobie, że nie każdemu się podobamy, ale przecież – niezależnie od wieku – nie wszyscy  doroślejemy, nie brak Piotrusiów Panów i słodkich dziewczątek po czterdziestce…

_____________________________________
Ostatnio wydumałam taki bon mote – „Cel uświęca pal” – i sądzę, że to(wbrew moim intencjom) hasło feministyczne. Właścicieli pali serecznie przepraszam – moje intencje były inne zgoła. Tym niemniej – pięknie, kiedy pal jest uświęcony przez cel;). Nie powiem ze „zbożny” – powiem, że „piękny”.Bo takie moje zbójeckie prawo!

Ten okropny Bataille…

Lipiec 12, 2009

Filozof nie opisuje świata – on go przedstawia. Każdy człowiek nosi w sobie obraz świata, stworzony na podobieństwo swoje. To obraz uporządkowany, bo chaos nas przeraża. Bo my chcemy być uporządkowani, wolimy dotyczące nas zdarzenia traktować jako przejaw „siły wyższej” niż dzieło przypadku. Tworzymy Systemy i z uporem się ich trzymamy, godząc się zaledwie na to, żeby czasem zastąpić je innymi, kolejnymi. Ciągłość i linearność pozwala nam na złudne uczucie pewności, przewidywalności tego, co może nastąpić. Ten komfort burzą filozofowie.

Bataille mówi, że można uzyskać świadomość, która nie jest świadomością czegoś, nie ma przedmiotu. Jest dosłownie SAMOświadomością. Aletheia.

Kultura Europy – czy tego chcemy czy nie – jest kulturą chrześcijańską. Wykołysało nas Morze Śródziemne, przesycając duchem helleńskim i hellenistycznym, otuliło rzymskie imperium, a potem przez ponad tysiąc lat częściej słyszeliśmy psalmy niż pieśni miłosne. Nawet „Pieśń nad pieśniami” utraciła swoją weselną radość, ucharakteryzowana na modlitwę. Chrześcijaństwo to jedna z nielicznych – jeśli nie jedyna – religii, które wyrzuciły seks i erotyzm poza sferę sacrum, czyniąc go wręcz wstrętnym. Jest zaledwie tolerowany – ze względu na prokreacyjną konieczność. Bataille próbuje sakralizować seks, przywrócić mu „świątynne miejsce”, które zajmował w czasach przedchrześcijańskich. Jest jak koło ratunkowe w czasach, kiedy można mieć każdy seks bez cienia erotyzmu, kiedy ciało powoli staje się instrumentem do osiągania wyłącznie fizycznej rozkoszy bez angażowania do roli głównej uczuć nazywanych kiedyś „wyższymi”, kiedy cyberseks umożliwia praktykowanie uciech bez dotyku partnera. Bataille pisze: „Zakaz, który przeciwstawia się w nas swobodzie seksualnej, jest ogólny, uniwersalny, a poszczególne zakazy są jego zmiennymi aspektami”. Kobieta staje się „zakazana” – wychodząc za mąż, zakazana dla innych mężczyzn niż mąż. Kobieta przyjmuje rolę matki i żony, ale równocześnie jest podmiotem i przedmiotem seksualnym, umie być jednocześnie człowiekiem i zwierzęciem; w akcie seksualnym – jest tylko zwierzęciem, jej osobowość przestaje istnieć – na szczęście, bo gdyby nie to, nie mogłaby osiągnąć orgazmu. Ta „chwilowa śmierć” osobowości pozwala kobiecie i mężczyźnie czuć rozkosz, zwiększoną dzięki zerwaniu tam, jakie stawia nam świadomość. Nie mam zamiaru przedstawiać tutaj głównych założeń Bataille’owskiej filozofii, ale bez przybliżenia jego stosunku do zakazu się nie obejdzie. Bataille mówi o nieusuwalności zakazu – tylko wydaje nam się, że zakazy przestały istnieć, a tymczasem są one jedynie uchylane, na przeciąg chwili. Każdy zakaz jest z natury irracjonalny; wciąż gwałcony i nieustannie nienaruszalny. Jestem dzieckiem ikonosfery, zatem myślenie Bataille’a próbuję sobie przełożyć na język obrazkowy. Kiedy pisze on o wspólnej przestrzeni nauki i filozofii, oddzielonej od obu, to wyobrażam sobie następujący zabieg:

Bataille - nauka i filozofiaW tej wspólnej przestrzeni nie ma już ani nauki, ani filozofii, chociaż w pewien sposób są w niej nadal obie. Widzę w niej miejsce na dyskurs, w którym definicje nie są formułowane, a tylko „przeczuwane”, nowa jakość, inne podejście.
Analogicznie można pojąć Bataille’owską koncepcję związku seksualizmu ze śmiercią. Wspólną strefą obu rządzi zakaz(jak wcześniej pisałam – irracjonalny). Tak właśnie rozumiem słowa B.: „Człowiek jest zwierzęciem, które chroni się w ‚zakazie’ śmierci i seksualnego zjednoczenia”.

Bataille - selsualność i śmierćErotyzm to zbytek. Nieustanne święto, bo przecież instytucja święta(podobnie jak instytucja wojny) funkcjonuje dzięki nagromadzeniu dóbr, które trzeba „zmarnować”.To  jak sypanie płatków kwiatów podczas procesji Bożego Ciała, jak przepych ceremonii intronizacyjnych.
Mężczyzna, otwierając uda kobiety, czyta w niej(nie w „nich”) swoją śmierć, ale wie, że właśnie teraz jej nie ma, jest od niego oddzielona. Kobieta, zamykając z rozkoszy oczy, widzi, jak bardzo jest śmiercią podszyta i jak ogromną ma – przez chwilę – nad nią przewagę. Zamknięte ciała – otwierają sie na siebie i dla siebie. Staje się coś niezwykle ważnego – przekraczanie granic. Erotyzm i seks pozwala przekraczać granice śmierci. A śmierć jest rozpustą. Natura hojnie nią szafuje(ona – w przeciwieństwie do ludzi – nie bywa oszczędna, raczej rozrzutna), ale dzięki temu zapewnia nieustanne odradzanie się i młodość. Śmierć trwoni nadmiar życia, seksualność umożliwia stworzenie tego nadmiaru. W akcie seksualnym śmierć jest usuwana przez erotyzm, w umieraniu zdarza się ekstaza podobna do miłosnej rozkoszy.

Fragmenty „Madame Edwardy”;
„Rozkosz zasługiwałaby na wzgardę, gdyby nie była owym przygniatającym przekraczaniem, które nie jest ograniczone do ekstazy zmysłowej, bo w ten sposób poznali je mistycy różnych wyznań, przede wszystkim zaś mistycy chrześcijańscy. Byt jest nam dany również w nieznośnym przekraczaniu bytu, równie nieznośnym co sama śmierć. A ponieważ w chwili śmierci w tym samym czasie, gdy jest on nam dawany, jest nam również odbierany, winniśmy go poszukiwać w uczuciu śmierci, w owych chwilach nie do zniesienia, gdy zdaje nam się, że umieramy, bowiem byt w nas istnieje już tylko w zbytku, kiedy to pełnia grozy i radości zbiegły się w czasie.
Nawet myśl(refleksja) dopełnia się w nas jedynie w zbytku. Cóż znaczy prawda – poza wyobrażeniem zbytku – jeśli nie patrzymy tam, gdzie zbywa zdolności widzenia, co jest nie do zniesienia dla oka, tak jak rzeczą nie do zniesienia w ekstazie jest przeżywanie rozkoszy?; jeśli nie myślimy tego, co przekracza zdolność myślenia?
U kresu tej patetycznej refleksji – która unicestwia się w krzyku przez to, że popada w brak tolerancji dla siebie – odnajdujemy Boga. On jest sensem, on jest bezeceństwem tej szaleńczej książki: opowieść ta zawiera Boga w całej pełni jego przymiotów – niemniej ów Bóg to przecież zwykła publiczna dziwka, całkiem podobna do innych. To wszakże, czego mistycyzm nie mógł wypowiedzieć(w chwili wypowiadania zanikał), powiada erotyzm: Bóg jest niczym, jeśli nie jest przekroczeniem Boga w każdym sensie, w sensie powszechnego bytu, jak również w sensie grozy i nieczystości, na koniec w sensie niczego… Nie możemy bezkarnie dodawać do języka słowa    B ó g; ledwie to uczynimy, słowo to, przekraczając siebie, burzy w zawrotny sposób własne granice. To, czym jest, nie cofnie się przed niczym, tam je znajdziesz, gdzie go nie posiejesz, samo w sobie jest bezeceństwem. Ktokolwiek żywi co do tego najmniejsze bodaj podejrzenie, milknie natychmiast. Bądź też szukając wyjścia, choć wie, że wpada we własne sidła, poszukuje w sobie tego, co – mogąc go unicestwić – kształtuje go na podobieństwo Boga, na podobieństwo niczego.”

„Dostrzegła mnie, w tym momencie zrozumiałem z jej spojrzenia, że wraca ze świata niemożliwości i dojrzałem – w głębi niej – przyprawiającą o zawrót głowy stałość. Zalewająca ją od korzenia fala znalazła ujście we łzach: łzy polały się z jej oczu. Miłość  w tych oczach była martwa, emanował z nich chłód jutrzenki, przejrzystość,  w której czytałem śmierć. I wszystko się ze sobą wiązało w owym spojrzeniu ze snu: nagie ciała, palce, którymi się rozwierała, mój lęk i wspomnienie śliny na wargach, nie było nic, co by nie przyczyniało się do tego ślepego zapadania w śmierć.
Rozkosz Edwardy – żywe źródło, wytryskiem rozdzierające w niej serce – trwała niebywale długo: przypływ rozkoszy nieustannie gloryfikował jej byt, czynił jej nagość bardziej nagą, jej bezwstyd bardziej wstydliwym. Z ciałem, twarzą oddanymi ekstazie, zapamiętana w bezsłownym szepcie i krzyku, uśmiechała się ze skruchą. Mój lęk przeciwstawiał się rozkoszy, której powinienem był pragnąć; bolesna rozkosz Edwardy przyprawiała mnie o męczące poczucie cudu.(…)
Ze snu, w którym trwaliśmy niedługo, obudziłem się pierwszy.Reszta jest ironią, długim oczekiwaniem na śmierć.”

„Otóż i pierwsza teologia zaproponowana przez człowieka, dla którego śmiech jest iluminacją i który dobrodusznie nie ogranicza tego, co nie wie, czym jest granica.”

Chętnie przytoczyłabym jeszcze inne fragmenty, ale to stanowczo nie jest lektura dla niewinnych panienek,  młodzieży przysposobionej przez katechetów do życia w rodzinie  i wielu innych nazbyt łatwo  gorszących się czytelników.  Bataille napisał w „Madame Edwardzie”: „Jeśli boisz się wszystkiego, czytaj tę książkę, lecz wpierw mnie wysłuchaj: jeśli się śmiejesz, to znaczy, że się boisz. Książka, wydaje ci się, jest rzeczą martwą. Być może. A jeśli jednak, co się przecież zdarza, nie potrafisz czytać? Czyż powinieneś się obawiać…? Czy jesteś sam? Zimno ci? Czy wiesz, do jakiego stopnia człowiek to ‚ty właśnie’? Imbecyl? I nagi?”.
_____________________________________________
Spośród „możliwe” i „prawdopodobne” wolę to pierwsze, bo – paradoksalnie – jest bardziej prawdopodobne(zbliżone ku prawdzie). Prawdopodobieństwo ogranicza.

Akt odwagi?

Czerwiec 22, 2009

Są ludzie, którzy mogą mieć dzieci i tego nie chcą. To zupełnie świadoma decyzje.
Zarzuca im się egoizm, bunt przeciw normom społecznym, wygodnictwo, brak instynktu macierzyńskiego/tacierzyńskiego, tchórzostwo i niemal atak na WTC.
Dzieciaci patrzą na nich z pewną wyższością, opowiadają o urokach rodzicielstwa – skrzętnie pomijając jego ciemne strony, podkreślają, że decyzja o zostaniu matką/ojcem była przemyślana i dojrzała. Nie zająkną się o tym, jak bardzo dziecko ograniczyło ich swobodę, jak zmieniło ich życie, jak ogromnie się boją chorób i wypadków, wpływu rówieśników, tysiąca różnych rzeczy.
Zapominają przy tym, że ich decyzja nie była wynikiem naprawdę wolnej woli, że zadziałał instynkt włączając hormony. Wolą nie pamietać, że nie można zaplanować wszystkiego – kryzysu ekonomicznego, który skaże ich dzieci na bezrobocie lub wyjazd za granicę, uaktywnienia się genów uszkadzających płód, wyborów niezgodnych z opcjami rodziców, odejścia własnego partnera, wojny itd. Nietrudno trafić na gorzkie żale rodziców, których jedyny syn poczuł powołanie – i pozbawił ich uroków posiadania(!) wnucząt, że wypieszczone dziecko jest homoseksualne, że nie umieją się pogodzić. Ci bardziej szczerzy dodają, że przynajmniej mogą liczyć na starość na opiekę progenitury, ale te wnuki… ta niemożność przedłużenia życia – w tej akurat postaci – bardzo ich boli. Pytają ze smutkiem – kto odwiedzi ich groby, kiedy już braknie córeczki/synka, kto powiesi na ścianie ich zdjęcia, komu oddadzą rodzinny album, dom, pamiątki? Może więc decyzja o prokreacji jest sposobem na przedłużenie własnego życia? Tak decyduje za nas podświadomość,  w której wciąż jest zakodowany lęk przed śmiercią i przemijaniem. Opiekowaliśmy się naszymi rodzicami, kiedy tego potrzebowali – liczymy na rewanż? Tego wszytkiego nie bierze się pod uwagę mając mniej niż trzydzieści lat, więc świadome macierzyństwo/ojcostwo to mit? Narodziny niemal automatycznie generują miłość rodziców – i zagłusza ona wszystkie wątpliwości.
Dziecko łączy rodziców na mur, nawet jeśli nie utrzymują ze sobą kontaktów. Często jest argumentem za nieopuszczaniem partnera. Bywa, że staje się mimowolnym sprawcą trwania nieudanych związków. Facet porzucający żonę obarczoną dwojgiem lub wiecej potomstwa „gwarantuje sobie”, że ona pozostanie samotna, niełatwo jej będzie znaleźć kogoś, kto będzie chciał i umiał inwestować uczucia i pieniądze w cudze dzieci. Żonie, rodzącej trzecie dziecko, wydaje się, że mąż jej już teraz nigdy nie zostawi. To nie egoizm? Nie lęk?

Może więc decyzja o nieposiadaniu dzieci jest jednak aktem odwagi? Aktem naprawdę wolnej woli? Sądzę, że wtedy istnieje się inaczej – bardziej intensywnie przeżywa każdy dzień, mocniej odczuwa się upływ czasu, może częściej i chętniej poświęca się pracy. Może głębiej przeżywa się miłość?
Argument obrzydliwy: kiedy zdechnie nasz ulubiony pies, długo bronimy się przed adoptowaniem kolejnego, bo nie chcemy przeżywać jego śmierci. Płodząc/rodząc dzieci przywołujemy na świat kolejne istnienie, które musi umrzeć, może dlatego tak bardzo zależy nam na wnukach?