Archive for Sierpień 2008

Niechciana wolność

Sierpień 24, 2008

Ostatnie dziesięciolecia przyniosły ogromną zmianę w medycynie. Nie mam tu na myśli postępu w zakresie technik leczenia czy wynalezienia specyfiku farmakologicznego na miarę penicyliny. Zmiana ma charakter rewolucyjny, a dotyczy nas wszystkich. Zdrowych i chorych.
Medycyna paternalistyczna odchodzi do lamusa. Współczesny lekarz nie traktuje już pacjenta jak naiwnego dzieciaka, którego należy chronić przed nadmiarem informacji i robić swoje, czyli leczyć taką metodą, jaką specjalista uzna za słuszną. Z roli przedmiotu chory awansował do roli podmiotu. Medycyna psychosomatyczna to już nie ekstrawagancja naukowa, ale jeden z nurtów, które poważnie wpłynęły na relację lekarz-pacjent. Coraz częściej organizowane są sympozja lekarskie, na które zaprasza się pedagogów, filozofów, etyków, antropologów kulturowych. I – jak to zwykle bywa – najciekawsze dyskusje odbywają się nie w panelu, a w kuluarach. Zdumiewa fakt, że tak łatwo specjaliści z różnych przecież dziedzin, czasem mocno specjalistycznych, znajdują wspólny język, potrafią rozmawiać efektownie-błyskotliwie i efektywnie – bo skutecznie.
Postęp w każdej dziedzinie powoduje jednak skutki uboczne. W tym wypadku w postaci „niechcianej wolności”. Poszerzenie zakresu wolności niemal automatycznie zwiększa obowiązek odpowiedzialności. Dzisiaj pacjent musi podjąć decyzję o swoim leczeniu. Lekarz występuje nie w roli wszystkowiedzącego półboga, który korzysta z wiedzy tajemnej, żeby uleczyć lub zaleczyć. Jest doradcą, który przedstawia choremu różne opcje, informuje o ich wadach i zaletach, ale to pacjent ma podjąć decyzję. Niby „jest lepiej, jest lepiej, więc o co ci chodzi?”. Jest lepiej, bo poprawia się jakość opieki nad chorym. Jest gorzej, bo pacjent często wcale nie chce podejmować jakiejkolwiek decyzji.
Pewien lekarz opowiadał o takim zdarzeniu: jego maleńka córeczka, noworodek, nagle przestała oddychać; lekarze na OIOM-ie zapytali go, czy mają intubować i on – fachowiec, znający konsekwencje decyzji, ktoś, komu nie trzeba było udzielać dodatkowych informacji – poprosił, żeby oni sami zdecydowali. Bał się – w sytuacji niepewności nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności, podświadomie chciał móc obarczyć ewentualną winą nie siebie, a kogoś innego.
Medycyna jest sztuką uprawianą przez artystów, rzemieślników, szarlatanów i partaczy. Informowanie pacjenta jest częścią tej sztuki. Artysta i dobry rzemieślnik nie zastosuje bezmyślnie algorytmu – dla każdego pacjenta poszuka odpowiedniego paradygmatu, poświęci mu czas, spróbuje zrozumieć, nie stchórzy. Partacz zastosuje ten sam schemat postępowania wobec każdego z podopiecznych i w dodatku usprawiedliwi to obowiązkiem równego traktowania wszystkich klientów. Między innymi dlatego właśnie jestem przeciwniczką egalitaryzmu. Ludzie nie rodzą się równi, a w trakcie życia różnice tylko się pogłębiają.
Lekarza obowiązuje również rzetelne poinformowanie pacjenta o stanie jego zdrowia. Można zrobić to mądrze, byle jak lub głupio palnąć. Skutki ponosi chory. Chorego „ponoszą” noszowi. Mnie ponosi i roznosi dzika złość, kiedy zdarza mi się zbierać odpryski lekarskiej „prawdomówności”.
Świadoma zgoda chorego na podjęcie leczenia jest konieczna. A ciężar świadomości, że – aby żyć – musi on się leczyć, wcale nie jest łatwy do udźwignięcia. Tak jak niełatwo pogodzić się z niektórymi sposobami terapii. Zgodzić się na pompę insulinową, dializoterapię, transplantację i wiele innych, inwazyjnych metod. Wielu rezygnuje, bo lekarz nie znalazł dla nich czasu, odwagi i zrozumienia, nie wyjaśnił, nie współuczestniczył w procesie podejmowania decyzji. Jasne, że może usprawiedliwiać się tym, że na przyjęcie jednego chorego ma 7 minut. Może, ale nie wolno mu. Nie sprzedaje marchewki w sklepiku czynnym do osiemnastej.
I nie należy cedować przekazania informacji na bliskich, też sobie z tym nie radzą, jak w tej historyjce:
– Jak dobrze, że tak często chodzimy do kościoła, do spowiedzi. Te kilka grzechów Pan nam daruje – mówi starsza pani do przyjaciółki, leżącej w szpitalu, o której wie, że jej dni są policzone i zostało ich zaledwie kilka.
– Ano, dobrze. Wiesz, jakoś dziś lepiej się czuję, rano był u mnie taki młody, uśmiechnięty ksiądz – odpowiada tamta.
– Ale chyba pora już odpocząć, czas do Bozi, tam lepiej niż na tym padole – próbuje pierwsza.
– Uchowaj, Panie! Tak źle mi życzysz? – z wyrzutem pyta umierająca.

Przedstawiłam tu jeden z argumentów w obronie filozofii, która jest nie tylko bezużyteczną gadaniną pięknoduchów. Ona naprawdę zmienia świat – w tym wypadku wpłynęła na rewolucję w medycynie. Szkoda, że tak niewielu ludzi to zauważa.

Reklamy

Pełzająca rewolucja

Sierpień 22, 2008

– Po co komu ta cała filozofia? Chleba z niej nikt nie upiecze!
– Nauka? Lepiej zajmij się czymś pożytecznym, posprzątaj, ugotuj obiad, posadź drzewo.
– Zejdź wreszcie na ziemię, tylko byś bujała w obłokach. Napisałaś setki stron, dyskutujesz, co z tego masz? System, czy tam teoria, którą sobie wydumałaś i tak nikogo nie poruszy, nie dokonasz rewolucji, po co to publikować? Zarobisz grosze, nie warto.
– Całe to gadanie o celu, sensie i bytach to zwyczajne brednie, bezużyteczna paplanina, zostaw to, zacznij być wreszcie normalna, mów zrozumiałym językiem.
– Czemu ty wszystko komplikujesz? Kamień to kamień, potkniesz się o niego i wypieprzysz, jak możesz wciąż odwracać i przekręcać? Mówisz, że on się o ciebie potyka? Lepiej się zbadaj.
– Marnujesz czas na idiotyczne rozmowy. Piszesz teksty, których nikt nie rozumie. Lepiej weź się za coś, co ludzie lubią – napisz wierszyk, który można wysłać sms-em, bajeczkę z morałem, albo jak to ci źle, że jesteś samotna i nikt cię nie rozumie. To łaskawie zaakceptują, przylecą pogłaskać.
– Patrz na inne kobiety – te prawdziwe. Tyle w nich pozytywnych emocji, tak ślicznie o nich piszą. Prostym językiem, że podziwiają łąki pełne kwiatów, zachód słońca, szmer strumyka. Piszą, że kochają lub rozpaczają. A ty?

A ja wbrew dobrym ludziom. Czytam Feynmana: „uczcie się od nauki, że nie wolno wierzyć ekspertom(…)nauka to wiara w ich ignorancję” i dalej:”razem z wprowadzeniem nowego prawa zmienia się cały nasz obraz świata, choćby masy były znikome. Jest to właśnie cechą charakterystyczną filozofii czy poglądów związanych z prawami przyrody. Nawet drobne efekty mogą powodować daleko idące zmiany poglądów”. I jeszcze to: „odkrycia trzeba przekazywać nowym pokoleniom w postaci zrównoważonej mieszaniny poszanowania i jego braku, tak by nie przekazywać swoich błędów, lecz skumulowaną mądrość, że może ona wcale nie być mądrością”.
Nie chodzi o to, żeby przechowywać stare idee, czcić je i zamknąć w muzeum, w którym kurzem porosną. Arystotelesowska definicja prawdy nie tyle jest błędna, ile została wchłonięta przez następców, przetworzona, w końcu podważona. On nie miał wątpliwości, że prawda obiektywna istnieje i można ją poznać. My – mamy. To nie jest tak, że nowa prawda obala starą. Przynajmniej nie zawsze tak się dzieje. Jeśli dogmat okazuje się podejrzany, można przyjrzeć się uważniej teorii, którą na nim skonstruowano. Można też wykorzystać stary dogmat, doskonale znany i ograny, w nowej dziedzinie. Fizyka kwantowa nie obaliła teorii Einsteina, chociaż ten nie mógł się z nią pogodzić. Do końca życia spierał się z Bohrem. Eksperyment Bella(1982 r.) wykazał, że to Einstein się mylił. Co nie zmienia faktu, że jego teoria okazała się ogromnie ważna w chwili, gdy uczeni zajęli się narodzinami wszechświata. Celowo piszę o naukach, w których eksperyment odgrywa wielką rolę. Próbuję powiedzieć, że skoro tak dzieje się w naukach przyrodniczych, to równie dobrze może dotyczyć to nauk nieeksperymentalnych. W każdej nauce trwa „pełzająca rewolucja”, młodzi-gniewni, geniusze, hochsztaplerzy i zwyczajni pomyleńcy wciąż wyszarpują cegły z fundamentów. Cegły jednak nadal mają się dobrze, tylko te nazbyt zmurszałe zastępowane są solidniejszymi, a gmach nauki rozszerza się na coraz nowszych podstawach.
No i wpakowałam się w fatalne porównanie. Tak właśnie postrzegana jest nauka przez większość ludzi – jak warownia, opancerzona i uzbrojona, do której i tak nie da się wejść bez specjalnej przepustki. Budzi raczej lęk, jako coś obcego i groźnego, nie sprawia wrażenia przytulnego domu, w którym każdy może zamieszkać, chociaż jego rozbudową i modernizacją zajmują się fachowcy. Najlepszym sposobem na pokonanie strachu jest lekceważenie – może dlatego ludzie tak niechętnie słuchają naukowców, a jednocześnie są tak podatni na manipulacje ze strony szarlatanów? Pozwolili sobie wmówić, że margaryna jest zdrowsza od masła, że jedząc ją chronią swoje serca – a przecież jeśli produkt tłuszczowy ma tak długą przydatność do spożycia, to trudno zapomnieć, że musi być mocno nafaszerowany konserwantami. Wychodzi na to, że konserwanty konserwują serce? Kto w Polsce zwrócił uwagę na oficjalny komunikat lekarzy-pediatrów, którzy uznali, że dzieci poniżej trzeciego roku życia nie wolno karmić tym produktem, że należy im podawać masło? Kto nie dał się złapać na „cudowne” skutki botoksu, nie wynajął różdżkarza, kiedy mu przyszło kopać studnię, nie przeczytał ani jednego horoskopu? I co z tego, że uczeni dowiedli, że znak zodiaku ma się nijak do cech i losów człowieka, który się pod nim urodził? Co z tego, że ludzie zawodowo zajmujący się kopaniem studni doskonale wiedzą(i mówią o tym), że w Polsce pokłady wodonośne są praktycznie wszędzie, tyle że na różnej głębokości i różnie w tę ciecz zaopatrzone?

Zaległości:

Między piękną prostotą i wulgarnym prostactwem jest ogromna różnica. Można mieć mi za złe, że nie wierzę w istnienie Boga, ale twierdzenie, że jestem wierząca, bo skoro tak, to m u s z ę(sic!) wierzyć w jego nieistnienie jest paskudnym nadużyciem. To „argument” z serii walnięcia oponenta dzidzią bojową wielce. Dzidzie mnie sobie upatrzyły zresztą, jako że należę do gatunku ludzi, którzy nie muszą mieć ostatniego słowa(ono wszak przysługuje i skazańcowi), a dyskusji nie traktuję jak walki, w której ktoś musi polec, żeby ktoś inny mógł zwyciężyć. Niech bleblają, skoro im to sprawia rozkosz. Chciałabym jednak przeczytać jakiś tekst ich autorstwa, który zawierałby jakąkolwiek treść, nie żerujący na myślach i słowach innych.
Inni dysponują bronią jeszcze bardziej „wyrafinowaną” – cepem zaczepnym. Cep czepia się jak rzep mojego rzekomo podeszłego wieku i nie umie się odcepić(odcepować?), chociaż jest moim równolatkiem, czasem osobnikiem młodszym o lat aż dwa, albo rzeczywiście człowiekiem młodym bardzo, ale sama młodość to jeszcze nie wszystko(za to ostatnie stwierdzenie mój syn obraził się na mnie na trzy dni).
Mogłabym nie pisać necie lub wyłączyć możliwość komentowania. Na komentarzach zależy mi jednak bardziej, niż na moich tekstach. Nie chcę zrezygnować z możliwości rozmowy niemal online z kimś, kto mnie czyta, niezależnie od tego, czy podziela moje poglądy, czy też z nimi polemizuje. Lubię rozmawiać. Z upodobaniem popełniam wszystkie grzechy z wyjątkiem grzechu zaniechania.

Wolę zwierzęta – reedycja

Sierpień 21, 2008

Pokochałam mojego syna natychmiast. Był dla mnie oczywiście najcudowniejszym dzieckiem na świecie, małym cudem. Mój ówczesny mąż i świeżo upieczony tatuś chyba jeszcze mocniej – mógł całymi godzinami patrzyć na śpiące niemowlę i po prostu uśmiechać się. Zaczęły się rytualne wizyty krewnych-i-znajomych w celu obejrzenia dzieciaka i udzielenia mnóstwa rad, jako że nasze doświadczenia z niemowlakami były żadne, a pod ręką nie było nikogo „dorosłego”. Wizyty same w sobie były znośne, o radach można było zapomnieć natychmiast, ale nie umiałam pogodzić się z wyrazami podziwu dla rzekomej urody naszego syna. Niemowlę jak niemowlę: wielka głowa(w tym wypadku łysa kompletnie), chude i krótkie kończyny, za długi tułów – zwyczajne. Na szczęście przeszło mu – dziś jest urodny, ale wtedy… brrr… Patrzyłam ze zdziwieniem na tych, którzy się wyglądem tej „propozycji na człowieka” zachwycali, podejrzewając ich w duchu o hipokryzję. Głośno zaprotestowałam tylko raz – natychmiast zaczęto mnie „prostować” i podejrzewać o brak instynktu macierzyńskiego i wywołanie kilku wojen, w tym dwóch światowych.

Do dziś mi to zostało – nie wzrusza mnie i nie zachwyca widok rozkosznych bobasków, zwłaszcza tłuściutkich. I umorusanych. Tak się składa, że dzieciaki do mnie lgną – a tajemniczych dla mnie powodów(zwierzęta też lgną, ale to akurat pojmuję) – więc toleruję, traktując ich jak ludzi. Porozumieć się potrafię jednak dopiero z kilkunastolatkami i starszymi, lubię ich krytycyzm i odruchową buntowniczość, o wiele trudniej znieść mi te grzeczne i uładzone, które wpatrują mi się w oczy z wyraźną chęcią odczytania w nich, czego od nich oczekuję i podporządkowania się poleceniom.

Wzrusza mnie natomiast widok bezbronnego zwierzęcia, które bez pomocy człowieka absolutnie sobie nie poradzi. Dwa razy ratowałam tonące jeże – raz z basenu i raz z kamieniołomów – wpaść to umiały, ale pionowe skały uniemożliwiały im wydostanie się z pułapki. Okropnie trudno wyjąć z wody przerażone i kolczaste zwierzątko gołymi rękami.
Kosztowało mnie to kilka porządnych zadrapań. Kuniątko, które przygarnęłam, zostało znalezione przez mojego psa, kiedy rozpaczało nad ciałem matki przejechanej przez samochód; też okazało się „kosztowne” – dorastając niszczyło systematycznie firanki i meble. Najtaniej wyszło mi ratowanie kury, która wpadła do wielkiego pojemnika z pomyjami(byłam akurat w jakimś gospodarstwie agroturystycznym) – pomyje były z gatunku obrzydliwych, więc nie odważyłam się wydobywać jej rękami – podałam jej dość krótki patyk, bo tylko taki znalazłam. Kura natychmiast postanowiła pozbyć się z siebie paskudztwa – i urządziła mi niezły prysznic. Kontaktu bezpośredniego ze świńską karmą nie udało mi się uniknąć. Pies typu suka też znalazł się u mnie z powodów emocjonalnych – moje dziecko znalazło szczeniaczka przywiązanego do drzewa metalową, powoli zaciskającą się pętlą. W ramach leczenia traumy została wychowana w miłości do całego świata (miłość jest proporcjonalna do jej rozmiarów, a waży – bagatela – ponad 40 kg), ugryźć nikogo nie potrafi, a koty uwielbia. Aktualny, którego ona z kolei wychowała, do dziś przychodzi do niej, żeby go „umyła”, leń jeden. Zwierzęta nigdy mnie nie zawiodły, ludzie owszem.

Darowizny czynię na rzecz fundacji „Polityki” (stypendia dla młodych, zdolnych naukowców) i schroniska dla zwierząt. Przyznałam się publicznie do tego drugiego, dodając nieco ironicznie, że bardziej kocham zwierzęta niż ludzi. Efekt? Naraziłam się na ataki różnych osób, które natychmiast zarzuciły mi wszystko, co można, z oskarżeniem o brak miłości do własnego dziecka włącznie. Podobno powinnam wspierać przede wszystkim głodne dzieci. A ja nie chcę. Po pierwsze dlatego, że ktoś, kto decyduje się je mieć, powinien najpierw pomyśleć, czy jest w stanie zapewnić im byt, po drugie dlatego że w sytuacjach losowych powinny pomóc odpowiednie instytucje samorządowe i państwowe. Spotkałam niedawno kobietę, którą widuję w stanie permanentnej ciąży – urodziła już ośmioro, z czego troje jest w rodzinach zastępczych i troje w domach pomocy – zapytałam uprzejmie, jak sobie radzi, a w odpowiedzi usłyszałam, że doskonale – ma zasiłki, pomoc jakiejś fundacji, a w ciąży jest znów, bo lubi i świetnie się wtedy czuje. No i jak mam wspomagać instytucje dotujące nie tyle niedożywione dzieci, ile przyjemności tej pani? Bo bycie w ciąży sprawia jej przyjemność.

Dzieci w Polsce nie umierają z głodu, nie są przywiązywane do drzew w lesie i skazywane na okrutną, powolną śmierć w męczarniach. Zwierzęta – tak. Cztery końskie nogi w drodze do rzeźni – to cztery zmęczenia, które idą po śmierć – i te wspaniałe, szlachetne łby rażone prądem, po którym zostają rozległe oparzenia.

Ten wpis powstał dość dawno, ale teraz zyskał zupełnie nowe znaczenie. Otruto mi Saję, córkę opisanej w tekście znajdy – półrocznego mieszańca, która była obiektem miłości okolicznej dzieciarni, ufna i kochająca cały świat. Śliczna i mądra. Ludzka bestia – być może utrzymana przy życiu dzięki jakiejś fundacji – przyszła, żeby zadać okrutną śmierć. Nie zapomnę nigdy oczu mojego psa. Mogłam jej tylko towarzyszyć w odchodzeniu, łagodząc cierpienia i licząc na cud, który nie nastąpił. Niech żadna instytucja charytatywna, wspomagająca ludzi – potencjalne bestie, nie zwraca się do mnie z prośbą o wsparcie. Teraz łagodzę tęsknotę jej matki, która biega po podwórzu, piszcząc i szukając młodej. Tuli się do rąk, nie chce jeść. Wielkie, płowe, bezradne psisko. Dzieci przychodzą jak dawniej. I pytają…

Zasada nieoznaczoności

Sierpień 19, 2008

Pewien mój znajomy poświęcił sporo czasu i energii na „porządne” wyjaśnienie mi zasady nieoznaczoności Heisenberga. Ma talent popularyzatorski i poczucie misji, co zapewniło mi przyjęcie trudnej roli jedynej słuchaczki jego wykładów. Malował tło, w którym nie zabrakło Schrodingera(więc i Plancka), Bohra, Borna i… zapomniałam inne nazwiska, a mój mentor zabronił mi robienia notatek, bo w jego pojęciu każde zajęcie, inne niż patrzenie na prelegenta i słuchanie jego wiekopomnych słów, utrudnia rozumienie i przyswajanie wiedzy. Wiekopomna byłam raczej ja – w pewnym momencie zaczęłam bowiem marzyć o wieku trumny, które odcięłoby mnie od konieczności przyswajania informacji, od których mój mózg zaczął przypominać rozdrobnione składniki sałatki warzywno-owocowej. Samo słuchanie to drobiazg – mogłabym w końcu w trakcie obmyślać jakiś artykuł niepierwszej potrzeby albo przypominać sobie fragmenty poezji, co gwarantowałoby namalowanie na moim obliczu wyrazu wysiłku umysłowego. Nic z tego – sprytnie zadawane pytania zmuszały mnie do koncentrowania się na tematyce wykładu. Po dwóch tygodniach tło było gotowe. Nadeszła pora na Heisenberga. Uznał on, że jednoczesna wiedza o położeniu cząstki i jej ruchu jest ograniczona – im więcej wiemy o jednym, tym mniej o drugim. Iloczyn dwóch nieoznaczoności jest większy od stałej Plancka(teraz dopiero dowiedziałam się, po diabła mi o odkryciu Plancka mój prelegent mówił). „Po mojemu” wyjaśniłam to sobie również tak: jeśli mierzymy cokolwiek wystarczająco małego, to sam fakt pomiaru zmienia to „coś”(np. elektron). Mierząc jego położenie wpływamy na jego ruch, „dotykając” go narzędziem pomiaru(np. fotonem). Czyli mamy do czynienia z pewną niepoznawalnością, bo nie możemy – mierząc – poznać systemu, który zmierzyć zamierzaliśmy, bowiem sam fakt pomiaru już go zmienił.
W sposób całkowicie nieuprawniony przeniosłam to sobie na świat społeczny. Można obserwować człowieka, grupę itd. Poznawać poprzez rozmowę obfitującą w jawne lub ukryte pytania. Stosować zobiektywizowane narzędzia(ankiety, kwestionariusze) – badając obiekt, zmieniamy go jednak. A podejmując trud poznania innych – sami się zmieniamy. Uczestnik sondy ulicznej na widok kamery odruchowo prostuje się i uśmiecha lub krzywi, zaczyna staranniej niż zwykle dobierać słowa. Osoba przeprowadzająca wywiad przekazuje mnóstwo niezwerbalizowanych informacji – kiedy student etnologii, długowłosy, oryginalnie ubrany, uzbrojony w notatnik lub magnetofon zaczyna pytać wiekowych mieszkańców małej podkarpackiej wsi o ich stosunek do Cyganów, na pewno nie uzyska szczerych odpowiedzi, chociaż respondenci wcale nie chcą kłamać. Może natomiast – chociaż on sam tego nie chce – spowodować zmianę postawy rozmówców wobec Romów. Zmienia się również sam obserwator, bo uzyskuje odpowiedzi, które mogą go dziwić lub potwierdzać jego założenia. Podobnie można zinterpretować „efekt białego fartucha” – pacjent, któremu lekarz mierzy ciśnienie, ma je średnio o 5 mm Hg wyższe, niż tuż przed badaniem.
Czytam blogi. Muszę więc zakładać, że ci, których zwerbalizowane myśli mogę ujrzeć, w pewien sposób kłamią. Nieświadomie, rzecz jasna. To znaczy – na ogół nieświadomie. Oni z kolei wiedzą, że ich czytam. A to wpływa na ich pisanie. Karuzela wzajemnych zależności zaczyna się kręcić, wkręcając nas wszystkich. Często sprawia mi to przyjemność. Odwiedzam tych, u których czuję się bezpiecznie, którzy mi imponują znakomitym stylem, inspirują, którzy mają mi coś istotnego do powiedzenia. W jakiś sposób tworzymy podsieć internetowej sieci. Zapewne pomijam w tych wędrówkach wiele miejsc, do których nie umiałam trafić. Korzystam jednak z linków, zamieszczonych u blogerów, których lubię. W ten sposób sieć się rozszerza. Jasne, że każdy notki lepsze i słabsze, bardziej lub mniej mnie interesujące. Nie czytam tych, na których „przejechałam się” raz lub dwa-trzy razy. Nie z każdym mi po drodze. I jakoś nie czuję się w obowiązku za to przepraszać.

Addenda
Wpis ten powstał z powodu mojej żywiołowej niechęci do oceniania. Bywam zmuszona do recenzowania, oceniania, korygowania tego, co piszą inni. Nie ma bardziej przeze mnie znienawidzonej czynności, no może poza myciem naczyń. Nienawidzę, bo uważam, że do tego trzeba być albo nadętym, zawistnym bufonem(„fachowość” tychże opiera się wyłącznie o własne wrażenia i intuicje, łatwo ją przewrócić, ale tego nie czynię, bo nie da się polemizować z dyletantami) albo ograniczyć się do poprawek formalnych, dotyczących wyłącznie stylu. Dobry krytyk – co już mówiłam – nieuchronnie staje się twórcą. Zły – pozostanie tylko w miarę poprawnym recenzentem.
Zasada nieoznaczoności działa w ten sposób, że uniemożliwia jakąkolwiek formę obiektywizmu. O ile ten w ogóle jest możliwy.

Jałmużna

Sierpień 17, 2008

Dziś rano długo leżał w wannie, rytualnym gestem dotknął szyi i twarzy dłońmi zwilżonymi wodą o ostro-słodkim zapachu. Włożył ciemnoszarą koszulę z surowego jedwabiu. Lubi luźne ubrania. Idzie ulicami miasteczka trochę zaniepokojony tym, że niedokładnie odbija się w lustrach i wystawach sklepów. Oddycha powoli, znużonym gestem odgarnia włosy z czoła długimi palcami o owalnych, błyszczących paznokciach. Pali papierosa zaciągając się chciwie i wtedy po raz pierwszy dostrzega Ennę. Dziewczyna zapina sandał, przytrzymując w ustach kwiat, który niosła wcześniej jak tryumfalne berło. Podnosi głowę i dostrzega Diabła – nie może już wyjąć z ust płonącej pochodni płatków – potrafi tylko jakby prowadzona niewidzialną ręką iść za nim, mijając fasady domów odbijające się w dziesiątkach kałuż. Nie widzi pary staruszków spacerujących z wnukiem, żebraków przemykających w cieniu tamaryszków i klonów, półuśmiechów kroczących godnie i godnie odzianych urzędników, dużego czarnego psa, leniwie drapiącego się za lewym uchem, sparszywiałym i atakowanym przez muchy. Nie słyszy donośnych dźwięków płynących z głośnika umieszczonego przy wirującej karuzeli, obleganej przez chłopców, którzy kiedyś podglądali fruwające spódniczki koleżanek, pragnąc złowić wzrokiem choćby skrawek wysoko odsłoniętych ud, dziś smętnie obserwujących nogawki dziewczęcych spodni. Diabeł lekko krzywi usta słysząc cały ten zgiełk, bo jest przecież wrażliwy na Piękno, tylko do niego się modli. Nastaje wieczór i wszystkie gwiazdy już płoną na liliowoszarym niebie miasteczka, sprawiając, ze nikt i nic nie rzuca cienia i domykając oczy ptaków.

Enna wchodząc w mieszkanie Diabła, nigdy nie sprzątane, bo właściciel szanuje pamięć przetrwałych obecności i lśnień, potyka się o meble i zwierzęta o smutnych oczach, łaszące się do jej nóg. Wirują bezużyteczne żyrandole, ściany nachylają się nad konsolami i etażerkami pełnymi dotyków cudzych dłoni i listów. Pokonuje progi i schody, wkręca się w labirynt czasu, którym rządzi ten, na którego wezwanie stawiła się tak łagodnie i posłusznie.
– Jesteś śliczna – mówi Diabeł i kładzie dłoń na jej biodrze. Enna nie jest piękna: ma za małe oczy krótkowidza o zmęczonych powiekach, szarą cerę , zbyt szerokie biodra i za małe piersi, tylko strzeliste nogi mogą przykuć uwagę, jakby natura chciała ją przeprosić za swoje skąpstwo. I usta – pełne, rozchylone i wciąż drżące, ale Diabeł musi czekać. Od początku chciał całować Ennę przez zwiędłe płatki, a róża jest nadal jeszcze świeża. Przez półotwarte okno wpływa smród butwiejących liści i czegoś jeszcze innego – zapach rozkładu, mieszając się ze słodkawą wonią kardamonu, który czyjaś ręka porozsypywała na podłogach i stołach.
– To wszystko teraz należy do ciebie i od ciebie zależy. Możesz układać i zaplatać, ale nie możesz niczego wyrzucić. Zapal świece, to nieprawda, że boję się światła – mówi Diabeł i wychodzi do kuchni.

Lubi przyrządzać potrawy, stawia więc na ogniu dużą patelnię, wrzuca na gorący tłuszcz kawałki mięsa, owoce, zioła i dużo czerwonej papryki, uważnie śledzi zapach parującego jedzenia, sprawdza jego urodę. Enna machinalnie głaszcze zwierzęta, które ją osaczają podczas nieobecności gospodarza. Czeka zupełnie spokojnie, tropiąc słowa, o których wie, że w niej zakwitną. Uchodzi z niej wolność, a jej miejsce zajmuje czułość i uległość. Diabeł zarzuca na wielki, okrągły stół koronkowy woal, którego skraj zaczepia się o jedną z rzeźbionych nóg tworząc draperię. Na stole układa sztućce i owoce, stawia ciężkie naczynia, pękatą butlę wina, kielichy o smukłych nóżkach, parujące jedzenie. Enna chciałaby tylko pić, więc Diabeł musi karmić ją jak dziecko, małymi kawałeczkami, odrobinę zniecierpliwiony. Opowiada jej przerażające historie kobiet, które do niego należały, mówi o zbrodniach, które inspirował, odsłania stopniowo czas, który dopiero nadejdzie, tak jakby jeszcze nie podjęła decyzji, jakby mogła się wycofać. Enna wciąż milczy – wie, że kiedy się odezwie, jej urok pryśnie, dopóki milczy jest wciąż stwarzana przez diabelską wyobraźnię. Nie chce, żeby zorientował się, że jest zwyczajną dziewczyną, którą wybrał zapewne przez pomyłkę. Jest wystarczająco głupia, żeby myśleć, iż jest w stanie podjąć grę. Zamiera pod jego dotykiem, przeszyta nagłym dreszczem. Mocno zwiera nieposłuszne uda, które chcą się dla niego rozchylić. Otwiera oczy w niemej prośbie – potrzebuje słów, które ją całkiem pogrążą i odsłonią dla niego. Diabeł najcichszym szeptem opowiada jej swoje pożądanie. W kątach warują posmutniałe zwierzęta. Kiedy biała szyja Enny ugina się pod jego ustami, dom napełniają odgłosy westchnień, szeleszczą ciężkie zasłony, trzeszczą konsole, ściany mocniej się pochylają. W świetle świec gęstnieje ciemność. Mężczyzna zasłania te odgłosy dźwiękami symfonii Mahlera. Enna chce coś powiedzieć, otwiera usta do słów protestu czy miłości, ale milczy, bo gorący język diabła wślizguje się między jej rozchylone wargi, a jego ręka staje się gniazdem, w którym mieści się jej nabrzmiała pierś, drażniąc wnętrze dłoni sztywną brodawką. Diabeł uśmiecha się leciutko, słysząc pierwszy jęk jej rozkoszy. Nie musi jej dotykać, żeby wiedzieć, jak bardzo jest wilgotna i otwarta. Prowadzi oszołomioną przez ciemne korytarze, pokryte liszajami pleśni, zarośnięte bluszczem. Troskliwie podtrzymuje, bo trudno jej utrzymać równowagę w zbyt wysokich szpilkach na śliskich, marmurowych płytach posadzki. Mijają szereg zamkniętych drzwi, na których jaśnieją wizytówki dawno umarłych imion zapisanych pismem klinowym, hieroglifami, cyrylicą. Przed ostatnimi, otwartymi na oścież, bierzę Ennę na ręce, żeby umieścić ją w nieskazitelnie białej pościeli, a szerokie i wysokie łóżko, w którym ją układa, tym tylko różni się od ołtarza, że prześcieradło jest czarne. Mężczyzna dba o szczegóły – wie, jak pięknie wygląda jasne ciało kobiety na ciemnym, miękkim tle. Rozpina resztę guzików jej sukni, wyłuskuje ją z niej jak dojrzały owoc. Tego właśnie pożąda najbardziej – nie cnoty młodej dziewczyny, ale dojrzałej niewinności kobiety. Zaczyna misterium pocałunków – wiedząc aż za dobrze, że każdy z nich ona odda mu podwójnie. Poddaje się więc jej wargom, łakomie szukającym swojego miejsca na żebrach po lewą pachą, we wnętrzu przedramion, czuje jej chciwy język na podbrzuszu, na swoim nabrzmiałym mieczu, który oddaje kropelkę wilgoci, zebraną na samym czubku, żeby ją nakarmić. Teraz nie chce już czekać. Wbija się niemal brutalnie, patrząc w jej źrenice, nagle rozszerzone kolejną fala rozkoszy. Narzuca jej swój rytm, nieomylnie prowadzi w tym tańcu, wydobywając z niej kolejny jęk, kiedy ją wreszcie wypełnia gorącym nasieniem. Leży teraz spokojnie, łowiąc jej skurcze. Enna nie wie, czy to on w niej pulsuje, czy to jej ciało odpowiada echem niedawnej rozkoszy. Mocniej oplata go udami, nie chcąc wypuścić. Diabeł nie zamierza jednak tego zrobić, nie wierzy w przesądy, sam jest przecież mitem. Wie, że jeśli chce ją całą dla siebie zagarnąć, powinien właśnie teraz w niej zostać, zanim ciała nie rozłączą się same. Czuwa nad jej niespokojnym, zmęczonym snem, zapatrzony w nareszcie zwiędłą różę, rzuconą beztrosko obok sukni. Nad ich głowami bezszelestnie krąży sowa, na parapet szeroko otwartego okna wdrapał się miejscowy głupek, tulący do siebie wielkiego, rudego kota. Szybko znika jednak, spłoszony niecierpliwym gestem mężczyzny. Tej nocy Emma wskrzesi go jeszcze niejeden raz.
Rano wychodzi na ulice miasteczka, ubrana w nową, elegancką suknię, diabelski podarunek. Jasna, dumna, piękniejsza, ścigana zawistnymi oczyma żon, dźwigających siatki, z których wystają pęczki włoszczyzny i bagietki, śmiechem dzieciarni, potępiającym wzrokiem starych kobiet, wracających z porannej mszy. Przyklejają się do niej drwiące i lubieżne uśmieszki tych, z którymi kiedyś sypiała, miejscowy głupek zaczyna bełkotliwie śpiewać hymn pochwalny na cześć jej ciała. Nadal tuli do siebie wielkiego kota o dziwnie nieruchomym spojrzeniu. Kot jest martwy. Chłopak pieści go, naśladując ruchy jej nocnego kochanka. Enna wraca, żeby już nigdy więcej nie opuścić domu Diabła.
Diabeł zostanie z nią, dopóki kobieta nie ucieknie lub nie umrze. Lepiej, żeby umarła, bo tylko wtedy będzie miał gwarancję całkowitego jej posiadania. Ona nie chce uciekać, chociaż pręty klatki można zniszczyć jednym słowem.Wciąż łudzi się, że jej moc wskrzeszania sprawia, iż mężczyzna choć trochę do niej należy. Teraz trzeba ją karmić przemocą, a tej Diabeł się brzydzi. Coraz szczuplejsza więc i słabsza próbuje brać w posiadanie przynajmniej diabelski dom. Układa kwiaty ciężkich wazonach, składa i przekłada w sobie tylko znajome miejsca książki, brokaty i mantyle. Celebruje noce, sycąc zmysły ich obojga, jakby miała w sobie pochodnię, której nie można ugasić. Pewnego wieczoru zbierają się nad nią pierwsze ćmy. Szare i kolorowe, trzepotliwie dekorują jej włosy, siadają na poręczach fotela. Odtąd zjawiają się codziennie o zmierzchu. Enna tonie w ramionach Diabła coraz głębiej, coraz rzadziej się z nich wymyka, najczęściej po to, żeby podejść do okna. Po drodze mija świece, których blask zaczyna przenikać przez jej ciało. On czuwa troskliwie nad losem kobiety do samego końca, choć czuje pewien niesmak, kiedy zmienia prześcieradła i zanosi ją do łazienki, żeby mogła ubrać skórę zapachem ulubionych olejków. Ostatnie oddechy Enny pozwalają mu zakończyć obrzędy. Wychodzi z domu z Enną w zanadrzu, wyprowadza ciężki motor, którego warkot budzi ze snu przerażone nagłym hukiem miasteczko. Na chwilę gasną gwiazdy, a ludzie głębiej zagrzebują się w poduszki i kołdry. Biegnie za nim tylko miejscowy idiota, zapłakany i oniemiały. Wyjeżdża poza miasto, na niewielkie wzniesienie. Rośnie tam piołun i monarda, pachnie macierzanka, a wielki, rudy kot o szklistych oczach, złotych jak oczy pluszowych zabawek, patrzy prosto w niebo. Diabeł może teraz oddać Ennę Bogu – pogardliwym gestem kogoś, kto rzuca jałmużnę. On tylko raz dostąpił cudu zmartwychwstania. Diabeł po wielekroć. Stać go na wspaniałomyślność.

Ten tekst dedykuję Pokerowi, autorowi Ambajów, który ocalił mój szkic, przypomniał mi o nim i sprowokował do rozpisania. Dziękuję ;)

Wolność słowa

Sierpień 13, 2008

Artykuł 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka dotyczy swobody wypowiedzi i brzmi dosłownie tak: „Każda osoba ma prawo do wolności wypowiedzi, Prawo to obejmuje wolność poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych bez względu na granice państwowe”.
Chciałoby się powiedzieć „Amen”, ale coś mnie od tego powstrzymuje. Rozgłośnia Ojca Wszechdyrektora w imię tej wolności szerzy nienawiść nie tylko do ateistów, ale i do wierzących w innego Boga albo chrześcijan nie uznających wykładni Rydzykowej. Inne media mają wyraźnie nazistowski kontekst – w internecie można znaleźć tysiące takich stron.
Europejski Trybunał Praw Człowieka został zmuszony do zajęcia stanowiska w sprawie realizacji prawa do swobodnej wypowiedzi po głośnej sprawie Otto-Preminger-Institut przeciw władzom Austrii, które zabroniły tej instytucji publicznych projekcji filmu „Rada Niebieska” jako naruszającego uczucia religijne chrześcijan. Orzeczenie Trybunału było korzystne dla państwa, bo „wolność słowa nie może naruszać obowiązku poszanowania uczuć religijnych”. I niby wszystko w porządku – z akcentem na „niby” jednak. Mam wątpliwości z dwóch powodów: po pierwsze – dlatego że na bazie tego precedensu zabrania się w innych europejskich krajach publikowania filmów lub tekstów sugerujących, że święci niekoniecznie byli święci(podejrzenie, że Szymon Słupnik był po prostu chory psychicznie, nawet wyrażone przez sławnego psychiatrę i podbudowane konkretnymi argumentami też byłoby zablokowane przez władze); po drugie – bo jakoś działa to w jedną stronę, nie zauważyłam obrony uczuć ateistów, których prawa są łamane wręcz nagminnie, a zasada neutralności religijnej państwa jest mitem. Tylko we Francji wygląda to lepiej, ale dziedzictwo Rewolucji zobowiązuje.
Państwo jest arbitrem w sytuacji, gdy realizacja praw jednych ludzi może naruszać prawa innych. I nikt go z tej funkcji nie zwolni. Oznacza to, że musi ono wytyczać granice wolności. Powinno jednak stać na straży wolności jednostki – chronić człowieka przed nadmierną władzą państwa i tyranią większości – mamy więc do czynienia z pewnym paradoksem. Państwo ma chronić obywatela przed… państwem. Co gorsze – ostatnio można zaobserwować w społeczeństwach wzrost akceptacji dla demokracji elektoralnej, która jest niczym innym, jak dyktaturą większości i prostą drogą do pewnej formy totalitaryzmu, z lekka tylko zawoalowanego niefunkcjonującymi w praktyce(„martwymi”) przepisami prawnymi. Pokażcie mi kogoś, kto odważy się wnieść sprawę do sądu o zdjęcie krzyży wiszących w polskich urzędach publicznych, choćby w sejmie. Dla jasności – nie mam nic przeciw temu, żeby z moich podatków finansowano renowacje zabytkowych kościołów, chętnie wrzucam datek na remont i utrzymanie np. rotundy w Strzelnie czy organów w Leżajsku, ale absolutnie nie zgadzam się, żeby choćby grosz z publicznych pieniędzy trafił na konto budowy Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.
Nawiasem mówiąc – uważam za skandal szczególnie bolesny, że postąpiono wbrew woli księdza Twardowskiego, który pragnął spocząć na Powązkach, ale prymas zdecydował, że został pochowany właśnie w Świątyni Opatrzności. Niejako na wabia – bo miłośnicy jego poezji zapewne tam chętnie przyjdą, żeby złożyć hołd. Ksiądz ślubuje wprawdzie posłuszeństwo, ale żeby nawet po śmierci musiał być uległy?
Strażnikami wolności i praw ludzi są różne instytucje. STRAŻNIKAMI – jak w więzieniu. Strzegąc moich praw, odbierają mi inne. Czy w imię ochrony życia można pozbawić kogoś prawa do zachowania godności(zakaz eutanazji) i do prywatności(rewizje na lotniskach i w metrach z obawy przed terrorystami)?
A świętość Teresy d’Avila, Jadwigi Śląskiej, Szymona Słupnika i tysięcy innych oraz zdrowie psychiczne konsekrowanych dziewic – wszystko to budzi moje wątpliwości…

Bunio – odsłona czwarta i nie ostatnia..

Sierpień 4, 2008

Bunio j e s t postacią autentyczną, dostarczającą wciąż nowych przeżyć wszystkim dookoła. Wywiera potężny wpływ na otoczenie, a czyni to naprawdę mimochodem. Tak jakoś mu samo wychodzi. Absolutnie niechcący. I nie sposób się na niego złościć, bo on rzeczywiście nie ma złych intencji. Przeciwnie. Ma najlepsze. Uzupełnia nimi skutecznie wyrwy w brukowanej drodze do piekła, a część pewnie leży w pryzmach na poboczu.Opowiem o jeszcze jednym, szczególnie efektownym kamieniu.
Uroczemu pechowcowi zawdzięczam swoją pierwszą, cudowną wycieczkę do Paryża. Pracowałam wtedy w budżetówce i absolutnie nie było mnie stać na takie fanaberie, ale Bunio znał moją miłość do rozmaitych dzieł sztuki i postanowił, że wyjazd będzie mnie kosztował bardzo niewiele. Jakoś tak mnie zakręcił, że przekonał. Pojechaliśmy we czworo – Bunio czekał na place de la Concorde, wcześniej zapewniwszy nam noclegi w uroczym, maleńkim i starym hoteliku bardzo blisko centrum – na tyle blisko, że do Luwru mogliśmy dotrzeć spacerkiem. Plan był prosty – wychodzimy około dziewiątej rano i zwiedzamy, póki sił starczy, wieczorem kolacja i tak przez dziesięć dni. Wszyscy znaliśmy pechowość Bunia, ale wiedzieliśmy, że wspaniale włada językiem Baudelaire’a, więc jakoś sobie poradzi. A dla nas był bezcenny – Francuzi udają głuchych, kiedy słyszą angielski czy niemiecki – niespecjalnie lubią te nacje. Pierwszy, malutki peszek dotknął Bunia już następnego dnia – podczas śniadania miał minę niewyraźną i raczej odmawiał jedzenia, co wskazywało na jakieś dolegliwości. Przyznał się po malo delikatnych nagabywaniach – pomylił pastę do zębów z kremem do golenia i zanim spostrzegł błąd, miał w ustach sporo piany, której z trudem i – dosłownie – niesmakiem długo się pozbywał. Odprysk pecha poleciał tylko na Basię, która usiłowała stłumić śmiech i jednocześnie pić kawę. Bunio i Basia przebrali się po prychnięciu i przeprali: Basia własną bluzkę, Bunio spodnie(trzeba wiedzieć, że upodobał sobie jasne kolory, więc z góry było wiadomo, że wziął kilka par, bo jedzenie jest plamotwórcze. Prychnęła również obsługująca nas w hotelowej jadalni pani – okazało się,że jest z Jeleniej Góry i pełni funkcję pokojówki, kelnerki, czasem recepcjonistki. Pech ucichł na dni kilka, ukazując się tylko przy okazji zwiedzania La Chapelle – bramka wykrywająca metale na widok Bunia rozdzwoniła sie radośnie – i nie pomogło wyjęcie wszystkiego z kieszeni, oddanie zegarka itd. Czort wie, co metalowego ma w sobie, ale ma na pewno. On sam uważa, że tylko żelazną wolę. Na szczęście ochroniarze po prostu machnęli ręką, więc mogliśmy obejrzeć przepiękną kaplicę – wszyscy. Do drobnych incydentów można zaliczyć to, że gołębie akredytowane przy Sacre Coeur udekorowały mu koszulę i że lunch, który spożywaliśmy przy Centre Pompidou, siedząc na trawniku przy słynnej fontannie, a który Bunio na chwilę odlożył za siebie, został rozjechany przez samochód.
Dużą rzecz wykonał trzy dni przed wyjazdem. Wtedy niewielki rykoszet mnie trafił, bo akurat grzebałam się dłużej niż inni. Zadzwonił telefon, słuchawkę podniosłam z duszą na ramieniu, przerażona, że będę musiała zrozumieć francuski i odetchnęłam z ulgą, słysząc polszczyznę – chociaż w głosie dominowała złość. Bunio dzwonił – nie miał wody w łazience, zdążył się namydlić i prysznic przestał działać. Czy mogę zejść do recepcji, bo on jest unieruchomiony? Mogłam – na szczęście urzędowała w niej już zaprzyjaźniona Polka. Dała mi klucz do innego, pustego akurat pokoju, żebym go wręczyła pechowcowi. Klucz wsunęłam pod drzwi Buniowe, a sama – zgodnie z jego dość nerwowo udzielonym poleceniem – usunęłam się z korytarza. Wróciłam do pokoju, żeby skończyć makijaż. Po kilku minutach ponownie zadzwonił telefon – w tym drugim pokoju też wody nie było, piana na Buniu zaczęła wysychać i podrażniała mu skórę. Wróciłam do recepcji, tym razem pani sprawdziła na dole – wody nie było. Wykonała dwa telefony i uzyskała informację, że duża część dzielnicy jest wyłączona, jakaś awaria. Usuwanie potrwa kilka godzin. Przekazałam wieść wciąż namydlonemu pechowcowi i spokojnie dołączyłam do reszty towarzystwa. Odmówiłam chwilowo kontaktów z Buniem, więc ktoś inny poszedł się dowiedzieć, co dalej. Nasz niepłukany postanowił nie marnować czasu, jakoś się powycierał i poszliśmy w Paryż z drapiącym sie dyskretnie po różnych częściach ciała przyjacielem. Akurat tego wieczoru jedliśmy kolację na Montmartre, stolik był zamówiony na 23-cią. Kolacja była wspaniała, wino doskonałe, więc w „domu” znaleźliśmy się około trzeciej, nadal rozbawieni. No i czekała niespodzianka – okazało się, że Bunio nie tylko nie zakręcił kranu, ale w dodatku prysznic typu”słuchawka” przypadkiem skierował na pokój – zalewając dokładnie wykładzinę, podłogę i własne obuwie. Zanim obsługa hotelowa zorientowała się w sytuacji, minęło sporo czasu. Oczywiście nikt nie miał pretensji do sprawcy wypadku, Polka zdążyła widocznie opowiedzieć o pechu. Do końca pobytu byliśmy traktowani jak rodzina królewska – dbano o naszą grupkę szczególnie pieczołowicie.
Bunio kocha Francję – ma ogromną wiedzę, potrafi godzinami opowiadać o jej historii, wyśmienicie zna język. Niech już sobie ma tego pecha, jest naprawdę niezastąpionym towarzyszem podróży. Umie wynaleźć miejsca rzadko odwiedzane przez turystów, a urokliwe. Niemal spokojnie znosi nadmiar troski znajomych – kiedy to przed wspólnym wyjazdem proszą o to, żeby zabrał paszport, zapasowe okulary, bieliznę, ładowarkę, telefon(i tak zapomniał uruchomić roaming)… Wszyscy go szalenie lubimy, oczywiście oprócz kobiet, w których Bunio pechowo lokuje swoje uczucia. Kiedy tylko przestaje je lokować w jednej, przenosząc na inną zgoła – ta pozostawiona odłogiem zaczyna dostrzegać zalety naszego przyjaciela.