Archive for Styczeń 2009

List do administracji WordPressu

Styczeń 30, 2009

indoktrynacja1

Do Wielce Szanownej Administracji WordPressu!

My,  czytelnicy blogów, zwracamy się z uprzejmą, ale stanowczą prośbą o natychmiastowe zamknięcie blogu Defendo.
Długo i cierpliwie czekaliśmy, aż wyżej wymieniona zacznie wreszcie gadać, jak prawdziwa kobieta, ale to bot jakiś. Ani słowa o gotowaniu, dzieciach, haftowaniu, szydełkowaniu, a jak szukaliśmy rady na plamy  z rdzy na firankach, to wcale się nie odezwała! Za to poniża nas, czytelników, jakimiś inteligibilnymi perlokucjami, straszy inwersjami, anencefaliczka koincydentna jedna. Chrzani o rodzinach nomadycznych i kohabitacji, a co ona może o tym wiedzieć, przecież rozwiedziona, i to bardzo. Śmie argumenty sokratejskie przytaczać, a nie widzi, że Ksantypa przy niej to urocze dziewczątko. Jest pozbawiona wszelkich zasad, a pisze o zasadzie nieoznaczoności, Heisenberg się w grobie przewraca,  a ta się cieszy, że noblista odleżyn mieć nie będzie. Truje o prawach artysty, a jej teatr  spalony i odgwizdany jak na boisku piłkarskim, taka z niej artystka, jak z hipopotama baletnica. No po prostu bezczelna!
A te syreny? Pisała, że niby strażackie, a my już dobrze wiemy, że to te… gołe do pasa. Od góry, czy od dołu – nieważne, tak źle i tak niedobrze. Jakiegoś Bunia wymyśliła i po jego plecach chciała sięgnąć po opinię dowcipnej, ale jej się nóżka omsknęła podczas wspinaczki i jej własny ciężki humor ją przygniótł.
A już te jej – pożal się Boże – poezYje! O latarni, że niby zapalić zapomniała, wiadomo, że  nie o morską chodzi, bo ona nie nad morzem  mieszka. Nie trzeba deDektywa, żeby wiedzieć, co się pod latarnią robi. Warsztat żaden: porównania byle jakie, metafor dopełniaczowych mało, a takie śliczne przecież, takie bardzo kobiece, nie mogłaby pisać o „ramionach tęczy”, „drżeniu serca” czy o „firankach rzęs”? Od razu by człowiek wiedział, o co idzie, a ta o jakichś szczątkach, co to je zbiera. I nie wiadomo – szczątki szczęk sztucznych czy resztki własnego rozumu?  A zamiast o tęsknocie, o miłości – to o głupich  butach, co na drzewie wiszą. Skandal!
I na biedne, chore dzieci datków skąpi, na schronisko dla zwierząt forsę daje, na stypendia dla młodych naukowców. Zwierzaki i młodzi-zdolni sobie poradzą, ma wspomagać dzieci i już! Tak się robi, tak wszyscy robią. Aha – a tam, gdzie inni się śmieją, tam ona poważna jak klacz zaprzężona do konduktu żałobnego, za to drwi sobie z poważnych rzeczy: z awansu społecznego operatorów i administratorów  Wirtulandii, z pięknych piosnek, które wszyscy lubią, z twórczości Coelho i obrazków znalezionych w necie, na których tak ślicznie wyglądają kobiety o skrzydłach motyla, całujące się pary,  romantyczne sceny we mgłach i kwiatach.
I nie kasuje komentarzy pod swoimi notkami, a tam przecież sodomia gzi się z gomorią! Ludzie mają poglądy inne niż ona i w dodatku inne niż przedmówca! Czasem używają zwrotów parlamentarnych(parlamentarne, bo więcej ich  w polskim Sejmie – od czasów Leppera – niż pod budką z piwem),  nerwy ich ponoszą, a ona nic! Nie wyrzuca nikogo, nie blokuje dostępu. A przecież wszyscy to robią, czyszczą blogi z niechcianych i niepochlebnych komentarzy. Co ona, za jakąś księżniczkę się ma? Inni mogą, a ona nie?
Dawaliśmy jej szansę, nie raz i nie dwa. Jedna z koleżanek  jej czapeczkę ciepłą zrobiła, z bardzo włochatej włóczki, ale nawet przymierzyć nie chciała. Kilkanaście osób ją prosiło, żeby znormalniała, dostosowała się, żeby była miła. Przekonywaliśmy ją łagodnie(jak na ilustracji) i brutalnie, a tu beton! Nie i nie!
No i doigrała się! Jeszcze raz stanowczo domagamy się, żeby czcigodna administracja ten blog zamknęła jak najszybciej!
Z poważaniem
(kilkadziesiąt podpisów nieczytelnych)

Tadeusz Kuranda naszkicował jeden z epizodów – dowód na to, że próbowaliśmy ją   indoktrynować, nie zostawiliśmy biedulki odłogiem, ale to niewdzięcznica!

Reklamy

Korek

Styczeń 27, 2009

zima-2008-ciemierniki

Codziennie chodziła na spacer ulicami małego, sennego miasta, ze śmiesznym kundelkiem, Korkiem. Powoli, nigdzie się nie spieszyła. Zaglądała do ogródków, podziwiała kwiaty, chętnie przystawała, żeby porozmawiać z kimś znajomym. Czasem wyjmowała z portfela zdjęcia ślubne córki, potem drugiej i wnucząt. To właśnie od wnuków dostała Korka.
– No, Korek. Tak go nazywam, bo mi dzieciaki chciały chyba flaszkę z samotnością zakorkować – śmiała się.
Kiedyś zniknęła na dłużej, potem spotykano ją nieco smutniejszą. Korka potrącił samochód. Nie zgodziła się na uśpienie zwierzaka, wyleczyła go, ale miał sparaliżowane tylne łapki. Na spacery jednak nadal chodził, a właściwie jeździł. Przednimi nogami pracowicie przebierał po ziemi, tylne spoczywały na malutkim dwukołowym wózku, który ciągnęła jego pani. Nadal radosny, powarkiwał na koty i cierpliwie czekał, aż ona pogada z listonoszem. Latem było im łatwiej, zimą wózek ślizgał się na oblodzonych chodnikach. Zaczęła się martwić.
– Pani, co z nim będzie jak umrę? Już chyba wtedy i jego uśpić trzeba i ze mną pogrzebać, ale to  chyba nie wypada? Nie chcę, żeby go jak psa, gdzieś pod płotem… No a na taki pogrzeb to ksiądz się nie zgodzi.
Umarła. Do jej mieszkanka wprowadziła się jedna z córek. Korka, już bardzo starego, nadal wozi na spacery, zmienia mu pampersy, kąpie. Przyjaciółkom, radzącym jej pozbycie się psiaka, mówi:
– Ja ją naprawdę bardzo kochałam – i patrzy na Korka z uśmiechem.zima-2008-pnacza

Zdjęcia zrobiłam kilka dni temu, ciemierniki lubią mróz.

Rycerskość wieśniacza

Styczeń 25, 2009

inweestuj-13

Nie napiszę o operze, chociaż tytuł tekstu może to sugerować(Mascagni).
Pamiętam egzamin ustny u prof.Pietraszki. Byłam wtedy studentką pierwszego roku i miałam zdawać u dziekana, który często oblewał, więc i studentów oblewał zimny pot na samą myśl o wejściu do gabinetu. Profesor czasem ćmił fajeczkę, lecz papierosów nie palił. Weszłam spięta, a dziekan nie tylko wstał na mój widok, ale podał rękę, poprosił, żebym usiadła i… wyjął z szuflady papierosy, pytając, czy palę. Wtedy nie znałam jeszcze terminu „empatia”, zapewne nie znał go też mój wykładowca, co nie przeszkadzało mu dysponować wysokim poziomem tej cechy. Leżąca między nami „dyżurna” paczka Carmenów sprawiła, że cały mój lęk gdzieś uleciał.
Rozpoznawanie i nazywanie emocji jest pozornie proste. Wiemy przecież, że odczuwamy niepokój, złość, sympatię, współczucie. Na pewno wiemy? Czy umiemy rozpoznawać ich  źródła?
Wyobraź sobie taką sytuację: miałeś oddać ważny projekt, za miesiąc, ale przez tydzień zabierałeś się do niego jak pies za jeża, następny tydzień zajęło Ci gromadzenie materiałów, w trzecim akurat złapała Cię w swoje szpony grypa i czas się mocno skurczył – jutro   m u s i s z   oddać gotowe dzieło, a już wiesz, że zabraknie Ci kilku godzin, sprężasz się i… dzwonek do drzwi. Przyjaciel z butelką Twojego ulubionego wina ładuje Ci się do pokoju… cała Twoja złość skupia się właśnie na nim. On jest w Twoich oczach jedynym sprawcą niedotrzymania terminu, parszywiec jeden! Albo własne dziecko, kot, który akurat rzyga, pies, który musi wyjść – nieważne. Absolutnie niewinny jesteś tylko Ty!
Albo inna sytuacja – z jedną paczką kawy stoisz w kolejce, zły, bo kasjerka dopiero opanowuje tajemnicę zmieniania rolki w kasie fiskalnej, aż nagle pani przed Tobą z koszykiem wypełnionym po brzegi drobiazgami, mówi z uśmiechem:
– Pan tylko tę kawę? Proszę – niech pan stanie przede mną…
Czy ta kobieta nie wydaje Ci się nagle niezwykle atrakcyjna? Postrzegasz ją jako przemiłą straszą panią lub ślicznę dziewczę(zależnie od zewnętrznych oznak jej wieku).
Oczywiście nie zawsze mylimy się, kiedy określamy przyczyny naszych emocji, ale to się zdarza.  Na tyle często, że Schachter skonstruował dwuczynnikową teorię emocji, zgodnie z którą najpierw doświadczamy fizjologicznego pobudzenia, a potem szukamy wyjaśnienia tego stanu. Jeśli uznamy, że źródło jest natury emocjonalnej – przeżywamy określone emocje. Schater po serii eksperymentów doszedł do wniosku, że – pobudzeni – szukamy w otoczeniu najbardziej wiarygodnego wyjaśnienia tego, co czujemy. Najbardziej wiarygodne nie znaczy: prawdziwe. Wtedy przeżywamy fałszywe emocje. Takie  jak w dwóch podanych wyżej przykładach.
Podejrzewam, że stałam się celem werbalnej agresji części komentatorów(poprzedni tekst), bo przynajmniej niektórzy z nich padli ofiarą własnego błędu. Uznali moje argumenty, ale nie przyznali się do tego nawet przed sobą. Odczuwają jednak złość i szukają jej przyczyny. Oczywiście – broniąc własnej decyzji(w końcu zainwestowali w nią ponad złotówkę, wydaną na sms, a to znacznie zwiększa chęć utwierdzenia się w przekonaniu, że ich wybór był słuszny) poszukali źródeł swojej złości. I znaleźli. Nie rozgniewała ich oczywista grafomania Magnolii, atak skierowali przeciwko mnie, bo tego dowiodłam. Cygan zawinił, kowala powiesili. To nawet nie jest mylenie kata z ofiarą. Ona padła ofiarą przyjaciół, ja – mojej miłości do literatury.
Polacy lubią stawać po stronie ofiary – zapłacił za to Palikot. Najlepiej, jeśli ofiara jest kobietą lub dzieckiem. Wtedy budzi się w narodzie rycerskość wieśniacza(nie ma ona nic wspólnego z tą z libretta opery, z której zapożyczyłam tytuł, tam naprawdę idzie o honor,  w dodatku Sycylijczyków; emocje tam jednak buzują, że hej!). Co innego, gdyby tenże Palikot powiedział, że któryś z najbogatszych Polaków, powiedzmy: Czarnecki, uprawia prostytucję ekonomiczną. Pies z kulawą nogą nie stanąłby w obronie milionera. Ba! Najprawdopodobniej większość rodaków poparłaby posła, on zaś przysporzyłby sobie wyborców, swojej partii zwolenników i do dziś pełniłby funkcję szefa komisji sejmowej.

I jeszcze jedno. Empatia często jest mylona ze współczuciem, a te pojęcia nie są tożsame. Lubimy modne słowa, ale nie zapominajmy o ich znaczeniu. I nie odsyłajmy zbyt wcześnie do lamusa poczciwego współczucia. Wysokim poziomem empatii powinien dysponować lekarz, nauczyciel, pracownik socjalny, matka. Nie wobec wszystkich ludzi na świecie – w stosunku do swoich podopiecznych. Nic na siłę. Współczuję głodującym dzieciom. Okazuję współczucie, kiedy  przygarniam porzuconego na pewną śmierć w męczarniach szczeniaka – ale to nie   e m p a t i a. Doświadczam jej, kiedy widzę młodego, bardzo zdolnego człowieka, którego nie stać na to, żeby otworzyć przewód doktorski(zaocznie – bo na życie musi jakoś zarobić, a rodzina nie może mu pomóc), dlatego wspieram fundację „Polityki”. Kiedy mam kontakt z bezrobotnym, autentycznie pozbawionym środków do życia, chorym, a jednocześnie obdarzonym talentem literackim(taka sytuacja akurat się zdarzyła, tych, którzy czytają blog „Od menela do blogera” informuję, że jego autor nie pisze, bo musiał zastawić laptop – z tego powodu nie wziął też udziału w konkursie, akurat jemu nagroda naprawdę by się przydała) człowiekiem i chcę mu pomóc – to rodzi się we  mnie empatia.

Tekst ilustruje grafika Tadeusza Kurandy zatytułowana „Inwestuj w głowę”(jedyna inwestycja, która zawsze się opłaca). Dziękuję, Tadku – i proszę o jeszcze…

Dlaczego nie?

Styczeń 22, 2009

6_lady_of_shalott_70x220

Grypa przykuła mnie do łóżka, uniemożliwiła czytanie i poważnie ograniczyła korzystanie z komputera. Przypomniałam sobie o telewizorze. W nocy było nieźle – publiczna telewizja gorliwie pełniła swoją misję, mniej więcej od pierwszej po północy, nawet stacje komercyjne przypominały sobie, że zdarza się widz wymagający. W dzień było o wiele gorzej. W pewnym momencie w roli massa tabulettae wystąpił program „Mam talent”. Trafiłam na skrót występów wszystkich uczestników półfinału; dowiedziałam się, że o tym, kto znajdzie się w finale, zadecydują sms-y telewidzów. W duchu postawiłam na faceta lalką, wolontariusza pracującego w dziecięcym szpitalu onkologicznym. Zapomniałam, że rodaków rozczulają tylko gówniarze, więc wygrała tresowana małpeczka w wieku około dziesięciu lat, wyginająca swoją kibić w niezdrowy sposób. Jasne – tu z poczuciem winy trzepnęłam się w czoło – Polacy kochają odtwórczość i tresurę(pokłosie totalitaryzmu), wygrać można tylko niedojrzałym ciałkiem. Największe szanse miałby ośmiolatek doskonale podrabiający podpisy – na usprawiedliwieniach, czekach, umowach – krajanie oszaleliby z zachwytu. Ciekawe, że  kompletnie nie wzrusza nas los dzieci urodzonych(tylko te z lekka napoczęte są ważne), dola żyjących na pograniczu nędzy utalentowanych plastyków czy muzyków, porzuconych psów i emerytowanych w masarni koni – ale byle smarkacz, stepujący czy wyjący – wyciska z ludzi łzy i sms-y(czytaj: pieniądze).
Teraz już chyba jasne, dlaczego   n i e  wzięłam udziału w cyrku „Blog roku”.
Rozmawiałam z kimś, kto głosował na blog prezentujący żenująco niski poziom. Okazało się, że osoba(którą bardzo szanuję) wysłała sms, bo lubi autorkę.
– A jej teksty? – zapytałam niewinnie.
– Tekstów nigdy nie komentuję.
– Dlaczego?
– Na ogół nie czytam…
– Więc dlaczego na jej blog głosowałaś?
– Nie zastanawiałam się
– A co będzie, jeśli wygrasz nagrodę dla głosującego? Przyznasz się publicznie, że wlaśnie na ten blog głosowałaś?
– …
Rzadko zdarza się uczestnik loterii, który marzy o tym, żeby n i e  wygrać nagrody.

A teraz główna przyczyna popełnienia przeze mnie tego wpisu: nie chcę, żeby współczesny Ankwicz wrzasnął, że milczenie oznacza zgodę. Nie ma we mnie zgody na zalew grafomanii,szczególnie w kategorii „blogi literackie”. Niechby sobie startowała jako „Ja i moje życie”, nawet ucieszyłabym się, gdyby wygrała i szczerze gratulowałabym – bo taka jest ona i jej życie, ani lepsze, ani gorsze od milionów innych. Mało tego – podziwiam autorkę. Znajduje czas na pisanie, zamiast tonąć w pieluszkach wnucząt(troszkę gubię się w ich liczbie – wnucząt, nie pieluszek), sterczeć przy garach czy oglądać telenowele wyprodukowane w Brazylii czy w Bollywood. Nie potrafię jej jednak darować tego, że swój blog umieściła w kategorii „blogi literackie”. Dlaczego? Dlatego(kilka cytatów na chybił-trafił):
„Mam wiele powodów, by być szczęśliwą, tylko nie umiem nią być. Zniknęłam gdzieś w popielatych odcieniach życia i daremnie szukam swojej tęczy. Jakby nigdy nie świeciło dla mnie słońce. Jakby wszystko spowiła szara, deszczowa chmura niebycia.”
„Więc otwieram archiwa pogrzebanych chwil i próbuję odnaleźć w nich to, co ambrozją mi było najsłodszą, pożywką dla zmysłów, karmą dla duszy.”
„Rozkrwawił jej usta. Zmiażdżył delikatność warg, by wedrzeć się w aksamit wilgotnego wnętrza … Wypełniony gorączkowym pragnieniem, chciał poczuć chłód balsamu spełnienia.”
„Chciałabym czarować pisaniem. Chciałabym umieć pisać duszy najdelikatniejsze szeptania. Sprawić, że słychać będzie tę melodię, która w głosie drży pastelowymi nutami, by każdy mógł zobaczyć tęczowe barwy słów i usłyszeć ich brzmienie we własnej wyobraźni.”
„Tyle miłości, a tyle samotności. I pomyłek serca. Tak trudno nie czuć bólu odrzucenia. Tak trudno zapomnieć słowa pieszczące duszę i przełknąć gorzką pigułkę zobojętnienia.”
„Rozkołysała się moja dusza pragnieniami. Zawirowała złotem jesiennych liści, zapachem mchów i osiadła mgłą zamyśleń …”
” Chciałam dotknąć tęczy, jeszcze raz poczuć jej mieniące się kolorami ciepło. ”
„Niech poczuję we włosach wiatru figlowanie, splatające jedwabne pasma w luźne warkocze. ”
„Granatowe niebo rozbłyskało perłami gwiazd. Pomyślałam, że gdyby któraś z nich mogła spojrzeć w stronę Ziemi, ujrzałaby na niej dwie równie pięknie lśniące gwiazdy – moje oczy … Oczy, których blask nie mniejszy, niż świetliste błyski Nocy …”

Zwyczajnie mnie zemdliło(pomijam maleńki drobiazg – osobę widziałam, warkocze to poważna przesada, krótko obcięte te kosy, z pasemkami). W życiu nie przeczytałam żadnego Harlequina, ale jeśli powieści z tej serii z kałasznikowa są choćby odrobinę podobne – nie żałuję. Przy rzeczonej artystce Mniszkówna awansuje do roli zwyczajnej literatki(jakieś 100 gram wódeczki), a nie kwintesencji grafomanii. Dla porównania zacytuję fragment powieści dla kucharek(„Trędowata”), który wywołuje moją wesołość:
„Stefcia, choć niewyraźnie, czuła, że to przełom, że mgły błękitne pierzchają, otwierając złote wrota, aby ukazać jej prawdę niesłychaną a cudowną. Czuła, że jej marzenia, sny niepochwytne ubierają się w formy prawdziwe, przeczucie mówiło, że ta nowa szata będzie jeszcze drogocenniejszą od dawnej. Stefcia przeżywała jedną z chwil, w których duszaq ulatuje z człowieka w tęczowej aureoli niezmiernego szczęścia.
On cisnął jej ręce w dłoniach, siłą oczu wdzierając się w głąb jej duszy. Stał poważny z męskim dreszczem rozkoszy.”
Widzicie tę analogię? Te tęcze? Te motylizmy?

Dla jasności – w życiu nie napisałabym ani jednego słowa o tym blogasku, gdyby jego autorka nie miała czelności startować w kategorii „blogi literackie” i gdyby nie dostała się(sic!) do dziesiątki najlepszych blogów w swojej klasie. Ciekawe, jakie blogi odpadły…

Dziś Jacek Dehnel.

Dziękuję Autorowi „Lady of Shalott” za to, że (niec0 porażony fatalną jakością techniczną zdjęcia obrazu) przysłał mi o niebo lepszą fotografię.

Wina

Styczeń 19, 2009

codziennie nie umieram

mam  wprawę

zajęta

wpadaniem pod pociąg

podcinaniem żył

wypijaniem trucizny

zapominam

zapalić o zmroku latarnię

rano z poczuciem winy

zbieram szczątki

zajętych czymś naprawdę ważnym

polnar-male-klamstwa11

Polnar – Małe kłamstwa

Aha – w konkursie”blog roku” nie startuję. Wiecie, dlaczego ;)

Addenda

Nocna poczta dostarczyła mi list od Tadeusza. A w liście – urocza niespodzianka! Czasem warto pisać,  dziękuję :)

wesolychdefendo1

Kartka jest dziełem Kurandy. Wzruszonego – jak pisze. Też się wzruszyłam. Jaka szkoda,  że ja nie mam takiego talentu – i jak cudownie, że mają go inni.

Koło Bunia

Styczeń 2, 2009

przydrozny-rolls

Bunio objawił mi się dwa tygodnie przed świętami. Bywał, w brydża grywał i..nic. Jakby w tym roku pech o nim już zapomniał. Uśpił moją czujność do tego stopnia, że z radością przyjęłam jego ofertę – obiecał mi pomoc w zakupach przedświątecznych w roli kierowcy i tragarza jednocześnie. Perspektywa samotnego targania ryb, jarzyn, cukru, mąki, mięs, prezentów i innych drobiazgów nieco mnie przerażała. Na siłownię nie chodzę, mięśnie gladiatora nieźle wyglądają na gubernatorze Arnoldzie, ale potrafią zrobić z kobiety aseksualne monstrum. Bunio oprócz muskułów posiada przy tym auto, do którego zmieszczą się wszystkie zakupy, pod warunkiem, że na liście nie ma trzydrzwiowej szafy z lustrem – turystyczny VW T3 z lodówką, klimatyzacją i wazonikiem na kwiatki. Termin wyjazdu do Wrocławia uzgodniliśmy na poniedziałek, logicznie: w niedzielę wszyscy się wybiorą, we wtorek ciut za późno, w środę wigilia. Nie przewidziałam, że w poniedziałek jednak będę musiała pracować. Plan się nieco sypnął, ale pocieszałam się tym, że we wtorek zakupy zrobimy bez tłoku, bo rodacy są zapobiegliwi i nie lubią niczego zostawiać na ostatnią chwilę. Chyba pół Wrocławia pomyślało tak samo i wtorek odznaczał się gigantycznymi kolejkami, ściskiem, korkami – z marszu weszłam w prawdziwie świąteczny nastrój, nieco tylko zgrzytając zębami. Wyjeżdżaliśmy uśmiechnięci, ale stopniowo miny nam rzedły. Droga coraz bardziej zatłoczona nie życzyła nam wszystkiego najlepszego. Jakieś 15 km przed Wrocławiem zobaczyliśmy na poboczu samochód znajomych, udekorowany wielką choinką przymocowaną zamiast roweru do specjalnych uchwytów i wypakowany po sam dach paczkami i torbami. Auto na lewarku, nasz wspólny przyjaciel w pocie czoła odkręcał ostatnie śruby koła, o pojazd oparte było drugie, które miało kalekę zastąpić, żona przyjaciela kibicowała mu z rozpaczą okraszoną złością – scenka rodzajowa jak z obrazka. Zatrzymaliśmy się, a Bunio z miejsca zamienił się w wulkan uprzejmości. Obydwoje doskonale wiedzieliśmy, że znajomi mieszkają jakieś 6-7 km dalej, w niewielkiej wsi. Panowie zajęli się kołem, Ewa narzekaniem, ja współczuciem, a czas mijał. Bunio zaproponował, że weźmiemy ich koło do wulkanizacji, skoro i tak jedziemy do miasta(na ich wsi nie istnieje żaden warsztat samochodowy), znajomi się ucieszyli, ja westchnęłam, spojrzałam wymownie na Bunia i zegarek, więc szybciutko wrzucił koło do volkswagena, wskoczył za kierownicę i pojechaliśmy, pozostawiając im dokończenie czynności umożliwiających dalszą podróż. Koło oddaliśmy pierwszemu wulkanizatorowi na wrocławskich rogatkach i spokojnie udaliśmy się na zakupy. Nawet bardzo spokojnie, piechotą byłoby chyba szybciej. Wrocław normalnie jest słabo przejezdny, przed świętami był zapchany do cna, w dodatku z domów wyruszyli kierowcy niepowszedni. Zawsze się zastanawiam, dlaczego wszędzie w Europie – kiedy światło zmienia się na zielone – kierowcy ruszają ze skrzyżowania równocześnie, a nasi – po kolei, co sprawia, że w tym samym czasie świetlną pułapkę opuszcza 5 zamiast 25 pojazdów. Zakupy jak zakupy – drożej i dłużej niż sądziłam, ale za to wszystko. Bunio nadal szarmancki – koszyk pchał, cierpliwie przeczekiwał poszukiwanie prezentów w galerii handlowej, jeszcze cierpliwiej – w malutkich sklepikach wokół Rynku i na Jatkach. Zrobiło się ciemno, kiedy z ulgą wsiedliśmy do samochodu. Jeszcze tylko wyjazd z Wrocławia i.. przypomnieliśmy sobie o nieszczęsnym kole. W tył zwrot, powrót – zaledwie trzy nędzne kilometry. Majster nie chciał pieniędzy, twierdząc, że dziury nie mógł załatać, bo jej nie znalazł. Bunio pomamrotał pod nosem coś na temat lenistwa i braku fachowości, ale koło zabrał. Droga prawie pusta, zakupy – zrobione, dobry uczynek – wykonany, życie bywa piękne! Było – ale krótko. Samochód znajomych – nadal zapakowany i zamknięty na głucho stał sobie na poboczu – pojechaliśmy więc do naszych znajomych. Ewa wrzała wściekłością, wyżywając się na mężu i psie, dzieci przezornie wysłała wcześniej do dziadków. Wulkanizator okazał się człowiekiem uczciwym – nie znalazł dzieury, bo jej nie było – do wulkanizacji Bunio zabrał koło przeznaczone na zmianę, to do cerowania – zostawił. Mąż Ewy zaś stanowczo odmówił jeżdżenia taczką do pozostawionego na szosie pojazdu w celu przytargania jego zawartości. Zwłaszcza zaś dwumetrowej choinki. Pech Bunia tym razem ustrzelił naszych  znajomych. Zostałam z Ewą, lejąc oliwę na wzburzone fale i doskonale ją rozumiejąc, panowie pojechali rozwiązać problem definitywnie – czyli z  wizytą w rzeczonym warsztacie włącznie. A ja już wiedziałam, że wigilię muszę przesunąć o ładnych kilka godzin, bo  w żaden żywy sposób nie zdążę na pierwszą gwiazdkę. Na szczęście zdążyłam przed ostatnią. A Bunia i tak lubię, naprawdę ma złote serce. Chociaż dzięki niemu przybył kolejny kamień do pryzmy dobrych chęci, którymi brukowana jest droga do piekła – najgładsza  nawierzchnia na świecie…

Zdjęcie zrobiłam na parkingu jakiejś stacji benzynowej. Podobno   t e   ssamochody się nie psują.