Archive for Wrzesień 2008

Sprawiedliwość karania

Wrzesień 21, 2008

Kara i wina są nieporównywalne. Z natury. Przestępca dokonuje aktu przyznania sobie nadmiernej korzyści – korzyści swobody działania, naruszającej swobodę i uprawnienia innych ludzi. Gdyby założyć, że kara powinna być analogiczna do winy, równoważyć ją, to musiałaby naruszać w podobnym stopniu wolność i uprawnienia przestępcy, a wtedy nie byłaby karą, lecz odpłatą, czymś w rodzaju zemsty. Koliduje to jednak z tym, co można nazwać „społecznym poczuciem moralności” – nawet najbardziej radykalni zwolennicy kary-odpłaty skłonni są uniewinniać sprawcę lub łagodzić karę, jeśli przestępstwo zostało popełnione nieumyślnie. Najpoważniejsze wątpliwości budzi we mnie to, że tak często mówi się, że kara powinna odstraszać. Zakłada milczące przyzwolenie na karanie osób niewinnych, jeśli tylko spowoduje to spadek przestępczości. Generuje poszukiwanie „kozłów ofiarnych” – nieważne, czy są rzeczywiście winni, ważne, żeby przekonać o tym opinię publiczną. Poza tym – ten rodzaj karania powinien przewidywać najsurowsze kary za tzw.drobne przestępstwa(tych jest bowiem najwięcej) i relatywnie łagodne za zbrodnie, których odsetek wśród przestępstw en masse jest niewielki(a skoro jest ich niewiele, to po co odstraszać?). Surowe kary za kradzieże spowodowałyby – zgodnie z takim założeniem – ogromny spadek przestępczości jako takiej. Skazaniec stałby się jednak wtedy narzędziem do osiągania pozytywnych skutków społecznych, a to zupełnie odhumanizowałoby system karania. Karać powinno się za czyn, który ktoś popełnił, nie za to, jaki ma charakter, wygląd, kolor skóry czy oczu. I nie chodzi tu równie o przyszłe skutki ukarania, sędzia nie powinien domniemywać, czy osoba po raz pierwszy siedząca na ławie oskarżonych jest podatna na resocjalizację, czy nie jest. A już chyba najgorsze jest podlizywanie się rządzących polityków przyszłym wyborcom – znając wyniki badań opinii publicznej mówią ludziom to, co większość chciałaby usłyszeć: „zaostrzymy kary, będziemy kastrować pedofilów” itd. Jestem ciekawa, na ile presja społeczna wpłynie na surowość kary, którą wymierzy sąd, na ile polityka wpłynie na wyrok wobec kazirodcy, o którym ostatnio tak głośno w mediach.
Na marginesie: śmieszy mnie gadanie o „leczeniu” sprawców przestępstw na tle seksualnym poprzez kastrację chemiczną – jakie leczenie? To paskudny eufemizm. Celem terapii jest przywrócenie lub poprawa stanu zdrowia pacjenta przy zachowaniu zasady primum non nocere. Starowicz, który tego rodzaju terapię stosuje – wyłącznie na prośbę samych zainteresowanych – przyznał, że w wielu wypadkach musiał od tej formy kuracji odstąpić, żeby nie zniszczyć podopiecznemu wątroby, nerek itd.
Sądzę, że winę i karę łączyć powinno przynajmniej to jedno – kwestia wolnej woli sprawcy. Popełnia swój czyn podejmując świadomą decyzję i powinien być za ten czyn indywidualnie ukarany. Takie podejście wyklucza możliwość „zbiorowej odpowiedzialności”, pokazówki sądowe, odstraszanie przy pomocy nazbyt surowych wyroków, skazywanie ludzi chorych psychicznie itd.

Sędzia, wydając wyrok, przywraca sprawiedliwość w imieniu całego społeczeństwa. Dysponuje możliwością ukarania, którą wcześniej organ ustawodawczy(składający się z przedstawicieli tegoż społeczeństwa) zakreślił mu w postaci przepisów Kodeksu Karnego. Słucha stron, ocenia dowody. Zakładam, że stara się być bezstronny, chociaż tak naprawdę nikt z nas nie może uwolnić się od wartościowania. IPN sądem nie jest – de iure, ale jest nim de facto. Sądem, w którym sprawiedliwość nie może zaistnieć – skażenie Instytutu Kalania Pamięci Narodowej polega na tym(moim zdaniem),że zatrudnia prokuratorów i wydaje faktyczne wyroki, zadając cierpienia ludziom, pozbawionym możliwości obrony. Nie ma tu miejsca na obiektywną analizę faktów i dokumentów, na rzetelne badanie dowodów, skoro pracują tu wyłącznie oskarżyciele i czyści jak łzy tropiciele. Starannie wybierane są ofiary IPN-u: to ludzie, którzy w swoim środowisku coś znaczą, coś osiągnęli, zapewne musieli się uporać z własnym poczuciem winy, wyprzeć je, żeby móc nadal funkcjonować. Ponieśli już karę, był nią lęk przed tym, że wszystko się wyda, że ktoś znajdzie jakiś kwit, że zacznie się nagonka. To cierpienie, które trwało latami, nie przez miesiąc czy dwa. Dziwny to patriotyzm, który z jednej strony gloryfikuje Piłsudskiego, który przecież dokonał zamachu stanu, podczas którego śmierć ponieśli niewinni ludzie – i jednocześnie wciąż szuka „haków” na znanych i uznanych Polaków, z których możemy być dumni, a którzy nie mają na sumieniu niczyjej śmierci: Wałęsa, Wolszczan, deprecjonowanie dokonań Geremka, Mazowieckiego, wielu innych. Polowanie na czarownice trwa w najlepsze.
Heidegger nie tylko aktywnie popierał nazizm, był członkiem NSDAP i współpracował z gestapo, ale również donosił na współpracowników i studentów. To przez niego wylądował w obozie koncentracyjnym późniejszy noblista, wybitny chemik Hermann Staudinger. Niemcy nie deprecjonują jednak jego filozofii – wciąż jest tam dyskutowana, inspiruje kolejne pokolenia uczonych i studentów. My, Polacy – wolimy otaczać kultem pewne osoby i „prawdy”, nie teorie czy sposoby rozumowania. Skłonni jesteśmy raczej przyznawać rację osobie, niż jej argumentom. Nie ma też mowy o ich krytyce. Jednocześnie pozostajemy szczelnie zamknięci na argumenty osób „niesłusznych”. Po prostu ich nie słyszymy, czytamy tylko tych, z którymi się w jakiś sposób identyfikujemy, innych krytykujemy nie czytając nawet. Nie chcę, żeby IPN decydował o tym, kto jest „słuszny”, a kto nie. Mieli badać i udostępniać dokumenty. Od pisania historii, również tej najnowszej, są historycy związani z ośrodkami uniwersyteckimi.

W polskim społeczeństwie rośnie poparcie dla kary śmierci, przed chwilą usłyszałam, że wzrosło również wśród Włochów. To jakaś prawidłowość, że pod rządami prawicowymi postawy ludzi radykalizują się. Nie pomaga argument, że wśród skazanych i straconych zdarzają się niewinni. Katolickie(sic!) społeczeństwo zupełnie nie słucha ani stanowiska Kościoła w tej kwestii(wyrażanego również przez Jana Pawła II, zdeklarowanego przeciwnika tej kary), ani nakazów wynikających wprost z religii, mówiących o ochronie i świętości każdego życia. Jednoczenie zmusza kobietę do urodzenia dziecka obarczonego bardzo poważną wada genetyczną(np. bezmózgowiem), nawet kosztem zdrowia lub życia matki. W imię prawa do życia każdego człowieka. Zapomina jednak o tym prawie, kiedy widzi sprawcę ciężkiej zbrodni.

I jeszcze – Wolszczan miał wykłady na UMCS-ie, nie zdziwię się, jeśli zrezygnuje. Kto straci? IPN, Wolszczan, UMCS, studenci, polska nauka? No kto?

Reklamy

Niebezpieczna popkultura

Wrzesień 11, 2008

Homo rzadko przytrafia się sapiens, przymusowo jest oeconomicus, bywa faber, czasem sexus, a najczęściej – ludens.
Nie ma więc ucieczki przed kulturą masową, która z założenia jest ludyczna. I tu mała dygresja: kiedy dostrzegłam w twórczości Dalego elementy ludyczne, ktoś mocno się oburzył, bo przecież „Dali nie czerpał z folkloru”, a mnie z kolei wprawił w osłupienie, bo nie sądziłam, że określenie „ludyczny” może kojarzyć się z ludowością, folklorem, kulturą wsi. Poszukałam – i rzeczywiście, nie tylko w internecie roi się od błędów. W całkiem poważnych publikacjach ludyzm jest traktowany jako synonim ludowości(sic!).
Homo ludens – człowiek bawiący się – to twórca i odbiorca kultury. W zabawie można znaleźć wszystko: grę z jej regułami i normami, niepewność, działanie, bezinteresowność, powagę itd. Elementy zabawy można dostrzec w literaturze, muzyce, filozofii(celowali w niej sofiści), sztukach plastycznych, polityce, religii, nawet w prawie.
Popkultura stara się zawłaszczyć zabawę, odebrać jej możliwość kulturze wysokiej, przypisując jej wyłącznie powagę. To oczywiste nadużycie – elementy zabawy są zarówno u Woody Allena czy w sitcomach, ale i u Bergmana czy Grotowskiego.
Nie walczę z zalewem popkultury, bo taka walka nie miałaby sensu. Zamykanie się w pałacu i udawanie, że nie widzę, iż jest podmywany przez cały ocean gnojówki – również. Poza tym – jak wszyscy – pławię się w tych falach od czasu do czasu, słuchając zespołu Coldplay, czytając Agathę Christie, kupując buty, włączając radio. Zamiast walczyć – obserwuję.
Sądzę, że istnienie popkultury nie jest problemem – ono jest niezbędne nawet, choćby po to, żeby kultura elitarna czuła swoją odrębność. Rzecz w tym, że gwiazdeczki kultury masowej nie uważają się już za kogoś „niższego rzędu”, ośmielają się deprecjonować prawdziwych twórców, panoszą się bez umiaru. Kiedy roznegliżowana, kiczowata sama w sobie panienka rzuca beztrosko i z porażająco wulgarnym śmiechem w mediach, że „cały ten Górecki to on przereklamowany jest, kto to w ogóle jest? i kto go słucha?” – nie wywołuje oburzenia, ale poklask tłumów, jej popularność natychmiast wzrasta. Gwiazdeczki kąsające luminarzy kultury dowartościowują nie tylko siebie(cudzym kosztem), ale swoich fanów. Świeżo wysmażona w solarium absolwentka polonistyki czy innego dziennikarstwa, na prywatnej uczelni zrobiona, przyznaje bez żenady, że „Don Kichota” czytała w streszczeniu, bo to nudne, a przez literaturę współczesną nie próbowała nawet przebrnąć. Rzut oka na prace licencjackie czy magisterskie pozwala uzyskać smutną pewność, że ci „naukawcy” nie mają bladego pojęcia o podstawach statystyki, nie potrafią poprawnie skonstruować ankiety, a już na pewno nie umieją analizować informacji, które na jej podstawie uzyskali. Spsiała kultura, spsiała nauka.
Krytycy nie chcą oceniać, co jest dobre, a co złe, chociaż to ich zadanie. Wielcy podlizują się mediom i ich sztandarowym wytworom – Dodzie et cons. Ustępując przed atakami popkultury, która jest coraz bardziej agresywna wobec kultury elitarnej, ta ostatnia albo udaje, że nie widzi natarcia, albo próbuje z nią flirtować. W debacie na temat kultury rzadko zabierają głos intelektualiści, filozofowie, etycy – a to oni przecież pełnią rolę opiniotwórczą. Fakt, że ich kompetencje są negowane przez masowego konsumenta popu, bo o kompetencjach dziś decyduje nie wiedza, doświadczenie, mądrość – a producent, władający masową wyobraźnią.
Widzę jeszcze jedno niebezpieczeństwo, równie poważne, a może poważniejsze: popkultura kradnie i fałszuje mity. Dostrzegł to Roland Barthes już w latach pięćdziesiątych. Fantasy to zwyczajna zabawa, nie należy doszukiwać się w niej głębszych treści, paplanina o jej rzekomych wartościach jest żenującym przykładem flirtu naukowców z kulturą masową. Nieprawda, że korzystając z ogromnej i ważnej skarbnicy mitów utrwala je i odczytuje na nowo – zwyczajnie je gwałci, odbiera im moc magicznego myślenia.
Kultura to taki dorobek ludzkości, który wciąż się tworzy w nieustannym konflikcie poglądów, przekonań, wartości. Konfliktu nieuniknionego, twórczego – który jest warunkiem sine qua non rozwoju kultury. Popkultura likwiduje ten konflikt – z przemocy, problemu kary śmierci, poszukiwania Boga, miłości, zdrady, nienawiści – uczyniła towar, ładnie opakowany. Gibson w „Pasji” doszedł chyba już do ściany – z ekranu leją się potoki krwi, kamera z lubością niemal śledzi każdy grymas dręczonego aktora, szczegóły egzekucji przesłaniają obraz Chrystusa, sprowadzając go do wymiaru jedynie Jezusa. Uważam to za perwersję graniczącą z pornografią. Świat widziany okiem kamery dla ogromnie wielu już ludzi jest bardziej prawdziwy niż ten, którzy widzą własnym, nieuzbrojonym okiem. Konflikt ulega zatarciu, dusi się zapakowany w jaskrawo barwioną folię.
Wulgarność i kiczowatość zawsze były atrybutami popkultury. Dziś jednak uzupełnia je atrybut trzeci – przekraczanie granic, niegdyś zarezerwowane dla awangardy. Nagi artysta wbijający z rozmachem nóż w bochen chleba, ten, który umieszcza na obrazie krzyż, wielkie gwoździe, figurkę Chrystusa i młotek, a podpisuje dzieło „Zrób to sam” – nie jest ani wulgarny, ani obsceniczny, zwraca uwagę odbiorcy na sprawy ważne, chce w niego uderzyć, ale robi to tak, żeby jednocześnie wymóc refleksję. Gwiazdeczka pop pojawiająca się na scenie w marnej atrapie majtek, obejmująca mikrofon palcami zakończonymi tipsami wysadzanymi sztucznymi diamentami – jest kwintesencją wulgarnego kiczu. Sęk w tym, że to ona wygrywa, stając się ikoną popkultury, a nie awangardowy twórca.
Nie wolno nam zgadzać się na to. Nie wolno nie bronić swoich wartości. Odwaga wciąż jest niezbędna i trzeba jej coraz więcej.
Marzy mi się taki dzień, w którym ci, którzy słuchają jakiegoś „Feela”, kupują marny obrazek przedstawiający zachód słońca na Bali „w naturalnych kolorach”, biegną do kina na nową ekranizację losów Harry’ego Pottera – zaczną się z tym wstydliwie ukrywać, na widok gości wyłączą telewizor, może z niektórymi spotkam się na czyimś wernisażu? A może w filharmonii?

Koniec religii

Wrzesień 4, 2008

Kościół uczy. Przemawia ustami katechetów i księży. Opowiada o rzeczach trudnych: o Bogu Starotestamentowym, którego trzeba się lękać, bo potrafi karać dzieci za grzechy ojców, bo żąda ofiar największych. O podwójnej naturze Jezusa-Człowieka i Chrystusa-Boga. Przepraszam, o tym akurat nie, woli opowiadać zdarzenia z Jego życia, niż pomóc wiernym uporać się z bardzo poważnym problemem teologicznym. Kościół naucza – ma gotowe recepty na udane życie. Wystarczy przestrzegać przykazań, nie popełniać grzechów(dokładnie określono, co jest grzechem), a jeśli już się je popełniło – udać się po rozgrzeszenie do uprawnionej do jego udzielenia osoby i mieć problem z głowy. Po ewentualnej pokucie, oczywiście. Kościół dawno przestał głosić prawdy teologiczne, a spory na ten temat odbywają się wyłącznie pomiędzy specjalistami, czasem kończąc się apostazją któregoś z dyskutantów. Prawda nie interesuje wiernych. Prawo popytu i podaży sprawiło, że duchowni skoncentrowali się na moralności. Nie wiem, dlaczego ograniczonej najczęściej do łóżka. Może dlatego, że w nim wydarza się to, co w życiu pewne – miłość i śmierć. Wszystko poza tym może nie zaistnieć, nie wydarzyć się. Podlega zmianom, erozji, bywa relatywne. Nawet – a może zwłaszcza – szczęście. Religia przekształciła się w coś w rodzaju zrytualizowanej moralności. Szukanie prawdy odeszło w zapomnienie. Komu zresztą na niej zależy? Przecież najczęściej słychać taką opinię: „mój Bóg to moja sprawa”. Każdy wyobraża Go sobie nieco inaczej. Moralność chrześcijańska stała się sprawą wspólną, a wiara – indywidualną, prywatną. Ci, którzy deklarują się jako wierzący, tworzą sobie Boga „na własny użytek”, samotnie. Czyżby więc nastąpił kres religii? Ekumenizm, „osobność” postrzegania Boga przez każdego z wyznawców otworzyły drogę do nowego Panteonu, do którego wpuszcza się Boga Chomeiniego, Boga Mojżesza, Boga Jana Pawła II, Boga Rydzyka, Boga Jana Kowalskiego, Boga Lutra, Boga Dalajlamy… I ponowię pytanie – co z poszukiwaniem prawdy? Choćby tej, którą chcemy mieć na własny użytek. Nie prawdy absolutnej. Może pozostanie domeną ateistów? I tych, którzy nie potrafią wierzyć, ale umieją wątpić? Nie uchylają się od zadawania sobie niewygodnych pytań?
Skąd bierze się w człowieku potrzeba wiary? Czy wynika tylko z tego, że religia jest użyteczna? Ułatwia wychowanie dzieci, niweluje strach przed śmiercią, zaspokaja potrzebę ufania autorytetom, pozwala sądzić, że mamy wolną wolę, a jeśli podporządkowujemy się nakazom, to mają one charakter „ponadludzki”, nie ulegamy presji społecznej, opinii publicznej itp., ale woli bożej – w ten sposób łatwo się dowartościować. Udział w rytuałach zagłusza poczucie wyobcowania, daje złudzenie przynależności do wspólnoty. Może dlatego nie ma we mnie wewnętrznej „potrzeby religii”? Nie mam takich potrzeb, szukam własnych dróg.
Zakład Pascala to jedna z najdoskonalszych form indoktrynacji. Jest w nim jednak coś paskudnego. Zmusza do kompromisu, do konformizmu. Pascal dowodzi, że wierząc w Boga nic nie tracimy, możemy tylko zyskać. Na pewno nic? A wolność? Wolność do myślenia, wolność do wątpliwości. Wolność do życia samodzielnego i twórczego, nie naśladującego żadnych wzorów.

Na marginesie – nie lubię Kanta, chociaż doceniam. Jego dziełem jest „przewrót kopernikański” w etyce. Dobro uzależnił od prawa, wyznaczającego kierunek woli. Poprzednicy uważali, że to prawo winno zależeć od dobra. Wyznaczył granice wolności – definiując ją jako posłuszeństwo wobec prawa moralnego. Jeżę się, kiedy słyszę, że moja wolność ma granice, choćby te, które sama wyznaczam.