Archive for Kwiecień 2008

(Nie)porozumienia

Kwiecień 29, 2008

(Nie)porozumiewanie się z otoczeniem to sztuka, której zaczynamy się uczyć w chwili przyjścia na świat. Najpierw oznajmiamy donośnym rykiem, że już jesteśmy i niekoniecznie nam się to podoba, potem, że nie życzymy sobie być głodni i mokrzy, ale za to życzymy sobie, żeby nas na rękach noszono. Niemowlę nie tylko „mówi” – ono potrafi wrzaskiem skutecznie wytresować rodzinę, tak by spełniła jego wymagania. Niektórym to nie mija z wiekiem.
Potem nadal wyrażamy swoje uczucia używając aparatu mowy, ale umiemy je już werbalizować. Może przesadzam, mówiąc „umiemy”, ale większość z nas się stara. Trzylatek ryczy, bo jest mu tak jakoś niefajnie, bez konkretnego powodu. Jeśli ktokolwiek podczas wbijania gwoździa trafił we własny palec, wie, że wyrazy, jakich wtedy użył nie miały na celu przekazania słuchaczom jakiejś informacji, ale opisywały doskonale jego stan ducha spowodowany bólem ciała i dotkliwą niemożnością zrzucenia całej winy na kogoś innego(cierpienie podwójne). Sześciolatek wracający z zerówki wyrzuca z siebie potok słów na temat: „co było w szkole” i czyni to zupełnie bezładnie, bo nie chce informować, chce tylko pozbyć się własnych myśli. Idiotyczne gadulenie na czacie czy przez telefon(świetnie pokazane w skeczu kabaretowym „Komórka”) jest bardzo potrzebne mówiącemu, bo zaspokaja on potrzebę kontaktu i wyrzuca z siebie emocje(słuchacz ma zdecydowanie gorzej, czasem czuje się jak „ściana płaczu”, w której pociski słów ryją dziury). Te wszystkie formy porozumiewania się służą tylko jednemu celowi – rozładowaniu napięcia emocjonalnego, niczemu więcej. Nie chcemy nikogo o nic prosić, przekazać mu informacji, pokłócić się czy pogodzić. Wcale o tym nie myślimy. Myślimy wyłącznie o sobie. To ja jestem zła, przestraszona, wściekła, zawiedziona, szczęśliwa, zachwycona itd. Część ludzi poprzestaje na tej formie porozumiewania się z bliźnimi.
(more…)

Małżeństwo – kryzys czy ewolucja?

Kwiecień 26, 2008

Rodzina jest uważana – czy raczej była uważana – za najbardziej stabilny i konserwatywny element społeczeństwa. A przecież się zmienia. Socjologowie i politycy upatrują w tym albo kryzys rodziny jako takiej i prognozują utratę jej znaczenia jako fundamentalnej struktury społecznej oraz powstanie w to miejsce nowej formy związków; inni sądzą, że model rodziny podlega transformacji adaptując się do potrzeb akceleracyjnie zmieniającego się świata. Ci ostatni są również zwolennikami tezy, że rodzina zawsze podlegała ewolucji a jej wzorzec zależy od stosunków społeczno ekonomicznych w danym czasie i miejscu. Z danych statystycznych wynika, że do najbardziej ekspansywnych nietradycyjnych modeli rodziny należy monorodzicielstwo i bezdzietność z wyboru. Zjawiska te występują w szczególnym natężeniu w krajać wysoko rozwiniętych: w Japonii ponad połowa kobiet które ukończyły trzydziesty rok życia nie urodziła jeszcze pierwszego dziecka, trzydzieści lat temu odsetek ten wynosił 24%; w zachodnich landach Niemiec 30% z wyższym wykształceniem nie posiada potomstwa. Przybywa związków partnerskich. Konkubinat – charakterystyczny dawniej tylko dla tzw. dołów społecznych stał się nagle niemal obowiązującym stylem życia młodych, zapracowanych, poszukujących sukcesu zawodowego Polaków.
Coraz częściej tradycyjna rodzina nuklearna zastępowana jest przez inne typy związków:
1. kohabitacja (konkubinat): w 1990 roku taką formę związku realizowało około 250 tys. par obecnie ponad 300 tys. (forma szczególnie popularna w krajach skandynawskich, w świetle prawa praktycznie równa formalnym małżeństwom)
2. rodzina rekonstruowana (łączenie się osób, które poprzednio były w innych związkach. Często wnoszą one „posag” w postaci własnych dzieci)
3. DINKS (double-income-no-kids) takie rodziny zakładają dobrze zarabiający ludzie z dużych miast którzy nie chcą mieć potomstwa (w Polsce około 500 tys. par)
4. Samotni rodzice (20% – 30% wszystkich rodzin)
5. Rodziny homoseksualne (zalegalizowane np. w Holandii, Hiszpanii i UK)
6. Rodzina nomadyczna zwana dojazdową, małżonkowie żyją na odległość ponieważ jedno z nich lub oboje pracują w wielkiej międzynarodowej korporacji bądź za granicą (w Polsce 4% związków, na świecie około 15%) etymologia: fr. nomade, łac. nomas, gr. nomas – „wędrujący w poszukiwaniu pastwisk”.
7. LAT (living apart together) biorą ślub ale żyją osobno mając własny krąg towarzyski i mieszkanie

I co? I nic. Okudżawa śpiewał: „Co było – nie wróci i szaty rozdzierać by próżno”, chociaż interesująco rozrywane mogłyby ozdobić świat widokiem np. piersi(jak te Wolności, wiodącej lud na barykady na obrazie Delacroix). Łatwo ubolewać nad nietrwałością związków i wzdychać za dawnymi czasami, ale wystarczy policzyć, że kiedyś średnia długość życia była jednak inna. W praktyce „nieopuszczanie do śmierci” oznaczało w średniowieczu lat piętnaście – zawsze można było liczyć na wojnę, cholerę, poród, pożar itd. Jeśli ktoś dożywał wieku sędziwego – to zdążył być po drodze ze trzy razy żonaty. Instytucja swatki gwarantowała do niedawna, że państwo młodzi nie będą się specjalnie różnili statusem ekonomicznym wychowaniem, pozycją. To z kolei umożliwiało trwanie w związku, bo brakowało poważniejszych konfliktów. Dziś ta sama formuła ślubna jest poważnym wyznaniem i wyzwaniem – to perspektywa jakichś pięćdziesięciu lat! Pół wieku… a pół wieku wystarczyło na dwie wojny światowe, wynalezienie i upowszechnienie samolotu i łodzi podwodnych, stworzenie bomby atomowej, że już nie wspomnę o rewolucjach – to wszystko w ciągu pierwszej połowy minionego stulecia. Tymczasem już w trzecim roku małżeństwa, zawartego wyłącznie z „wielkiej miłości”, która stała się obowiązkowa od czasu powstania romatycznych powieści(i znów winni są pisarze!) i rozwoju filmu, w którym każdy wielki romans musi kończyć się śmiercią lub ślubem(cóż za piękna równość tych pojęć), kończą się tematy do rozmów. Sytuację ratuje telewizor i komputer. Zdarzają się jednak awarie prądu. Komputer zresztą też jest narzędziem niebezpiecznym, bo umożliwia szerokie kontakty z tymi cudownymi, pachnącymi i mądrymi ludźmi w necie, którzy w niczym nie przypominają aktualnego partnera. Wielka miłość jako jedyna przyczyna małżeństwa jest niebezpieczna – skoro raz z jej powodu się ożenił(wyszła za mąż), dlaczego nie może tego zrobić po raz drugi? Oczywiście obiekt musi się zmienić. Prędzej czy później mąż dojdzie do wniosku, że przeciwieństwem Poligamii jest Monotonia. A kto dziś jest w stanie utrzymać harem? Nawet Arabowie rzadko miewają dozwolone cztery żony. Pewnie dlatego brydż nie stał się ich sportem narodowym.
Najlepiej nie poświęcać małżeństwu całego życia. Zawrzeć je później, powiedzmy po trzydziestce, a przedtem lwią część czasu oddać sobie samemu – interesować się życiem Siuksów, astronomią, brydżem, piłką kopaną. Oboje mogą zajmować się tą samą dziedziną lub należeć do różnych kółek zainteresowań. Będą jednak mieli mniej czasu na nieporozumienia, wyrzuty, krytyczne obserwacje podczas trwania związku. Więcej na wzajemną życzliwość. A miłość? To warunek konieczny. Ale niewystarczający. Sprawdź, czy ją/jego kochasz, to znaczy czy podoba Ci się niezależnie od wymarzonego ideału, czy chcesz jej/jego, bo to po prostu on/ona, a nie jakaś Pamela A. czy Antonio B. Sprawdź jednak, czy się z nią/nim nie nudzisz? Czy nie jest wyraźnie od Ciebie głupszy? Jakie ma maniery? Czy przypadkiem nie oddychasz z ulgą, kiedy już wychodzi, bo nareszcie możesz zająć się ulubioną książką czy pójść na mecz(chociaż strasznie się cieszyłeś ze spotkania)? Czy jej słodycz nie trąci idiotyzmem, za który będziesz się wstydził w towarzystwie? Czy chcesz się budzić na moment w nocy, po to tylko, żeby upewnić się, że jest przy Tobie – i zasypiać z uśmiechem? Czy poranna kawa wspólnie pita budzi w Tobie ochotę na pocałunki? Mam jeszcze wiele pytań…ale jak w tej starej, żydowskie anegdotce – czy Ty masz jeszcze kury? Znaczy – cierpliwość? Nie? Nie dziwię się….

Wcześniej czy później musiało do tego dojść. Zamieniłam teksty. Ten, który zamierzałam umieścić w moim blogu w bloxie – wylądował tutaj, a tam zaistniał ten, który przeznaczałam do WordPressu(„Męski dreszcz rozkoszy”). Siła wyższa – nie będę zmieniać.

Egalitaryzm? Jestem „za”, a nawet „przeciw”…

Kwiecień 25, 2008

Nie jestem przeciwna egalitaryzmowi płacowemu. W tej dziedzinie powinna panować sprawiedliwość, polegająca na tym, że ktoś, kto dysponuje większą wiedzą i zdolnościami – powinien być wynagradzany lepiej niż ten, kto tych walorów nie posiada. Ale lepiej – nie znaczy „niebotycznie”, lecz adekwatnie. Bożek wolnego rynku pożera własne dzieci – młodych ekonomistów, zafascynowanych i ślepo wierzących jednym teoriom i bezwzględnie odrzucających inne. Wyuczona wiedza nie pozwala im na rozumienie rzeczywistości – dziwią się, że lekarze czy nauczyciele strajkują, bo chcą mieć większe dochody. Ekonomiści zapominają, że od jakości pracy szczególnie tych grup zawodowych zależy jakość kapitału ludzkiego. Usiłują wtłoczyć wszystko w mechanizmy wolnorynkowe, tracąc z oczu uwarunkowania pozarynkowe(McCloskey przeprowadził znane badanie wśród młodych ekonomistów na Zachodzie; tylko 3% z nich zakwestionowało pogląd, że „taryfy celne i kwoty importowe redukują dobrobyt społeczeństwa”, a tymczasem nikt z wybitnych speców od ekonomii, badających problem, nie stwierdził, że np. wysokie cła w USA w XIX w. wpłynęły na oniżenie dobrobytu Amerykanów; w odpowiedziach badanych ekonomistów dominowało więc przekonanie, nie wiedza). Płace managerów w Polsce są wyższe od średniej krajowej 20-50 razy; tłumaczy się społeczeństwu, że muszą być ludzie bardzo bogaci, żeby biedniejszym żyło się lepiej, bo Ameryka, Niemcy, Japonia też tak robią. Nie mówi się tylko, że w dużych japońskich firmach(zatrudniajacych ponad 1000 osób) manager otrzymuje trzy do pięciu razy wyższą płacę od szeregowego pracownika. Szefowie Banku Światowego przyznali(M.Bruno, L.Squire, „Im większe nierówności zasobów, tym wolniejszy wzrost”, 1996): „nasze badania nie potwierdzają szeroko podzielanego poglądu, że rządy stają przed alternatywą: równość czy wzrost. Najefektywniejsza okazała się polityka, która równocześnie promuje obie te rzeczy”. Wystarczy zresztą spojrzeć na „cud gospodarczy” w wykonaniu azjatyckich tygrysów. Anglia potrzebowała na podwojenie dochodu narodowego per capita aż 58. lat, a egalitarna Korea Pd.- jedenastu(zainwestowała w edukację i zdrowie, nie w płace kadry zarządzającej, być może nieumiejętność podjęcia takich działań jest przyczyną klęski ekonomicznej krajów Ameryki Południowej). Powielamy błędy? Powtarzamy lekcję, którą przerobili inni – ale powtarzamy razem z bykami, uważając je za konieczne. Powielamy też błędy angielskiego systemu edukacyjnego, powielamy system testów, który wytresował młodych Amerykanów tak rewelacyjnie, że większość naukowców muszą oni importować spoza USA. Ale ich na to stać.

Nie jestem zwolenniczką egalitaryzmu w nauce czy kulturze. Chłam finansuje się sam. Kicz niech pozostanie w zasięgu mechanizmów wolnorynkowych. Edukacja – zgodnie z postulatem, wyrażonym w komentarzu Rojpliego – powinna dawać równe szanse. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę z tego, że dzieci wychowane w domach, w których panuje kult wiedzy, nie życiowego cwaniactwa, którego efektem jest posiadanie „fury, skóry i komóry” – mają o wiele większe szanse na zdobycie dobrego wykształcenia. Właściwie miałyby, bo system testów skutecznie eliminuje perły, preferując przeciętniaków. Renomowane uczelnie, chcąc pozostać w gronie najlepszych, wcześniej czy później wypracują własne kryteria naboru, żeby te perły wyłowić. Albo wypadną z rankingu. Nie zamkną też wydziałów humanistycznych – nie tylko zarządzanie i bankowość, nie tylko ekonomia(z różnymi przymiotnikami), nie tylko kierunki politechniczne będą dla nich ważne. Nadal będą kształcić etnologów i politologów. Po to, żeby potem co mądrzejsi ekonomiści wpadli wreszcie na pomysł, że warto im płacić na tyle dobrze, żeby swój zawód wykonywali. Bo jest potrzebny. Dobry bibliotekarz to osoba, dzięki której ogromna część czyjejś pracy jest wykonywana szybciej i lepiej.

Kultura – nie ta masowa – nie sfinansuje się sama. Opery są dotowane. Nikomu nie przychodzi do głowy dziki pomysł(dziki, bo godny dzikusa), żeby sama się utrzymywała. Teatr eksperymentalny, film niekomercyjny, filharmonia, dobra książka – to luksusowe kochanki. Należy je utrzymywać dla rozkoszy, której nie da prostytutka. Wyrafinowania można uczyć, również konsumentów. A że konsumenci popu będą liczniejsi? Jedni wolą metresy, inni dziewczyny uliczne – i tych drugich jest znacznie więcej, sądząc z podaży. Martwi tylko bezczelność nieuków, którzy nie dość, że przechwalają się swoją niewiedzą, to jeszcze okazują pogardę tym, którzy ośmielają się mieć gust bardziej subtelny. Przeżywamy chyba kolejny najazd barbarzyńców. Czas się bronić.
Ekonomiści – zwłaszcza młodzi – sądzą, że filozofowie, teatrolodzy, literaturoznawcy, muzykolodzy itp. są niepotrzebni, mogą być więc nędznie wynagradzani, jako że nie tworzą dochodu narodowego. Otóż tworzą, drodzy mlodzi panowie w pięknych garniturach, do których końskie okulary nijak nie pasują – to oni wpływają na jakość kształcenia Polaków, to oni budują w nich poczucie piękna, kształcą dobry gust, zmuszają do myślenia i polemik. To właśnie oni budują wam lepszy kapitał ludzki(jak to określacie), a lepszy kapitał daje większy zysk. Popatrzcie czasem na całość problemów społecznych, bo ekonomia jest tylko ich częścią. „Kochani ludożercy…”

Jako b y ł a zwolenniczka PO głos zabieram…

Kwiecień 22, 2008

Ludzie mają poglądy. A nawet światopoglądy. Wolno im. Gowin sobie poświatopoglĘdził w telewizji. Wolno mu? Wolno. Tylko po diabła głosowałam na partię, deklarującą się jako „liberalna”, skoro jej wpływowy polityk bzdurzy publicznie nieliberalnie zgoła? Poglądy Pana pOSŁA można streścić tak:
1. In vitro – tak, ale tylko dla par heteroseksualnych i to pozostających w związkach ślubnych. Bo w konkubinatach to tylko przemoc, ruja i poróbstwo. Szanowny pan poseł nie dostrzegł, że badania mówią, iż ok. pół miliona par w Polsce żyje właśnie w takich związkach, a nie są one już – jak dawniej – charakterystyczne dla tzw. dołów społecznych, ale są normą wśród młodych, wykształconych rodaków. Bo oni wcale nie spieszą się do kościoła. I właściwie kościół powinien się cieszyć – wprawdzie panna młoda idzie do ślubu rzadko z wiankiem, a częściej z przychówkiem in spe lub niosącym tren sukni nawet, ale za to decyzja jest pewnie świadoma. I małżeństwo mniej rozerwalne. Chociaż niewykluczone, że rozrywkowe. Bo ludzie lubią się bawić, jak zauważył pewien pan o niewymawialnym dla „prawdziwych Polaków” nazwisku – Huizinga(w książce „Homo ludens”).
Na marginesie – studenci uczelni niekatolickiej z lubością wspomninają, jak pani wypożyczona z uczelni katolickiej potwornie miała powiedzieć na ćwiczeniach to nazwisko. Zaczęła od „Hhhhhh…” zaczerwieniła się, napisała na tablicy i wystękała: „Rozumiecie państwo…”, ale państwo było już głównie pod stolikami, poszukując „upadniętych” piór – pewnie z ogona tej „muzy”.
2. „Dziecko rozwija się tylko wtedy harmonijnie i dobrze, kiedy ma ojca i matkę”. Panie pośle i reprezentancie Ty mój, mordo Ty moja nieludzka! A da się inaczej? Plemnik i jajeczko – jedno od tatusia, drugie od mamusi. Mało tego – jako jednostka rozwiedziona wychowałam – pańskim zdaniem – dziwadło, które już niemal na starcie było przegrane. Wiem już, czemu bogobojny totalizator nie pozwolił mu wygrać więcej niż 10 zł. Bo się mi rozwinęło nieharmonijnie. Cud, że jest heteroseksualne!
3. „Sprawcami nadużyć są konkubenci” – jasne, Panie G.! Ślicznie Pan to ujął. Żaden normalny mąż nie zgwałcił córki, żaden ksiądz nikogo nie molestował. Kobiety są w „normalnych” rodzinach kochane do upadłego. Aż upadną – rzetelnie przekonane rzemienną dyscypliną, kablem od żelazka, wężem od pralki… Maczugą już nie – mężowie idą z duchem czasu. Jeden z liderów postępu tłumaczył w sądzie, że udusił żonę dla jej dobra – podobno podduszanie w trakcie orgazmu zwiększa doznania. Ale o tym to już Otello wiedział.
4. Pan Gowin jest szefem komisji d/s bioetyki. Cudo! Etyczny do bólu trzewi, wie, co dobre dla innych. Z pewnością siebie godną pewnego zwierzaka, który też lubi iść w zaparte, mniema, że posiadł monopol na prawdę jedyną i objawioną. A tymczasem nie posiadł jej – a zgwałcił. A że jest różnica – wiedzą ci, którzy gwałtu doznali. Bo prawda popatrzy z politowaniem, powie: „a myślałam, że jesteś w i e l k i ” i odwróci się tyłem, wskazując miejsce, które post factum należy całować. Nie w ramach pieszczoty – w ramach ekspiacji.
5. Pan Gowin wielce niepolityczny jest(nie chcę rzec, że mało mądry) – bo naraził się jednocześnie wszystkim: liberałom(bo jakoś mu nie po drodze z Friedmannem), Kościołowi(bo jednak in vitro warunkowo dopuszcza), pozostającym w konkubinacie(wyżej opisane), singlom(bo dzieci nie są w stanie wychować), mnie(o to już mniejsza…). Ostatnio pierwszej z konsekrownych w diecezji lubelskiej dziewic zlecono badanie poczytalności kolejnej kandydatki. W zleceniu wskazano oczywiście ekspertkę, bo nie daj Boże ktoś bezstronny jakąś aberrację by dostrzegł. Tak więc jedna dziewica drugiej wystawiła certyfikat normalności. Niech żyje solidarnośc hymenów!
Zapewne jeden z moich ulubionych hierarchów był w wielkim kłopocie – bo to ani się sprzeciwić, ani popierać… Panie biskupie Życiński! I tak Pana lubię, bo Pan odstaje in plus! A dziewice? Są i będą, odkąd smoki zmieniły dietę i za namową Zatońskiego palenie rzuciły i na trawkę przeszły… tfu! na sałatę… biedne te dziewice, nawet smoki ich nie chcą…

PS. A Jan Maryja Rokita na in vitro załapać się może… Bo po diabła miałby wykonywać te „śmieszne ruchy, niegodne konserwatywnego filozofa”?

Addenda: bardzo proszę o przeczytanie komentarza Torlina do tego tekstu, bo ważny! I mojej odpowiedzi, bo rzeczywiście w tekście zabrakło podstawowej tezy. Zaistniała dopiero w komentarzu.

Erotyzm i pornografia

Kwiecień 19, 2008

Tadeusz Boy-Żeleński sto lat temu napisał:
„Że ten język najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki.(…)
To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to – nie ma wyrażenia,
O tym – w Polsce się nie mówi!(…)
Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!(…)
Ludziom trzeba tak niewiele.
By na ziemi niebo stworzyć –
Lecz wykrztusić jak: – Aniele,
Ja chcę z Tobą „cudzołożyć”!?
Jak wyszeptać do dziewczęcia:
– Chcę „pozbawić cię dziewictwa”…
Nie obawiaj się „poczęcia”,
Kpij sobie z „ja-wno-grzesz-nic-twa”!
A przodkowie potrafili jednak. Wystarczy poczytać listy Sobieskiego do Marysieńki, przez tegoż Boya opracowane i niewykastrowane przez cenzurę kościelną. Te „konfitury”, te „słodkości najmilejsze”. Cenzorzy zresztą skompromitowali się okrutnie, pozostawiając fragment, w którym Jan dziękuje ukochanej za bransoletkę uplecioną z włosów, jaką od niej otrzymał. Wzięli to za dowód romantycznej miłości, czystej i niewinnej. Bo nie doczytali, skąd rzeczone włosy pochodziły, a one z łona lubej wzięte zostały.
Jakże często pisarz czy tłumacz, by „nie obrażać moralności” i uniknąć wulgarności, używa terminów medycznych, wpadając przy tym w pułapkę śmieszności. Wyobraźmy sobie taką balladę Burnsa, opowiadającą o rzetelnym, jurnym rżnięciu, kiedy nadpoprawny translator mówi o „kopulacji” z rumieńcem zażenowania(może to stąd wzięło się włoskie „traduttore tradittore” – tłumacz zdrajcą?). Tak wyedukowane pokolenia, miast mówić pięknie i dorzecznie, pytały swoje bogdanki: „Jakże będzie, względem tego, co i owszem?”
Nie bez powodu mówię o języku, bo język uważam za narzędzie poznania. Dosłownie i w przenośni. Może służyć do poznawania smaku skóry partnera(partnerki), do pieszczot, ale też – opisując świat – stwarza go każdemu z nas. Każdemu nieco lub całkiem inny. Większość funkcjonujących w nim pojęć jest jednak podobnie rozumiana. Niewiele jest takich jak „pornografia” i „erotyzm”, tak bardzo ze sobą związanych i o tak szerokich zakresach, że każdy ustala je sobie indywidualnie. W dodatku zakres ten zmienia się wraz ze zmianą obyczajów, a te wciąż ewoluują, wbrew konserwatystom moralnym.
Trafiłam na definicję, podaną przez „Sexuologia Lexikon” z 1961r., której autorzy nie mieli wątpliwości: „Z erotyzmem mamy do czynienia, kiedy sprawy emocji seksualnych komunikowane są za pomocą sugestii, aluzji i symbolu, a kiedy seks zostaje obnażony w sposób bezpośredni, naturalistyczny i obsceniczny, wówczas mamy do czynienia z pornografią”. Wydaje mi się, że już wtedy ta definicja nieco archaiczna była. Poza tym jest obarczona poważnym błędem – zawiera element oceny. Rysunki Picassa, które z wyraźnym upodobaniem tworzył, a na których w rolach głównych występuje malarz i modelka, wg cytowanej definicji są pornografią w czystej postaci. Dziś ta słownikowa definicja sprzed niecałych pięćdziesięciu lat byłaby nie do przyjęcia dla większości z nas. Tak jak jest dla mnie nie do przyjęcia ta, którą podaje „Popularny słownik wychowania prorodzinnego i seksualnego”, chociaż jej współautorem jest ceniony przeze mnie Zbigniew Lew Starowicz: „Pornografia – teksty, rysunki, fotografie i inne formy twórczości, których świadomym i podstawowym celem jest wywołanie podniecenia seksualnego u odbiorcy”. Przyjęcie takiej definicji spowodowałoby wycięcie słynnej sceny z „Gildy”, w której Rita Hayworth zdejmuje rękawiczkę. Większość filmów należałoby na śmietnik wyrzucić, bo mnóstwo scen „niewinnych” ma widza podniecić, zresztą po to przyszedł do kina. Może „Terminator” by się ostał jeno, jak sznur, na którym należy „umoralniaczy na siłę” powiesić. Bo i w słynnym i starym „Męczeństwie Joanny d’Arc”(zrealizowanym w Hollywood) nie brak erotyzmu. Święta biustonosz nawet nosi. Nagie plecy Marlona Brando w „Tramwaju zwanym pożądaniem” nożyce cenzora powinny wyciąć bez chwili wahania.
Pornografia jest zakazana w wielu krajach, w innych jest reglamentowana. W internecie każdy może sobie pooglądać. Śmieszne są pytania, kierowane do internauty, czy na pewno ma 18 lat. Śmieszne jest to, że ponieważ umieszczam w bloxie erotyki, muszę opatrzyć swój blog zastrzeżeniem, że nieletnim go czytać nie wolno. Śmieszne, że moje „smoczki” zostały uznane przez niektórych za rysunki nieprzyzwoite i niemoralne, w myśl zasady „nie uchodzi, moja pani, nie uchodzi…” tudzież innej: „szanująca się kobieta nie powinna(tu lista niepowinności)…”, a najlepiej, żebym buzię w ciup, a ręce w małdrzyk i za matronę robiła. A ja za nikogo robić nie chcę, bom leniwa i moje nogi fatalnie wyglądają w midi(nie ma chyba gorszej długości, zakonnice powinny mieć ja nakazaną, jako totalnie aseksualną, bo suknie do kostek obiecują tajemnice ciała odkrywcom powoli poznawać, jest w nich coś kuszącego). Śmieszne, że w pokojach czatowych dorośli (bardzo dorośli, bo kilkudziesięcioletni) ludzie nie mogą sobie swobodnie porozmawiać o tym, co – nie da się ukryć – bardzo ich rajcuje, bo administratorzy ich wyrzucą – jak niesforne dziecko z piaskownicy, a niań, troszczących się o ten fragment moralności tam dostatek. Śmieszne – ale też dość obrzydliwe – jest to, że cytując Borgesa muszę pomijać „kurwę”, której użył był dosłownie i w przenośni jego bohater. Metoda nieegzekwowalnych – w praktyce – zakazów jest w ogóle śmieszna, bo nieskuteczna. Ośmiesza zresztą zarówno samą siebie jak i swoich twórców.
Smutne natomiast jest to, że wychowaniem seksualnym w szkołach zajmują się katecheci. To już nie jest śmieszne. Że zaczynają swoją pracę uświadamiającą wykonywać na podopiecznych, którzy inicjację już mają za sobą, a pigułki i prezerwatywy na nocnych stolikach nie kładą i w kieszeniach nadal nie noszą. W przeciwieństwie do papierosów czy puszki z piwem, bo te mają przy sobie niemal zawsze(to wiek próbowania, wszystkiego, zwłaszcza tego, co zabronione – i to jest naturalne, drodzy katecheci). Bzdurzenie o szkodliwości lateksu i jego negatywnym wpływie na potencję jest domeną tych „naprawiaczy dziecięcych dusz”. Mówienie nie wprost, a gadanina o „zapieczętowanej tajemnicy kobiecego łona” jest charakterystyczna dla tych, którzy wstydzą się własnego i cudzego ciała, a seks uważają za zło konieczne. Konieczne do prokreacji. Problem z mówieniem – taktownym, nie ordynarnym, ale i nie idiotycznie zawoalowanym motylimi i pszczelimi skrzydłami – o sprawach ciała i seksu  jest dość powszechny. Nie tylko u nas. Kiedy Anglicy chcieli propagować w Indiach  świadome rodzicielstwo, rozdawali prezerwatywy, informując, że dzięki nim dzieci się rodzić nie będą. Hindusi wzięli chętnie, ale środek nie spełnił zadania, więc zaczęto szukać przyczyn. Okazało się, że mieszkańcy „perły w koronie” położyli środek antykoncepcyjny na domowych ołtarzykach i… modlili sie doń, jak do bóstwa, które miało zapewnić im „niepoczęcie”. Bogini Pruderia zakneblowała Anglików – zabraniając zademonstrowania sposobu użycia, choćby na kiju od miotły(może to i lepiej, bo tak pouczeni mogliby rzeczywiście kije ozdobić gumkami).
Bogini Pruderia rządzi sobie w najlepsze. Wszechobecna dulszczyzna ma się w Polsce nieźle i coraz lepiej. Tyje i panoszy się. Co jakiś czas wrzeszcząc w obronie życia niechcący napoczętego  i skrzętnie zamiatając pod dywan własny udział w tym akcie, choćby w postaci odcinania młodzieży od rzetelnej informacji.
Wulgarności nie cierpię. Ale dla mnie wulgarność to pospolitość. To te armie białokurteczkowych dziewczyn, klnących na czym świat stoi i tłukących się po buźkach, bo na którąś spojrzał chłopak, a nie miał prawa, bo „mój ci on, mój” i plujących pod nogi własne i przechodniów pestkami słonecznika. Soczyste przekleństwo wyrywające się z ust kogoś, kto nie zdzierżył, słuchając kolejnego popisu Pospieszalskiego(który wie, że „warto rozmawiać” publicznie ze sobą samym i swoimi zwolennikami) lub kto odczuł na własnej skórze skutki kolejnego zakalca prawnego upieczonego przez władze – nie razi mnie zupełnie. Ani powieść Rotha.
A pornografia? Moim zdaniem też jest wulgarna. Więc nie akceptuję. I wiem, że była, jest i będzie, dopóki będzie na nią popyt. Bo jest najzwyczajniej w świecie potrzebna. Różnym ludziom i z różnych powodów. Bywa nawet zalecana przez część seksuologów niektórym pacjentom. Dorosły człowiek, który ma udane życie seksualne, nie potrzebuje jej, chociaż pewnie od czasu do czasu zerknie, choćby z ciekawości. W większych dawkach jest jednak niestrawna, choćby ze względu na monotonię. Można lubić kawior, ale jedzony na śniadanie, obiad i kolację – zemdli.
Podoba mi się quasi-definicja Borowczyka: „Wszystko, co piękne, na pewno nie jest pornografią”. Podoba mi się jako bon mot. Ale rodzi pytanie o definicję piękna… Jednak jeśli przyjąć, że każdy ma swoją, to jest bardzo sensowna. Tylko co zrobić z tymi, którym podoba się Doda siedząca na grzbiecie jelenia na rykowisku?

Wiem, że tematu nie wyczerpałam. Ale najpiękniejsze akty seksualne, te strzeliste, jak modlitwa, nie wyczerpują, tylko rodzą kolejną modlitwę, prośbę o jeszcze. Nie łudzę się, że zostanę poproszona o kontynuację. Mimo to jeden z kolejnych tekstów poświęcę erotyce w filmie. Bo kto mi zabroni?

Pokolenie „Zamiast”

Kwiecień 15, 2008

Wcale nie chciałam o tym pisać, ale nie udało mi się ominąć tematu. Będzie o lekturach szkolnych – temacie numer jeden, dwa lub trzy wielu blogów i forów. Poczułam się jednak zmuszona, bo komentarze to jednak za mało.
Poczytałam wypowiedzi, porozmawiałam. I znów się z lekka rozzłościłam. Oliwy do ognia dodał komentarz jakiejś nieznanej mi postaci wirtualnej(nie na tym blogu), która miała mi za złe, że tego, co chcę powiedzieć, nie da się wyrazić w dwóch zdaniach pojedynczych. Da się właściwie, ale nie da się wtedy zrozumieć, o co mi chodzi. Konsumentka sms-ów nie jest w stanie strawić wypowiedzi, w której użyto argumentów. Wypowiedź w więcej niż dwóch linijkach i w dodatku pozbawiona obrazka jest dla niej niestrawna. Dodam, że blog, na którym otrzymałam reprymendę, nie jest własnością samozwańczej strażniczki miejsca na komentarze.
Pomyślałam, że to żałosny efekt zmian w szkolnictwie – konkretnie „rewolucji egzaminacyjnej”. Tresura zaczyna się w starszych klasach szkoły podstawowej, kontynuuje się ją w gimnazjum, apogeum osiąga w szkołach średnich. Idealny jej wytwór potrafi bezbłędnie rozwiązać testy, przy obowiązkowo wyłączonym mózgu. To urządzenie bowiem generuje czasem oryginalne pomysły i nietypowe rozwiązania, które grożą takiegoż testu niezaliczeniem. Klucz odpowiedzi, którym m u s i się posługiwać egzaminator, precyzuje, ile i za co. I choćby polonistę zafascynowało oryginalne spojrzenie maturzysty na postać literacką, problem, choćby podziwiał bogactwo jego języka – jest zmuszony uciąć mu punkty, bo…(i tu następuje katalog, e-numeratywny). Bodaj temu, kto testy uznał za jedyny probierz kompetencji, ucięło.. nie punkty, a jakieś ważne dla życia organy. Głównie te, których używanie sprawia przyjemność. I oby leczył go psychiatra szkolony metodą testów(najlepiej po kursie dwutygodniowym, bo skoro można po takim odpowiadać za bezpieczeństwo państwa, to cóż dopiero za zdrowie psychiczne jednego czy kilkudziesięciu jego obywateli?). I pal licho maturę – bo dziś każdy tresowany matoł ją zda, gorzej, że jej wyniki decydują o przyjęciu na studia. Na najlepsze uczelnie i najlepsze ich kierunki przyjmuje się tych z najwyższym wynikiem – ergo – wzorcowo wytresowanych. Jacyż z nich będą studenci? Przeczytanie i zrozumienie tekstu o koncepcji duszy wg Platona i Arystotelesa grubo przerasta ich możliwości, a zaliczenie kolokwium, kiedy trzeba w ciągu 15 minut udowodnić, że pojęło się, o co chodzi, staje się wyczynem na miarę wdrapania się na Annapurnę. Zimą. Bo s i ę nie pojęło. A kolokwium to nie test. Mądry wykładowca rzadko stosuje tę formę sprawdzenia wiedzy studenta. Bo ona niczego nie sprawdza.
Licealista postuluje w swoim blogu czytanie niemal wszystkiego we fragmentach, bo „nie ma czasu”. Podaje swoje fascynacje literackie z gimnazjum – są „Chłopcy z placu broni”, jest „Quo vadis”, „Krzyżacy”, nawet „Tajemniczy ogród”. Zrozumiałe – przynajmniej dla mnie – chłopak szuka podświadomie wzorców rycerskich. Jestem w stanie przyjąć do wiadomości nawet to, że akurat w Sienkiewiczu ich szuka, chociaż – wg mnie – to literatura lotu niskiego i koszącego, Mniszkówna miała na kim się uczyć. Ale niech mu będzie. Diabli mnie jednak wzięli, kiedy napisał, że bardzo mu się fragmenty „Świata Zofii” spodobały. I tu nastąpił apel do „kogoś”, żeby wyabstrahował zestaw najlepszych… Piekło i szatani! Podobało mu się! Te fragmenty! Czemuż, do cholery, nie przeczytał całości? Bo nie kazali. Książki nikt mu z garści nie wydarł. Nie zamazał tuszem niepoleconych rozdziałów. Wystarczyło nakazać czytać „kawałki”, żeby młody człowiek posłusznie ominął pozostałe. Chociaż mu się podobało. I istnieje w świętym przekonaniu, że każdą książkę można pochlastać – a on po „kawałkach” pozna całość. Można dzieciakom śmiało zalecić „Kochanka lady Chatterley” zabraniając czytać erotyczne sceny – i wyjść z pokoju – na pewno ocząt nie skalają widokiem lady Jane w sypialni – niemałżeńskiej. Ksiądz Piramowicz byłby dumny z takich wychowanków. Radził wszak kartki sklejać, zanim panienkom „Rodzinę Połanieckich” czytać się zezwoli. A tu proszę – i bez kleju można. Czysta oszczędność.
Wszystko we fragmentach, w pośpiechu, ćwiczone do mechanicznego rozwiązywania testu(problemu), zero refleksji, żadnego namysłu. Pokawałkowana wiedza, sfragmentaryzowany mózg. Nie szukać odpowiedzi na własną rękę, bo nie daj Boże, nie będzie poprawna, a czasu szkoda; otoczyć kultem „gotowce”. Wszystko „zamiast” – film zamiast książki, zabawka zamiast rodziców, dyscyplina zamiast norm, pieniądze zamiast szczęścia, seks zamiast miłości. Nasza edukacja zmierza do wychowania pokolenia „ZAMIAST”. Nie, nie do wychowania – do wyprodukowania.
Szkoła też „pokawałkowana” – kiedyś przedmiotów takich jak historia, biologia czy fizyka uczono w podstawówce – historii przez lat pięć, biologii chyba tyleż, fizyki – trzy. Poszerzano wiedzę w szkole średniej – cztery lub trzy lata. I uczeń musiał czegoś się nauczyć, bo uniknąć się nie dało. Dziś liże – fizykę w elementach(podstawówka), jęzor nieco głębiej,ale za to rzadziej niż dawniej, bo mało godzin(gimnazjum), ciut w średniej – i polizał. W jamie gębowej absmak lub apetyt, ale rozpoznać smak trudno. Jeszcze trudniej rozsmakować się.

Tak na marginesie – ciekawa jestem ,dlaczego poloniści nie biją na alarm z całkiem innego powodu – gramatyki nie uczy żadna szkoła. Z gimnazjum wyleciało to, co dawniej obowiązywało w podstawówce. A bez znajomości budowy zdań złożonych n i e da się poprawnie stosować znaków interpunkcyjnych. NIE DA SIĘ! Żadna intuicja nic nie pomoże. Intuicja nie podpowie, że wtrącenie trzeba wydzielić takim samym znakiem z obu jego stron. Jeśli myślnik – to na początku i na końcu, przecinek takoż. Nie wspomnę już o nieszczęsnych imiesłowach. „Idąc ulicą, łopotała jej sukienka” – i tak SE szła, aż poszła w las, jak nauka.
Jeśli ktoś ma mi za złe długość noty – niech nie czyta. I niech diabli porwą analfabetów tresowanych do czytania tekstu mieszczącego się na ekraniku komórki! Dla nich tylko erzace, dla nas – ekskluzywne oryginały.

W obronie mężczyzny

Kwiecień 12, 2008

Jego mości życie*

Jeszcze jest chłopcem
żyje w nim nadzieja
stroi się w zbroję z srebrnego papieru
jeszcze mu wolno dotykać bezkarnie
każdego z pytań
nim go dzień zagarnie

Marzył – i przyszło
chciał – i mu się stało
goli się wreszcie – utył i sporządniał
wygodnie siedzi w swoich długich spodniach
ma za złe Bogu, babskim tyłkom, klęskom
nie tak być miało
miało być zwycięstwo

Rośnie w nim wrzawa
bunt sie wzmaga – leci
i uleciało wśród żony i dzieci
jego wieczory nie pachną kadzidłem
a szarym mydłem
barchanowych szat
pat

Zaczynam od wiersza(za którego grafomaństwo przepraszam serdecznie znawców), poświęconego mężczyznom. Tym, których życie nie do końca i nie tak, jak chcieli, się toczy. Toczy obok. Przy akompaniamencie telewizora. Z kimś, kogo już nie kochają u boku, ale z tym kimś trwają dla dobra. Nieważne czyjego. Każdy argument jest dobry, byle dostatecznie usprawiedliwiał inercję.
Przecież poświęca się dla rodziny(jak większość facetów), zarabia, dba o nią. Skąd więc wieczne pretensje żony? Czemu podejrzewa go o zdradę? W końcu jej nie zdradził, bo mu się zwyczajnie nie chciało. Bo to wymagałoby jakiegoś wysiłku – zdobywania innej kobiety od początku, wciągania brzucha, umizgów, poznawania, dbania o siebie. Zero luzu – wtedy trzeba uważać na wszystko – choćby przez krótki czas, zanim dodatkowa partnerka oswoi się z niedoskonałością „ideału”. Czemu ta żona tak ujada i ujada? Powinna być szczęśliwa. A jeśli nie jest – to jej wina, sama nie wie, czego chce. Ona zapomniała już, że on m u s i od czasu do czasu usłyszeć „Wierzę w Ciebie”. Szczególnie wtedy, kiedy coś idzie niekoniecznie dobrze, kiedy rzeczywistość z różowej zamienia się w szarą, czasem czernieje znienacka. On – skazany na wieczną rywalizację w pracy, a coraz częściej również na niepewność, czy niedługo nie będzie musiał poszukać sobie nowej – wraca do domu i szuka w nim azylu – miejsca, gdzie o konkurowaniu z innymi może wreszcie zapomnieć, oglądając sport, w którym właśnie rywalizują inni, nareszcie nie on sam. Może w tym właśnie tkwi tajemnica popularności programów sportowych wśród mężczyzn? Gorzej, jeśli zabiera pracę do domu. Wtedy traci swoją bezpieczną niszę. Zastanawia się wciąż nad tym, co go jutro czeka, warczy na otoczenie, bo nadal jest w fazie rywalizowania. A jeszcze gorzej, kiedy pracująca kobieta przyniosła robotę do domu. Oboje bezwiednie zaczynają rywalizować. Nie odpoczywać. Następnego dnia idą do swoich biur – równie zmęczeni. I oto ona zaczyna zarabiać – czasem więcej, niż on. Bo pracuje w komputerze, który wymaga cierpliwości, inteligencji, wytrzymałości – a te cechy kobieta posiadła u boku mężczyzny. Bo musiała jakoś z nim wytrzymać przecież. Jest lepsza. Mężczyzna może stać się z powrotem Narcyzem, Piotrusiem Panem i włożyć sobie krótkie gatki – ona i tak patrzy przecież na niego nieco pogardliwie. Dorównała mu, a nawet go przewyższyła. A on zapłacił za to – tak jak kiedyś płacił za jej perfumy, czekoladki, fatałaszki. Tym razem zapłacił jednak bardzo drogo – utratą męskości. Stał się chłopcem albo czort wie, kim. Ona musi się rozwijać – i robi to. On? A po co? Jeśli straci pracę – ona zarobi na dom. Ma się rozwijać dla niej? A po cholerę? I tak żaden inny nie będzie na tyle głupi, żeby ją zechcieć, tyle lasek chodzi po świecie. Mężczyzna oddaje po kolei wszystkie przyczółki, wcale ich nie broniąc , nawet nie próbując. Kobieta przejmuje je – nie chcąc ich właściwie. Wolałaby być chroniona, wspierana, być partnerką, nie chce dominować. Któraż nie lubi być noszona na rękach? Któraż nie chciałaby się poddać jego woli, być zwolniona z decydowania o wszystkim? Ale już pewnie tego nie potrafi, bo straciła zaufanie do jego siły, bo nie chce oddać się w ręce wiecznego chłopca. Ten chłopiec szuka sobie namiastek dawnej adrenaliny, która towarzyszyła mu podczas polowania: skacze na bungee, uprawia survival, pcha się na najwyższe szczyty i w Rów Mariański. Nie dla odkryć. Sportem ekstremalnym jest też czasem zaliczanie kolejnych kobiet – też adrenalina. Nawet bywa wierny, ale tylko dopóki trwa fascynacja erotyczna tą jedną. Potem drugą, trzecią, czwartą… Używa je po kolei, więc uważa się za monogamistę. Czasem robi pieniądze – bo są mu konieczne dla osiągnięcia rzeczonego skoku adrenaliny – w końcu udział w rajdzie Safari na przykład swoje kosztuje. Dziś nie da się sprawdzić swojej męskości w obliczu niebezpieczeństwa, które kiedyś było jej nieustannym probierzem – facet leci więc na siłownię. Tam buduje sobie masę mięśniową, bo tą – jako doskonale widocznym, w przeciwieństwie do innych, atrybutem – może uwodzić partnerki. Rzecz w tym ,że siła bohaterów westernu była wykorzystywana w obronie honoru, w obronie słabszych – kobiet i dzieci, w obronie ważnych wartości. O tym zapomniał zupełnie współczesny modelator muskułów. Zapatrzony w Terminatora, pozbawionego ludzkich uczuć, nie pamięta o Johnie Wayne, który występował w czyjejś obronie, walczył dla kogoś, kochał. Nie musiał o tym wrzeszczeć, często zaznaczał to tylko spojrzeniem, ale jego kobieta w i e d z i a ł a . I była z niego dumna.
Są i inni. Z „sercami połatanymi jak żagiel”(Grek Zorba). Dojrzali. Umiejący kochać kobietę, a nie tylko swój obraz w jej oczach. Przyznający się do porażek i błędów. Ci, dla których prawdziwe kobiety są gotowe nie tylko ufarbować włosy na dowolny kolor, ale chcą wciąż czuć ich obecność; których nie zdradzą nigdy. Dla których potrafią zmienić swoją pracę, adres, przy których nie boją się starzeć. Silni siłą nie tyle fizyczną, ile siłą charakteru, żałujący nietrafionych decyzji i naprawiający skutki błędów. Którzy od partnerki wymagają nie tylko pięknej buzi i dobrego gustu w wyborze strojów, którzy są zażenowani jej niewiedzą – i nie usiłują jej bronić, kiedy zostanie to dostrzeżone. Których drażni głupota słodkich idiotek. Wymagający. Dumni i pokorni jednocześnie. Potrafiący mówić o swoich emocjach. Którzy potrafią zamykać swoją kobietę w ramionach na środku ulicy, całować ją nawet na torach kolejowych czy w kawiarni pełnej ludzi. Oni wiedzą, że męskość i kobiecość to nie opozycja – a dopełnienie. Wiedzą, że pozbawieni kobiety są niepełni. Mają poczucie braku. Nie byle jakiej kobiety. To oni zdobywają te odnalezione, jedyne. Nie interesują ich te zdobywające. Są tacy. Wierzę.
* Jego mości życie – bo to nie on je sobie i innym mości, ten jegomość, to jego życie umościło i wkleiło w miejsce, z którego ani się wyrwać, ani w nim tkwić ;)

„Nie da się ukryć – chamiejemy”

Kwiecień 7, 2008

Tytuł jest cytatem z artykułu w dzisiejszej „Wyborczej”. „Nie da się ukryć, że chamiejemy” – twierdzi prof. Kazimierz Krzysztofek. A ma podstawy, żeby tak mniemać. Badania CBOS wykazały, że 70% dorosłych Polaków wcale nie uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych. Żadnych. Okazjonalne, choćby niewielkie zainteresowanie nimi przejawia 27% rodaków, a zaledwie 2% jest „zdecydowanie zainteresowanych”. Cóż, elity muszą być nieliczne, to wynika z definicji, ale nie przypuszczałam, że aż tak. Książki czyta nieco ponad 37% Polaków(spadek od 2004r. o 15%), na koncerty chodzi 10%(trzy lata temu ponad 22%), na wystawy – 5%(oglądało je 15%), w teatrze bywa blisko 7%(a jeszcze niedawno – 15%).
Krótko, byle jak i jaskrawo – tak najlepiej. W każdej dziedzinie – od miłości po informację. Nawet patrzeć nie umiemy – rzucamy tylko okiem. Blogi z nagimi kobietami, najlepiej celebrity(znanymi wyłącznie z tego, że są znane) biją rekordy popularności. Odsłony trwają tam jednak króciutko – sekundę, dwie. Już w szkole dzieci uczą się „fragmentaryczności” – poznają fragmenty „Chłopów”(jak zatem mają zobaczyć w Jagnie personifikację seksualnej siły natury? jak pojąć ludowe poczucie sprawiedliwości, które każe jej akceptować karę wywiezienia ze wsi na furze gnoju?), fragmenty „Trylogii” Sienkiewicza, „Iliady” itd. Wszystko pokawałkowane, bez czasu do namysłu, bez refleksji. System testów zniszczył skutecznie systematyczność wiedzy. Absolwent szkoły średniej „ogólnie wykształcony” jest szczególnym laikiem. Nie ma bladego pojęcia – nieszczęśnik tresowany do rozwiązywania testów maturalnych – o chronologii epok literackich, nazwisko Rabelais nie kojarzy mu się z niczym, sokół z „Dekameronu” to po prostu taki ptak, pojęcia nie ma o gatunkach i rodzajach literackich, historia to dla niego wielki zbiór faktów i dat, nikomu niepotrzebnych. O całkach nie ma zielonego pojęcia. Idiotyczna reforma, skracająca pobyt w LO(celowo mówię „pobyt”, bo z nauką nie ma to nic wspólnego) do trzech lat zniszczyła dobry system kształcenia. Naprawdę jeden z lepszych w świecie. Jedyny zysk to lepsze opanowanie języków obcych. Ale do tego nie trzeba było budować gimnazjów.
Historii jeszcze niedawno uczono od czwartej klasy szkoły podstawowej i przez pięć lat podstawówki sztubak zyskiwał naprawdę sporo wiedzy. W szkole średniej rozszerzał ją w ciągu następnych czterech lat. Nie musiał jej kochać, ale nie dało się uniknąć pewnej porcji wiadomości. Tak jak nie dało się nie wiedzieć, że po paleozoiku nastąpił mezozoik, a polskie góry powstały w wyniku fałdowań kaledońskich czy alpejskich. Wskazanie na mapie Wenezueli nie było wyczynem godnym wykształciucha, tylko normą, zdziwienie budził ten, kto tego nie umiał. Dziś studenci politologii boją się kolokwium, na którym na „ślepej mapie” mają wpisać nazwy państw azjatyckich. A znalezienie na mapie Polski Lublina jest poważnym problemem dla maturzysty z Poznania. Pozbawcie swoje dziecko dostępu do internetu, a nie będzie umiało znaleźć żadnej informacji, już nie potrafi szukać – zresztą dorośli też opierają się o „Wikipedię” traktując ją jak alfę i omegę, a tam roi się od błędów.
Sprawdźcie, jak piszą Wasze dzieci. Czy umieją sformułować tekst dłuższy niż kilka zdań. Zobaczcie, z jakimi trudnościami boryka się ten, kto ma napisać licencjat, śmiertelnie przerażony, że musi spelnić wymóg oddania minimum kilkunastu stron napisanych samodzielnie. Kretyńskie testy zniszczyły tych, którzy myślą samodzielnie, są utalentowani literacko, mają coś do powiedzenia. Kto czyta wpisy w blogach, które zawierają więcej niż jedno-dwa zdania? I to najlepiej pojedyncze, bo rozumienie zdań złożonych wymaga już pewnego wysiłku, a na to stać nielicznych. Niedawno czytałam świetną notę w blogu Torlina, poswięconą Steinhausowi – na końcu autor przepraszał(!) za zbyt długi wpis. A niech szlag trafi analfabetów i czytelników pisma obrazkowego! Elity czytają! I to z radością. Co z tego, że najlepsze blogi nigdy nie wejdą na najwyższe pozycje w rankingu? Ja będę je czytać. Nie „odsłaniać” dla obrazka, c z y t a ć. I zastanawiać się nad treścią. Nie będę czytać tych, których autorzy wklejają obrazki z sieci, bo umiem je sama znaleźć, chyba że obrazek naprawdę ilustruje myśl autora. Nie będę czytać opisów emocji dorastającej panienki w wieku balzakowskim(mentalnej dziewicy, nie dziewczątka!). Nie będę czytać kolejnych ataków personalnych na wirtualnych znajomych i blogów, których główną, a często jedyną treścią jest gadanie o cudzych blogach. Co innego nawiązanie do tego, o czym pisze ktoś inny – to już polemika lub podanie źródła inspiracji. I mam w nosie „odkrywcze” marudzenie o naszyjnikach scytyjskich czy historii koła – wolę poczytać Cerama czy Kosidowskiego. Ale jeśli ktoś z pasją napisze o tym, że wynalazek strzemienia zmienił dzieje Europy – poczytam z przyjemnością. I że nasza „małpa” w adresie mailowym jest dla Rosjan „pieskiem”.
Do teatru, opery i na wernisaże będę chodzić. Bo mam taką luksusową potrzebę. I niech mi panowie socjologowie nie trują, że takie potrzeby pojawiają się dopiero u ludzi o dochodach powyżej 8,5 tys. zł. miesięcznie, bo to bzdura. I niech mi zwyczajne chamy nie zarzucają snobizmu. Ani tego, że dbam o urodę słowa, że metafor używam wyszukanych. Używam, bo szanuję czytelnika. Nie traktuję go jak przymuła, zdolnego jedynie do odcyfrowywania sms-ów.
A pozostałym mogę tylko powiedzieć: casse toi, pauvre con…

Nota bene – zabrałam kiedyś ze trzy razy nieco młodszego ode mnie syna znajomych do filharmonii, był wtedy w górnych klasach podstawówki i dolnych technikum.Jechał pod przymusem ujadając wielce i twierdząc, że wolałby koncert rockowy. Po kilku latach spotkałam przystojnego faceta w smokingu – w tejże filharmonii; Marcin zaczął tam bywać z wlasnej woli. Gra rocka, czasem zabiera mnie na koncerty i do klubów. Nochżeż można, cholera!

To nie nowy wpis

Kwiecień 2, 2008

…tylko uwaga techniczna. Dałam się sprowokować, ale mam pełną tego świadomość. Mam dość tego, że niektórzy próbują mnie w sieci „przedstawiać’ i „przestawiać”. Jako:
– matronę(poczekam z tym do czasu , aż utyje i zgłupieję na tyle, żeby poczuć się wyrocznią i zacząć umoralniać)
– wulgarne babsko(podszywanie sie pod moje tlenowe nicki i ordynarne posty na na forach)
– zramolałą półidiotkę(„starszą panią” zostanę kiedyś z przyjemnością, ale raczej nie zasłużę sobie na miano „sympatycznej”)
– starą pannę omszałą i zmurszałą jak pień
– przemądrzałą, samotną jędzę
– typowy przykład kogoś pozbawionego poczucia humoru(„nie zauważyli” wpisów w kategorii „życie bywa zabawne”, bo im nie pasowały do wizerunku tworzonego na użytek podskoków w rankingu; podskoki często bywają mylone z przedagonalnymi drgawkami, a uśmiech zawistnych kobiet to raczej trissmus niż grymas zwiastujący życzliwą radość)
– samotną, niedopieszczoną i złaknioną byle kogo(zapewniam, że trudno mnie zdobyć, ale to nie znaczy, że nie bywam kochana)
– mają na mnie jeszcze ze sześć innych pomysłów.

W związku z tym, że za daleko zaszły te dziwaczne próby zabawy moim kosztem – publikuję w moim drugim blogu szkic mojego wizerunku. Odsłaniam twarz i nie tylko twarz. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem: „jesteś taka, jaką Cię widzą inni i tylko taka”, bo podobne mniemanie wpędziłoby mnie w schizę. Nie stracę poczucia autotożsamości, bo wiem, czym to grozi. Nie chcę pseudoreklamy, która zwiększy statystyki mojego blogu – nie zależy mi na liczbie odsłon czy kliknięć, ale bardzo zależy mi na moich Czytelnikach. Wcale nie uważam, że ilość równoważy jakość, chyba że u ryb, gdzie masa ikry umożliwia przetrwanie gatunku. Nie jestem piękna i młodziutka ani stara i brzydka. Jestem zwyczajna. I tyle.

Pokazuję język tym, którym wydaje się, że mnie dobrze znają, chociaż nigdy nie spotkali mnie realnie. Tym, którzy sądzą, że umieją czytać ze zrozumieniem, a robią to tylko po to, żeby pozbawić moje frazy kontekstu i wydziwiać nad ich nieczytelnością. Tym, których drażni to, że lubię metafory, że czytam nie tylko blogi i program TV, że korzystam z wiedzy, przetwarzając ją i uzupełniając. Tym, którzy chcieliby mnie widzieć nobliwą i bez skazy, bo mi rzekomo „nie wypada” żartować i pisywać erotyków. Tym, którzy próbują mi implantować swój własny, jedynie słuszny system wartości, zaczynając wypowiedź od: „szanująca się kobieta nie powinna…”. Kiczowielbicielom. Tym, którzy zdystansowali sie tak bardzo do netu(i zapewne realu), że są zimni jak pięty nieboszczyka, a jedyne uczucia, jakie czasem nimi miotną to złość i nienawiść. Niewyraźnym – którzy wolą nie zajmować stanowiska, bo – nie daj Boże – ktoś się oburzy, a oni wolą się nie narażać. Tym, którym mózgi sfosylizowały sie dawno i przybrały kształt kryształowych, niezłomnych zasad, których zbiór zatytułowali „wiem swoje”. Słodziusienieczkim i bezmyśłnym motyluniom, bezmyślnym do bólu trzewi własnych i słuchacza.
Dziękuję tym, którzy chcą rozumieć, potrafią się uśmiechać, nie zgadzają sie ze mną, ale umieją powiedzieć, dlaczego. Tym, którzy podejmują dyskusję, którzy chcą mi coś powiedzieć. Tym, którzy oddzielają mój pogląd ode mnie samej – i walczą tylko z nim. Tym, którzy udzielają mi pomocy niepierwszej i pierwszej. Tym, którzy przychodzą w odwiedziny, bo wiedzą, że czeka tu na nich wygodny fotel. Nawet jeśli mają ochotę tylko pomilczeć.