Archive for the ‘Kultura i sztuka’ Category

Kicz

Styczeń 14, 2010

Nie zamierzam definiować kiczu, zresztą – o ile wiem – nikomu to się nie udało, a jeśli próbowano, to określenia tego pojęcia budziły wiele zastrzeżeń. Sądzę, że samo istnienie sztuki implikuje istnienie nie-sztuki, czyli kiczu.
Artysta zawsze czegoś poszukuje, do czegoś dąży, przeciw czemuś się buntuje. Czasem czyni to konsekwentnie, czasem – dla chleba – rezygnuje z części swojej koncepcji. W kiczu nie ma żadnej walki – jest jak fast-food: łatwo przyswajalny, łatwo go przełknąć, wygląda „ładnie”, wabi oko lub ucho, nie wychodzi poza utarte schematy, więc daje poczucie bezpieczeństwa. Jak w McDonaldzie – doskonale wiemy, czego się spodziewać, ten sam smak, zapach, kolor. I podobne skutki nadużywania. Po pewnym czasie uzależnia, powoduje otyłość – a ta z kolei ociężałość.
Wszystko potrafi zbanalizować – obrazki kobiet-motyli nie kojarzą się z tym, że życie motyla krótkie, że wcale nie wymaga on opieki, że w postaci gąsienicy potrafi niszczyć całe lasy, że w powietrze unoszą nie tylko skrzydła – czasem głupota. Anioł Stróż, który przeprowadza ufne dziatki przez niebezpieczną kładkę jest śliczny do urzygania, a barwy pastelowe lub landrynkowe, więc stanowią „optymistyczny akcent kolorystyczny” w dziecinnym pokoju. Dzieci też ładniutkie – porządnie odkarmione, pyzate, w loczkach, marzenie mamuś i babć; niby tych dawnych, ale przecież te obrazki są wciąż popularne. Jelenie ryczą nadal na rykowiskach „jak żywe”, w wazonach omdlewają maki i chryzantemy, w ogrodach stoją „greckie” posągi i krasnale. Z kwadrofoniczej aparatury płynie słodki głos Feela, Dody(polskiej królowej kiczu, chociaż ma mnóstwo rywalek), na półce różowieją Harlequiny, a grafomańskie blogi pełne są achów i ochów komentatorek i komentatorów. Wszechobecny kicz dotyczy też sposobu ubierania się, każąc krótkonogim istotom podporządkowywać się dyktatowi krótkich spódnic i obniżonej talii, stawiając włosy facetów w żelowej gotowości(podobno już przed wojną wybrylantowany fryzjer był symbolem złego smaku), włazi w scenografie, film, plakat. I jest dziś łatwiej dostępny niż kiedyś – dzięki internetowi. Każcie swojej wyszukiwarce spenetrować graficzne zasoby sieci, a przekonacie się, jak trudno o sztukę, bo kicz ją zdominował.
Niby można się bronić, niby nie ma wielkiego znaczenia, niby jest tylko częścią naszej ikonosfery. Mam wątpliwości – bo przenika wielu ludzi na wylot, każąc im postrzegać realny świat przez pryzmat kiczu. Banalny, operujący schematem i frazesem – zmusza do myślenia w tych kategoriach. Stereotypy nabierają większej wagi, rosną uprzedzenia i nietolerancja. Pozornie nie wpływa na to kolejna piosenka, następny obrazek, reklama, tekst, fenomen Joli Rutowicz, którą zaprasza się do programów telewizyjnych niby po to, żeby ją ośmieszyć, ale tak naprawdę dlatego, że zwiększy ich oglądalność, bo ludzie chcą ją widzieć i słuchać idiotyzmów, które wygłasza. Bo Jola ma z nimi wiele wspólnego – jest przerysowaną wersją ich samych, karykaturalną, ale dzięki niej mogą czuć się lepsi. Drażniący, wulgarny śmiech Dody stał się jej znakiem rozpoznawczym, naśladująca ją nieświadomie panienka sądzi, że jest od niej fajniejsza, bo aż tak się nie śmieje. Nie jest. Jest jej „inną wersją”, ale nadal tylko wersją.
Kicz wzrusza – tak jak wzrusza widok szczęśliwej rodziny przy wigilijnym stole, chociaż wiemy, że przez cały rok się przy nim nie spotka, a wzajemne relacje jej członków mogą oscylować między miłością i nienawiścią. Wzrusza opowieść o dziewczęcych emocjach mocno dorosłych pańć, wzrusza gadanie o kolejnym zawodzie miłosnym, o podłej modliszce, która się odkochała, o walce z chorobą. Wzruszają koszmarne wierszyki, których wysyp jest szczególnie obfity w okolicach świąt, melodramatyczne, pseudopoetyckie wyznania pań i panów, żenujące teksty piosenek o tym, że życie jest smutne straszliwie lub straszliwie piękne.
Inną cechą kiczu jest kompletny brak poczucia humoru. Wszystkie „dzieła” są tworzone albo ze śmiertelną powagą(jeśli twórca jest ambitny) lub wyłącznie dla pieniędzy(cynizm autorów jest aż nazbyt widoczny w niektórych reklamach). Żadnego żartu, żadnego przymrużenia oka – bo odbiorca mógłby się poczuć niepewnie. A przecież najważniejsze jest jego bezpieczeństwo – tylko wtedy jest skłonny zapłacić za widoczek, płytę, inny produkt.
Współczesna sztuka wprawdzie wykorzystuje kicz, chcąc wieść dialog z publicznością, ale mam pewne wątpliwości, na ile jej się to udaje. Zbyt częste dotykanie paskudztwa grozi zakażeniem. Nie wiadomo, czy artysta zauważy moment, w którym ulegnie, kiedy już nie próbuje – przy pomocy środków dla kiczu właściwych – przekraczać granic, kiedy zostanie w nich uwięziony. Dopóki flirtuje z masowym odbiorcą – dopóty zabawa jest bezpieczna.
Nie chcę jednak usunięcia kiczu ze sfery publicznej. Żadnych zakazów oglądania kreskówek robionych w disneyowskiej estetyce, walki z setkami tysięcy paskudnych „durnostojek”(tak moja Babcia nazywała bibeloty). Kicz jest potrzebny, nawet konieczny – jak konieczna jest kultura masowa, z którą go nie utożsamiam, chociaż ma z nią wiele wspólnego. Nie chcę, bo sądzę, że nie zabraknie ludzi umiejących odróżnić autentyzm sztuki od sztuczności kiczu. I wcale nie przeszkadza mi to, że będzie ich niewielu, bo łączyć ich będzie tajemna i radosna więź, poczucie przynależności do mniejszości. Nie stworzą organizacji, nie będą lobbystami, bo to grono indywidualistów, niechętnych zrzeszaniu się, podejmowaniu jakiś wspólnych działań(może poza konkretnymi akcjami, takimi jak obrona Bruna Jasieńskiego).
Jak odróżnić kicz od sztuki? Najtrudniej odpowiedzieć na proste pytanie. Zresztą – być może – jest źle postawione. Spróbujmy rozważyć np. taką możliwość – kicz działa tylko na emocje, nie wywołuje refleksji. Można jednak z takim poglądem polemizować, przecież da się tak odbierać symfonię Mahlera. Sztuka ma walor autentyczności – kicz nie. Ba! – ale jak odróżnić autentyczność od wtórności? Sztuka wciąż przekracza jakieś granice, kicz się nigdy poza nie nie wychyla. Jednak sztuka może wykorzystać kicz do ich przekraczania.
Może najbardziej miarodajną próbą byłby sposób odczytywania mitów? Kicz je banalizuje, ozdabia happy endem, ślizga się po ich powierzchni, dzieło sztuki mit penetruje, czyta na nowo, rozkodowuje ukryte znaki.
A dla mnie ma jeszcze jeden walor – wprawdzie czasem mnie złości, to jednak o wiele częściej bawi. Jak widok plastikowego kota wspinającego się po świerku, gipsowego brytana strzegącego wejścia do domu, koła drabiniastego wozu zawieszonego na ścianie gargamelowatego pałacyku datowanego na rok 2007?
Gorąca prośba do Tadeusza i Mii – ten tekst aż błaga o ilustracje! Ja też…

Logosie – dziękuję!

Reklamy

Nabazgrane na marginesie „Lorda Nevermore”

Czerwiec 4, 2009

„A kruk sterczał niewzruszenie na Pallady biustu scenie,
Rzekłszy jedno tylko słowo, jakby duszę zawarł w nim.
Ani słowa już nie wznieci, nieruchomym ślipiem świeci,
Aż szepnąłem: „On odleci, rzuci domu mego próg.
Zniknie za dnia jak nadzieje, rzuci mój samotny próg”.
„Nevermore!”, zakracze Kruk.”
E.A.Poe „Kruk”

Przypomniała mi się powieść Agnety Pleijel „Lord Nevermore”, która swego czasu narobiła nieco hałasu. Przewrotna lektura – niby autorka zastrzega, że „wszelkie podobieństwo do osób, miejsc itd. jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone”, ale Bronio, Staś, Brunon mają swoje pierwowzory, to nasz słynny etnolog, Bronisław Malinowski, Witkacy i Schulz. Inni bohaterowie tej niezwyczajnej książki też mają swoje realne lustra.
Nie czytałam tego jak powieści biograficznej – to raczej próba rozliczenia się z minionym wiekiem. Próba o tyle łatwa, że dziś już wiemy to, o czym oni nie mogli mieć pojęcia. I o tyle trudna, że tak wiele w nas tego – pozornie już historycznego – stulecia. Ale jest tam coś jeszcze – Pleijel dotyka kwestii najważniejszych – powinności, zmagań, wyborów. Bronio i Staś, dwaj przyjaciele, tak bardzo dla siebie wzajemnie ważni – muszą się rozstać. Nietrudno w tym miejscu ulec pokusie zbyt łatwego wytłumaczenia – przyczyną miała być próba homoseksualnego zbliżenia, zainicjowana przez Bronia. Są jednak powody o wiele ważniejsze: każdy z nich wybiera własną, odmienną drogę; jeśli mają dwie sprzeczne możliwości – każdy z nich wybiera inną, poprzez te wybory wzajemnie wykluczają się i oddalają. Witkacy to artysta, twórca niepokorny i poszukujący, Malinowski – zdyscyplinowany naukowiec. Inaczej rozumieją swoje obowiązki – i inaczej postrzegają rzeczywistość. Witkacy swoje światy buduje na scenie, w powieściach, obrazach, reżyseruje nawet samego siebie, epatując otoczenie swoją odmiennością( znana anegdota: pewnego razu postanowił zaszokować przyjaciół, przychodząc do eleganckiego lokalu w piżamie; ci jednak wcześniej dowiedzieli się o tym – chyba ktoś go zobaczył – i umówili się, że nie będą zwracać uwagi na dziwaczny strój artysty; Witkacy przyszedł, usiadł i czekał, a tu nic… po pewnym czasie zaczął zachowywać się dość nerwowo, w końcu zapytał, czy nie przeszkadza im jego ubranie, na co otrzymał odpowiedź unisono, że nie, to przecież normalna odzież, wszystko w porządku… wybiegł wściekły, ta odsłona dramatu pt.”Ja – Witkacy” skończyła się klapą). Malinowski jest tytanem pracy, ograniczającym nawet długość snu, przerażonym możliwością zmarnowania cennych godzin, a jednocześnie musi w nim być coś zupełnie odwrotnego, chęć poszukiwania przygód, zamiłowanie do ryzyka. W swojej drobiazgowości naukowca bywa nudny, zrzędliwy i narcystyczny, ma też przy tym  coś w rodzaju kompleksu niższości, co wpędza go w „chandrę”(jak to nazywa, dziś pewnie mówilibyśmy o depresji), z której sam się za uszy wywleka.
Obaj poszukują kobiety. I obaj kobiet się boją. W swoim „Dzienniku”, niemal ekshibicjonistycznym, Malinowski nazywa swoją późniejszą żonę tylko E.R.M., nie pisze nawet jej imienia. Witkacy szuka swojej kobiety w wielu kobietach, próbuje ich i smakuje, jak narkotyki, marząc o najdoskonalszym. A Brunon? Cóż, wystarczy sobie przypomnieć jego fascynację śmiercią i kobietą. I wszyscy oni traktują kobiety tylko jako tło, chociaż naprawdę je kochają. Przeglądają się w nich, nawet się zwierzają, lecz wiedzą, że one są rzeczywistymi lustrami – odbijają i wchłaniają obraz „swoich” mężczyzn, niby są osobne i samodzielne, ale świecą blaskiem odbitym. Nie inaczej było z Kafką. Może więc mężczyzna potrzebuje równego sobie mężczyzny? Własnie po to, żeby rozstać się z nim w pewnym momencie, nawet jeśli to boli? Bo ten drugi gwarantuje mu świadomość własnej odrębności – kobieta stapia się i utożsamia?
Warto poczytać powieść Pleijel w kontekście „Dzienników” Malinowskiego(ciekawe, jak wyglądałby jego blog? musiałby chyba wyłączyć możliwość komentowania, żeby nie zwariować; „człowiek mógłby napisać zupełnie inny dziennik po pięciu minutach, półgodzinie czy godzinie refleksji” – ilu z nas podpisałoby się pod tymi słowami B.M.?). W ogóle warto to poczytać – choćby z wdzięczności za to, że przypomniała Szwedom o wielkich Polakach.
I tutaj wracam własnie do tych rozliczeń z wiekiem minionym – w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło – Malinowski chce badać Trobriandczyków, penetrować inną kulturę, wyjść na spotkanie Innego po to, żeby spotkać siebie. Poznajemy dziś wiele, wszystko jest dostępne, nie ma żadnego tabu, a przecież nadal najmniej wiemy o sobie samych. Może dlatego pisał dziennik – nie mogąc się zwierzać nikomu, próbował robić to wobec siebie samego.
Opublikowanie „Dzienników” miało posmak skandalu – jak to! Taki sławny Polak, a tu proszę! Nie okazuje nawet przesadnego szacunku „obiektom” swoich badań. Pisze wiele o smrodzie, gorączce, rzyganiu. Więcej entuzjastycznych opisów poświęca przyrodzie niż ludziom. I taki w siebie zapatrzony, fe!
Ma prawo. Każdy ma. Można poświęcać więcej uwagi sobie niż innym, można odwrotnie. Matka Teresa wolała żyć dla innych – i po trosze ich życiem, Malinowski wolał koncentrować się na sobie samym. Że niby relatywista kulturowy?  A któż nim   n i e  jest? Kto potrafi uwolnić się od własnych uwarunkowań społeczno-historycznych?
Bodaj Maria Antonina zdziwiona, że lud się burzy nie mając chleba, zapytała: „czemu nie jedzą ciastek?” – i  w tej banalnej anegdotce tkwi sedno – zawsze patrzymy na Innego z  j a k i e j ś  pozycji. Naszej. Niby nie problem, a przecież jeśli mamy poznawać siebie dzięki Innym – zaczynają się schody, na których łatwo się potknąć i polecieć w dół, skręcając kark.
W  „Dzienniku” uczony pozwala sobie na luksus szczerości. Np.”20 IX 1914 rano dziwny sen:polucja homoseks. ze swoim sobowtórem jako partnerem. Dziwnie autoerotyczne uczucia: poczucie, że chciałbym mieć takie własnie usta do całowania, takie zgięcie szyi, taki profil czoła.” , „14 XI 1914 Życie z Demolinem w zupełnym zdziczeniu – nieogoleni, w piżamach, w szalonych brudach – w domu bez ścian – 3 werandy rodzielone przepierzeniami – b. mi sie podoba. Gromada chłopców na usługi b.przyjemna”,”13 XII 1914 Odrywam oczy od książki i ledwo wierzę, że jestem wśród dzikusów neolitycznych…” „22 XII 1914 Wracam po ciemku i znowuż straszę małego chłopca, którego nazywam Monkey; dziwny odgłos wydaje w strachu; prowadzę go kawał drogi, nęcąc tytoniem, potem nagle weszłem w krzaki, gdzie on zaczyna piszczyć”. W wielu miejscach rozpamiętuje swoje relacje z Witkacym, uczucie podziwu miesza z żalem i niechęcią. Pisze też o swojej miłości do Tośki, wspomina inne kobiety, często w kontekście erotycznym.
A dlaczego „kruk”? Takie motto wybrała do swojej książki pani Pleijel, a ja sobie posluchałam starej audycji Tomka Beksińskiego, z piosenkami Alana Parsonsa.

Nabałaganiłam w tej notce – i  wszystko zwalę na Malinowskiego, bo ktoś musi być winien –  w „Dziennikach” obserwacje mieszają sie z opisem dolegliwości, tęsknotą za Stasiem, Matką, Teosią, z opisami noclegów i podróży: gdybym pisała to za dwa dni, na pewno napisałabym inaczej…

Kultura elitarna – kultura masowa(nieco mniej beztrosko)

Maj 31, 2009

Malcharek - collage

Kultura europejska jest elitarna. Może nawet za bardzo elitarna. Sale koncertowe w filharmoniach są przepełnione, w operach nie ma wolnych miejsc(w operze Wrocławskiej co spektakl, to głośne wydarzenie artystyczne), we francuskich kościołach mnóstwo ludzi na koncertach, za to na mszach zaledwie kilka osób, wernisaże i galerie nie narzekają na brak odwiedzających.
Zarzuca się nam, Europejczykom, dekadentyzm i pesymizm, ale po prostu nie jesteśmy hałaśliwi, wolimy Don Kichota od Sancho Pansy, chociaż akceptujemy obydwóch. Stworzyliśmy Monty Pythona, nie Myszkę Miki. Amerykański mit o karierze wcale nas nie przekonuje, nie marzymy o happy endzie, wolimy wieloznaczne zakończenia.
Nieprawda, że wszyscy ludzie rodzą się równi i mają takie same potrzeby. Jedni rodzą się zdrowi i bogaci, inni – chorzy i ułomni. Na świat przychodzą ci, którzy chcą rządzić i tacy, którzy wolą być rządzeni. Także ci, którzy nie uznają żadnej formy władzy. Tacy, którzy będą w nieskończoność rozważać problemy aksjologiczne i ontologiczne i ci, którym to nawet do głowy nie przyjdzie, bo absorbują ich telewizyjne opery mydlane lub trudności w zdobyciu wody czy jedzenia. Zdarzają się ludzie obdarzeni geniuszem matematycznym, innym poważny kłopot sprawia nauka czytania. Wspaniali pisarze i koszmarni grafomani. Twórcy i odtwórcy. Najwięcej jest takich, którzy chcą prowadzić życie mimetyczne, naśladując rodziców, znajomych, sąsiadów; powielają wzorce, chociaż uważają, że są  oryginalni(szukają argumentów, żeby to uzasadnić, ale znajdują tylko szczegóły, które nie zmieniają obrazu). Niewielu buntowników realizuje własne wizje. Na to trzeba rozumu i odwagi, a to rzadkie połączenie.
Cechą „masowego człowieka” jest hurraoptymizm(mit self-made mana), chciejstwo i kult emocji. „Ja chcę” to hasło wypisane na wszystkich murach i sztandarach. A przecież uczestnik poptłumu jest w tak ogromnym stopniu ograniczony, że konsumenci kultury elitarnej to – w porównaniu z nim – prawdziwie wolne ptaki. Ogranicza go choćby moda i poddaństwo mediom. Niewidzialne pęta, bez których czułby się zupełnie bezradny, jak wyprzęgnięty z kieratu wół – musi upaść. Własnym emocjom buduje ołtarze – „najważniejsze, co czuję”, „skoro podoba mi się mój goły pępek, to znaczy, że   j e s t   piękny i basta!”, „rymowanki są poezją, a ten cały Sosnowski czy Świetlicki to jakiś bełkot”, „harlekiny są w porzo, takie życiowe”, „to ja decyduję, czy dzieło jest coś warte, niech jajogłowi siedzą cicho, co oni tam wiedzą”.
Kultura masowa jest niewątpliwie dziełem anglosasów. Narodzona w XVII-tym wieku rozwinęła się żywiołowo – i dziś jest zjawiskiem globalnym. Zmieniła lub doprowadziła do upadku wiele kultur lokalnych. Jest uniwersalna, ale nie ma to nic wspólnego z uniwersalizmem średniowiecznym, który tworzył parenetyczne, nierealizowalne wzorce(król Artur, Tristan, Roland, św.Aleksy); ona wyniosła na piedestał przeciętność i powszechność – każdy może przykleić sobie tipsy, zoperować biust, śpiewać jak gwiazdeczka telewizyjna, powiesić na ścianie reprodukcję „Słoneczników”. Nie ma dla niej nic, co trzeba szanować, sacrum wymieszała z profanum, mdły pro/sac-drink nikomu nie zaszkodzi, nikogo nie zmusi do myślenia, lekkostrawny i wymiotny. Arystokracja intelektualna to dla popkulturowca obiekt do kopania i śmiechu, on nie uznaje autorytetów w żadnej dziedzinie. Odebrał jej wszystkie przywileje, zepchnął na margines. W pewnym sensie sama jest sobie winna – pozwoliła sobie na flirt z popkulturą, a teraz broni okopów św.Trójcy, licząc na cud. Krasiński to przewidział, niedoceniana „Nie-boska komedia” jest dla mnie źródłem nieustannego zadziwienia wizjonerstwem wieszcza. Zwycięża Pankracy, Hrabia musi zginąć, ale zdobywcy nie mają pojęcia, co z tym zwycięstwem zrobić.
Popkultura beztrosko zawłaszcza mity – i niech je sobie gwałci, ale po jakiego diabła intelektualiści się do niej wdzięczą, próbując analizować „Matrix” w aspekcie jego rzekomej gnozy? Kultura masowa mitów nie rozumie i nie zgłębia, ona na nich tylko pasożytuje. Parazytokultura nie wie, czym jest myślenie magiczne, a sama jest czymś w rodzaju kina akcji, w którym musi się dziać dużo i głupio, nie pozostawia czasu na refleksję, woli przemoc(bo przecież ta jest powszechna). Próba szukania klucza interpretacyjnego do „Conana” jest tyleż nieuzasadniona, co idiotyczna. Odnajdywanie w „Pasji” Gibsona czegoś więcej niż tylko pornograficznego widowiska, jest nadużyciem. A przecież i on ukradł jeden z najstarszych mitów ludzkości – mit zbawcy.
Istotą rozwoju kultury jest nieustanny spór o wartości, bez niego ginie i obumiera. Ten spór utrzymuje kulturę w stanie wciąż zagrożonej równowagi, zmusza do progresji, do szukania konsensusu. W zbiorowej świadomości istnieją zarówno Sokrates, jak i Lacan, Platon i Marks, Heidegger i Spinoza, nawet jeśli na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy. I ta zbiorowa świadomość łączy konsumentów kultury masowej z elitarystami.
Lubię Gilmoure’a i A Perfect Circle, z przyjemnością słucham „Świetlików” i czytam Agatkę Christie, noszę czarne skórzane spódnice i wysokie obcasy. Używam telefonu komórkowego i oglądam czasem jakiś program w TV. Nie można dziś funkcjonować(niemal nie można) nie będąc konsumentem kultury masowej. Przed jej uwielbieniem i przed arogancją broni nas jednak poczucie smaku i metafizyczny temperament. Trzeba z niej korzystać, ale nie wolno jej się poddać. Nie chodzi o to, żeby słuchać jakiegoś Feela czy innej Dody z poczuciem wstydu, ale o to, żeby mieć wtedy świadomość, że to jednak jest wulgarne – i umieć się tej wulgarności pozbyć, stosując jakieś antidotum, dokonywać – chocby czasem – swoistego katharsis.
Dzisiaj każdy może być Parysem – wystarczy dać się skorumpować, oddając jabłko czy głos temu, kto oferuje spełnienie marzeń. Popkultura ochoczo czerpie z tego mitu – ale woli nie pamiętać o śmierci Hektora i zburzeniu Troi, a to przecież ta sama opowieść. Realizacja marzeń jednego człowieka kończy się tragedią wielu – jednak kultura masowa przestróg nie znosi, nazbyt jest ludyczna. Nie ma w niej jednak niebezpieczeństw, jakie stwarzał orszak Dionizosa. Menady rozszarpywały na strzępy wśród zabaw i radości.
Na marginesie: wolę brytyjską popkulturę od amerykańskiej – jest w niej ogromna witalność, wprawdzie destrukcyjna i wieloznaczna – potrafiła przecież rozwalić w gruzy stary ład eksplodując Beatlesami, Eltonem Johnem epatującym swoim homoseksualizmem – ale czuje się w niej jakąś namiętną demoniczność, siłę, która czaruje i uwodzi. Amerykańska kultura masowa niczego nie zamierza burzyć, ona buduje się z wielości kulturowej, powstaje z niczego, a prostota(nawet prostactwo) umożliwia jej objęcie swoim zasięgiem niemal wszystkich mieszkańców kontynentu i rozprzestrzenienie się na cały świat. Cóż – coś za coś – jednym Batman i McDonald, innym Hamlet i kolacja przy świecach.

Walki uliczne

Marzec 24, 2009

nuk-grant

Granaty są podręczną artylerią piechoty. Wypełniają lukę pomiędzy bronią strzelecką a granatnikami.

Typy granatów:

Granaty zaczepne rażą przeciwnika (lub przeciwniczkę) przede wszystkim siłą wybuchu. Działanie odłamków ma tu znaczenie drugorzędne. Chodzi przede wszystkim o porażenie przeciwnika hałasem i zamieszaniem spowodowanym Twoim wybuchem. Zostały zaprojektowane z myślą użycia podczas szturmu przez nacierająca piechotę. Chodzi również o to aby nacierający sami się nie razili własnym ogniem. Idealnie nadają się do walki w mieście (gorzej na wsi) gdzie jest mniejsze ryzyko rykoszetu lub przebicia ścian budynku odłamkami. Równocześnie trzeba pamiętać, że zamknięta przestrzeń pomieszczenia potęguje efekt rażenia poprzez ciśnienie gazów i rażenie przez fragmenty sprzętów rozbitych przez eksplozję – lepiej wtedy być w innym pomieszczeniu, np zapukać do sąsiadki. Najbardziej opłakane skutki wywołuje wrzucenie granatu do szamba.
Granaty zaczepne powinny być wyrzucone dalej niż skuteczny zasięg ich odłamków. Sama rozumiesz, chodzi o to żebyś sama się nie zaczepiła własnym granatem – bo co to za walka? Weź śnieżną kulkę (albo szyszkę) do ręki i ciepnij nią jak najdalej. Policz kroki do miejsca gdzie upadła i w sklepie z granatami poproś o taki, którego zasięg rażenia Tobie nie zaszkodzi. Jeśli w sklepie nie będą mieli takiego granatu, o tak małym zasięgu, to już lepiej poprzestań na ćwiczeniu w rzucaniu tortem lub w rozrzucaniu ulotek, jak Ci ktoś naświnił. Ilość świeczek na torcie jest bez znaczenia. Najważniejsza jest masa i kaloryczność.
Tort możesz wysłać też jakiejś wrednej małpie ze znacznie większą ilością świeczek niż na to metrykalnie zasługuje – to się wtedy nazywa dyplomacja – i szlag ją trafi na miejscu, a pretensji przecież mieć nie będzie i sama w ataku szału wszystko zniszczy wokół siebie. Nie trzeba takiej ślepiów wydrapywać – sama sobie wydrapie, a pomyśl ile pensji pójdzie na nowe ciuchy? Ruina.
Na granatach nie ma nic napisanego o konsultacjach z lekarzem bądź farmaceutą ani o tym czy i w jakim stopniu szkodzą Twojemu otoczeniu. Ani słowa. Dziwne… prawda?

Autorem instrukcji jest Tadeusz. Do kategorii granatów dołożyłabym życzenie, żeby w kwiaciarni przewiązano bukiet imieninowy fioletową wstążką z niewinnie białym napisem „najserdeczniejsze wyrazy dla ukochanej teściowej(oponenta, porzuconego narzeczonego, nudnego ględzacza – niepotrzebne skreślić, potrzebne dopisać)”.

Wytaczam działa, bo mnie mocno zniesmaczyła lektura gazet. Dowiedziałam się z nich, że „o wielkim szczęściu może mówić kierowca samochodu, który wpadł do nieczynnego zbiornika p/poż we wsi W.”(podtytuł notki, wytłuszczony). Drogę, która przez wieś biegnie, znam doskonale, bardzo ruchliwa. Kierowcy setek samochodów,którzy przejechali   o b o k   nieszczęsnego zbiornika są pechowcami, bo żaden weń nie wpadł. Szczęściarzem jest ten, który się tam wpakował. Logiczne? Ba!
W innym donosie prasowym czytam: „Policja zatrzymała rower prowadzony przez nietrzeźwego Jana S. Okazało się, że ten 62 l. mężczyzna miał gdzieś wyrok sądu, który zabraniał mu zbliżania się do roweru za podobne wykroczenie, które popełnił wcześniej”. Czytam i własnym oczom nie wierzę: oto wspaniały przykład dziennikarskiego luzu, pozwalającego traktować per noga wszystko i wszystkich – gramatykę, polszczyznę, informację. Rower zatrzymano, dzielna policja! Domyślam się, że tylko rower, właściwie to on naruszał przepisy. Sugestia, jakoby Jan S. miał coś gdzieś, a zwłaszcza wyrok trzeciej władzy, zastępuje autorowi notki emotkę w postaci przymrużonego oka. Korona wszystkiego to „zakaz zbliżania się do roweru”, gdyby jakikolwiek sąd w Polsce taki zakaz wydał, to już widzę praworządnego skazanego, który na widok każdego roweru, przejeżdżającego obok niego lub zaparkowanego koło sklepu, odskakiwałby ze strachem na odległość nie mniejszą niż pięć metrów. Po roku przestrzegania zaleceń sądu mógłby śmiało startować w olimpiadzie jako nasz reprezentant w skoku w dal, w trójskoku, biegu przez płotki i jeszcze kilku konkurencjach lekkoatletycznych. Wystarczyłby doping w postaci ustawionego na stadionie „jednośladu z napędem nożnym typu rower”.
Kolejny kwiatek to rzeczowa informacja pod zdjęciem przedstawiającym policjanta z groźną miną, który w dłoni trzyma broń, może nawet odbezpieczoną, z której celuje w coś(kogoś) poza kadrem. Podpis: „Funkcjonariusz zabezpiecza kolegę podczas akcji”. Pomijam wszechobecność określenia „zabezpieczony”(zabezpiecza się miejsce zdarzenia, środki na inwestycje, opał na zimę, nawet nieszczęsne sarenki, ładując im sianko do paśników), ale czy czulibyście się pewnie, gdyby ktoś, kto ma Wam zapewnić bezpieczeństwo, celował do Was(tak wynika z podpisu)?
Są też bukieciarze, preferujący styl kwiecisty: „Muzycy zespołu nie chcą zdradzać  szczegółów odnośnie ich drugiego wydawnictwa”. Tą frazą autorka wzbudziła moje zainteresowanie – któryż zespół posiada wydawnictwo i w dodatku zamierza otworzyć następną firmę? W każdym razie nie ten, o którym dziennikarka pisze, bo bohater tekstu nagrywa tylko kolejną płytę. A w międzyczasie nie chce zdradzić szczegółów „odnośnie”, aż się prosi o nosze, na których można byłoby odnieść w siną dal panią, która artykuł popełniła. Jeden z muzyków „przyznał, że tym razem współpraca z pozostałymi członkami zespołu jest bardziej owocna”, w następnym zdaniu „zespół przyznał, że jeśli ktoś potrafi coś dobrze zrobić, trzeba pozwolić mu dalej rozwijać się w tym kierunku” – i jakoś samo mi się zrymowało: Ratunku! Przesłuchująca muzyków pani powinna natychmiast skorzystać z pomocy, bo inaczej z takiej pomocy będą musieli korzystać czytelnicy.
Od przykładów aż się roi, a za tę łączkę, pełną kwiecia, płacą czytelnicy, zarabiają zaś właściciele  prasowych organów, które są różnych rozmiarów i maści. Płacą nie tylko własnymi, ciężko zarobionymi złotówkami – płacą również tym, że działalność „językowa” przedstawicieli czwartej władzy nie pozostaje bez śladów, odciskając się gwałtem na języku potocznym.
Skąd ten zalew chłamu? Wśród wielu winowajców chyba głównym oskarżonym jest nowy system kształcenia. Pocięto szkolnictwo – zamiast całkiem wydolnego i skutecznego 8 + 4 zafundowano nam 6 + 3 + 3. Niby ta sama suma, a jednak inna, z poszatkowanej kapusty nie da się zrobić gołąbków, chociaż waży tyle samo, ile cała główka. Dołożono na okrasę testy maturalne z przedmiotów humanistycznych, zabijające samodzielność myślenia, uczące stosowania szablonów, preferujące tych, których da się tresować. O tym, co stało się ze szkolnictwem wyższym, „strach wspominać przed nocą”, efekty widać.
Gdybym wygrała w totolotka, natychmiast założyłabym gazetę lub czasopismo. I nie zatrudniłabym ani jednego magistra dziennikarstwa. Po diabła? O problemach społecznych niech pisze socjolog czy etnolog, o nauce – fizyk, chemik, biolog i in.(artykuły można zamawiać), o polityce – politolog itd. Felietony pisałby mi Tadeusz, bo ma poczucie humoru, którego nie da się nauczyć na żadnej Akademii Humoru. Absolwent dziennikarstwa nie zna się na żadnej z tych dziedzin, zna się na mediach. Podobno, bo jedna rozkoszna magistrantka, kończąca studia na prywatnej uczelni, spierała się ze mną, używając autorytetu swoich wykładowców; rzekomo mówią oni adeptom dziennikarstwa, że poprawność językowa nie jest konieczna, albowiem czytelnik idiotą nie jest, więc po co pisać „5-ty raz”, wystarczy napisać „5 raz”, przecież zrozumie… Nie wiem zatem, czy dziennikarze in spe nie są uczeni o mediach tego, że one po prostu są, jakie są. To wystarczy, żeby zdać egzamin, za który się słono płaci, więc student wymaga.
Czytam blogi, również te, które prowadzą dziennikarze. Profesjonaliści często przegrywają z amatorami, którzy nie dość, że umieją pisać bardziej interesująco, to bardziej od zawodowców dbają o formę. Oczywiście są chlubne wyjątki, na szczęście. Tak się jednak składa, że te wyjątki rekrutują się spośród absolwentów studiów zupełnie nie dziennikarskich.
Dawniej studia dziennikarskie były tylko podyplomowe, czyli trzeba było poznać jakąś dziedzinę nauki, zdobyć tytuł, dysponować pewną wiedzą i dopiero wtedy zabierać się za media. I komu to przeszkadzało?

Miia

Marzec 17, 2009

miia8

Pora się do czegoś przyznać, bez fałszywego wstydu. Prawdziwy wstyd jest tańszy, bo nie wymaga mleczka do demakijażu i nie  barwi wacików na różowo.miia-9

Każdy twórca potrzebuje pieniędzy. Z różnych powodów. Nie chodzi mi  o cele wzniosłe, na przykład ratowanie żyć mało narodzonych(raczej rzyci własnej), populacji białych misiów w polskiej piosence czy dofinansowania stoczni rybołówstwa saharyjskiego na Alasce. Twórca musi płacić rachunki za prąd i gaz, za gazowanie konieczne dla tworzenia, za pędzle, farby i włosie(we włosiennicy niewielu do twarzy), na zakup niezbędnych gadżetów typu: cyfrowy otwieracz do konserw, karma dla latających kotów, parasol antyatomowy, ochronniki antyspinowe i napiętniki Achillesowe.miia-odlotPraca na etacie umożliwia płacenie rachunków i skutecznie uniemożliwia wszelki akty tworzenia w czasie wolnym i dowolnym. Natchnienie ma to do siebie, że bierze i dopada. Duch pchnie wszak, kiedy chce. I w co  chce. Raz w ego, raz w jaźń.miia-6

A do tego dochodzą życzenia najserdeczniejsze – pod adresem własnym i kilkoma zaprzyjaźnionymi: żebyśmy zdrowi i piękni byli, wielce uduchowieni i wyrafinowanie subtelni, żeby mniej śliczna połowa ludzkości miała wytrysk dokładnie wtedy, kiedy życzy sobie tego połowa bardziej przez naturę uposażona w organy widoczne i dostępne niemal organoleptycznie(tak sobie myślę, oglądając filmy i pozy-pozycje-propozycje wybiegowe); ale cholernie trudno te cele skorelować z czymkolwiek. Indywidualna praca nad sobą wymaga drakońskich diet, ton potu wywalonych w siłowniach, bezsensownych pompek(te sensowne,jak wiadomo, są istotne jedynie nad innym ciałem, mało astralnym) tudzież stosowania wyciągów z rogu nosorożca(albo hipopotama).miia-komety-1

Dziś zachęcam zatem do kupowania obrazów. Miia jest sama obrazą. Nieboską. Kobieta – do tego młodsza i piękniejsza ode mnie(co ja robię??!!). Maluje wspaniale. Jej obrazy są jak życiorysy – tych jest wiele, bo wiele biografii składa się na   n a s z e  biografie. Ona codziennie szuka sensu, heroina na miarę mamadme Bovary, ale ma lepiej od Emmy, bo w niej płonie radość i bezwstyd się pali żywym ogniem.miia-bez-tytulu-5

Zamiast kupować w ślubnym pezencie ósmy serwis do kawy młodym(którego i tak nie użyją, wolą kubki), kupcie obrazek Mii. Ona nie potrafi się sprzedać, bo mało sprzedajna jest. Ja w roli marszanda jestem też żałosna, ale może? Niech w naszym kraju wejdzie w krew kupowanie – miast kolejnych śmierdzących obdarowanej – perfum, dzieło sztuki. Cena zbliżona, a radość większa. I duma: na mojej ścianie zawisł oryginał. Miia z wiszenia się ucieszy, bo dyndać lubi.miia-ulubiona

Jeszcze jedno – uwielbiam ją za klimaty Wojtkiewiczowskie! Niby nieporadna kreska dziecka, niby nic, a odlot!

A poza tym: na moich ścianach oprócz różnych takich, jest miejsce dla Tadeusza. Bo – mądry, wspaniały i odważny!

Trzeba odwagi, żeby … Ale to raczej prywatne ;)

A wracając do Marii Zielińskiej(Miia, Ty wyjdź za mąż za właściciela jakiegoś mniej popularnego nazwiska:P), to kocham w niej autoironię. Miia oswoiła banał i kicz,  nie traktuje siebie poważnie – i wie, co robi – i traktuje śmiertelnie poważnie odbiorcę, okrywając go(mnie) całunem, a w nim mi do twarzy;)miia-powiekszona

Miia – tworzysz linię demarkacyjną, oddzielającą banał i kicz od tego, co nim nie jest, ale uważaj – płaszczyzna porozumienia to najlepsze pole do walki!

miia-10

Nie-umarła klasa

Luty 27, 2009

francja2008-jan-chrzciciel1

De gustibus est disputandum, bo dlaczego nie? Właśnie o gustach można i trzeba rozmawiać. Nie walcząc i kłócąc się, po prostu pogadać. Podoba Ci się Feel? Dobrze, opowiedz mi o tym. Mnie się nie podoba – i też powiem Ci, dlaczego.
Tak naprawdę to chcę porozmawiać o inteligencji, bo „ta Nasza Klasa” wcale nie umarła. Spory definicyjne są jałowe, bo granice pojęcia są nieostre. Powiedzmy – na użytek tego tekstu – że to grupa indywidualistów(sic!), porządnie wykształconych(niekoniecznie w instytucjach), którzy przeczytali pewien kanon lektur i go sobie zinterpretowali, których łączą wspólne potrzeby, np. bywania w filharmonii, oglądania dobrych spektakli teatralnych, szukania odpowiedzi na pewne egzystencjalne pytania i formułowania pytań do znanych powszechnie odpowiedzi, posiadających   j a k i e ś   poglądy polityczne od lewa do prawa(ale potrafią powiedzieć, dlaczego prawica czy lewica), którzy czasem czytają wiersze, a często czytają cokolwiek, ludzi wierzących i ateistów, którzy jednak nie usiłują tego argumentować racjonalnie, bo wiedzą,że to nie nadaje się do tego typu argumentacji, którzy nie ukrywają, że myśli filozofów i pisarzy nie są im obce i wywarły na nich wpływ. A wreszcie – inteligencja to klasa – dosłownie i mniej dosłownie – która potrafi myśleć w kategoriach życia zbiorowego. I właśnie dlatego opiera się wszechwładzy wolnego rynku.  Odesłano nas do lamusa, podobno w nowej rzeczywistości ekonomicznej staliśmy się zbędni. Po cholerę ktoś miałby mówić, co dobre, a co złe w kulturze? Skoro masa pragnie seriali bollywoodzkich, Dody i kretyństw emitowanych przez tv – to masa ma rację, bo jest masą, ma przewagę liczebną i finansową, nawet jeśli to tylko suma drobniaków. Otóż – nie ma racji! Masy się boję, ludu nie cenię, poczucia misji nie mam. Najdalsza jestem od oświecania, wolę wyświęcanie i prześwięcanie. Nie lekceważę tych, którzy mają inny gust niż ja, ale mi z nimi nie po drodze – i nie zamierzam się zmuszać. Po tysiąckroć wolę grafiki Tadeusza od „cudownych” efemeryd z motylimi skrzydełkami i odpustowych obrazków w internecie, z „prześlicznymi kobietkami płócien nastrojowych”. Wojtkiewicz to dla mnie wielki malarz, a Dali pobrzękuje kiczem. Max Ernst – nie. Amen.
Mam w odwłoku pojękiwania tych, którzy mi zarzucają, że używam wyszukanych słów – wolno mi, bo je znam. Dlaczego miałabym sie ograniczać? Jakim prawem ktokolwiek żąda, żebym to ja sie dostosowała do niego, a nie on do mnie?
Inteligencję wypchnięto do lamusa – o wiele za wcześnie. Wolny rynek wpuścił na salony  Leppera z kurwikami, Kurskiego, spindoktorów, Mandarynę i piosenkę biesiadną podszytą discopolo. Wolę tych, którym mole żrą w szafach fraki po pradziadkach, bo na nich nawet łachman doskonale leży. I to ja – do diabła! – a nie nuworysz – zdecyduję o tym, że jego dres z kreszu nie pasuje do premiery w operze, a złoty łańcuch niech sobie nosi na rodzimych sobolach tylko na koncercie Wiśniewskiego.
Masa ma rację? To własnie masy zrobiły rewolucję, to masa mordowała lekarzy, prawników, artystów, zniewalała i uwalała, masa pielgrzymowała do mauzoleum Lenina. Ani nauka, ani kultura nie powinny być towarem, to nie pietruszka, której cena zależy od urodzaju i koniunktury. Nauce i kulturze nie powinno się pozwolić pójść w las; lasy wycięto – więc w miasto – i sprzedawać się pod latarniami na zasadzie „kto da więcej”, bo na tych latarniach niedługo zawiśnie dobry smak.I kilka innych wartości, a ja nie zgadzam się na to, bo mi nie dynda, nie zwisa i nie powiewa. Bo nie życzę sobie żyć na chamskim, brutalnym targowisku, obmacywana i oceniana. Bo to mój świat i mój kraj.

A zdjęcie zrobiłam w pewnym maleńkim kosciółku nad Lago Maggiore. Janowi ścięto głowę – też za wcześnie, bo dzięki temu przetrwał. Dokładniej – przetrwał dzieki Salome(i – cholera! – to zamierzona ironia, bo znów mnie jakis bubek bez cienia poczucia humoru, za to mocno przyczepny, odczyta po swojemu, znaczy – zinterpretuje bez polotu, bez stosownej wiedzy, elementarzystów nie brak na tym świecie).

Homo somaticus

Luty 19, 2009

100_3314woda1Łatwiej funkcjonować w chaotycznym świecie, kiedy można coś „w myślach” porządkować. Najczęściej chyba stosuje się myślenie dychotomiczne, do którego nas od dawna przyzwyczajano, posługujemy się opozycjami: „byt-niebyt”, „jasność-ciemność”, „dobro-zło”, „natura-kultura”, „dusza-ciało” itd., przy czym w każdej parze jedna z stron ma konotację pozytywną, a druga – negatywną. Takie myślenie powoduje jednak konieczność przeciwstawiania tych pojęć, a przecież są nierozerwalnie związane. Borykała się z tym problemem już myśl mityczna, która próbowała te pary połączyć w jedność teleologiczną.

100_3316woda2

Dopiero niedawno zaczęto pytać o to,czy konieczne jest takie właśnie, nazwijmy je na użytek tego tekstu „klasycznym”, myślenie. Widzę w tym inspirację strukturalistów z Levy-Straussem na czele(chodzi mi zwłaszcza o „Myśl nieoswojoną”), ale dopiero Foucault głosząc „śmierć człowieka”(prawda,że niemal słyszymy słynne „Bóg umarł!” Nietzschego, nie można Foucaultowi przypisać nadmiernej skromności – i tu mam ochotę przymrużyć oko, bo znów ktoś mnie „wyczyta” zamiast „przeczytać”) zobaczył właśnie w ciele wybawienie od wszechwładzy dyskursu.Zdaniem Focaulta ciało podlega nieustannej presji wiedzy/władzy: odpowiednio karmione, podlegające nakazom higieny, karane i nagradzane, poddawane ceremoniałom i obrzędom itd. staje się użyteczne dla społeczeństwa i państwa, szczególnie w zakresie „pomnażania bogactwa”(ekonomia) i „odtwarzania ładu”(polityka). W ten sposób ciało zostaje włączone w wielorakie dyskursy, które implantują w nie wiedzę/władzę. Foucault mówi o tym, że wiedza/władza wypisuje na ciele „pismo blizn” – ładna metafora(przepraszam za tę mało merytoryczną uwagę, ale to wynik mojej wrażliwości na urodę języka).  „Dusza” rodzi się właśnie w tych bliznach, jakby z nich powstaje, wzmacniając władzę i wiedzę, więc w pewien sposób nad ciałem zapanowując. Teoria Foucaulta uprawnia do określenia społeczeństwa postindustrialnego mianem „społeczeństwa somatycznego”. Chyba uprawnia.

100_3312woda-3

Ciało stało się towarem. Medycyna, opisując je, korzysta z metafor zaczerpniętych z języka techniki i technologii, sugerując, że nie tylko funkcjonują w nas różne mechanizmy, że sami jesteśmy mechanizmami, czymś w rodzaju spójnego zbioru różnych części, z których wiele da się po prostu wymienić(nawet dłoń czy serce), a samo ciało można wymodelować, ozdobić tatuażem, przekłuwać i nakłuwać, likwidować blizny, wydłużać kości. Nie mamy już „organów szlachetnych”, w których jeszcze niedawno upatrywano siedliska duszy, serce traci swą symboliczną moc. Wiele podzespołów ciała funkcjonuje autonomicznie: mechanizm ruchu może być niesprawny, a równocześnie mechanizm oddychania działa bez zakłóceń. Ten rodzaj myślenia o człowieku przenosi się na myślenie o społeczeństwie(„Technopol” Postmana).

Dbamy o nasz towar, bo od niego wiele zależy: jesz zdrową żywność, chodzisz na siłownię, zoperowałeś sobie znamię na łopatce, poprawiłeś kształt nosa – a społeczeństwo nagradza cię swoistą premią: lepiej płatną pracą, uznaniem, podziwem, może nawet będziesz żył dłużej, więc wykorzystasz swoje ciało jako maszynę przyjemności, wchłaniając wszystko to, co oferuje ci społeczeństwo konsumpcyjne. A jednak… nie czujecie instynktownego lęku przed takim rozumowaniem?  Byliśmy przecież bodaj ostatnim reliktem natury, to my wyhodowaliśmy rasy zwierząt, dostosowane do naszych potrzeb, odmiany roślin, które pozwalają na uzyskanie wyższych plonów, potrafimy „hodować” nawet diamenty. A teraz my sami hodujemy rasę ludzką? Jakim prawem? Czy metoda sztucznej selekcji jest etycznie uprawniona?

100_3269woda4

A może moja „sobość”(celowo unikam określenia „dusza”, nie chcę rozważać możliwości jej istnienia bądź nieistnienia) jest w każdym momencie czymś jednocześnie cielesnym i myślowym, efektem działania mojej świadomości, podświadomości, nieświadomości, wychowania, genów, które odziedziczyłam, książek, które przeczytałam, kontaktu z ludźmi, który mi się przydarzył i wciąż się zdarza, intuicji i logicznego rozumowania, przebytych chorób, macierzyństwa, wątpliwości, pytań, które wciąż nieporadnie – mimo treningu – zadaję, tego wszystkiego, co mnie wciąż konstytuuje? Może nie ma żadnych dychotomii? Żadnej duszy w opozycji do ciała, rzeczy  przeciwstawionej jej znakowi? Mam nadzieję, że wciąż jestem podmiotem i przedmiotem jednocześnie, że dobro może być tożsame ze złem, że jasność doskonale sobie radzi bez ciemności, a niefizykalne granice są tylko wytworem naszego umysłu, który albo jest leniwy, albo tylko się lęka…

grafika21

Dziś zilustrowałam sama, więc nieco kulawo. O zjawisku rymotwórstwa nie chcę teraz rozmawiać, przepraszam. Chętnie jednak pod kolejną notką porozmawiam o gustach, bo uważam, że o gustach należy rozmawiać.  To jeden z ciekawszych tematów.

Gruba przesada

Luty 11, 2009

barox4

Założenia:
1. Shuty nie jest idiotą.
2. Shuty zrobił „Produkt polski”.
3. Shuty dostał od „Polityki” paszport m.in.”za odwagę w portretowaniu polskiej rzeczywistości”.
4. Shuty lubi kpić i prowokować. Uważa się za „papieża antykonsumpcjonizmu”
5. Shuty biczował się parówkami w ramach Cyrku z Huty. Pozostałe po samobiczowaniu parówki – zjadł.
„Ha!artuje” kulturę.
6.Shuty nominował do nagrody w konkursie „Blog Roku 2008” m.in. blog z rymowankami, który z literaturą nie ma nic wspólnego. I ten blog wygrał.

Teza:
Shuty, porażony żałosnym poziomem blogów „literackich” postanowił wybrać ten, który jest najbardziej reprezentatywny – i tym samym ośmieszyć całe blogopisanie TFUrcze.Przy okazji wykpił całą formułę głosowania idiomesami.
barox5

Argumenty(cytuję oryginał, niczego nie poprawiam, również ortografii):
1.Autorka, która używa nicku „Molekułka”(blog nosi nazwę „Poezja prowincjonalna”) ma  do przekazania wiele prawd życiowych, jako że posiada doświadczenie(wiersze dedykuje dzieciom i wnukowi). Kilka przykładów:
„Miłość to taka dziedzina
Która nie wiadomo jak i kiedy się zaczyna
Tyle teorii jest na temat miłości
Ale nikt niema na nią wyłączności
Chociaż każda miłość jest jedna, jedyna
Bo inaczej się kończy i inaczej zaczyna
Nie ma dwóch takich samych miłości
Wszystkie różnią się między sobą stopniem namiętności.”
i jeszcze:
„Nie bój  się błędu kochanie
Bo to on mądrości nauczyć jest cię w stanie
Decyduj śmiało
Życie twoje na własnych błędach już zmądrzało
Po to ,  to wszystko  się wydarzyło
By cię mądrości nauczyło
Tylko pamiętaj o tym że,
Mądry na błędach uczy się
A głupi całe życie te same błędy powtarza
Jak zrozumiesz swój błąd kochanie
Powtórzyć go nie będziesz w stanie
Bo chyba nie po to wyjechałeś  z tond
By jeszcze raz powtórzyć swój błąd.”

2. Większość wierszy zawiera „mądrość ludową”, nieco siermiężną, co może nasuwać podejrzenie, że Shuty zaraził się w krakowskiej atmosferze „chłopomanią”. Flirt inteligencji z ludem kończył się zawsze fatalnie, a flirt ludu z inteligencją rodzi następnego Szelę. Jakuba. Podejrzenie zamienia się niemal w pewność, kiedy przyjrzymy się komentarzom odautorskim(upublicznione,więc nie popełniam grzechu):
„Tak sama piszę swoje wiersze  .Czasami myślę ,że to jakieś anioły mi je szepczą  a ja tylko zapisuję,piszę ich bardzo dużo po kilka set miesięcznie w tym miesiącu  już mam 140.średnio najmniej w miesiącu 180,240, a najwięcej napisałam w lipcu 2004 bo chyba aż 577.oczywiście nie wszystkie są fajne ale jest z czego wybierać.Mam  ich  już coś z 18tys. ale jak tylko 10% jest dobrych to już bardzo dobrze .Na blogu mam dopiero dwieście parę ,bo dopiero uczę sie obsługi komputera  .we wrześniu dopiero założyłam internet.”
Płodność to ważna cecha, taki Boccaccio napisał aż sto nowel, Dostojewski – tysiące stron, a i Dante nie poprzestał na Piekle. Byli też tacy, którzy przez cały dzień pracowali, a wynikiem trudu było postawienie w wierszu jednego przecinka, który następnego dnia skreślali.

barox7

3. Autorka nie unika tematyki erotycznej, nie jest pruderyjna(a Shuty przecież popełnił „Ruchy”):
„Skurczył ci się fiut
Przedwcześnie ciut
Boś go zbytnio eksploatował
I niepoważnie miłość traktował
A teraz ponosisz skutki
Braku rozwagi i picia wódki
Gdybyś rozważny był i wódki mniej pił
Do późnej starości korzystałbyś z atrakcji miłości
A tak wszystko trafił szlak.”

i:
„Przyjdź i przytul mnie w  moim śnie
Niech chociaż w czasie snu czuję cię przy sobie tu
Przynajmniej nocą  naładujesz mnie swoją mocą
Bym w ciągu dnia do przodu szła
Wiem że mnie wspierasz ,doradzasz,pomagasz
I wiem że mnie nie zdradzasz
Bo teraz kochanie seks liczyć się nie jest już w stanie
Seks w śnie nie satysfakcjonuje mnie
Ale czy ja naprawdę śpię?
A może ty jednak  odwiedzasz mnie?”
a nawet:
„Zamiast viagry stosuj gips
Zwód zapewni ci jak nic
Nawet po skończonym stosunku
Prącie stoi w zbrojnym rynsztunku
Gips to świetna sprawa no w łóżku świetna zabawa
Ginekologicznego gipsu gatunek
To dla starszych panów jedyny ratunek.”

barox104.No i na koniec nieco rozważań filozoficznych:
„Nie  potrzebujesz elektronicznych przekaźników
Swoją myślą możesz sięgać szczytów
Super komputer w sobie masz
I od dzieciństwa go używasz
Ale tylko od ciebie zależy jaką opcję  wybierzesz
Więc nie siej zwątpienia byś nie musiał zbierać jego nasienia
Tylko ty sam decydujesz w jaki sposób swój komputer wykorzystujesz
Czy służy ci do twórczej pracy
Czy wykorzystujesz go inaczej.”
oraz:
„Świat nie potrzebuje zbawienia
Bo ludzkość nie potrafi żyć bez cierpienia
Kto przekazał ludzkości sadomasochistyczne skłonności?
Czy Ewa jeszcze jak w raju żyła Adama z diabłem zdradziła?
Bo z kąt się wzięły destrukcyjne skłonności w dzieciach ludzkości?
To by było najprostsze wytłumaczenie
Dlaczego  człowiek tak destruktywnie traktuje siebie i całą ziemię.”

5. Shuty ucieszył się, że odkrył Nikifora. Albo Celnika Rousseau. Oni mieli talent.
barox19

Nie pisałam wcześniej o tym blogu, bo tam są tylko wiersze. Nie chciałam oceniać poezji, zwłaszcza umieszczanej w blogach. Od tego są portale literackie, konkursy jednego wiersza itd. Tylko nagrody o wiele mniej okazałe, często ograniczają się do możliwości wydrukowania wiersza w zbiorowym tomiku, czasem to pieniądze, z reguły niewielkie: od 500 do 2-3 tys.zł.
Ciekawe, czy w przyszłym roku znów będzie można startować w kategorii „blogi literackie”, a jeśli tak, to czy ktoś się na to odważy? Istnieje również możliwość, że Shuty tak bardzo przesadził, że za rok znajdą się w tej kategorii już tylko blogi o poziomie zbliżonym do tego, który wygrał tym razem. Juror nie ma cienia litości dla „Molekułki”. Będzie musiała osobiście odebrać nagrodę, może nawet przeczytać któryś z wierszy. A jej komentarze świadczą o tym, że nie ma do siebie dystansu. Głośny śmiech widowni może być dla niej ogromną traumą, której nie wynagrodzi nie tylko skuter, ale nawet porsche. Do tej pory pisała sobie cichutko, miała swoich wielbicieli(co widać w komentarzach), jeśli ktoś ją odwiedzał, to tylko po to, żeby słówko podziwu napisać(inna sprawa, że w ten sposób zachęcono ją zapewne do wzięcia udziału w konkursie, na klakierach spoczywa część winy). Shuty chciał wywołać skandal, a wyszła tylko gruba przesada, wywołująca niesmak.
Tuwim, niezrównany w roli tropiciela „monstrografii piśmienniczej”(jak ją nazywał)zadrwił z wypowiedzi pewnego profesora literatury, który tak o czyjejś poezji powiedział: „Nagle z ciemnych sfer zagadnień wylatuje rój piosenek, z których każda trzyma w dzióbku perłę myśli”, ale na to, żeby autora tejże nagrodzić choćby hulajnogą, nie wpadłby.
Cokolwiek powiem – i tak znajdzie się ktoś, kto zachowa się wobec mnie jak ten słuchacz wykładu z meteorologii, który słysząc, że „…górne warstwy powietrza uciskają warstwy dolne…” wrzasnął:
– Hańba im!

Autorami prac, zdobiących tekst są Basia Bergner-Kaczmarek i Paweł Pawlak. Ona maluje obrazy, on – tworzy ramy. Ilustracje wybrałam nieprzypadkowo: obrazy autorki wchodzą z ramami w ustawiczny dialog, pełen złośliwych ripost i prawdziwych pochwał. Formy niby do cna zużyte, retoryka strzaskana i niepełnosprawna, ale to w nich ujawniają się emocje.

Mikrokosmosy

Luty 7, 2009

dehnel-adonis

Nasze społeczeństwo stało się somatyczne. Ciało znalazło się w centrum uwagi. Jest mikrokosmosem, odpowiednikiem makrokosmosu, towarem i opakowaniem, terenem eksperymentów i tworzywem artystów.
Przywykliśmy do tego, że w sztuce europejskiej nagie ciało przedstawiane było jako piękne, oczywiście zgodnie z kanonami piękna przyjętymi w określonej epoce. Muskularny Adam Michała Anioła, „opływowa” Maja Goyi, kobiety Rubensa – w setkach, tysiącach dzieł eksponujących nagość ciało było przedstawiane w sposób afirmatywny. Oczywiście – zdarzały się wyjątki, ale zdeformowane ciała przysłaniano jednak tkaniną, przyodziewano choćby w łachmany. Sztuka współczesna z tym zrywa, pokazuje ciała brzydkie, zeszpecone kalectwem, chorobą, zmarszczkami. Nie lubię tzw. feminizmu, ale to właśnie jego zasługą jest „przesuwanie granic” w tym zakresie. Ciało kobiety w dyskursie feministycznym nie jest już tylko obiektem seksualnym, swoistym ornamentem; malarki protestując przeciw „jedynie słusznej” percepcji, narzuconej przez kulturę patriarchalną, dokonały dekonstrukcji mitu, uczłowieczyły nagie ciało poprzez uczynienie zeń znaku w sensie semiotycznym.
Naga jestem dla siebie i pozostaję sobą, namalowana – staję się aktem, widzianym przez innych, ale wtedy nie ma już mnie, pozostaje tylko ciało. Akt i nagie ciało są więc sobie przeciwstawne. Czy muszę jednak godzić się na postrzeganie świata w kategoriach opozycji? Przecież  – moim zdaniem – dobro może istnieć bez zła, to, co materialne może przenikać się z niematerialnym, jestem równocześnie zewnętrzna i wewnętrzna. Sztuka współczesna powstaje jakby na moje zamówienie, pokazuje ciało w sytuacjach granicznych: umieranie, rozpad, anomalie fizyczne. Wiele dzieł budzi we mnie wprawdzie odrazę, ale wiem, że dzięki dekonstrukcji może powstać nowa konstrukcja. Nagi model to już nie tylko element wyposażenia pracowni malarskiej, to człowiek, który może niepokoić, pociągać, stać się niebezpieczny, bo odinstrumentalizowany. Powiedzmy, że to dojrzały mężczyzna, można więc zakładać, że doznał wielu porażek, ale zna smak sukcesu, że znalazł czas na to, co nazywa „życiem wewnętrznym”, a ono przecież łączy się z jego zewnętrznością. Pod każdą blizną pozostaje pamięć rany.dehnel-dorian-gray

Stoję przed lustrem – czeszę włosy, starannie maluję rzęsy, usta, uważnie się sobie przyglądam. Buty – koniecznie na obcasie. Przebieram się za kobietę, widocznie tego potrzebuję, widocznie nie dość   j e s t e m  kobietą. Mężczyzna boi się założyć bransoletkę, ale nosi brodę, wąsy, prostuje się, wypina pierś, kupuje zbyt dobry samochód – on też przebiera się za mężczyznę, jakby musiał to jakoś zamanifestować, jakby nie dość było tego, że nim jest. Może dlatego, że w gruncie rzeczy każdy z nas jest nieco androgyniczny, chcemy więc wciąż upewniać siebie i swoje otoczenie o naszej płci. Zdarzają się ludzie inni – nie tyle zaniedbani, ile nie do końca określeni, kobiety chodzące wyłącznie w spodniach i w butach na płaskim obcasie, nie malujące się, mężczyźni, którzy lubią się obwieszać biżuterią, noszący długie włosy, używający damskich perfum – ci pociągają niektórych właśnie swoim niedookreśleniem, niepokojący, budzący lęk i niepewność.
Zabiegi, żeby wyglądać kobieco lub męsko, są spowodowane również chęcią stłumienia w sobie tego innego, szczątkowej drugiej połowy. Powinna ustąpić, żeby jej miejsce mógł zająć nasz partner-partnerka, żeby nas dopełnił. I to się zdarza. Pewnie każdy z nas ma takie doświadczenia: był/jest z kimś, kto go rozumie bez słów, kto myśli o tym samym, umie dopowiedzieć rozpoczęte zdanie, z kim seks jest absolutnie spontaniczny i w pełni udany, spełnienie w tej samej sekundzie, ta sama wdzięczność, bliskość bez cienia lęku czy przymusu. Zdarza się – ale nie zawsze i nie każdemu. Wtedy dobrze obudzić w sobie uśpioną drugą połówkę, żeby nie zamęczyć otoczenia ciągłym poszukiwaniem, ustawicznym głodem.

Rytuały, podczas których kobieta przebiera się za kobietę, a mężczyzna za mężczyznę są ważne również w sytuacjach intymnych. Naga kobieta w obecności mężczyzny nie jest nigdy do końca naga, zatrzymuje pierścionek, naszyjnik, nie zmywa lakieru, mężczyźni nieco inaczej wtedy podkreślają swoją płeć, ale nie zapominają użyć po kąpieli choćby odrobiny wody kolońskiej. Jakby całkowita nagość pozbawiała nas erotyzmu. Może pozbawia?dehnel-dawid

O tym, jak niebezpieczne jest zupełne zniszczenie w sobie tej „szczątkowej drugiej połowy” przekonują się ci, którzy nagle tracą partnera. Trudno im odzyskać równowagę, wciąż czują się niedopełnieni, gorączkowo szukają kogokolwiek, „niechby pił, niechby bił, byle był”, bo samotność okazuje się za trudna, nie potrafią jej znieść. Żadna przyjaciółka, żadne hobby nie wypełni kobiecie pustki, a w  morzu wódki nie utonie samotność mężczyzny.

Autorem „Adonisa”, „Doriana Graya” i „Dawida” jest Jacek Dehnel. Jestem Mu ogromnie wdzięczna za zdjęcia obrazów. Bardzo żałuję, że nie mogę ich pokazać  w rzeczywistych rozmiarach. Są duże,  100×200, 90×220, 110×140, warto zobaczyć je na wystawie, dopiero wtedy można je naprawdę docenić.

air pavion

Grudzień 22, 2008

wiac298cej_muz-tk

Zaczęło się od tego, że w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa nauczyłam się czytać i pisać. Nauka była lekka, łatwa i przyjemna, bo jako szkrab siadywałam na desce kreślarskiej Ojca i zaglądając mu przez ramię podziwiałam czarnym tuszem stawiane znaczki, pytając mało odkrywczo: „co to?” i jakoś tak samo mi się nauczyło. Nabyte w ten sposób umiejętności wykorzystuję do dziś, zaśmiecając beztrosko bŁogosferę. Przy netostradzie zbudowałam motel, odwiedzany przez przygodnych podróżnych i stałych gości – a żeby im nieco umilić pobyt, powiesiłam na ścianach obrazy. Oryginały, oczywiście, nie żadne kopie, wykopane w wirtualnej ikonosferze. Sama też zaczęłam odbywać przejażdżki, porzucając podwrocławskie okolice – najpierw do sąsiadów, potem pozwoliłam sobie na dłuższe wycieczki, z reguły nieśmiało na cudzych blogach milcząc, czasem odzywając się niemal szeptem. Tak trafiłam na mglistą wyspę Antrima, uwiedziona głosem syren niefabrycznych zgoła. Spodobały mi się zagraniczne wojaże, więc dzięki Stefanowej ortodromie wylądowałam i w Brazylii, na korepetycjach z matematyki, których udziela Andsol, obdarzony niebywałym talentem pedagogicznym. Nawet ja rozumiem, co do mnie mówi.

drzewowiadomosci-tk

I to właśnie on zdradził mi nazwisko autora grafiki, którą u siebie powiesiłam, a która była bezimienna, jako że autora wykryć nie potrafiłam, a została mi ofiarowana przez kogoś, kto zapomniał, że twórca wieńczy dzieło czy jakoś odwrotnie. Rzeczony autor odezwał się na brazylijskim blogu, a wtedy okazało się, że dzieli nas odległość nie siedmiu gór, pięciu mórz i trzech oceanów, a zaledwie trzydziestu paru kilometrów po płaskiej, acz dziurawej nieco, nawierzchni. Łączą zaś wspólni znajomi i wspólne ukochanie Wrocławia. Zawsze podejrzewałam, że najkrótsza droga Strzelin-Wrocław prowadzi przez Południową Amerykę.

pukajacym-odszczekac-tk

Kilka grafik i malutki fragment korespondencji za wiedzą i zgodą s-twórcy – publikuję.

przekazciesobie-tk

List ze znaczkiem:

pavion-tk

Faxonosz fax od Ciebie przyniósł
Akurat, kiedyś mi się śniła – bom nieco przysnął utrudzony.
Gdy jużem cały na jawę tu powrócił…
Faxu nie było!!!
Wiatr powiał – fiuuu wywiał przez okno
i psi po wsi go rozwłóczyli.
Wstęgę tę w całość Twego przesłania
jużem miał złożyć – mówię Ci szczerze –
gdy mi się zdało, że sąsiad jeszcze kawał jej porwał
i za stodołę w te pędy bieży.
Szaleńcza bladość w trwodze mię opadnęła
i nagła krew skoczyła w skronie
Jużem go dostał u drzwi wychodka,
już jego szyjkę chwytam w swe szpony
On charcząc powietrza wybałusza strasznie gały
a ja po jednym zbielałe odginam mu palice……..
Patrzę?
A onci w grabie….. inną wstęgę mielił.
Ach!
Tyle to trwało, to całe bieganie
i walka o każde Twoje słóweczko,
że z odpowiedzią spóźniłem się
…… deczko.

Tadeusz Puszkin

niesciemniaj-tk1

… i moja odpowiedź:
My Dear Puszkinie!
Bajeczny jesteś – bajka była przednia,
na faxonosza skargi nie układaj,
zwyczajnie – zbłądził biedak, u sąsiadki
zabawił dłużej. Ona pewnie młoda,
do tego gładka, jak to sąsiadka.
Zrozum go, proszę, fax mu się zmiętosił
przy tych czynnościach, grzesznych, ale cudnych.
Nie śmiał Ci wręczyć tak pogniecionego,
pod drzwi podrzucił, czmychnął i tyle go
widziano. Twój sąsiad zazdrosny mniemał,
że list Ci przyniósł – i to list miłosny
od jego żony. Chciał tylko zobaczyć,
pod drzwi się podkradł w drodze do wychodka.
Stąd cała
historia
straszna i śmieszna
się stała…
M.

hejcho-tk

Do każdego listu dołączona jest grafika, a czasem list do grafiki…

wypij-tk

I tak sobie płyniemy…

nafalix-tk

… z uśmiechem…

kochaj-tk

Więcej grafik dziś nie pokażę. Dzięki – Tadeuszu Puszkinie – Kurando!