Archive for Grudzień 2009

Moc życzeń

Grudzień 27, 2009

Święta to szczególny czas. Magia miesza się z religią, stary czas się kończy, nowy jeszcze nie nastał. Radość walczy o miejsce z lękiem, nadzieja z obawą. Stwarzamy nowy porządek, konstytuujemy świat, mając – lub nie – świadomość, że to niebezpieczne, bo za blisko i za daleko jesteśmy. Czyny i słowa jednoczą się w obrzędach, stają się działaniem, nabierają mocy. Składamy sobie życzenia, pod których werbalną warstwą kryje się zarówno ich forma „zaklęciowa”(powtarzamy jak mantrę, że życzymy komuś, kogo kochamy/lubimy „zdrowia i szczęścia”) i zindywidualizowana(z tym większy problem, bo musimy mieć jakąś wiedzę o adresacie życzeń).
Magia tym się różni od religii, że ta pierwsza próbuje zmusić bóstwo do ulegania nam, zaklinającym, ta druga zakłada poddanie się woli bożej. W modlitwach prosimy, w zabiegach magicznych – próbujemy na Boga wpłynąć. Ile jest więc magii w religii?
Akt mowy – jeśli kierujemy wypowiedź do kogoś – ma charakter illokucyjny(chcemy coś do kogoś powiedzieć) i perlokucyjny(chcemy sprawić – dzięki słowom – żeby adresat przyjął pewną postawę, którą chcieliśmy wywołać). Moc illokucyjna jest możliwa dzięki konwencji językowej. Stąd życzenia, które czytamy, są dla nas zrozumiałe – ktoś, kto życzy nam zdrowia i szczęścia – jest osobą, która nas lubi. Lubi mnie mój bank(bez klientów zdechłby pod płotem), czasopismo(splajtuje, jeśli przestaniemy kupować), właściciel sieci komórkowej(też interesownie) itd.
Zupełnie inaczej lubi mnie Torlin czy Sadoq – moje istnienie/niebyt nie wpłynie na nich w żaden sposób, więc czytam i odbieram ich życzenia całkiem inaczej. Są mi bezinteresownie życzliwi, zaklinają dla mnie Fatum, chociaż nie muszą. W tle słyszę „nie mam wpływu na to, czy będziesz zdrowa, ale jeśli zachorujesz, wyzdrowiej, znajdź w sobie siłę do walki”, „bądź szczęśliwa – a raczej szukaj szczęścia – masz moje przyzwolenie; akceptuję Twoje poszukiwania, bez względu na koszty, którymi – być może – i mnie obciążysz”.
Uważnie czytam życzenia, nawet te rymowane(widzę w nich – okiem antropologa – szereg zaklęć i niemal „czystą” magię), chociaż ich forma bywa żenująca. Znajomi się dziwią – podobno nikt nie wnika w formę i treść życzeń, liczy się samo ich składanie.
Scenka na poczcie(autentyczna):
– Proszę o kartkę z kopertą – pani oferuje kilka wzorów w różnych cenach, młodzieniec waha się, w końcu zagląda do środka świątecznej pocztówki.
– A ma pani takie z życzeniami, wydrukowanymi?
– Te po 1.50 zł są bez życzeń, te po 1.70 zł – z życzeniami.
– To ja poproszę te droższe. Wystarczy się podpisać?
Nie mam  mu za złe. Ktoś kazał mu wysłać życzenia do rodziny, o której – być może – niewiele wie. I tak nieźle – pocztą, nie przez internet. Więc „dopisz choćby imię własną ręką, nie wystukuj wszystkiego na maszynie”, jak prosiła Jasnorzewska.
Kiedy nadchodzi czas składania życzeń – staję się bezradna. Wtedy właśnie uświadamiam sobie, jak niewiele wiem o marzeniach ludzi, których lubię i kocham. Komu życzyć obrony doktoratu, komu – potomka(tak łatwo zranić bezpłodnych!), komu – spełnienia najskrytszych marzeń(a marzy o otruciu teściowej, którą przypadkiem lubię), komu – sukcesów w życiu osobistym(jakby było inne niż osobiste)?
Życzę więc Wam wszystkiego najlepszego, czyli tego, co uważacie za najlepsze – nie ja – Wy. Bo to Wy jesteście najważniejsi, niczego nie   c h c ę, bo nie ja tu jestem ważna, tyko Wy. I życzę   n a m, żebyśmy umieli rozmawiać ze sobą. I żebyśmy umieli zobaczyć zalety interlokutorów, których poglądów nie akceptujemy i wady tych, których cenić potrafimy. Żebyśmy uwolnili się od pokusy adoracji i od pokusy nienawiści. Życzę Wam, żeby przybywało ludzi myślących i mądrze wątpiących, bo odnalezienie jednej owieczki w stadzie jest bezcenne.
Na marginesie – doceniłam ortografię. Większość życzeniodawców życzy wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku(w sumie trzy dni). Nowy Rok to tylko 1 stycznia. Pozostałych 364 dni mam mieć mniej szczęśliwych?
I jeszcze jedno – marzę o tym, żeby świąteczne dekoracje na zewnątrz domów oceniał jakiś plastyk i wykopał w kosmos wszystkie saneczki, Mikołaje, elfy i reniferki! To jest magiczny czas, nie Święto Kiczu!

Reklamy

Zraniona

Grudzień 13, 2009

Nie, nie zraniły mnie dziwaczne próby malowania mojego „portretu psychologicznego” przez pacykarzy.
Nie drażnią mnie argumenty ad personam, bo to żadne argumenty. To wyraz bezradności. Nieprawda, że próbuję kogokolwiek przekonać, że ateiści są więcej/mniej warci od wierzących. Jeśli już o coś walczę, to – paradoksalnie – o jakość wiary. A dialog uważam za możliwy i twórczy. I wiem, że KK jest do takiego dialogu zdolny. „Przewrót kopernikański” w Kościele to z pewnością osiągnięcia Soboru Watykańskiego II, możliwe dzięki mądrości i odwadze niedocenianego  Jana XXIII. Kościół – zwłaszcza europejski – zaakceptował fakt, że ludzie mogą wyznawać inne religie(i nie są przez to ani lepsi, ani gorsi od chrześcijan), mogą też nie wyznawać żadnej religii, a mimo to przestrzegać norm etycznych, które przyjęli i które nie kolidują z normami moralnymi katolików.
Nie przeszkadzają mi krzyże w salach szkolnych,  w których uczy się religii, nie przeszkadza mi obecność księdza na wszystkich uroczystościach. Nie podoba mi się jednak, że nauczyciel ma opiekować się dziećmi podczas rekolekcji w kościele, nawet jeśli jest niewierzący. Rzadkie to wypadki, ale się zdarzają. Nie podoba mi się hipokryzja – zarówno władz państwowych jak i duchownych – dotycząca rzekomego nieuprzywilejowania żadnej z opcji. Bo swobodny wybór religii lub etyki sprowadza się do faktycznego wyboru religii, etyki nauczanej przez katechetów lub… rezygnacji z którejś z tych możliwości, bo trzeciej z reguły nie ma. W ilu polskich szkołach etyki uczą absolwenci filozofii? I nieprawda, że na świadectwie „nie widać”, czego uczyło się dziecko. Wydrukowano tam „religia/etyka” i jest miejsce na stopień. Brak tego stopnia oznacza, że uczeń nie chodził na religię. Pracodawca otrzymuje więc informację, której mieć nie powinien. A to już nie jest w porządku. I nie w porządku jest wliczanie stopnia z religii do średniej ocen, która ma istotny wpływ na możliwość studiowania na wymarzonej uczelni, bo praktyka jest taka, że ocenia się udział młodego człowieka w nabożeństwach i pielgrzymkach, jego aktywność w różnych Oazach itd., a w najlepszym wypadku – jego znajomość zasad jedynie słusznej wiary. A to nie powinno mieć wpływu na przyjęcie na niekatolicką uczelnię publiczną.
Przeszkadza mi banalizacja religii, która szkodzi jej o wiele bardziej niż wszyscy ateiści razem wzięci; bardziej, niż działalność Świętego Officjum i o wiele bardziej niż Bierut, Gomułka czy Stalin.Banalizacja to koszmarne gadżety w postaci długopisów z trójwymiarową(sic!) Matką Boską, pozytywek grających kolędy, na których kręci się figurka Jezusa – są nawet scyzoryki, profanujące krzyż(taki właśnie breloczek przywieziono mi – jako swoiste curiosum – z Częstochowy, kupuje się je w sklepach z dewocjonaliami).

Banalizacja to również poświęcanie przez księdza – w oprawie tak uroczystej, że aż zabawnej – byle myjni samochodowej, szatni dla zawodników piłki kopanej, a nawet nowej toalety publicznej. To nadmierne przenikanie się sfery sacrum ze sferą profanum, które nie zaszkodzi tej drugiej, ale niszczy pierwszą. To stawianie pomników Jana Pawła II we wszystkich miasteczkach(zaprzyjaźniony Francuz opowiedział mi krążący w jego kraju dowcip: -Czym różni się Francja od Polski? -We Francji jest tylko jedna miejscowość, gdzie nie upamiętniono ofiar I wojny światowej, choćby w postaci płyty pamiątkowej – W Polsce nie ma ani jednej miejscowości, w której nie ma pomnika papieża, tablicy, ulicy jego imienia), to specyficzny radiomaryjny język, to protesty przeciw występowi Madonny w dniu 15 sierpnia, bo to święto kościelne itd. Na marginesie: w moim mieście postawiono pomnik w obrębie zabytkowego kościoła otoczonego równie zabytkowym murem. I oto czytam ze zdumieniem w lokalnej prasie, że proboszcz uznał, iż pomnika zza muru nie widać, więc”się wyburzy mur lub zrobi się ażurowy – i ma uzasadnioną nadzieję, że wojewódzki konserwator zabytków wyrazi na to zgodę” – że też Bóg nie spuści na głowę ojczulka kaganka! Czternastowieczny mur to w końcu pikuś wobec zapędów księdza, a zresztą najpierw się go wyburzy, a potem poprosi o zgodę…
Jednocześnie to właśnie u nas powstała jedyna na świecie historia filozofii po góralsku, to tutaj wydawany jest „Tygodnik Powszechny”, który czytuję regularnie, bo mądrzy ludzie tam piszą, a który niewiele ma odpowiedników w innych krajach. To u nas naucza się w seminariach z podręczników napisanych przez późniejszych apostatów, bo są po prostu dobre. To właśnie w Polsce mogę przyjaźnić się z biskupem, który mnie nie potępia, ale uważnie słucha – i rozmawia bez wstrętu, chociaż ma mu to za złe proboszcz, na pastwisku którego mieszkam. Ma za złe, ale nie ośmieli się tego publicznie powiedzieć, napomyka zaledwie.

Tak było jeszcze wczoraj, dziś kwiaty odeszły.

Zraniło mnie coś zupełnie innego. I trudno mi się pozbierać. Podczas bardzo poważnej dyskusji zarzucono mi, że nie doceniam emocji, że słucham zbyt uważnie, że żądam argumentów, że nie oceniam całości tekstu, ale koncentruję się na jego treści, że przeszkadza mi nienaukowy język rozprawy(niewielkiego objętościowo tekstu), która – wg wielu – jest  ontologiczna(tych „wielu” zasugerowała Maria, którą też kocham – i która niewątpliwie jest autorytetem) . A moim zdaniem – jest tylko próbą argumentowania niezdarnej tezy panienki, która metaforami godnymi Ani z Zielonego Wzgórza próbuje zakryć swoją nieporadność. Bo – podobno – powinnam się domyślić, że doktorantka ma problemy psychiczne. To czemu – do diabła! – nikt mi o tym nie powiedział? I dlaczego mam stosować taryfę ulgową, którą – być może – stosowano wobec niej w LO i na uczelni? Ze szkodą dla niej, bo czort wie, czy nie wyrządzono jej w ten sposób krzywdy?
Nie umiem pojąć tych zarzutów, ale może jestem za głupia po prostu. I zraniło mnie również to, że wciąż podkreślano, że jestem tak bardzo wrażliwa, że to moja cecha, że na tę moją wrażliwość liczą i biorą poprawkę. I jednocześnie walono na odlew, bo wrażliwca najlepiej strzelić w łeb.
Dlaczego się pogubiłam? Bo nie można jednocześnie zarzucać mi, że słucham zbyt uważnie, że nie widzę całości, że szukam treści, a przecież forma ważna, skoro od początku mówiłam, że starałam się nie zauważyć kulawej formy, poszukać treści – i ta treść właśnie okazała się dla mnie niestrawna, skoro nie forma i nie treść, to co? Miałam czytać z oczu? Podałam powody niestrawności. Też źle – bo nie widziałam ontologiczności tekstu. W skrócie – pani próbowała powiedzieć, że przemiana w życiu człowieka polega na olśnieniu, które trwa moment i po którym nic nie jest takie samo jak przedtem. Jasne, można tego  chcieć, można uważać, że tak bywa. Wszystko można, ale jeśli tekst pretenduje do miana filozoficznego, to mam pewne wymagania. Mogę nie zgadzać się z platońską koncepcją duszy, ale nie mam wątpliwości, że teksty, w których Platon ją zawarł, są filozoficzne. Nie mam wątpliwości, że Cervantes napisał „Don Kichota” również po to, żeby przekazać nam własny system filozoficzny.
Mam jednak prawo podważać tezę, że przemiana nie jest procesem, ale wydarzeniem. Podobno nie powinnam była użyć argumentu o śmierci. Brzmiał mniej więcej tak, że śmierć najbliższych zaczyna się na długo przed ich zgonem – i trwa przez wiele lat, właściwie nigdy nie następuje. Bo pani poczuła się skarcona, jak mała dziewczynka. Nie wiem, czy ktoś z nas, dorosłych, nie myślał nigdy o tym, że odejdzie jego matka, ojciec, kochanek – co wtedy będzie. I jeśli ktoś doświadczył takiego odejścia, to przez lata całe żegna się ze zmarłymi. Wciąż odchodzą, coraz dalej, ale nadal obecni. Nie wiem, czy ktoś z Was poczuł, że od tego momentu wszysto się zmieniło, dla mnie wciąż się zmienia. Nawet podczas pisania tego tekstu ulegałam przemianie – i po jego napisaniu jestem nieco inna. I w pewnym sensie – nadal taka sama. Bo nadal lubię ciężkie, egzotyczne zapachy, wciąż kocham Borgesa, ale zwerbalizowałam emocje – i one się zmieniły. Teza, że po przemianie „nic już nie jest takie samo jak przedtem” jest możliwa, rzecz jasna, ale niechże ją ktoś jakoś umocuje, same metafory to za mało.
Jeszcze jedno – sądzę, że filozofia staje się coraz bardziej interdyscyplinarna – i bardzo dobrze! Coraz bliżej jej do antropologii kulturowej, coraz śmielej czerpie z psychologii(psychologowie uważają, że „święta trójca”: Sokrates, Platon, Arystoteles – to właściwie prekursorzy psychologii, mówili o człowieku i jego świadomości), uznaje zdobycze fizyki kwantowej, anektując jej odkrycia(sama mam na sumieniu aneksję zasady nieoznaczoności Heisenberga na potrzeby filozofii), zaczęła wreszcie doceniać „tę wstrętną socjologię”, zbliżyła sie do literatury itd. I vice versa.

Czy  ktoś z Was doznał takiej przemiany, o której może powiedzieć, że była tak istotna, że od tego czasu nic już nie było takie samo(i nastąpiła w bardzo krótkim czasie)?

Logos przysłał mi zdjęcie sztyletu-krucyfiksu.  Co jeszcze można ukryć w krzyżu? Co jeszcze można na nim powiesić? Czysty, nieskażony symbol stał się orężem, nie dziś, już dawno. Szkoda.

Czar(t) metafizyczny

Grudzień 11, 2009

Waldemar Duda szepcze, nie krzyczy. Warto wsłuchać się w ten protojęzyk, w którym znaki pozbawione znaczenia zawierają w sobie tak wiele możliwości interpretacji, że zza jednej z nich natychmiast wyłania się cień drugiej. Kontekst przestaje się liczyć, a tło – pozbawione znaku – jest ważne przez jego nieobecność. To miejsce dla odbiorcy. Miejsce przygotowane z czułością, wypieszczone wieloma dotknięciami pędzla, które tworzą fakturę tylko obrazom Dudy właściwą.

Uniwersalne znaki zamieniają się miejscami – są symbolem drzewa, odciskiem kurzych łap, zamykaniem, otwieraniem, kobietą, mężczyzną, domem i psią budą – a zawsze labiryntem, znienacka rozświetlonym lub pozbawionym światła. To zapis sakralny – i zamienny. Drzewo staje się śladem, ślad – drzewem, bo w raju były drzewa, wiele drzew. Ewa zjadła owoc, ale może to była figa? Widać przecież drwiący uśmiech, sam uśmiech – bez Boga. Trójkąt może oznaczać męskość, ale kojarzy się z łonem kobiety. Dom jest bezpieczny, ale niestabilny, przypomina psią budę, bo  kto wie, w jakie zwierzę wcieli się czyjaś dusza? A może tyleż w nas zwierzęcia, ile człowieka? I tyle człowieka, ile zwierzęcia? I czyż ta druga możliwość nie jest bardziej interesująca?

Obrazy tego twórcy są doceniane nie tylko w Polsce, uniwersalny język Dudy uwodzi odbiorców wszędzie – w Japonii, Szwecji, we Włoszech, na Słowacji. W spokojnej ciszy jego niemal monochromatycznych kompozycji zapisane są emocje, a od matowych powierzchni nie odbija się światło – ono płynie z obrazu.

A perspektywa? Przypomina tę z egipskich malowideł na ścianach grobowców. Malowano, co wiedziano, nie co widziano. Można dotknąć czwartego wymiaru przestrzeni, chociaż to „grozi śmiercią lub kalectwem”. Na jednym z obrazów jest okrąg i dwie linie – 12.15? 15.00? 03.00? 24.15?

Jest   p o   jakimś środku dnia czy nocy? Czy wybiła właśnie godzina? Może to nie zegar? To możliwość zegara, bo wskazówki wcale nie dotykają środka. Są niezależne, wolne – robią, co chcą. Czas jest oderwany – więc i my możemy się od niego oderwać. Nie ma nad nami władzy.

A poza tym – Duda ma ogromne poczucie humoru! Doskonale się bawi – i bawi odbiorców, przymrużając jedno oko, a czasem oba. I jeszcze – jest mistrzem omijania okazji do zrobienia kariery(tak stało się po wystawie w Zachęcie). Podejrzewam, że robi to celowo, albo pracują na niego przypadki.

Łatwo minąć te obrazy, przejść obojętnie, ale jeśli chociaż raz się przy nich zatrzymamy – już nie uwolnimy się od dudobrazów.

To powernisażowe reminiscencje. Jest więcej zdjęć, wystarczy poszukać:)

Aneks – i kogo to obraża?

Grudzień 8, 2009

Rozbawił mnie ten teledysk. Znakomita muzyka i świetny tekst. Zresztą – u Lao Che – to norma. Szukałam tekstów „Spiętego” w necie. Okazało się, że na wielu stronach został wykasowany. Teksty i dyski skasowali ci, którzy wcześniej je wrzucili na różne strony – pod naciskiem „dbaczy o dusz czystość”(ciekawe, że większość spotkanych przeze mnie osobiście misjonarzy wolała rozprawiać o duszy, ale – sądząc po wątpliwym aromacie, jaki roztaczali – uważali mydło za zbędny luksus). Piszę o Lao Che, bo należą do tych nielicznych, którzy śpiewają o czymś(vide „Hydropiekłowstąpienie”). O czymś śpiewa też Coma. Znaczy – można. I – co ciekawe – oni wszyscy są „niszowi”. Ja też.

Ostatnio Spięty z Lao Che zaśpiewał uroczo:

a potem:

Posłuchajcie, proszę:)