Archive for Marzec 2009

Walki uliczne

Marzec 24, 2009

nuk-grant

Granaty są podręczną artylerią piechoty. Wypełniają lukę pomiędzy bronią strzelecką a granatnikami.

Typy granatów:

Granaty zaczepne rażą przeciwnika (lub przeciwniczkę) przede wszystkim siłą wybuchu. Działanie odłamków ma tu znaczenie drugorzędne. Chodzi przede wszystkim o porażenie przeciwnika hałasem i zamieszaniem spowodowanym Twoim wybuchem. Zostały zaprojektowane z myślą użycia podczas szturmu przez nacierająca piechotę. Chodzi również o to aby nacierający sami się nie razili własnym ogniem. Idealnie nadają się do walki w mieście (gorzej na wsi) gdzie jest mniejsze ryzyko rykoszetu lub przebicia ścian budynku odłamkami. Równocześnie trzeba pamiętać, że zamknięta przestrzeń pomieszczenia potęguje efekt rażenia poprzez ciśnienie gazów i rażenie przez fragmenty sprzętów rozbitych przez eksplozję – lepiej wtedy być w innym pomieszczeniu, np zapukać do sąsiadki. Najbardziej opłakane skutki wywołuje wrzucenie granatu do szamba.
Granaty zaczepne powinny być wyrzucone dalej niż skuteczny zasięg ich odłamków. Sama rozumiesz, chodzi o to żebyś sama się nie zaczepiła własnym granatem – bo co to za walka? Weź śnieżną kulkę (albo szyszkę) do ręki i ciepnij nią jak najdalej. Policz kroki do miejsca gdzie upadła i w sklepie z granatami poproś o taki, którego zasięg rażenia Tobie nie zaszkodzi. Jeśli w sklepie nie będą mieli takiego granatu, o tak małym zasięgu, to już lepiej poprzestań na ćwiczeniu w rzucaniu tortem lub w rozrzucaniu ulotek, jak Ci ktoś naświnił. Ilość świeczek na torcie jest bez znaczenia. Najważniejsza jest masa i kaloryczność.
Tort możesz wysłać też jakiejś wrednej małpie ze znacznie większą ilością świeczek niż na to metrykalnie zasługuje – to się wtedy nazywa dyplomacja – i szlag ją trafi na miejscu, a pretensji przecież mieć nie będzie i sama w ataku szału wszystko zniszczy wokół siebie. Nie trzeba takiej ślepiów wydrapywać – sama sobie wydrapie, a pomyśl ile pensji pójdzie na nowe ciuchy? Ruina.
Na granatach nie ma nic napisanego o konsultacjach z lekarzem bądź farmaceutą ani o tym czy i w jakim stopniu szkodzą Twojemu otoczeniu. Ani słowa. Dziwne… prawda?

Autorem instrukcji jest Tadeusz. Do kategorii granatów dołożyłabym życzenie, żeby w kwiaciarni przewiązano bukiet imieninowy fioletową wstążką z niewinnie białym napisem „najserdeczniejsze wyrazy dla ukochanej teściowej(oponenta, porzuconego narzeczonego, nudnego ględzacza – niepotrzebne skreślić, potrzebne dopisać)”.

Wytaczam działa, bo mnie mocno zniesmaczyła lektura gazet. Dowiedziałam się z nich, że „o wielkim szczęściu może mówić kierowca samochodu, który wpadł do nieczynnego zbiornika p/poż we wsi W.”(podtytuł notki, wytłuszczony). Drogę, która przez wieś biegnie, znam doskonale, bardzo ruchliwa. Kierowcy setek samochodów,którzy przejechali   o b o k   nieszczęsnego zbiornika są pechowcami, bo żaden weń nie wpadł. Szczęściarzem jest ten, który się tam wpakował. Logiczne? Ba!
W innym donosie prasowym czytam: „Policja zatrzymała rower prowadzony przez nietrzeźwego Jana S. Okazało się, że ten 62 l. mężczyzna miał gdzieś wyrok sądu, który zabraniał mu zbliżania się do roweru za podobne wykroczenie, które popełnił wcześniej”. Czytam i własnym oczom nie wierzę: oto wspaniały przykład dziennikarskiego luzu, pozwalającego traktować per noga wszystko i wszystkich – gramatykę, polszczyznę, informację. Rower zatrzymano, dzielna policja! Domyślam się, że tylko rower, właściwie to on naruszał przepisy. Sugestia, jakoby Jan S. miał coś gdzieś, a zwłaszcza wyrok trzeciej władzy, zastępuje autorowi notki emotkę w postaci przymrużonego oka. Korona wszystkiego to „zakaz zbliżania się do roweru”, gdyby jakikolwiek sąd w Polsce taki zakaz wydał, to już widzę praworządnego skazanego, który na widok każdego roweru, przejeżdżającego obok niego lub zaparkowanego koło sklepu, odskakiwałby ze strachem na odległość nie mniejszą niż pięć metrów. Po roku przestrzegania zaleceń sądu mógłby śmiało startować w olimpiadzie jako nasz reprezentant w skoku w dal, w trójskoku, biegu przez płotki i jeszcze kilku konkurencjach lekkoatletycznych. Wystarczyłby doping w postaci ustawionego na stadionie „jednośladu z napędem nożnym typu rower”.
Kolejny kwiatek to rzeczowa informacja pod zdjęciem przedstawiającym policjanta z groźną miną, który w dłoni trzyma broń, może nawet odbezpieczoną, z której celuje w coś(kogoś) poza kadrem. Podpis: „Funkcjonariusz zabezpiecza kolegę podczas akcji”. Pomijam wszechobecność określenia „zabezpieczony”(zabezpiecza się miejsce zdarzenia, środki na inwestycje, opał na zimę, nawet nieszczęsne sarenki, ładując im sianko do paśników), ale czy czulibyście się pewnie, gdyby ktoś, kto ma Wam zapewnić bezpieczeństwo, celował do Was(tak wynika z podpisu)?
Są też bukieciarze, preferujący styl kwiecisty: „Muzycy zespołu nie chcą zdradzać  szczegółów odnośnie ich drugiego wydawnictwa”. Tą frazą autorka wzbudziła moje zainteresowanie – któryż zespół posiada wydawnictwo i w dodatku zamierza otworzyć następną firmę? W każdym razie nie ten, o którym dziennikarka pisze, bo bohater tekstu nagrywa tylko kolejną płytę. A w międzyczasie nie chce zdradzić szczegółów „odnośnie”, aż się prosi o nosze, na których można byłoby odnieść w siną dal panią, która artykuł popełniła. Jeden z muzyków „przyznał, że tym razem współpraca z pozostałymi członkami zespołu jest bardziej owocna”, w następnym zdaniu „zespół przyznał, że jeśli ktoś potrafi coś dobrze zrobić, trzeba pozwolić mu dalej rozwijać się w tym kierunku” – i jakoś samo mi się zrymowało: Ratunku! Przesłuchująca muzyków pani powinna natychmiast skorzystać z pomocy, bo inaczej z takiej pomocy będą musieli korzystać czytelnicy.
Od przykładów aż się roi, a za tę łączkę, pełną kwiecia, płacą czytelnicy, zarabiają zaś właściciele  prasowych organów, które są różnych rozmiarów i maści. Płacą nie tylko własnymi, ciężko zarobionymi złotówkami – płacą również tym, że działalność „językowa” przedstawicieli czwartej władzy nie pozostaje bez śladów, odciskając się gwałtem na języku potocznym.
Skąd ten zalew chłamu? Wśród wielu winowajców chyba głównym oskarżonym jest nowy system kształcenia. Pocięto szkolnictwo – zamiast całkiem wydolnego i skutecznego 8 + 4 zafundowano nam 6 + 3 + 3. Niby ta sama suma, a jednak inna, z poszatkowanej kapusty nie da się zrobić gołąbków, chociaż waży tyle samo, ile cała główka. Dołożono na okrasę testy maturalne z przedmiotów humanistycznych, zabijające samodzielność myślenia, uczące stosowania szablonów, preferujące tych, których da się tresować. O tym, co stało się ze szkolnictwem wyższym, „strach wspominać przed nocą”, efekty widać.
Gdybym wygrała w totolotka, natychmiast założyłabym gazetę lub czasopismo. I nie zatrudniłabym ani jednego magistra dziennikarstwa. Po diabła? O problemach społecznych niech pisze socjolog czy etnolog, o nauce – fizyk, chemik, biolog i in.(artykuły można zamawiać), o polityce – politolog itd. Felietony pisałby mi Tadeusz, bo ma poczucie humoru, którego nie da się nauczyć na żadnej Akademii Humoru. Absolwent dziennikarstwa nie zna się na żadnej z tych dziedzin, zna się na mediach. Podobno, bo jedna rozkoszna magistrantka, kończąca studia na prywatnej uczelni, spierała się ze mną, używając autorytetu swoich wykładowców; rzekomo mówią oni adeptom dziennikarstwa, że poprawność językowa nie jest konieczna, albowiem czytelnik idiotą nie jest, więc po co pisać „5-ty raz”, wystarczy napisać „5 raz”, przecież zrozumie… Nie wiem zatem, czy dziennikarze in spe nie są uczeni o mediach tego, że one po prostu są, jakie są. To wystarczy, żeby zdać egzamin, za który się słono płaci, więc student wymaga.
Czytam blogi, również te, które prowadzą dziennikarze. Profesjonaliści często przegrywają z amatorami, którzy nie dość, że umieją pisać bardziej interesująco, to bardziej od zawodowców dbają o formę. Oczywiście są chlubne wyjątki, na szczęście. Tak się jednak składa, że te wyjątki rekrutują się spośród absolwentów studiów zupełnie nie dziennikarskich.
Dawniej studia dziennikarskie były tylko podyplomowe, czyli trzeba było poznać jakąś dziedzinę nauki, zdobyć tytuł, dysponować pewną wiedzą i dopiero wtedy zabierać się za media. I komu to przeszkadzało?

Reklamy

Miia

Marzec 17, 2009

miia8

Pora się do czegoś przyznać, bez fałszywego wstydu. Prawdziwy wstyd jest tańszy, bo nie wymaga mleczka do demakijażu i nie  barwi wacików na różowo.miia-9

Każdy twórca potrzebuje pieniędzy. Z różnych powodów. Nie chodzi mi  o cele wzniosłe, na przykład ratowanie żyć mało narodzonych(raczej rzyci własnej), populacji białych misiów w polskiej piosence czy dofinansowania stoczni rybołówstwa saharyjskiego na Alasce. Twórca musi płacić rachunki za prąd i gaz, za gazowanie konieczne dla tworzenia, za pędzle, farby i włosie(we włosiennicy niewielu do twarzy), na zakup niezbędnych gadżetów typu: cyfrowy otwieracz do konserw, karma dla latających kotów, parasol antyatomowy, ochronniki antyspinowe i napiętniki Achillesowe.miia-odlotPraca na etacie umożliwia płacenie rachunków i skutecznie uniemożliwia wszelki akty tworzenia w czasie wolnym i dowolnym. Natchnienie ma to do siebie, że bierze i dopada. Duch pchnie wszak, kiedy chce. I w co  chce. Raz w ego, raz w jaźń.miia-6

A do tego dochodzą życzenia najserdeczniejsze – pod adresem własnym i kilkoma zaprzyjaźnionymi: żebyśmy zdrowi i piękni byli, wielce uduchowieni i wyrafinowanie subtelni, żeby mniej śliczna połowa ludzkości miała wytrysk dokładnie wtedy, kiedy życzy sobie tego połowa bardziej przez naturę uposażona w organy widoczne i dostępne niemal organoleptycznie(tak sobie myślę, oglądając filmy i pozy-pozycje-propozycje wybiegowe); ale cholernie trudno te cele skorelować z czymkolwiek. Indywidualna praca nad sobą wymaga drakońskich diet, ton potu wywalonych w siłowniach, bezsensownych pompek(te sensowne,jak wiadomo, są istotne jedynie nad innym ciałem, mało astralnym) tudzież stosowania wyciągów z rogu nosorożca(albo hipopotama).miia-komety-1

Dziś zachęcam zatem do kupowania obrazów. Miia jest sama obrazą. Nieboską. Kobieta – do tego młodsza i piękniejsza ode mnie(co ja robię??!!). Maluje wspaniale. Jej obrazy są jak życiorysy – tych jest wiele, bo wiele biografii składa się na   n a s z e  biografie. Ona codziennie szuka sensu, heroina na miarę mamadme Bovary, ale ma lepiej od Emmy, bo w niej płonie radość i bezwstyd się pali żywym ogniem.miia-bez-tytulu-5

Zamiast kupować w ślubnym pezencie ósmy serwis do kawy młodym(którego i tak nie użyją, wolą kubki), kupcie obrazek Mii. Ona nie potrafi się sprzedać, bo mało sprzedajna jest. Ja w roli marszanda jestem też żałosna, ale może? Niech w naszym kraju wejdzie w krew kupowanie – miast kolejnych śmierdzących obdarowanej – perfum, dzieło sztuki. Cena zbliżona, a radość większa. I duma: na mojej ścianie zawisł oryginał. Miia z wiszenia się ucieszy, bo dyndać lubi.miia-ulubiona

Jeszcze jedno – uwielbiam ją za klimaty Wojtkiewiczowskie! Niby nieporadna kreska dziecka, niby nic, a odlot!

A poza tym: na moich ścianach oprócz różnych takich, jest miejsce dla Tadeusza. Bo – mądry, wspaniały i odważny!

Trzeba odwagi, żeby … Ale to raczej prywatne ;)

A wracając do Marii Zielińskiej(Miia, Ty wyjdź za mąż za właściciela jakiegoś mniej popularnego nazwiska:P), to kocham w niej autoironię. Miia oswoiła banał i kicz,  nie traktuje siebie poważnie – i wie, co robi – i traktuje śmiertelnie poważnie odbiorcę, okrywając go(mnie) całunem, a w nim mi do twarzy;)miia-powiekszona

Miia – tworzysz linię demarkacyjną, oddzielającą banał i kicz od tego, co nim nie jest, ale uważaj – płaszczyzna porozumienia to najlepsze pole do walki!

miia-10

Trzy moralitety z syreną w tle(reedycja)

Marzec 14, 2009

garfierld

Przypomniałam sobie o tym wpisie, bo dzisiaj znowu obserwowałam strażaków w akcji. Podjechali – oczywiście na syrenie – żeby zdjąć z drzewa wystraszonego kotka. Kota co prawda nie widziałam wcześniej, tylko słyszałam, biorąc to za zwyczajne odgłosy marcowe, za to pod drzewem kłębili się już ludzie z zapłakaną właścicielką zwierzaka na czele. Kocisko na
dźwięk syreny smyrgnęło w górę, więc dzielni ratownicy dowalili sobie kawał roboty. Akcja wyglądała interesująco, drabina sterczała imponująco, strażak wyglądał jak na obrazku z elementarza i tylko kot nie docenił uroku sytuacji. Kiedy zobaczył, że wybawca już blisko, skoczył mu wdzięcznie na kask i żeby się zeń nie zsunąć, przytrzymał się pazurami tego, w co dało się je wbić, a dało się w policzek zaskoczonego zbawcy. Obraz wzbogacił się o nowy kolor – czerwień ożywia – i nowy dźwięk, którego nie wypada mi powtórzyć. Chciałam ten wpis zilustrować zdjęciem od Tadeusza, który własnego kota bezlitośnie używa jako docisku skanera, ale zdjęcie prywatne, więc Wam nie pokażę, chyba że autor wyrazi zgodę.  Poprzestałam wiec na prezentacji własnego, pracowitego – jak widać – kota. A ponieważ Tadeusz podejrzanie łatwo zgadza się na wszystko(!), nie omieszkam wykorzystać:kod-tadeusza1

Opowieść pierwsza: Lewitujący dom

Mieszkanie w starym, niemal stuletnim domu ma mnóstwo zalet – duży metraż!(można wkładać płaszcz w przedpokoju nie obijając sobie rąk o ściany) – ale i pewne niedogodności, do których należy palenie w piecu centralnego ogrzewania. Ta czynność okazała się szczególnie parszywa którejś późnej jesieni w obliczu faktu, że komary uznały naszą piwnicę za przytulne zimowisko. Nie zamierzały jednak spać, a kiedy się nie śpi, to chce się jeść. Pożywienie samo im się pchało w ssawki, bo co kilka godzin trzeba było podrzucić do pieca. Palacze (mój brat i ówczesny mąż – system dwuzmianowy) karmili piec i komary równocześnie. Mnie zwolniono z akcji dożywiania zwierząt, bo akurat byłam w ciąży i uznano mój odpoczynek i dbanie o siebie za zajęcie wystarczająco wyczerpujące.
Panowie byli cierpliwi do momentu rozdrapania na swoich obliczach kilku śladów ukąszeń. Wtedy dopiero postanowili ocalić urodę pozbywając się plagi. Dostępne w sklepach środki tylko rozśmieszyły owady, więc po naradzie zdecydowano się na użycie broni cięższego kalibru czyli świec dymnych, którymi dysponował mój brat, pracujący wówczas w Wytwórni Filmów Fabularnych. Były z upodobaniem używane przez reżyserów do wytwarzania mgły, nastroju i efektów niespecjalnych. Zaopatrzeni w oręż i zapałki udali się na bój, szczelnie zamykając za sobą drzwi piwnicy (do dziś podejrzewam, że w skład arsenału wchodziła również amunicja wysokoprocentowa). Zapalili świece i …czort wie czemu pozostali na polu bitwy. Może chcieli ponapawać się widokiem poddających się wrogów? Zamiast tego zaczęli napawać się dymem, a jako zwolennicy tzw. męskich rozwiązań czyli szybkich i skutecznych rzucili się do okien, szeroko je otwierając, żeby wróg miał wybór: śmierć lub ucieczka. Dopiero wtedy wrócili do mieszkania na zasłużony odpoczynek wojowników. Niedługi. Nie minęło pół godziny, a usłyszeliśmy wycie syreny, nawet zastanawialiśmy się, gdzie też może ten pojazd uprzywilejowany jechać. Jechał do nas. Świece okazały się niezwykle skuteczne – albo dla pewności panowie użyli ich za dużo – w każdym razie spanikowani sąsiedzi zadzwonili po straż pożarną nawet nie usiłując nas ratować – dym podobno sprawiał wrażenie, że dom unosi się w powietrze, bano się wybuchu.
Komary przeżyły. Piwniczne Ypres przeczekały siedząc na zewnątrz okien, po czym spokojnie wróciły do środka.
Morał? Trzeba dokładnie wiedzieć, kiedy zejść z pola bitwy. To czasem gwarantuje zwycięstwo.

Opowieść druga: Wanna

W antrakcie między moim pierwszym a drugim zamęściem nawiedzała mnie wyjątkowo uciążliwa sąsiadka. Codziennie zasiadała przed telewizorem, domagając się nawet nieśmiało włączenia urządzenia na jakiś serial z nieanglojęzycznej Ameryki. Miało to tę zaletę, że nie musiałam bawić jej rozmową i mogłam spokojnie iść do kuchni poczytać pod pretekstem robienia kawy.
Grzęzła – dosłownie, zważywszy obfitość jej kształtów – w moim fotelu, stopniowo czując się coraz bardziej u siebie, czym skutecznie utrudniała mi ewentualnie niemoralne prowadzenie się. Pewnego dnia zapytała, czy może skorzystać z łazienki. Zgodziłam się, nie mając pojęcia, co dla niej oznacza korzystanie.
– To ja zaraz wrócę – powiedziała radośnie i, ku mojemu zdumieniu, wyszła. Wróciła z ręcznikiem. W jej domu była ubikacja, ale nie było łazienki…
Zaczęłam się przyzwyczajać do obcej baby w mojej przedwojennej, wygodnej wannie, acz z niejakim obrzydzeniem o tym myślałam. Aż pewnego dnia, kiedy wyjątkowo długo okupowała przybytek, usłyszałam zza drzwi wołanie. W życiu nie wejdę! Mowy nie ma! Życzliwość życzliwością, ale mycie pleców??? brrr… Jednak podeszłam pod drzwi, żeby dowiedzieć się, o co jej chodzi.
– Tak? – zapytałam zimno, ale grzecznie.
– Przyssałam się, pomóż – doleciał mnie zza drzwi zduszony jęk. Tak szczelnie dopasowała się do mojej wanny plecami i nie tylko plecami, że nie mogła odkleić się od niej samodzielnie.

Drzwi solidne i solidnie zamknięte, pierwsze piętro i no i ewentualny widok o dziesięć lat ode mnie starszej kobiety saute pozbawiły mnie chęci osobistego działania. Zadzwoniłam po straż pożarną. Panowie przyjechali szybciutko, nawet na sygnale – możliwe, że nieco przesadziłam sugerując im pośpiech w celu ratowania ludzkiej skóry. Bez problemu weszli oknem do łazienki i udzielili nieszczęsnej ofierze niezbędnego wsparcia. Samą akcję podjęli jednak z pewnym opóźnieniem spowodowanym nadmiernym rozbawieniem sytuacją. Obiecali zapamiętać adres i polecili swoje usługi.Jakby wiedzieli… Sąsiadka przychodziła dużo rzadziej, co skończyło się moim kolejnym małżeństwem, jako że chata bywała wolna. Już nigdy nie zapytała, czy może skorzystać z łazienki. Wanna odetchnęła.
Morał(nawet kilka): Nie tyj nadmiernie. Zawsze używaj olejków do kąpieli. Zanim wejdziesz gdziekolwiek i w cokolwiek,sprawdź, czy pasuje do Twoich gabarytów – jeśli pasuje aż za bardzo – zrezygnuj.

Opowieść trzecia: (Nie)śmierć na gruszy

Upalnego lipcowego dnia wróciłam z oficjalnej roczystości(szpilki,garsonka, pełny makijaż) w mieście oddalonym o niemal sto kilometrów, marząc o kąpieli. Najpierw jednak o wejściu do mieszkania i zrzuceniu z siebie nadmiaru garderoby i cholernych szpilek. Resztką sił pokonałam schody na piętro i wtedy okazało się, że nie mam kluczy, nawet dokładnie sobie przypomniałam, gdzie je zostawiłam – na biurku dziekana. Nic mi to nie dało – od tegoż biurka dzieliło mnie właśnie sto kilometrów pomnożonych przez skwar, moje zmęczenie i wściekłość, już nie kilometry, a jakieś lata świetlne  mi wyszły.
Drzwi porządne, przedwojenne, bardzo wysokie pierwsze piętro i moja złość sprawiły, że nagle poczułam się słabą, bezbronną kobietką, która musi natychmiast znaleźć męskie ramię. Najbliższe męskie ramię przebywało na budowie po drugiej stronie ulicy i należało do znajomego kierownika. Poproszony o pomoc wybrał dwóch osiłków polecając mi ich usługi, ale
lojalnie uprzedził mnie na stronie, że nie są najmądrzejsi.
– A po diabła mi mądrzy? Silni potrzebni – zdecydowałam beztrosko.
Panowie ochoczo udali się za mną, zachwyceni myślą o niewielkiej demolce. Przymierzyli się do drzwi raz i drugi, miny im nieco zrzedły. Wycofałam się na schody z dwóch powodów: mój wzrost plus nieszczęsne szpilki dawały razem ponad 180 cm, a trudno wtedy być małą kobietką, chyba że stoi się kilka stopni niżej; drugi powód był nawet ważniejszy: nie miałam pewności,
czy nie zechcą poprosić mnie o pomoc w czynnościach fizycznych lub użyć jako taranu. Upewnili się jeszcze, czy za drzwiami nie ma nic cennego. Był korytarz, prawie czterometrowej długości, z którego na lewo i na prawo wchodziło się do pokojów i do łazienki, a który kończył się drzwiami do kuchni – naprzeciw wejściowych. Uspokojeni zabrali się za wyważanie drzwi Sezamu. Kilka nieudanych prób ich nie zniechęciło, drzwi też nie zamierzały sie poddać bez walki i tak sobie walczyły męskie ambicje aż nie wytrzymała futryna. Zrobiła to nagle i bez uprzedzenia. Po kobiecemu.
Żaden mężczyzna nie spodziewa się, że zażarty opór może tak łatwo przejść w całkowite poddanie. Efekt był naprawdę potężny: obaj przelecieli przez przedpokój z poślizgiem, wpadli przez pechowo akurat otwarte drzwi do kuchni, po czym jeden wpasował się głową w kaloryfer, a drugi jakimś cudem nie zatrzymał się na parapecie, tylko gibnął się przez otwarte okno – prosto na wielką starą gruszę, łapiąc ją w objęcia wszystkimi kończynami. W mgnieniu oka zapomniałam o zmęczeniu i szpilkach, natychmiast znalazłam się przy ofiarach mojego roztargnienia, niepewna od której zacząć. Ta z kaloryfera była przytomna, ale krwawiąca, tę z drzewa chciałam przekonać łagodną perswazją do zejścia na ziemię, ale zdolna była tylko kurczowo trzymać się pnia i konarów jednocześnie. A grusza trzeszczała niepokojąco.
Zadzwoniłam na pogotowie – no i oczywiście na straż pożarną, bo skoro zdejmuje z drzew wystraszone kotki, to i człowieka powinna. Przyjechali prawie w tej samej chwili. Lekarz zdiagnozował rozcięcie łuku brwiowego u pana, który został w mojej kuchni – co mnie nieco uspokoiło, bo bałam się czegoś gorszego (wychowana na “Pieśni o Rolandzie”, której tytułowy
bohater snuje monolog i wykonuje różne czynności fizyczne podczas agonii – mózg mu się wylewa, a krew bucha z ran), a u drugiego ciężkie przerażenie. Perswazja nie skutkowała, chociaż po rozgałęzionym drzewie i dziecko by zlazło. Pomoc strażaków okazała się bezcenna.
Adres obiecali zapamiętać na zawsze – w końcu nie każdy dostarcza im takiej rozrywki.
Korona wszystkiego: po godzinie wróciło moje dziecko – obejrzało ślady jatki i zapytało, czemu nie otworzyłam tych drzwi czymkolwiek. Ono samo często zapominało klucza i opanowało nietrudną sztukę wkładania w duży, przedwojenny zamek śrubokrętu czy nawet końcówki długopisu – wystarczyło przekręcić leciutko…
W lokalnej gazecie napisano, że straż pożarna udzieliła pomocy mężczyźnie, który wypadł przez okno, ale drzewo uchroniło go od upadku z wysokości, więc skończyło się na strachu. O moim strachu nikt nie napisał, musiałam więc zrobić to sama. Tutaj.

Morały: Nigdy nie zostawiaj otwartych drzwi do kuchni.Nie tylko siła fizyczna konieczna jest do rozwiązań siłowych.
Morałów może być zapewne więcej, zatem czekam na kolejne, oddając tekst w Wasze ręce.

Wiosna…

Marzec 10, 2009

irysy6

Naprawdę przyszła. I zanosi się na to, że zostanie na dłużej. Przynajmniej w moim ogrodzie.irysy3

Ta biedronka, tuż przy irysie – żyje.

Zagrożenia od elektryczności statycznej

Marzec 2, 2009

tadeusz-mnie-zabijePisanie blogu przynosi wymierne korzyści. Na przykład mi przyniosło Tadeusza, który jako osobnik zakocony potrafi zrozumieć moje mruczenie i przemożną potrzebę głaskania. Wie też, że kotom należy pozwalać na wszystko, więc za jego zgodą publikuję to, co mi mailem wysłał(a że zamierzam go wykorzystać czasem jako współautora, to popozwalam sobie na więcej… i więcej… i więcej…). Pozwoliłam sobie uciąć jego plakatowi napisy, pozostawiając tylko grafikę, może mnie nie zabije? I pozwalam Wam poznać Jego odkrycie:

Zagrożenia od elektryczności statycznej

Początki nauki o elektryczności sięgają starożytności. Dwadzieścia pięć wieków temu grecki filozof i matematyk Tales z Miletu (620-540 p.n.e.) spostrzegł, że potarty suknem bursztyn przyciąga drobne, lekkie ciała jak cząsteczki drewniane, wiórki, słomki, puch itp.

Nazwa elektryczność pochodzi od greckiego słowa „elektron”, a elektron po grecku oznacza bursztyn. Naelektryzowanie przedmiotu może nastąpić przez: potarcie, dotknięcie przez inny naelektryzowany przedmiot, indukcję elektryczną (zbliżenie naładowanego przedmiotu).

Beniamin Franklin (1706-1790) stwierdził, że są dwa rodzaje ładunków elektrycznych: ładunki gromadzące się na potartym szkle nazwał dodatnimi, zaś na potartym ebonicie – ujemnymi. Ładunki elektryczne oddziałują na siebie, przy czym ładunki jednoimienne odpychają się, a ładunki różnoimienne – przyciągają z siłą F.  Zgodnie z prawem Coulomba:wzor

Ta siła F to Ręka Boska (!)

Bóg też nie bierze się z niczego!

Kojarzona przez kujeden z kudwa na erkwadracie – to MIŁOŚĆ

raz się przyciąga a raz odpycha

zależne od pocierania

Ameryki się co prawda nie odkrywa a pozostaje się w annałach, zwojach papirusu upchanych w Bibliotece Aleksandryjskiej po wieczne czasy. Niektóre słusznie spłonęły żeby zapoczątkować odrodzenie wiary w rozum.

Natomiast młodzież się tego musi uczyć i wyciąga wnioski na przyszłość. Młodzież sądzi, że za pomocą energii poświęconej onanizmowi można odkryć nowe lądy a nawet sięgnąć gwiazd.

Szczerze powiedziawszy, ten wzór to jest zaszyfrowana starożytna wiadomość na temat mitycznego punktu G. Czytałaś „Kod Leonarda”? Jeśli nie, to dobrze.

Tadeusz wie, że marzec to dla kotów „niebezpieczna pora”, a mimo to roz-swawola, świadom konsekwencji. Być może świadom. Pojęcia nie ma, że stał się właścicielem większej liczby kotów, niż sądzi ;)