Bezsilność

„Mimo upływającemu już okresowi świątecznemu, czasie wspólnych spotkań w gronie rodziny i jeszcze czasie oczekiwania na kolędę świąteczną przez duszpasterzy, mamy poczucie refleksji mijających Świąt Narodzenia Bożego…
Czternastego stycznia w Gminnej Bibliotece Publicznej w N’ odbył się Przegląd Inscenizacji Bożonarodzeniowych- Jasełka 2010, pod hasłem „Syn Boży w żłobie leży..”. Jasełka oficjalnie rozpoczęła dyrektor GBP, pani Maria Nowak, witając serdecznie przybyłych gości, uczniów, rodziców, nauczycieli oraz przedstawicielkę magistratu, skarbnik panią Ewę Jachym. Program jasełek rozpoczęła grupa uczniów z ZSP w Koszarowie, z przedstawieniem pt: „Jasełka”, które zostało przygotowane przez A.Kaczmerek i I.Lewicką. Uczniowie utożsamiali się ze swoimi rolami, czego dowodem było duże zainteresowanie publiczności scenami oraz dialogami, które rozbawiały widzów. „Adoracja misyjna przy żłobku”, tak brzmi tytuł jasełek, przygotowanych przez Miejskie Przedszkole w Kowalowie, pod kierunkiem pani S.Dobrej. Przedszkolaki zaczarowały uczestników spotkania pięknym śpiewem kolęd, ciekawymi strojami i recytacją dialogów. Podczas „Jasełek”, zorganizowanych przez uczniów Szkoły Podstawowej w Jaworowie, mogliśmy usłyszeć tematy kolęd zagranych na gitarze i fletach. Przedstawienie zostało zorganizowane przez panią F.Jakową i T.Serek. Młodzi aktorzy byli bardzo dobrze przygotowani do swoich ról, na scenie nie zabrakło dynamizmu, śpiewu, a co najważniejsze pięknych kostiumów i ról zwierząt, m.in. ptaków, zajęcy oraz misia. O „Zwyczajach Bożonarodzeniowych w Państwach Unii Europejskiej”, opowiedzieli nam uczniowie ze Szkoły Podstawowej w Kolonowie, którzy dzięki pomocy nauczycielek pani K.Kowalskiej i O. Malkowskiej, bardzo wiernie odwzorowali tradycję i obyczaje bożonarodzeniowe. Klasa zero przygotowała zwyczaje Włoch, pierwsza klasa Niemiec, druga Francji, a trzecia Anglii. Dzieci wykazały się bardzo dużą znajomością języka obcego, opisywanego kraju, ciekawymi inscenizacjami oraz śpiewek kolęd w języku obcym. Dodatkowo przedstawienie każdej klasy, było wzbogacone o slajdy ze zwyczajami świątecznymi każdego kraju. Tytułowe jasełka wystawili uczniowie ze Szkoły Podstawowej w Wodzimiu, pod kierunkiem pani J.babskiej i U,Zalewskiej. „A światłość ciemności świeci”- tytuł jasełek bardzo wiernie odwzorował treść przedstawienia, poprzez ciekawą rolę węża, Adama i Ewy, świętej rodziny, pasterzy i aniołów. Ciekawa scenografia i bardzo dobrze przygotowane kostiumy, przykuwały uwagę widzów. Całość przedstawienia dopełniły tematy muzyczne Arki Noego i Golec Orkiestra. Po zakończeniu każdego przedstawienia pani dyrektor wręczała dzieciom dyplomy i nagrody, a nauczycielom podziękowania za przygotowanie dzieci i organizację przedstawień. (…) Na zakończenie dyrektor GBP, podziękowała gościom za przybycie i aktywne uczestnictwo w tegorocznych jasełkach.”
Przepraszam za to, że naraziłam moich czytelników na ten kuriozalny tekst. Napisała go pewna młoda panienka, magister dziennikarstwa. Serio. Na uwagi reaguje awanturą, święcie przekonana, że pisze cudownie. W tekście zmieniłam tylko nazwy miejscowości i nazwiska – Bogu ducha winnych – nauczycieli.
Przypomniała mi się opowieść, którą uraczył mnie wiekowy już przyjaciel. Podczas wojny chodził do szkoły w zapadłej podrzeszowskiej wsi. Miał tam kolegę, który nie przepadał za nabywaniem wiedzy. Zapytał go kiedyś, czemu nie uważa na lekcjach i otrzymał rzeczową odpowiedź: „Bo to draństwo mnie mierzi i pobudza mnie do srania…”. Kto pyta – ten się dopyta, lub napyta sobie biedy.
Może panią magister(absolwentkę prywatnej – na szczęście – uczelni) wykłady i ćwiczenia też mierziły? W końcu zapłaciła, więc miała prawo wymagać. Ciekawe, czego wymagali od niej egzaminatorzy? Może warto przyjrzeć się pracom magisterskim absolwentów tego „ludycznego” uniwersytetu?
Piszę tę notkę, bo czuję się bezsilna. Przecież „toto” zapłaci i zrobi doktorat(tak się odgraża). Nic babie zrobić nie można. Formalnie to ona jest wykształcona jak cholera. Więcej takich tekstów popełniła, niektóre opublikowała w darmowych gazetkach, ktoś jej nawet za to jakieś grosiki zapłacił, umacniając ją w przekonaniu, że pisze co najmniej dobrze. Ksiądz Rydzyk też się doktoryzował – z samego siebie, a szacowna komisja oficjalnie uznała, że „wiele się od doktoranta nauczyła”. Niech sobie polscy piłkarze kopiący schodzą na psy, niech Małysz skacze niezbyt daleko, pogodzę się z wieloma innymi naszymi nieosiągnięciami, ale bronić bedę do upadłego statusu polskiej nauki. Aż upadną te magisterki! Po drugiej publikacji, świadczącej nie tylko o idiotyzmie, ale o kompletnej nieporadności językowej takiego osobnika – powinno się odebrać mu tytuł! Albo przydzielić tytuł magistra wszystkim, którzy przekroczyli 22 rok życia, niezależnie od ich umiejętności i kompetencji! W dowód osobisty wpisać albo co?
Idiomagistrzy studiów humanistycznych(sic!) nie odróżniają Berlioza od berlieta, Grotowskiego od Grota-Roweckiego, Begerowej od choroby Bergera, Rubika od Rubikonu, konia od dyszla, charta od hartu… Do garów, psiakość! Chociaż nie – wolałabym nie być przez nich karmiona, zapewne właśnie jakiś magister żywienia uraczył Tadeusza rozmoczonymi szczątkami rybopodobnymi w drogiej knajpie.
Polska edukacja była na najwyższym światowym poziomie, potem ją zreformowaliśmy, nie zauważając, że reformy nie dość, że używane, to w dodatku niedoprane. Powtórzyliśmy wszystkie błędy szkolnictwa zachodniego, nie wiedząc, że zazdrości nam ono znakomitych wyników. Na fali reformowania wszystkiego – byle jak i prędko – popłynęliśmy w stronę rynsztoków. Łatwo było naród wkręcić – ciekawe, kto to odkręci?

Tagi: , , , ,

Odpowiedzi: 47 to “Bezsilność”

  1. snoopy Says:

    P R Z E R A Ż A J Ą C E !!! Aż trudno uwierzyć!

  2. defendo Says:

    Prawda, Snoopy? A jednak – mam oryginał, z autografem autorki(bo zażądałam, żeby podpisała). Do niedawna do „dzieło” wisiało na stronie internetowej instytucji, która ją przyjęła na staż, Jej szefowa liczy dni do końca tej współpracy. Tekst zdjęła, kiedy do niej zatelefonowałam, równie przerażona jak Ty. Nie przyszło jej do głowy, żeby sprawdzić, jak absolwentka dziennikarstwa(sic!) poradziła sobie z napisaniem krótkiej notki informującej o przebiegu imprezy.
    Niedawno w telewizji wypowiadała się inna magister-poseł. Mówiła o Chlebowskim, że on taki wpływowy. Wprawdzie mam dość młócenia tego tematu, ale zaczęłam jej słuchać, bo ta opinia wydała mi się dość …egzotyczna. Okazało się, że pani ma na myśli to, że Chlebowski łatwo ulega wpływom, bo wypowiedź rozwinęła. Jasny gwint!

  3. TadekKuranda Says:

    A już miałem pisać o Sasnalu w aspekcie kiczu wysokiego na tle rozważań o wartości sztuki polskiej w trendach sztuki światowej, a tu temat się zmienił! Znowu to samo, człowiek chce do domu a tu kelner przynosi następną wódkę zamówioną przez panią z tamtego stolika.

    Po co te emocje? Jakby nie było się czym przerażać? Edukacja nie jest wszystkim potrzebna. Nawet wszystkim dziennikarzom. bzdurą jest też unifikacja wiedzy. Pozycja społeczna zależna od wykształcenia? Punkty za wykształcenie zależne od punktów za pochodzenie społeczne? Te wszystkie handicapy, parytety, punkty za pochodzenie, itp. System nauczania nareszcie się skomercjalizował i nie trzeba być dostojnikiem partyjnym, żeby mieć tytuł naukowy, a gruntowna wiedza na temat budowy cepa, czy różnic między Bleriiotem, berlietem a Berliozem jest potrzebna tylko przy rozwiązywaniu krzyżówek.
    Życie pokazało, że można być nawet prezydentem RP po kursach marksizmu i leninizmu i posiadając dyplom Akademii wojskowej okupanta, żeby być prezydentem, można zapomnieć, że nie ma się dyplomu magistra i też być prezydentem RP, można być elektrykiem po podstwaówce i również nie tracić kwalifikacji do tego żeby zarządzać państwem. Piłsudski twierdził, że państwem kierować może jego kucharka. Tamte i też ten wspomniany przypadek pani Beger pokazał nam „jak zwyciężać mamy”.

  4. TadekKuranda Says:

    Mój syn koniecznie chciał studiować dziennikarstwo. Kilku wykładowców tej uczelni to moi koledzy, więc popytałem. Dowiedziałem się tyle, co sam wiedziałem, że wystarczy dobra praktyka w jakimś dzienniku a studia w tej dziedzinie to strata czasu.
    Ktoś inny powiedział mi: historia, to jest to! Daje świetne przygotowanie merytoryczne a poza tym, co ważne, wykładają tam mądrzy ludzie o świetnych kwalifikacjach, bo trudno być historykiem nie mając do tego szczególnych predyspozycji. Sam byłeś dziennikarzem więc o tym zapomnij, że tego trzeba się jakoś specjalnie uczyć – to natura. A jeśli tylko ambicja to wykruszy się w praniu, na pierwszej linii frontu, bo zawód ten jest trudny i wymaga konsekwencji przez wiele lat jałowego mozołu.

    Jeśli nie ma się takiej natury to staje się trudną do zniesienia konsekwencją. Trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć – jak mówił Lenin. Nikt nie obiecuje, że będzie się w czymkolwiek dobrym fachowcem. Każdy ma jakieś predyspozycje i dobrze jeśli w swoim życiu napotka na dobrego, mądrego nauczyciela, który pozwoli uwierzyć na zawsze, że trzeba z siebie zawsze dawać wszystko, nie licząc się z kosztami.

    Ale powiedz to swojemu dziecku.

    Żeby być dziennikarzem nie trzeba dyplomu bo to nie jest działalność naukowa ani też branżowa. Żeby być chirurgiem trzeba przejść przez cały szereg barier kwalifikacyjnych i wciąż swoje kwalifikacje podnosić, żeby być architektem i konstruktorem również trzeba mieć odpowiednie wykształcenie i stosowną wiedzę, itd. Natomiast żeby być dziennikarzem, nie trzeba żadnej specjalistycznej wiedzy, podobnie taka wiedza nie jest wymagana żeby być np. politykiem.

    Aspekt społeczny
    Wspomniana pani dziennikarka (podobnie jak posłanka Beger) znakomicie mieści się w ogólnym schemacie konstrukcji naszego społeczeństwa, ale też każdego społeczeństwa, gdzie struktura społeczna jest przecież zależna od możliwości powiązań. Jedne struktury łączą się z innymi w jakiś społeczny, narodowy monolit, bo jest to możliwe, a struktury te powstają z jednostek-atomów, które je tworzą. Można zatem określić to jako „byt powiązany”, gdzie żadne cechy jednostkowe nie mają już znaczenia bo tworzą ogólną mądrość ławicy. Wszystko jest już poza oceną. Mądrość, prawo i sprawiedliwość dotyka tylko niektórych, jednostki.
    Np. posłanka Beger sfałszowała kilka tysięcy podpisów, dzięki czemu została posłanką. Znamy tylko ten przypadek i nie wiemy ilu posłów reprezentujących „nas” zasiadało w parlamencie, ale PiSowi do wygranych wyborów potrzebna była koalicja, więc bez zająknięcia sięgnęło po takich koalicjantów, jak Samoobrona i LPR tylko po to żeby zdobyć władzę. Bo przecież o władzę chodzi! Czy taki konglomerat reprezentuje jakąś mądrość? Czy do tej reprezentacji wystarczą medialnie wyeksponowane i spreparowane jednostki?
    Od tego jest dziennikarstwo, żeby wysupływać te jednostki. Pokazywać Wam w dzień i w nocy, kiedy leżycie wygodnie w łóżeczku że tam posłanka za was nastawia pierś w niejasnej sprawie. A gdzie indziej dziennikarka stojąc na mrozie, po pachy w zaspie, relacjonuje jakieś durne jasełka w przedszkolu. Sami byście się tam nie pchali, ale przecież są na posterunkach ci dzielni ludzie.
    To fakt, że niewielu z nas cokolwiek zyska fałszując podpisy, o pierdlu nie wspomniawszy, ale przecież „niektórym” uchodzi to na sucho, bo trwają na pogotowiu i stoją u wezgłowia z immunitetem. Bo są naszą reprezentacją, chronią nasze interesy od wychodka po parlament. OK, być może chodzi o racje wyższe, o interes społeczny?
    Powstaje pytanie, jaki jest ten interes społeczny? My czy oni? Czym jest ta czwarta władza? W czyim działa interesie?

    …a imię jego czterdzieści i cztery
    Oglądałem wywiady z ludźmi, którzy rzetelnie głosili mądre swoje przemyślenia i wyniki badań historycznych w telewizji… „Trwam”, należącej do sławetnego o. T. Rydzyka. Te wywiady – m.in. Cenckiewicza, który pisał o TW Bolek – nie mogły się ukazać na żadnej innej antenie. Dlatego właśnie tam. Dlaczego?
    Również dziennikarstwo śledcze w swoich dochodzeniach prawdy o tym co dzieje się w Polsce rzucane ma „kłody pod nogi”, bo „zupełnie niepotrzebnie” zajmuje się powiązaniem polityki z biznesem i zorganizowaną przestępczością (mafia-biznes-polityka).

    Na pewnym poziomie pozyskiwania i udostępniania informacji, zawód dziennikarza znajduje się w skrajnej, czerwonej strefie na skali najbardziej niebezpiecznych zawodów. W Rosji zamordowano już wielu dziennikarzy, ale gdyby to było za Stalina to zamordowano by wszystkich i jeszcze tysiące krewnych, znajomych, sąsiadów i innych, więc to co i my mamy wpojone przez okupanta musi wymrzeć z tamtym pokoleniem. Czerwona zaraza jest gorsza od ptasiej grypy bo nie jest medialna.
    Minister Zdrowia Ewa Kopacz twierdzi, że koncerny farmaceutyczne napędzają medialną histerię, żeby zarobić na medialnej pandemii…. podają media.

    Toż to przecież czwarta władza!
    Przyznam się Wam, że opracowując (kiedyś tam) skład pisma żużlowego miałem problem z zapełnieniem miejsca na 3/4 kolumny – nie dali zdjęć i tekstu. Nie było już czasu na czekanie na materiały. Napisałem więc dramatyczną relację z dwóch ostatnich okrążeń, bawiąc się całą gamą spostrzeżeń z zażartej walki żużlowców – i nikt z redakcji, ani czytelników tego nie zauważył, że tekst był mój, obcy… mówili, że dobry.

    W 1981 roku mozolnie spisywałem z taśmy (na nocnym dyżurze) relację z wrocławskiego wystąpienia Wałęsy, którego to wystąpienia byłem świadkiem. Jednak miałem ogromne kłopoty z przełożeniem tego co Wałęsa mówił na coś co byłoby zrozumiałym w ludzkim języku przesłaniem a nie zupełnym bełkotem. Poprawiłem to przemówienie tak, że wódz mógłby poprowadzić naród w dowolnym kierunku. Wydrukowano. Tu akurat czuję się usprawiedliwiony z tego pudrowania wodza, bo przecież dlatego często dziennikarze relacjonują a nie „puszczają na żywca” bo… się zwyczajnie nie da inaczej.

    Inną historyjką jest moje spotkanie w sprawie reklamy w Wieczorze Wrocławia z Redaktorem Rubinem – redaktorem naczelnym. To było gdzieś tak 20 lat temu. Zastanowiło go moje nazwisko i spytał czy mój ojciec nie był bokserem, mistrzem polski, IKS? Potwierdziłem. Rubin powiedział, że jako młody dziennikarz sportowy pisał relacje z walk mojego ojca, ale… nie był niestety na żadnej. Chciał zawsze poznać mojego ojca, ale nie było przez tyle lat okazji. Powiedział tylko: To tylko było propagowanie sukcesu, a nie przyczynienie się do niego, ale czuję poprzez to, że o tym pisałem jakąś wielką życzliwość i wspólnotę. Ojca proszę pozdrowić najserdeczniej.
    Warto się zastanowić, kiedy cudze sprawy stają się też nasze? W przypadku relacji z jasełek w przedszkolu to jest dopuszczalne bo zaadresowane, i też na miejscu, bo sprawia, że uczestnik tych jasełek staje się kimś ważnym. To dużo dla takich małych społeczności.

    Opowiem jeszcze wiele mówiący dowcip” o wykształceniu w naszej ojczyźnie.

    Komisja egzaminacyjna instytutu prawa, przed stołem egzaminacyjnym siedzi młody kandydat na prawnika. Pada pytanie ze strony przewodniczącego komisji: Proszę powiedzieć, cóż takiego pana skłoniło do tego żeby studiować na naszej uczelni?
    Odpowiedź kandydata: Taaaato, weź przeeeestań….

  5. TadekKuranda Says:

    A może jeszcze jedną historyjkę opowiem?
    Kiedyś współpracowałem z pewną kliniką jako redaktor projektant i doradca w sprawach poligrafii i produkcji reklamowej. Pan profesor, siedząc ze mną i współpracownikami przy stale prezydialnym wysłuchiwał moich relacji z opracowanych przeze mnie cenników i możliwości produkcyjnych. Co chwilę pytał o coś grzecznie tytułując mnie „inżynierem”. Dwa razy próbowałem goi poprawić, mówiąc że nie jestem inżynierem. Profesor jakby tego nie słyszał, aż kiedy po raz kolejny zwrócił się do mnie „panie inżynierze”, odezwał się jego asystent grzecznie się wtrącając: ależ pan Tadeusz nie jest inżynierem…
    Pan profesor poczerwieniał na twarzy i wrzasnął do niego: czy pan mówi do swojego chuja? Nie widzi pan różnicy? Ja mam uszy!
    – Na tym się skończyła moja współpraca.
    Zastanawiałem się długo co się właściwie stało, że taka była reakcja profesora?

  6. yoyo Says:

    A ja mam ,hehehe,podstawowe wykształcenie.Magistry w morde kopane.Pewnie bym mógł jakąś szkołę ukończyć,ale po co?Świstki to pikuś,sorry,pan pikuś.Ale Gosia masz rację,poziom edukacji to dno dzisiaj.Choć jako nieuk,nie powinienem się wypowiadać.Zamilczę zatem.
    howgh

  7. TadekKuranda Says:

    YoYo, jak się cieszę, że chociaż nauczyłeś się pisać!

  8. nameste Says:

    A przecież coś łączy Yoyo z Autorką bloga tego: praktyka przyklejania znaków interpunkcyjnych do wyrazów wbrew obowiązującym (i przecież banalnym) regułom.

  9. yoyo Says:

    Tadek nauczyłem się pisać i czytać w przedszkolu.Szkoła nie nauczyła mnie praktycznie nic.Jako 10 latek,znałem całą trylogię i większośc książek LEMA.Mitologię znałem na wyrywki,no ale dziadek Grek.Gdy wywalali mnie z kolejnych szkół,zastanawiałem się jak może j.polskiego uczyć osoba nie wiedząca nic np. o „Ugropowaniu literackim 66”,twórczości Jana Drzeżdżona etc.
    Jak widzę nic się nie zmieniło,bo kilka lat żyłem z polonistką,dla której wyżej wymienione pozycje,też były abstrsakcją.

  10. yoyo Says:

    abstrsakcja-fajny neologizm…kurde, co by to miało znaczyć?hehe
    howgh

  11. TadekKuranda Says:

    Wszystko OK, ale poznanie twórczości Sienkiewicza, Lema i Dżeżdżonia nie zwalnia młodego człowieka od pewnej, wymaganej sumienności, którą jest uczęszczanie do szkoły i uczenie się również różnych innych rzeczy. Oczywiście, zwykle jest tak, że uczymy się rzeczy zupełnie nieprzydatnych w późniejszych życiu. Jednak ucząc się nigdy nie wiemy czego nas ta nauka uczy i do czego przygotowuje.
    Ja np. uczyłem, się: locji-nawigacji, meteorologii, teorii budowy statków, teorii silników, technologii metali, spawania, frezowania, szlifowania, kowalstwa, stolarstwa, taklarstwa (splatania lin), gotowania, mechanizmów okrętowych, elektrotechniki, hudrauliki, kowalstwa… ect, ect.
    A jestem grafikiem, bo zawsze tego chciałem, jednak nic mnie nie takiego zaskoczy, jak zaskakuje wielu moich znajomych, którzy niczego zrobić nie potrafią. Nie zaskoczy mnie też Jan Dżeżdżoń i konieczność położenia kafelków, czy wymiana instalacji hydraulicznej, jestem specem od poligrafii i poskładania komputera z małych kawałeczków bo to wszystko potrafię. Posiadam wiele umiejętności właśnie dzięki szkołom. Również dzięki głupim nauczycielom i tak samo dzięki mądrym. Wciąż się czegoś uczę i nie wydaje mi się abym umiał już dość dużo, żeby już nic nie musieć umieć więcej.

  12. TadekKuranda Says:

    Wiem też sporo o Sasnalu, ale już się zmęczyłem.

  13. mniemanolog Says:

    Autorka wyżej wspomnianego dzieła zrobiłaby karierę w lokalnym radyjku, gdzie usłyszałem jak prowadząca wywiad co drugie zdanie kończyła słowami „i tak dalej”. Nie pamiętam tematu wywiadu , zapamiętałem itd.
    Zrobi dziewczę doktorat, bo jak nie to się udusi.

  14. tercybiades Says:

    Ta Pani jest magistrem… ?
    Dyplom uczelni wyższej i tytuł magistra zawsze robił na mnie wrażenie, tak jest i tym razem. Do tej pory, jednak kląłem własną głupotę, brak czasu i cierpliwości w związku z lukami w moim wykształceniu, a tu zaskoczenie. Przeczytałem i poczułem się w sobie lepiej, wygodniej i może te studia jakoś zrobię, przy okazji, jakimś przyśpieszonym rocznym trybem. Nie żebym był taki zdolny, ale mówić w miarę poprawnie potrafię i dwa, byle jakie zdania sklecić też. Kto wie może mnie na starość kariera czeka?
    Defendo, podzielam oburzenie.

  15. Torlin Says:

    Wiesz Defendo, do pewnych zawodów trzeba mieć po prostu talent. I tak jest i z malarstwem (rysunkiem), jeden narysuje od niechcenia lekko tylko zarysowaną postać, a wszyscy wybałuszą oczy z podziwu, innych pies będzie przypominał słonia. I żadne studia malarskie tego nie zmienią, one po prostu nie dadzą talentu.
    Język polski ma swoją melodię, trzeba się jej podporządkować, język to nie jest tylko zbiór słów zapisanych zgodnie z zasadami.

  16. cogitomen Says:

    Szanowny panie Tadeuszu Kuranda – udało się w końcu na tyle mnie zaintrygować osobą niejakiego artysty malarza o nazwisku Sasnal ,iż bardzo pana proszę o ‚garść’ informacji przy okazji kolejnego z pańskich komentarzy o wyżej wymienionym. Myślę ,że postać jest na tyle ciekawa/interesująca by swoją wiedzę o tym panu pogłębić ,a może Ty droga moja Def podejmiesz się tego tematu. To byłaby prawdziwa ‚uczta’.
    Pozdrawiam ciepło c.

  17. yoyo Says:

    Tak a propos j.polskiego:
    Profesor filologii polskiej na wykładzie:
    – Jak państwo wiecie, w językach słowiańskich jest nie tylko pojedyncze zaprzeczenie. Jest też podwójne zaprzeczenie. A nawet podwójne zaprzeczenie jako potwierdzenie. Nie ma natomiast podwójnego potwierdzenia jako zaprzeczenia.
    Na to głos z ostatniej ławki:
    – Dobra, dobra…

  18. TadekKuranda Says:

    Yoyo, ten dowcip już tutaj (u Def) opowiadałem ale, nie zaszkodzi w kółko go przypominać, aż się utrwali ;)

    Cogito, miałem chęć o tym pisać przy okazji kiczu, lecz wciąż nowe wątki pojawiające się tutaj, tak daleko wywiodły mnie w las rzeczy, że wolałbym już się tylko dopisywać do szerszych cudzych wywodów na ten temat. Dobrym pomysłem jest aby nakłonić Gospodynię żeby co upichciła, ale czy zechce?
    O Sasnalu powiem tylko, że jest mi obojętny jako twórca i obojętne mi jest jego tworzywo, natomiast, popularność tego nazwiska mnie zdumiewa po przestudiowaniu jego twórczości malarskiej. Próbowałem zasięgać wiedzy u teoretyków sztuki, lecz wszyscy bąkają coś o banale i braku rzemiosła a nikt nie powie wprost co takiego sprawia, że jest jak jest. Sam Sasnal powiedział gdzieś, że sam nie rozumie o co chodzi.
    Filmów Sasnala nie widziałem.

  19. TadekKuranda Says:

    Kreowanie rynku sztuki jest czymś podobnym do rolnictwa. Trzeba zaorać, zasiać, dbać aż wysokie wyrośnie a potem zachwalać tak żeby jak najdrożej sprzedać. Natomiast wartościowe dzieło z czasem procentuje lepiej niż państwowe obligacje. To nasze, polskie poletko rynku sztuki praktycznie nie istnieje. Dlatego pewnie Sasnal sprzedaje w Londynie a nasz szokuje tylko informacjami o tym za ile tysięcy funciaków sprzedaje jedno płótno. Należy do tego, nielicznego grona artystów, którzy sprzedają swoje dzieła zanim zdążyli je namalować. Może i dobrze? Niech się ludziska obudzą z letargu.

  20. TadekKuranda Says:

    Jedynymi, którzy rozumieli rynek sztuki i potrafili ten rynek tworzyć w Polsce, a także nim manipulować byli panowie Bagsik i Gąsiorowski. Nie rozumiem dlaczego nie zostali ministrami a banitami, w końcu zrewolucjonizowali polski system bankowy – zastali drewniany zostawili murowany ;)
    Zjawisko Sasnala jest właśnie zjawiskiem z dziedziny inwestowania. Nie jest rzeczą dziwną, że bardzo wielu ludzi nie ogląda dzieł sztuki na klęczkach, tylko pytają ile to kosztuje. Właściciel galerii, który jakieś dzieło sztuki wiesza na ścianie siada pod nim i rozwiązuje krzyżówkę nigdy na tym rynku nie zafunkcjonuje i nigdy nie zarobi pieniędzy, tak jak pieniędzy nie zarobi pani z kiosku ruchu. Prawdziwy handel sztuką to, jak już powiedziałem, operacje finansowe. Często bardzo skomplikowane. Galeria, która się liczy na rynku to taka, która ma stałą klientelę spośród kolekcjonerów i handlarzy. Właściciel takiej galerii jest absorbowany przez klientów i sam rzetelnie penetruje rynek w poszukiwaniu czegoś wiarygodnego a także w poszukiwaniu nabywców – to poważne przedsiębiorstwo z prawdziwym marketingiem, bogatą wiedzą i szerokimi znajomościami w różnych środowiskach.
    Najgorszy gniot może być uznany za arcydzieło a twórca okrzyknięty geniuszem, bo to się bardzo opłaca – jednak trzeba mieć szereg możliwości żeby tak powiedzieć, więc może tylko nie byle kto. Oprócz galerii są również giełdy. To wyższy poziom handlu sztuką. Tam się dzieła i inne rzeczy nobilitują, bo trzeba naprawdę sprzedać i kupić. Cena zakupu jest potwierdzoną wartością a obraz czekiem podpisanym przez autora. Ten czek wchodzi teraz do obrotu jako konkretna wartość inwestycyjna.

    Wyobraźmy sobie taką zabawną sytuację: Na ścianie powiesiłem sobie obraz Sasnala wart 300 000 funtów. Nawiedza mnie komornik w sprawie niezapłaconych alimentów i nie znajdując w moim skromniutkim mieszkaniu nic wartościowego zajmuje telewizor wart 700 zł, bo właśnie nie znalazł niczego wartościowego.
    Ten sam komornik wchodzi do mieszkania bogatego biznesmena i najpierw rzuca się na ściany i zdejmuje obrazy kupione w jakimś butiku sztuki, lub też malowane przez małżonkę ich właściciela.
    Bardzo śmieszne, ale też pouczające, jak można szacować wartość czegoś przeliczając na miliony dolarów co nie jest pieniądzem a podlega koniunkturze i wszelkim powiązaniom z rynkiem finansowym.

    O Sasnalu mówi się, że jest interesujący, ale niewiele więcej, jak przypuszczam – bo nie śledzę uważnie i nie pamiętam dokładnie tego co się o nim pisze. Nie mam takiej potrzeby. Jednak kiedy słyszę, że właśnie ma sporą wystawę w Barcelonie, to rozumiem to właśnie rynkowo – ktoś pracuje nad tym żeby tam robić interesy i spenetrować tamtejszy rynek. Jakość sztuki tu nie ma nic do rzeczy. Sztuki nie należy oglądać na kolanach a już najmniej ufać krytykom sztuki.

    Oglądałem jakiś film o Indyjskim słoniu, który malował bo mu dano do trąby pędzel i nauczono co ma robić. A ten malował i malował jak głupi. Zrobiono z jego dzieł „wystawę indyjskiego, nowoczesnego artysty”. Zaproszono wielu dostojnych i utytułowanych, były kieliszki, ktoś nawet podstawiał mikrofon pod nos krytykom, którzy mówili coś w rodzaju: postmodernistyczny abstrakcjonizm, zdradzający wyraźny wpływ wczesnych prac Jamesa Polloka.

  21. K.L.daV. Says:

    nie zcytaliście?
    http://toteraja.wordpress.com/2010/01/29/wizyta/

  22. cogitomen Says:

    Dziękuję panu panie Tadeuszu Kuranda za garść pańskich przemyśleń (sądzę , że bardzo interesujących). Co do pańskiego „Dobrym pomysłem jest aby nakłonić Gospodynię żeby co upichciła, ale czy zechce?” – cóż ,aż takiego wpływu na naszą kochaną Małgosię niestety nie mam (a może stety?..). Może powiem tak; ‚pożyjemy zobaczymy’.
    Pozdrawiam ciepło c.

  23. _Aleksander Wielki1 Says:

    Małgoś TYLKO Ty jedna prezentujesz „człowieka kompletnego” przecież wiesz.

  24. _Aleksander Wielki1 Says:

    A właściwie to w p..dę jeża z tymi wszystkimi ksiązkami, bo to nie one tworzą rzeczywistość, a tylko ona się liczy.

  25. yoyo Says:

    Zmarł Salinger, autor „Buszującego w zbożu”.Ciekawe magistry,kto z was toto czytał?Ja debil owszem.

  26. TadekKuranda Says:

    Yoyo, niepotrzebnie się tak nad sobą roztkliwiasz, a jeszcze bardziej, daj sobie spokój z Salingerem. Ty polski Grek, a on polski Żyd, Maryja dziewica – królowa Polski… Żydówka? Tu już o nic nie może „chodzić”. Jak królowa Polski, to musiała być niezłą laską, więc wszystko jest możliwe.
    Yoyo, kiedy zamykam oczy żeby zasnąć, często słyszę w głowie ten utwór Beatlesów o „JoJo”, choć zazwyczaj nastrojowo jestem bardziej „A Hard Day’s Night”, kładę się spać, bo już nie mogę usiedzieć w pionie w fotelu, ale wciąż to jojo: dzień, noc, buty, marynarka, skarpety, podłoga, sufit…
    Pewnie kiedyś spotkamy się przy barze i dziabniemy za tych co już w niebie więcej mogą niż my tutaj, a wielce się przysłużyli tutaj właśnie tym co szukają własnych kątów. Ja wybieram zawsze kąt prosty. Salinger mógłby być niezłym kompanem.

  27. TadekKuranda Says:

    91 lat to jeszcze młodziak przy mojej babci, 98!
    Każdy ma tyle życia ile ma… albo ile potrzebuje.

  28. Rojpli Says:

    Defendo, chcialoby sie zaklac siarczyscie. Ale czego ty wymagasz od mlodej osoby, kiedy domniemany crême de la crême polskiego dziennikarstwa, w najbardziej poczytnym tygodniku blyszczy takim oto stylem:

    „Bo główny nurt (języka, przyp. moj) – poza zastygłym na dawnych pozycjach środowiskiem Leszka Balcerowicza – sapiąc i stękając, pod przymusem stopniowo odkrywającej się rzeczywistości, przedreptał od entuzjastycznego, hurrarynkowego kultu uświęconej ideologicznie wolnej przedsiębiorczości, prywatyzacji, sektora finansowego, od wiary w cudownie nieomylną samoregulację, do sceptycznej logiki ostrożności, nieufności i obaw wobec przedsiębiorców, gotowych pomnażać zyski wszelkimi sposobami i kosztem wszystkich dookoła.”

    A inny tygodnik, o wspanialej historii, do dzis znamienny wysokim poziomem intelektualnym i otwartoscia – toleruje w pobocznej recenzji plyty taki oto stylotok:

    I trudno nie patrzeć z radością na metamorfozę niegdyś młodzieńczego bandu o surowym grunge’owym sznycie, który idąc po (skądinąd autentycznej i przekonującej) linii najmniejszego oporu, zdobył na początku lat 90. ogromną popularność.

    czy

    Eklektyczne patenty aranżacyjne spiętrzone na drugich planach (…) nie ujmują utworom wyrazistości i dojmującej bezpośredniości.

    Defendo, ludowa madrosc mowi ze ryba psuje sie od glowy, Ktos tej osobie to dziennikarstwo wykladal, ktos jej teksty akceptowal, etc. etc.

  29. TadekKuranda Says:

    Rojpli – sugerujesz że nie wkładał (mu/jej) ojciec i matka? ;))))

  30. TadekKuranda Says:

    pardą: wykładał.
    A a mrożona i wędzona ryba (po obróbce) psuje się po całości.

  31. Rojpli Says:

    @TadekKuranda

    Matka z ojcem mogli „wpoic” kulture jezyka, ale nie musieli. Od wykladajacych dziennikarstwo nalezaloby conajmniej dbalosci oczekiwac. W naiwnym mniemaniu moim.
    Rzecz w tym tez ze korekta kosztuje i jako taka zdaje sie koncernom medialnym zbedna.
    Last but not least: suma inteligencji na planecie jest stala. Populacja rosnie.
    Jest to tzw. aksjomat Cole’a.
    Wydaje mi sie ze podobna zasada dotyczy profesjonalizmu.
    W moim intuicyjnym odczuciu za Poprzedniego Systemu mielismy mniej dziennikarzy a wiecej hydraulikow. Teraz jakby poziom zawodowy hydraulikow sie podniosl a dziennikarzy obnizyl. W przypadku tych ostatnich z oczywistym przechylem wynikajacym z tego ze nie ma juz Partii a jest, symbolicznie, Doda. Ale to juz zupelnie inna historia.

    Nie ma juz nowomowy, jest niumedialpolisz.

  32. TadekKuranda Says:

    Poprawność nowomowy podlegała wpierw cenzurze, potem korekcie, więc teksty były bardziej „wygłaskane”. Teraz, w większości małych wydawnictw, styl korekty i jakość tekstów zależy od ekonomii. Zwyczajnie nie opłaca się wydawcy zatrudniać korektora. Cały cykl wydawniczy, poprzez zredukowanie stopni kwalifikacji tekstów, został skrócony. Dzięki temu wydawanie takich gazet jest tańsze, i choć często ich jakość oburza językowych purystów, to taka oszczędność ma sens. Gdyby nie to, nikomu nie opłacałoby się wydawać lokalnych gazet w małych miejscowościach.

  33. TadekKuranda Says:

    Ja nie piszę teraz do gazety i sam nie mam czasu czytać i poprawiać. Sadzę mnóstwo błędów, których się nawet wstydzę z powodu literowego nieporządku, al;e nie mam czasu na ich polerowanie. Jest jak jest i kuniec.

  34. Rojpli Says:

    @TadekKuranda

    To nie jest problem jezykowego puryzmu, tylko elementarych wymogow: ortografii, skladni czy ogolnego zrozumienia tekstu, ktory sie nie tyle napisalo – co strescilo z innego zrodla. Czytam pewne teksty i mam wrazenie ze piszacy w ogole nie rozumie o co chodzi. O jakosci tlumaczenia, jezeli takowe bylo po drodze.

    Gdzie tu miejsce na jezykowy puryzm, kiedy czolowy publicysta „Polityki”, piszac o projekcie tzw. tarczy antyrakietowej uzywa frazy „wypadlismy z tarczy”, kiedy mnoza sie kolokwializmy.

    Jest jak jest i kuniec – przy takiej ilosci tekstow jaka przy dzisiejszych mozliwosciach technicznych powstaje – ich poziom, w kazdym wzgledzie, spada w okolice zera.
    Identyczna sprawa jest z wyzszym wyksztalceniem i jego ranga.

    Summa summarum: bohaterka wpisu Defendo kilkanascie lat temu mogla nie zdac matury, nie dostac sie na studia. nie dostac pracy w mediach i prawdopodobnie nie pomyslalaby nawet o doktoracie. Dzis moze zostac nawet rektorem kolejnej Prywatnej Wyzszej Szkoly Nauk Mediowo Mulitmedialnych im. Meczennikow Oligocenu w Pinczowie.
    Jezeli cos moze robic kazdy to nikt tego nie bedzie robil dobrze.
    CBDO :-)

  35. defendo Says:

    Gorzko, prawda? A kwiatki na tej łączce się mnożą. Czytam podpis pod zdjęciem, na którym widać zmarznięte kuropatwy na skraju lasu: „Zima to szczególnie ciężki okres dla ssaków”(!).
    A walczyć trzeba! Choćby nawet w ten sposób, żeby zadufanym dziennikarzynom na forach ich własnych gazet błędy wytykać, choć to zajęcie bardzo męczące. Może jednak ktoś to przeczyta. Choćby szef – i zmniejszy im stawkę? Najlepiej do zera…
    Lubię kolokwializmy, lapsusy językowe, zwłaszcza gdy są efektem przejęzyczeń, często dodają wdzięku skądinąd nudnawemu mówcy. Jeden z moich ulubionych wykonał pewien polityk, zwracając się do „penisariuszy zakładu opieki”(powtórzył to kilka razy, więc obawiam się, że to nie była zwyczajna omyłka), inny oficjel witał członków Związku Hodowców Owców, a najładniejsza literówka, jaką znam, to reakcja pewnej czatowniczki, która „wydęła suteczka” miast usteczek. To jednak błędy, które dodają wdzięku autorom, w pewien sposób uprawnione ;)
    Rojpli – miło, że czasem tu jednak zaglądasz :)
    W sprawie Sasnala – chyba czegoś ta ich grupa chciała, potem się wypaliła. Podzielam Twoją opinię, Tadeuszu…

  36. TadekKuranda Says:

    Rojpli, masz poniekąd rację!
    Nawet podobają mi się ci męczennicy oligocenu.
    Upieram się jednak przy ekonomice bardziej niż przy ortografii. Przy tym żeby robić, niż żeby nie robić.
    Swojego czasu (1991-93) szkoliłem zespoły redakcyjne nowo powstających gazet regionalnych. Takie problemy redakcyjne, jak kwalifikacja, czy korekta tekstów, dla ludzi „zaczynających” w tym zawodzie były dziwnymi pojęciami. Ważne w moim rozumieniu było jednak nie to jak piszą, ale że lokalna społeczność poprzez tych ludzi ma coś do powiedzenia. Ci ludzie wiedzieli, że ich regionalność jest nieinteresująca dla prasowych potentatów. Brali zawiadywanie lokalną informacją w swoje ręce. To było ważniejsze od ich umiejętności dziennikarskich.
    Nie wiem skąd pochodzi cytowany przez Def artykuł, ale sądząc z treści raczej nie z Gazety Wyborczej.
    Moim zdaniem nieporadność tego tekstu nie jest naganna i z pewnością nie jest jakąś ogólną tendencją, kiedy powinniśmy już podnosić larum nad upadkiem dziennikarskiej rzetelności.
    Jako anegdotkę mogę podać przykład ze swojego podwórka. Kiedy byłem (1991r.) na szkoleniu w firmie ORKLA (obecnie ponad 50% rynku prasowego w Polsce) w Friedrikstadt w Norwegii, na posiedzeniu redakcji lokalnej gazety skrytykowaliśmy sposób kwalifikowania tekstów do lokalnych gazet, które wydawane były w tym mieście (70 000 mieszkańców). Chodziło o to, że niusem z pierwszej kolumny była informacja o tym, że jakiś samochód potrącił pieska emerytki. Norwedzy bardzo upierali się przy swoim. Przekonał nas argument: u was jest rewolucja, więc macie ważniejsze tematy, szczególnie te dotyczące polityki, bo wszystko się u was rodzi od nowa. U nas najważniejszą rzeczą jest budowanie lokalnych więzi na poziomie sklepu, szkoły, przedszkola i kościoła – świat jest na drugim miejscu… polityka na piątym, lub dziesiątym. Lokalność informacji rozpowszechnianych w małych aglomeracjach jest głównym ich atutem. Ich jakości nie wolno zwalczać, bo przecież same upadną jeśli te społeczności ich nie zaakceptują. Żywotność takich gazet polega właśnie na ich stylu dopasowanym do czytelnika, a nie do uniwersyteckich prawideł.
    Zrozumieliśmy, chociaż rewolucjoniści…

  37. TadekKuranda Says:

    REKLAMA zamieszczona w jednej z gazet:
    POSEZONOWA WYPRZEDAŻ NAGROBKÓW!
    Można i tak, ale za takie treści gazety nie biorą odpowiedzialności.

  38. Z cyklu: sztuka najbardziej wyprowadzająca mnie z równowagi « Torla – kamienna wioska Says:

    […] I dotyczy to wielokrotnie bardzo znanych nazwisk. Chciałbym, abyście koniecznie przeczytali komentarz Tatka Kuranda piszącego w blogu Defendo. Bardzo mądre są jego […]

  39. Rojpli Says:

    @Defendo

    Zagladam w miare czesto, ale do dodania mam cos rzadziej:-) Czytam z zainteresowaniem. Problem teraz przez ciebie poruszony interesuje, jak wiesz, rowniez i mnie :-DD

    @TadekKuranda
    Alez ja nie mam nic przeciwko lokalnym gazetom piszacym o tym straz pozarna musiala zdjac z drzewa kota pani Jankowskiej, przy parafii sw. Jozefa otwarto kolko plastyczne, a w szkole po lekcjach bedzie kurs komputerowy. Niejakie wrazenie zrobila kiedys na mnie lokalna gazeta w Polnocnych Niemczech. Na stronie tytulowej byla informacja o kolejnym zawirowaniu w Strefie Gazy, z wymiana ognia i rannymi. Na drugiej czy czwartej stronie zobaczylem ilustrowany zdjeciami artykul na pol strony o tym ze w miejscowosci Scharbeutz splonela „Imbissbude” czyli, z grubsza, smazalnia kielbasek.
    Szczegolna to perspektywa ale jako taka dana gatunkowi ludzkiemu. Chwala Bogu ze ludzie nie zyja wciaz fobiami, egotyzmem i wzajemnymi podchodami tzw. klasy wyzszej, dobrze o ile nie wiaze sie one z przemoca.
    Niech to jednak bedzie pisane zgodnie z polska gramatyka i nie zaczyna sie od “Mimo upływającemu już okresowi świątecznemu,”:-))

    Natomiast powtarzac bede do znudzenia ze taka stylistyka jest efektem reguly „ilosc przechodzi w bylejakosc”. Ale trudno miec pretensje do „Nowin Milickich” czy „Kuriera Bielawskiego” kiedy z obowiazku pisania zgodnie z zasadami logiki, gramatyki i dobrego stylu czuja sie zwolnione tzw. gazety opiniotworcze.

    Nawiasem mowiac, nie jest to tylko polski problem. Prawdopodobnie, rowniez za sprawa internetu, cywilizacja uniknie powrotu do analfabetyzmu obrazkowego, jak to jeszcze niedawno wrozono. Ale nie bedzie sie tego czytac z przyjemnoscia :-))

  40. Rojpli Says:

    Aha, zapomnialem dodac. Ta informacja ze Strefy Gazy zajmowala prostokat o wymiarach 6 x 4cm. Reportaz o pozarze, jak mowie: pol strony.

  41. TadekKuranda Says:

    Def, wszystko co jest informacją podlega koniunkturze, bo obiór jest na poziomie meta. Nowomowa nasycona była treścią, ale informacją była ta treść tylko dla wtajemniczonych. Tak jest ze wszystkim. Jedni czytają po literce i sprawdzają czy się zgadza ze słowniczkiem a inni patrzą tam gdzie nie ma literek.

    Zwykle w redakcjach jest moment tzw. „głupawki”. Przypada on na sprawdzenie wszystkiego przed podaniem do druku. Jest to gdzieś między godzinami 2-4, więc nikt nie jest już przytomny. Najczęściej wtedy zmienia się (albo wymyśla) tytuły, bo to weryfikuje się na końcu. Gazeta to nie tylko murowane fakty ale też sugestie. Takim sugestiami mogą być umyślne pomyłki, przeinaczenia, logiczne łamigłówki i wszystko to mieści się w etyce podziemnych arsenałów przekaźników informacji. Informacja wysłana wróblem wróci wołem a może być też odwrotnie.
    Podobała mi się opowieść Kałużyńskiego w „Z pozycji przewróconego” o jego dziennikarskich początkach. (Nie podpisywał się swoim nazwiskiem, bo był jeszcze licealistą – piękny obyczaj,n prawda?) We własnej gazecie, ku swojemu przerażeniu wyczytał, że bitwa pod Grunwaldem była w 1415 roku! Poszedł z tym tekstem do redaktora naczelnego, przepełniony wielkim oburzeniem. Pan redaktor poprosił go żeby usiadł i ochłonął. I powiedział doń mniej więcej w te słowa (nie cytuję ale konfabuluję raczej, tworząc historyjkę): Młody człowieku, gazeta to nie jest zimny słup ogłoszeniowy. My podejmujemy rożne działania, żeby przekonywać do swoich racji. Świadomie napisaliśmy, że bitwa pod Grunwaldem była w 1415 roku, bo ta data dla naszych czytelników jest obojętna i ich nie dotyczy, jednak jest ważna bo gdzie indziej napisano co innego.
    Czytelnik poprawia gazetę. No i bardzo dobrze! Gazeta nie powinna być mądrzejsza od czytelnika. Ślęczy taki z nosem przy blacie, z ołówkiem nad zadrukowaną płachtą i poprawia błędy. Dzięki temu przeczyta wszystko dokładnie w poszukiwaniu błędów – i o to nam właśnie chodzi! Podrzucimy mu błędów ile mu trzeba. Czy pan zdaje sobie sprawę jak podniósł się nam kontakt z czytelnikami po podaniu tej nowej daty bitwy pod Grunwaldem? Dzięki temu również wiemy kto nas czyta. Wiemy też co myśli nasza konkurencja.

    Z mojego podwórka wymyślanych tytułów.

    W „Solidarności Dolnośląskiej” (1981 r.) notka o strajku w Pile (fabryka żarówek): „Napięcie w Pile” – cudne prawda? Ten tytuł prześladuje mnie od lat, bo jest niedoścignionym dziennikarskim wzorem. Doskonały! Ideał! Nie rozumiem dlaczego ja tego nie wymyśliłem, będę się smażył w piekle, bo cała redakcja zlekceważyła tytuł tylko jeden człowiek bąknął (nawet nie w porywie geniuszu), a wszystkich nas zamurowało. Z banalnego tekstu na czwartą kolumnę (czwórkę), zrobiła się jedynka! Przez sam tytuł, wyobraźcie sobie!

    W „Halo Wrocław”, o zatrzymaniu przez policję pijanego dyrektora wrocławskiej TV: „Szklana pułapka” – to akurat ja wymyśliłem. dlatego mówię ;)

    Bardzo wiele pamiętam tytułów z „Wyborczej” ale przecież nie chcę tu wykładać dziennikarstwa ani też czego za darmo reklamować na bielutkich jak śnieg łamach Fedendo, niezbrukanych wątkami reklamowymi (skonsultuj się z lekarką lub farmaceutką – seksizm z reklamie jest wyraźny. Reklama sugeruje, że lepiej konsultować się w sprawie zdrowia z mężczyzną, kiedy coś może poważnie może zaszkodzić). (mężczyźnie?)

    Zima to szczególnie ciężki okres dla ssaków”(!)
    Jako ssak wychowany na ulicy Ptasiej we Wrocławiu (czuję się trochę jak dziobak) mogę zwierzać się tylko Mii, której strasznie długo tu nie było. Pewnie ma gdzie indziej karmik albo porządek dziobania? Mówię to bez zazdrości ale z wyraźną tęsknotą za jej trelem-morelem.

    Więc jako dziobak, czyli jajorodny australijski dziobaty ssak spławny nielot (Kuranda to dzielnica w Australii, miasto moich przodków Aborygenów) nalegam żeby nie traktować wszystkiego serio. Wszystko w naszych wyobrażeniach rzeczywistości niekoniecznie znajdziecie w słownikach i encyklopediach. Wszystko jest doznaniem – i to się liczy.

  42. TadekKuranda Says:

    To nie ma sensu spierać się z bzdurą, lepiej spierać się z mędrcem, bo tam zysk gwarantowany.
    Spierać się z samym/ą sobą też warto. Najwększe pokłady geniuszu i mądrości są tam gdzie nie zaglądamy. Tam, w nas, głęboko. Problem w tym, że trudnij zainwestować w te kopaliny własne niż w cudze. Cudze to babranie się…. oczywiście.
    Kiedyś chciałem sprawdzić czujność korektora. Zamieniłem tytuł spektaklu a „Skrzypek na dachu” na „Skrzypek na Dachau”. Zaraz zapomniałem, bo korekta była profesjonalna. Nie pomyślałem o tym, że błędy też są profesjonalne. Poszło! Kiedy zobaczyłem to w gazecie chciałem wykupić cały nakład. Żart stał się medialną pożywką, był straszliwie poważny.
    Okazało się, że nie jest. Jest multum możliwości, jak można to rozumieć. Jest multum możliwości żeby coś rozumieć między obiadem i kolacją (proszę o nie poprawianie, w sprawie śniadania).
    Skrzypek na dachau…. ok, to też obraz jakiejś rzeczywistości. Przepraszam! Przepraszam! Nie za Niemców…. za nikogo, bojestem tu przez chwilę człowiekiem.
    Wasz Dziobak z Australii
    ps Mia
    błagam o jedną literkę „t” albo „n”!

  43. TadekKuranda Says:

    Praca bw gazecie to fajne zajęcie. Jeśli rok ma 365 dni, a pracuje się w dzienniku to jest ogromna ilość możliwości szukania mądrości. Mądrość zaś , jak to ona zwykle jest tam gdzie jej nie oczekujemy. No jest gdzieś gdzie nie można pokazać palcem.

  44. TadekKuranda Says:

    Przypomniał mi się też prześmieszny tytuł z czasu powodzi. Opracowywałem wtedy gazetę pocztowców. Powódź zalała Kozanów, gdzie była placówka pocztowa (RUP – Rejonowy Urząd Pocztowy). Dramatyczna relacja z ratowania paczek i listów nosiła tytuł…. „Woda w RUPie”. Tak rechotaliśmy z tego tytułu, bo brzmiał jak z gry półsłówek, że zapomnieliśmy go jakoś zmienić i poszedł do druku.

  45. TadekKuranda Says:

    Wierzcie, albo nie. Praca w gazecie to wielka przygoda życia każdego kto w to „wdepnie”. Na co dzień nie mamy tylu problemów z rozwiązywaniem problemów związanych z informacją. Rozumieniem informacji i przekazywaniem ich dalej. To pierwsze to etyka, czujność, poprawność… i wiarygodność. Z tym ostatnim każdy zespół redakcyjny ma problemy największe. Wiarygodność to budowanie opinii odbiorców. To znaczy, że choć pomyłki i przekłamania mieszczą się w treści jako dopuszczalne to jednak są granice. Granicą jest fakt. Wszyscy wiemy, że przeinaczanie faktów jest niemalże praktyką we wszystkich niemalże informacjach drażniących codziennie nasze poczucie rzeczywistości. Jednak można budować opinie. Ja wcale nie odbiegam daleko od tematu, który Def zainicjowała w tym wątku. Dziennikarstwie.
    Niepoprawność „Wyborczej”, czy „Nie” jest na tym samym poziomie. Jedyne co jest do naszej dyspozycji, w celu określenia wartości to tylko to co każdy ma w sercu, czyli wyboru np. który z wydawców jest większą świnią. Może być też tak, że rozważamy ilu porządnych ludzi, którym ufamy, w tym świńskim interesie dało się ubabrać?
    Ktoś wciąż, z różnych pobudek, próbuje nam coś wmawiać, szlifować nasze poglądy, straszyć, szukać naszych słabości i docierać do sumienia. Wcale nie za darmo. Wysyłamy do Haiti dary, walczymy o pieniądze dla poszkodowanych, wysyłamy tam lekarzy, ratowników, psy, leki, żywność, pieniądze… jednak mamy w dupie tych, którym grozi katastrofa spowodowana powodzią na Sanie we własnym kraju.
    Dlaczego?

  46. TadekKuranda Says:

    PODPOWIEM. Medialnie, zysk jest większy z Haiti, a tamci nad Sanem czy Bugiem… a pies ich trącał.

  47. Sadoq Says:

    Trza mieć zdrowie, by dobrowolnie narażać się na czytanie takich tekstów.
    Jest też i taka możliwość żeś masochistka jakaś, czy… cóś:-)

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: