Posts Tagged ‘kultura elitarna’

Kicz

Styczeń 14, 2010

Nie zamierzam definiować kiczu, zresztą – o ile wiem – nikomu to się nie udało, a jeśli próbowano, to określenia tego pojęcia budziły wiele zastrzeżeń. Sądzę, że samo istnienie sztuki implikuje istnienie nie-sztuki, czyli kiczu.
Artysta zawsze czegoś poszukuje, do czegoś dąży, przeciw czemuś się buntuje. Czasem czyni to konsekwentnie, czasem – dla chleba – rezygnuje z części swojej koncepcji. W kiczu nie ma żadnej walki – jest jak fast-food: łatwo przyswajalny, łatwo go przełknąć, wygląda „ładnie”, wabi oko lub ucho, nie wychodzi poza utarte schematy, więc daje poczucie bezpieczeństwa. Jak w McDonaldzie – doskonale wiemy, czego się spodziewać, ten sam smak, zapach, kolor. I podobne skutki nadużywania. Po pewnym czasie uzależnia, powoduje otyłość – a ta z kolei ociężałość.
Wszystko potrafi zbanalizować – obrazki kobiet-motyli nie kojarzą się z tym, że życie motyla krótkie, że wcale nie wymaga on opieki, że w postaci gąsienicy potrafi niszczyć całe lasy, że w powietrze unoszą nie tylko skrzydła – czasem głupota. Anioł Stróż, który przeprowadza ufne dziatki przez niebezpieczną kładkę jest śliczny do urzygania, a barwy pastelowe lub landrynkowe, więc stanowią „optymistyczny akcent kolorystyczny” w dziecinnym pokoju. Dzieci też ładniutkie – porządnie odkarmione, pyzate, w loczkach, marzenie mamuś i babć; niby tych dawnych, ale przecież te obrazki są wciąż popularne. Jelenie ryczą nadal na rykowiskach „jak żywe”, w wazonach omdlewają maki i chryzantemy, w ogrodach stoją „greckie” posągi i krasnale. Z kwadrofoniczej aparatury płynie słodki głos Feela, Dody(polskiej królowej kiczu, chociaż ma mnóstwo rywalek), na półce różowieją Harlequiny, a grafomańskie blogi pełne są achów i ochów komentatorek i komentatorów. Wszechobecny kicz dotyczy też sposobu ubierania się, każąc krótkonogim istotom podporządkowywać się dyktatowi krótkich spódnic i obniżonej talii, stawiając włosy facetów w żelowej gotowości(podobno już przed wojną wybrylantowany fryzjer był symbolem złego smaku), włazi w scenografie, film, plakat. I jest dziś łatwiej dostępny niż kiedyś – dzięki internetowi. Każcie swojej wyszukiwarce spenetrować graficzne zasoby sieci, a przekonacie się, jak trudno o sztukę, bo kicz ją zdominował.
Niby można się bronić, niby nie ma wielkiego znaczenia, niby jest tylko częścią naszej ikonosfery. Mam wątpliwości – bo przenika wielu ludzi na wylot, każąc im postrzegać realny świat przez pryzmat kiczu. Banalny, operujący schematem i frazesem – zmusza do myślenia w tych kategoriach. Stereotypy nabierają większej wagi, rosną uprzedzenia i nietolerancja. Pozornie nie wpływa na to kolejna piosenka, następny obrazek, reklama, tekst, fenomen Joli Rutowicz, którą zaprasza się do programów telewizyjnych niby po to, żeby ją ośmieszyć, ale tak naprawdę dlatego, że zwiększy ich oglądalność, bo ludzie chcą ją widzieć i słuchać idiotyzmów, które wygłasza. Bo Jola ma z nimi wiele wspólnego – jest przerysowaną wersją ich samych, karykaturalną, ale dzięki niej mogą czuć się lepsi. Drażniący, wulgarny śmiech Dody stał się jej znakiem rozpoznawczym, naśladująca ją nieświadomie panienka sądzi, że jest od niej fajniejsza, bo aż tak się nie śmieje. Nie jest. Jest jej „inną wersją”, ale nadal tylko wersją.
Kicz wzrusza – tak jak wzrusza widok szczęśliwej rodziny przy wigilijnym stole, chociaż wiemy, że przez cały rok się przy nim nie spotka, a wzajemne relacje jej członków mogą oscylować między miłością i nienawiścią. Wzrusza opowieść o dziewczęcych emocjach mocno dorosłych pańć, wzrusza gadanie o kolejnym zawodzie miłosnym, o podłej modliszce, która się odkochała, o walce z chorobą. Wzruszają koszmarne wierszyki, których wysyp jest szczególnie obfity w okolicach świąt, melodramatyczne, pseudopoetyckie wyznania pań i panów, żenujące teksty piosenek o tym, że życie jest smutne straszliwie lub straszliwie piękne.
Inną cechą kiczu jest kompletny brak poczucia humoru. Wszystkie „dzieła” są tworzone albo ze śmiertelną powagą(jeśli twórca jest ambitny) lub wyłącznie dla pieniędzy(cynizm autorów jest aż nazbyt widoczny w niektórych reklamach). Żadnego żartu, żadnego przymrużenia oka – bo odbiorca mógłby się poczuć niepewnie. A przecież najważniejsze jest jego bezpieczeństwo – tylko wtedy jest skłonny zapłacić za widoczek, płytę, inny produkt.
Współczesna sztuka wprawdzie wykorzystuje kicz, chcąc wieść dialog z publicznością, ale mam pewne wątpliwości, na ile jej się to udaje. Zbyt częste dotykanie paskudztwa grozi zakażeniem. Nie wiadomo, czy artysta zauważy moment, w którym ulegnie, kiedy już nie próbuje – przy pomocy środków dla kiczu właściwych – przekraczać granic, kiedy zostanie w nich uwięziony. Dopóki flirtuje z masowym odbiorcą – dopóty zabawa jest bezpieczna.
Nie chcę jednak usunięcia kiczu ze sfery publicznej. Żadnych zakazów oglądania kreskówek robionych w disneyowskiej estetyce, walki z setkami tysięcy paskudnych „durnostojek”(tak moja Babcia nazywała bibeloty). Kicz jest potrzebny, nawet konieczny – jak konieczna jest kultura masowa, z którą go nie utożsamiam, chociaż ma z nią wiele wspólnego. Nie chcę, bo sądzę, że nie zabraknie ludzi umiejących odróżnić autentyzm sztuki od sztuczności kiczu. I wcale nie przeszkadza mi to, że będzie ich niewielu, bo łączyć ich będzie tajemna i radosna więź, poczucie przynależności do mniejszości. Nie stworzą organizacji, nie będą lobbystami, bo to grono indywidualistów, niechętnych zrzeszaniu się, podejmowaniu jakiś wspólnych działań(może poza konkretnymi akcjami, takimi jak obrona Bruna Jasieńskiego).
Jak odróżnić kicz od sztuki? Najtrudniej odpowiedzieć na proste pytanie. Zresztą – być może – jest źle postawione. Spróbujmy rozważyć np. taką możliwość – kicz działa tylko na emocje, nie wywołuje refleksji. Można jednak z takim poglądem polemizować, przecież da się tak odbierać symfonię Mahlera. Sztuka ma walor autentyczności – kicz nie. Ba! – ale jak odróżnić autentyczność od wtórności? Sztuka wciąż przekracza jakieś granice, kicz się nigdy poza nie nie wychyla. Jednak sztuka może wykorzystać kicz do ich przekraczania.
Może najbardziej miarodajną próbą byłby sposób odczytywania mitów? Kicz je banalizuje, ozdabia happy endem, ślizga się po ich powierzchni, dzieło sztuki mit penetruje, czyta na nowo, rozkodowuje ukryte znaki.
A dla mnie ma jeszcze jeden walor – wprawdzie czasem mnie złości, to jednak o wiele częściej bawi. Jak widok plastikowego kota wspinającego się po świerku, gipsowego brytana strzegącego wejścia do domu, koła drabiniastego wozu zawieszonego na ścianie gargamelowatego pałacyku datowanego na rok 2007?
Gorąca prośba do Tadeusza i Mii – ten tekst aż błaga o ilustracje! Ja też…

Logosie – dziękuję!

Reklamy

Kultura elitarna – kultura masowa(nieco mniej beztrosko)

Maj 31, 2009

Malcharek - collage

Kultura europejska jest elitarna. Może nawet za bardzo elitarna. Sale koncertowe w filharmoniach są przepełnione, w operach nie ma wolnych miejsc(w operze Wrocławskiej co spektakl, to głośne wydarzenie artystyczne), we francuskich kościołach mnóstwo ludzi na koncertach, za to na mszach zaledwie kilka osób, wernisaże i galerie nie narzekają na brak odwiedzających.
Zarzuca się nam, Europejczykom, dekadentyzm i pesymizm, ale po prostu nie jesteśmy hałaśliwi, wolimy Don Kichota od Sancho Pansy, chociaż akceptujemy obydwóch. Stworzyliśmy Monty Pythona, nie Myszkę Miki. Amerykański mit o karierze wcale nas nie przekonuje, nie marzymy o happy endzie, wolimy wieloznaczne zakończenia.
Nieprawda, że wszyscy ludzie rodzą się równi i mają takie same potrzeby. Jedni rodzą się zdrowi i bogaci, inni – chorzy i ułomni. Na świat przychodzą ci, którzy chcą rządzić i tacy, którzy wolą być rządzeni. Także ci, którzy nie uznają żadnej formy władzy. Tacy, którzy będą w nieskończoność rozważać problemy aksjologiczne i ontologiczne i ci, którym to nawet do głowy nie przyjdzie, bo absorbują ich telewizyjne opery mydlane lub trudności w zdobyciu wody czy jedzenia. Zdarzają się ludzie obdarzeni geniuszem matematycznym, innym poważny kłopot sprawia nauka czytania. Wspaniali pisarze i koszmarni grafomani. Twórcy i odtwórcy. Najwięcej jest takich, którzy chcą prowadzić życie mimetyczne, naśladując rodziców, znajomych, sąsiadów; powielają wzorce, chociaż uważają, że są  oryginalni(szukają argumentów, żeby to uzasadnić, ale znajdują tylko szczegóły, które nie zmieniają obrazu). Niewielu buntowników realizuje własne wizje. Na to trzeba rozumu i odwagi, a to rzadkie połączenie.
Cechą „masowego człowieka” jest hurraoptymizm(mit self-made mana), chciejstwo i kult emocji. „Ja chcę” to hasło wypisane na wszystkich murach i sztandarach. A przecież uczestnik poptłumu jest w tak ogromnym stopniu ograniczony, że konsumenci kultury elitarnej to – w porównaniu z nim – prawdziwie wolne ptaki. Ogranicza go choćby moda i poddaństwo mediom. Niewidzialne pęta, bez których czułby się zupełnie bezradny, jak wyprzęgnięty z kieratu wół – musi upaść. Własnym emocjom buduje ołtarze – „najważniejsze, co czuję”, „skoro podoba mi się mój goły pępek, to znaczy, że   j e s t   piękny i basta!”, „rymowanki są poezją, a ten cały Sosnowski czy Świetlicki to jakiś bełkot”, „harlekiny są w porzo, takie życiowe”, „to ja decyduję, czy dzieło jest coś warte, niech jajogłowi siedzą cicho, co oni tam wiedzą”.
Kultura masowa jest niewątpliwie dziełem anglosasów. Narodzona w XVII-tym wieku rozwinęła się żywiołowo – i dziś jest zjawiskiem globalnym. Zmieniła lub doprowadziła do upadku wiele kultur lokalnych. Jest uniwersalna, ale nie ma to nic wspólnego z uniwersalizmem średniowiecznym, który tworzył parenetyczne, nierealizowalne wzorce(król Artur, Tristan, Roland, św.Aleksy); ona wyniosła na piedestał przeciętność i powszechność – każdy może przykleić sobie tipsy, zoperować biust, śpiewać jak gwiazdeczka telewizyjna, powiesić na ścianie reprodukcję „Słoneczników”. Nie ma dla niej nic, co trzeba szanować, sacrum wymieszała z profanum, mdły pro/sac-drink nikomu nie zaszkodzi, nikogo nie zmusi do myślenia, lekkostrawny i wymiotny. Arystokracja intelektualna to dla popkulturowca obiekt do kopania i śmiechu, on nie uznaje autorytetów w żadnej dziedzinie. Odebrał jej wszystkie przywileje, zepchnął na margines. W pewnym sensie sama jest sobie winna – pozwoliła sobie na flirt z popkulturą, a teraz broni okopów św.Trójcy, licząc na cud. Krasiński to przewidział, niedoceniana „Nie-boska komedia” jest dla mnie źródłem nieustannego zadziwienia wizjonerstwem wieszcza. Zwycięża Pankracy, Hrabia musi zginąć, ale zdobywcy nie mają pojęcia, co z tym zwycięstwem zrobić.
Popkultura beztrosko zawłaszcza mity – i niech je sobie gwałci, ale po jakiego diabła intelektualiści się do niej wdzięczą, próbując analizować „Matrix” w aspekcie jego rzekomej gnozy? Kultura masowa mitów nie rozumie i nie zgłębia, ona na nich tylko pasożytuje. Parazytokultura nie wie, czym jest myślenie magiczne, a sama jest czymś w rodzaju kina akcji, w którym musi się dziać dużo i głupio, nie pozostawia czasu na refleksję, woli przemoc(bo przecież ta jest powszechna). Próba szukania klucza interpretacyjnego do „Conana” jest tyleż nieuzasadniona, co idiotyczna. Odnajdywanie w „Pasji” Gibsona czegoś więcej niż tylko pornograficznego widowiska, jest nadużyciem. A przecież i on ukradł jeden z najstarszych mitów ludzkości – mit zbawcy.
Istotą rozwoju kultury jest nieustanny spór o wartości, bez niego ginie i obumiera. Ten spór utrzymuje kulturę w stanie wciąż zagrożonej równowagi, zmusza do progresji, do szukania konsensusu. W zbiorowej świadomości istnieją zarówno Sokrates, jak i Lacan, Platon i Marks, Heidegger i Spinoza, nawet jeśli na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy. I ta zbiorowa świadomość łączy konsumentów kultury masowej z elitarystami.
Lubię Gilmoure’a i A Perfect Circle, z przyjemnością słucham „Świetlików” i czytam Agatkę Christie, noszę czarne skórzane spódnice i wysokie obcasy. Używam telefonu komórkowego i oglądam czasem jakiś program w TV. Nie można dziś funkcjonować(niemal nie można) nie będąc konsumentem kultury masowej. Przed jej uwielbieniem i przed arogancją broni nas jednak poczucie smaku i metafizyczny temperament. Trzeba z niej korzystać, ale nie wolno jej się poddać. Nie chodzi o to, żeby słuchać jakiegoś Feela czy innej Dody z poczuciem wstydu, ale o to, żeby mieć wtedy świadomość, że to jednak jest wulgarne – i umieć się tej wulgarności pozbyć, stosując jakieś antidotum, dokonywać – chocby czasem – swoistego katharsis.
Dzisiaj każdy może być Parysem – wystarczy dać się skorumpować, oddając jabłko czy głos temu, kto oferuje spełnienie marzeń. Popkultura ochoczo czerpie z tego mitu – ale woli nie pamiętać o śmierci Hektora i zburzeniu Troi, a to przecież ta sama opowieść. Realizacja marzeń jednego człowieka kończy się tragedią wielu – jednak kultura masowa przestróg nie znosi, nazbyt jest ludyczna. Nie ma w niej jednak niebezpieczeństw, jakie stwarzał orszak Dionizosa. Menady rozszarpywały na strzępy wśród zabaw i radości.
Na marginesie: wolę brytyjską popkulturę od amerykańskiej – jest w niej ogromna witalność, wprawdzie destrukcyjna i wieloznaczna – potrafiła przecież rozwalić w gruzy stary ład eksplodując Beatlesami, Eltonem Johnem epatującym swoim homoseksualizmem – ale czuje się w niej jakąś namiętną demoniczność, siłę, która czaruje i uwodzi. Amerykańska kultura masowa niczego nie zamierza burzyć, ona buduje się z wielości kulturowej, powstaje z niczego, a prostota(nawet prostactwo) umożliwia jej objęcie swoim zasięgiem niemal wszystkich mieszkańców kontynentu i rozprzestrzenienie się na cały świat. Cóż – coś za coś – jednym Batman i McDonald, innym Hamlet i kolacja przy świecach.

Jeszcze o krytykach

Listopad 8, 2008

nicole-nascov-akt1

Polska telewizja publiczna pełni misję. Czort wie, dlaczego zaczyna ją pełnić o pierwszej w nocy i kończy o trzeciej nad ranem.  „Porozmawiaj z nią” Almodovara nadała  o tak dzikiej porze, znacznie utrudniając mi pracę w dniu następnym. Ale „nic nie jest proste” – jak mówi jedna z bohaterek tego filmu w ostatniej scenie.
Misji nie chcą pełnić polscy krytycy. Konkretnie – krytycy filmowi. Wolą schlebiać publiczności. Może liczą na jakieś profity od producentów lub dystrybutorów filmów, oklaski pospólstwa? A może po prostu boją się wyraźnie powiedzieć, że masowy odbiorca ma niekoniecznie dobry gust? Bo ten masowy papkożerca może ich – nie daj, Boże! – zlekceważyć. Nie zauważyli, że ludzie i tak pójdą tłumnie na „Rambo XXII” i każdy film z gatunku „zabili go i uciekł”, głupawą komedię czy tandetny melodramat. Rolą krytyków jest jednak promowanie filmów wybitnych, a przynajmniej dobrych, a nie zgadywanie, co się spodoba „publisi”.
Werdykt jury ostatniego festiwalu  filmowego w Gdyni wywołał sporo emocji. Główną nagrodę dostała „Mała Moskwa”, klasyczny wyciskacz łez, który ma wszystko, co niezbędne, żeby zgromadzić oglądaczy – patetyczną śmierć, wielką miłość(międzynarodową, bo Polaka i Rosjanki), prawdopodobieństwo(film opowiada historię, która rzeczywiście się wydarzyła), odpowiedni entourage w postaci „złego świata” i doskonałe tło społeczno-historyczne(martyrologia w czasach komuny). Ma wszystko. Poświęciłam się i niemal do końca ten film obejrzałam. Nie podobał mi się. Wiem, że łatwo zapomnę. Na szczęście. Ciekawa byłam natomiast „Czterech nocy z Anną” Jerzego Skolimowskiego. Tak się złożyło, że byłam w Cannes(przejazdem, tylko dwa dni) podczas trwania tegorocznego festiwalu filmowego. I puchłam z dumy, widząc w okolicznościowych gazetach masę pochlebnych recenzji. Na plakatach reklamujących przegląd „Piętnastu reżyserów” nazwisko „Skolimowski” jakiś fan podkreślił grubym  flamastrem. Na obejrzenie festiwalowych filmów brakowało nam czasu i pieniędzy, jako że karnety były – jak na polską kieszeń – upiornie drogie. Obiecałam sobie jednak zobaczyć „Cztery noce z Anną” w polskim kinie. Czekać musiałam długo. W międzyczasie odbył się festiwal w Gdyni, na którym film ten zdobył zaledwie wyróżnienie, czyli coś w rodzaju nagrody pocieszenia, bez której Skolimowski mógł się doskonale obejść. Potem zaprzyjaźnieni Francuzi przysłali mi kilka gazet z entuzjastycznymi recenzjami – „Noce” otwierały przegląd „Wiek w Europie, wiek w kinie” w paryskiej Cinematheque(przegląd zorganizowano w ramach francuskiej prezydencji UE). Skolimowski został  nazwany „malarzem ciemności”, film chwalono na łamach „Le Monde”, „Liberation”, „Le Nouvel Observateur”,  „Le Figaro” . Do czasopism dołączone były prywatne opinie moich znajomych o „Nocach” – wszystkie pozytywne. Niedawno „Noce” dostały nagrodę specjalną jury festiwalu w Tokio. Spodobały się też krytykom amerykańskim. Zawalczą o „Złote globy”.
Obejrzałam je wreszcie. Myślę, że Skolimowski dotknął czegoś najistotniejszego, co jest skrzętnie ukrywane, zasypywane codziennością – chęci najbliższego, najintymniejszego kontaktu z drugim człowiekiem i konieczności pozostawania „obok”. Z góry zakładamy, że nasze – nawet najczystsze – intencje zostaną źle zrozumiane i naprawdę są pojmowane opacznie. Miłość jest zablokowana, tak jak zablokowane jest cały świat w tym mrocznym filmie. Sekwencje pokazujące cztery kolejne noce to kwintesencja kina – powinno ono przecież przemawiać obrazem. Każdy gest Leona ma znaczenie, jego zbliżanie się i oddalanie od uśpionej Anny przypomina taniec nieudolnego Pierrota, przepięknie fotografowany przez Adama Sikorę, któremu za zdjęcia przyznałabym jakąś wszechnagrodę. Skolimowski pyta mnie-widza o to, czym jest miłość, jak blisko patologii jest osadzona, czy umiem odróżnić, czy potrafię zrozumieć i usprawiedliwić, czy jest karalna, czy możliwa, czy zburzę mur, którym się otoczyłam. Tylko pyta. Niczego nie sugeruje, nie podpowiada. I czy słusznie zestawił mi się z Almodovarem? Zwyczajny zbieg okoliczności?
Nie obejrzę już nigdy więcej „Małej Moskwy”. „Cztery noce z Anną” – tak. To nie arcydzieło, ale film ważny i odważny.

Dziś obraz Nicole Nascov zatytułowany „Akt”.
Polecam też tekst Logosa Amicusa – również poświęcony temu filmowi: http://logosamicus.bloog.pl/?ticaid=66ee0, łatwiej tam wejść z linku umieszczonego po prawej stronie mojego blogu.

Niebezpieczna popkultura

Wrzesień 11, 2008

Homo rzadko przytrafia się sapiens, przymusowo jest oeconomicus, bywa faber, czasem sexus, a najczęściej – ludens.
Nie ma więc ucieczki przed kulturą masową, która z założenia jest ludyczna. I tu mała dygresja: kiedy dostrzegłam w twórczości Dalego elementy ludyczne, ktoś mocno się oburzył, bo przecież „Dali nie czerpał z folkloru”, a mnie z kolei wprawił w osłupienie, bo nie sądziłam, że określenie „ludyczny” może kojarzyć się z ludowością, folklorem, kulturą wsi. Poszukałam – i rzeczywiście, nie tylko w internecie roi się od błędów. W całkiem poważnych publikacjach ludyzm jest traktowany jako synonim ludowości(sic!).
Homo ludens – człowiek bawiący się – to twórca i odbiorca kultury. W zabawie można znaleźć wszystko: grę z jej regułami i normami, niepewność, działanie, bezinteresowność, powagę itd. Elementy zabawy można dostrzec w literaturze, muzyce, filozofii(celowali w niej sofiści), sztukach plastycznych, polityce, religii, nawet w prawie.
Popkultura stara się zawłaszczyć zabawę, odebrać jej możliwość kulturze wysokiej, przypisując jej wyłącznie powagę. To oczywiste nadużycie – elementy zabawy są zarówno u Woody Allena czy w sitcomach, ale i u Bergmana czy Grotowskiego.
Nie walczę z zalewem popkultury, bo taka walka nie miałaby sensu. Zamykanie się w pałacu i udawanie, że nie widzę, iż jest podmywany przez cały ocean gnojówki – również. Poza tym – jak wszyscy – pławię się w tych falach od czasu do czasu, słuchając zespołu Coldplay, czytając Agathę Christie, kupując buty, włączając radio. Zamiast walczyć – obserwuję.
Sądzę, że istnienie popkultury nie jest problemem – ono jest niezbędne nawet, choćby po to, żeby kultura elitarna czuła swoją odrębność. Rzecz w tym, że gwiazdeczki kultury masowej nie uważają się już za kogoś „niższego rzędu”, ośmielają się deprecjonować prawdziwych twórców, panoszą się bez umiaru. Kiedy roznegliżowana, kiczowata sama w sobie panienka rzuca beztrosko i z porażająco wulgarnym śmiechem w mediach, że „cały ten Górecki to on przereklamowany jest, kto to w ogóle jest? i kto go słucha?” – nie wywołuje oburzenia, ale poklask tłumów, jej popularność natychmiast wzrasta. Gwiazdeczki kąsające luminarzy kultury dowartościowują nie tylko siebie(cudzym kosztem), ale swoich fanów. Świeżo wysmażona w solarium absolwentka polonistyki czy innego dziennikarstwa, na prywatnej uczelni zrobiona, przyznaje bez żenady, że „Don Kichota” czytała w streszczeniu, bo to nudne, a przez literaturę współczesną nie próbowała nawet przebrnąć. Rzut oka na prace licencjackie czy magisterskie pozwala uzyskać smutną pewność, że ci „naukawcy” nie mają bladego pojęcia o podstawach statystyki, nie potrafią poprawnie skonstruować ankiety, a już na pewno nie umieją analizować informacji, które na jej podstawie uzyskali. Spsiała kultura, spsiała nauka.
Krytycy nie chcą oceniać, co jest dobre, a co złe, chociaż to ich zadanie. Wielcy podlizują się mediom i ich sztandarowym wytworom – Dodzie et cons. Ustępując przed atakami popkultury, która jest coraz bardziej agresywna wobec kultury elitarnej, ta ostatnia albo udaje, że nie widzi natarcia, albo próbuje z nią flirtować. W debacie na temat kultury rzadko zabierają głos intelektualiści, filozofowie, etycy – a to oni przecież pełnią rolę opiniotwórczą. Fakt, że ich kompetencje są negowane przez masowego konsumenta popu, bo o kompetencjach dziś decyduje nie wiedza, doświadczenie, mądrość – a producent, władający masową wyobraźnią.
Widzę jeszcze jedno niebezpieczeństwo, równie poważne, a może poważniejsze: popkultura kradnie i fałszuje mity. Dostrzegł to Roland Barthes już w latach pięćdziesiątych. Fantasy to zwyczajna zabawa, nie należy doszukiwać się w niej głębszych treści, paplanina o jej rzekomych wartościach jest żenującym przykładem flirtu naukowców z kulturą masową. Nieprawda, że korzystając z ogromnej i ważnej skarbnicy mitów utrwala je i odczytuje na nowo – zwyczajnie je gwałci, odbiera im moc magicznego myślenia.
Kultura to taki dorobek ludzkości, który wciąż się tworzy w nieustannym konflikcie poglądów, przekonań, wartości. Konfliktu nieuniknionego, twórczego – który jest warunkiem sine qua non rozwoju kultury. Popkultura likwiduje ten konflikt – z przemocy, problemu kary śmierci, poszukiwania Boga, miłości, zdrady, nienawiści – uczyniła towar, ładnie opakowany. Gibson w „Pasji” doszedł chyba już do ściany – z ekranu leją się potoki krwi, kamera z lubością niemal śledzi każdy grymas dręczonego aktora, szczegóły egzekucji przesłaniają obraz Chrystusa, sprowadzając go do wymiaru jedynie Jezusa. Uważam to za perwersję graniczącą z pornografią. Świat widziany okiem kamery dla ogromnie wielu już ludzi jest bardziej prawdziwy niż ten, którzy widzą własnym, nieuzbrojonym okiem. Konflikt ulega zatarciu, dusi się zapakowany w jaskrawo barwioną folię.
Wulgarność i kiczowatość zawsze były atrybutami popkultury. Dziś jednak uzupełnia je atrybut trzeci – przekraczanie granic, niegdyś zarezerwowane dla awangardy. Nagi artysta wbijający z rozmachem nóż w bochen chleba, ten, który umieszcza na obrazie krzyż, wielkie gwoździe, figurkę Chrystusa i młotek, a podpisuje dzieło „Zrób to sam” – nie jest ani wulgarny, ani obsceniczny, zwraca uwagę odbiorcy na sprawy ważne, chce w niego uderzyć, ale robi to tak, żeby jednocześnie wymóc refleksję. Gwiazdeczka pop pojawiająca się na scenie w marnej atrapie majtek, obejmująca mikrofon palcami zakończonymi tipsami wysadzanymi sztucznymi diamentami – jest kwintesencją wulgarnego kiczu. Sęk w tym, że to ona wygrywa, stając się ikoną popkultury, a nie awangardowy twórca.
Nie wolno nam zgadzać się na to. Nie wolno nie bronić swoich wartości. Odwaga wciąż jest niezbędna i trzeba jej coraz więcej.
Marzy mi się taki dzień, w którym ci, którzy słuchają jakiegoś „Feela”, kupują marny obrazek przedstawiający zachód słońca na Bali „w naturalnych kolorach”, biegną do kina na nową ekranizację losów Harry’ego Pottera – zaczną się z tym wstydliwie ukrywać, na widok gości wyłączą telewizor, może z niektórymi spotkam się na czyimś wernisażu? A może w filharmonii?

Egalitaryzm? Jestem „za”, a nawet „przeciw”…

Kwiecień 25, 2008

Nie jestem przeciwna egalitaryzmowi płacowemu. W tej dziedzinie powinna panować sprawiedliwość, polegająca na tym, że ktoś, kto dysponuje większą wiedzą i zdolnościami – powinien być wynagradzany lepiej niż ten, kto tych walorów nie posiada. Ale lepiej – nie znaczy „niebotycznie”, lecz adekwatnie. Bożek wolnego rynku pożera własne dzieci – młodych ekonomistów, zafascynowanych i ślepo wierzących jednym teoriom i bezwzględnie odrzucających inne. Wyuczona wiedza nie pozwala im na rozumienie rzeczywistości – dziwią się, że lekarze czy nauczyciele strajkują, bo chcą mieć większe dochody. Ekonomiści zapominają, że od jakości pracy szczególnie tych grup zawodowych zależy jakość kapitału ludzkiego. Usiłują wtłoczyć wszystko w mechanizmy wolnorynkowe, tracąc z oczu uwarunkowania pozarynkowe(McCloskey przeprowadził znane badanie wśród młodych ekonomistów na Zachodzie; tylko 3% z nich zakwestionowało pogląd, że „taryfy celne i kwoty importowe redukują dobrobyt społeczeństwa”, a tymczasem nikt z wybitnych speców od ekonomii, badających problem, nie stwierdził, że np. wysokie cła w USA w XIX w. wpłynęły na oniżenie dobrobytu Amerykanów; w odpowiedziach badanych ekonomistów dominowało więc przekonanie, nie wiedza). Płace managerów w Polsce są wyższe od średniej krajowej 20-50 razy; tłumaczy się społeczeństwu, że muszą być ludzie bardzo bogaci, żeby biedniejszym żyło się lepiej, bo Ameryka, Niemcy, Japonia też tak robią. Nie mówi się tylko, że w dużych japońskich firmach(zatrudniajacych ponad 1000 osób) manager otrzymuje trzy do pięciu razy wyższą płacę od szeregowego pracownika. Szefowie Banku Światowego przyznali(M.Bruno, L.Squire, „Im większe nierówności zasobów, tym wolniejszy wzrost”, 1996): „nasze badania nie potwierdzają szeroko podzielanego poglądu, że rządy stają przed alternatywą: równość czy wzrost. Najefektywniejsza okazała się polityka, która równocześnie promuje obie te rzeczy”. Wystarczy zresztą spojrzeć na „cud gospodarczy” w wykonaniu azjatyckich tygrysów. Anglia potrzebowała na podwojenie dochodu narodowego per capita aż 58. lat, a egalitarna Korea Pd.- jedenastu(zainwestowała w edukację i zdrowie, nie w płace kadry zarządzającej, być może nieumiejętność podjęcia takich działań jest przyczyną klęski ekonomicznej krajów Ameryki Południowej). Powielamy błędy? Powtarzamy lekcję, którą przerobili inni – ale powtarzamy razem z bykami, uważając je za konieczne. Powielamy też błędy angielskiego systemu edukacyjnego, powielamy system testów, który wytresował młodych Amerykanów tak rewelacyjnie, że większość naukowców muszą oni importować spoza USA. Ale ich na to stać.

Nie jestem zwolenniczką egalitaryzmu w nauce czy kulturze. Chłam finansuje się sam. Kicz niech pozostanie w zasięgu mechanizmów wolnorynkowych. Edukacja – zgodnie z postulatem, wyrażonym w komentarzu Rojpliego – powinna dawać równe szanse. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę z tego, że dzieci wychowane w domach, w których panuje kult wiedzy, nie życiowego cwaniactwa, którego efektem jest posiadanie „fury, skóry i komóry” – mają o wiele większe szanse na zdobycie dobrego wykształcenia. Właściwie miałyby, bo system testów skutecznie eliminuje perły, preferując przeciętniaków. Renomowane uczelnie, chcąc pozostać w gronie najlepszych, wcześniej czy później wypracują własne kryteria naboru, żeby te perły wyłowić. Albo wypadną z rankingu. Nie zamkną też wydziałów humanistycznych – nie tylko zarządzanie i bankowość, nie tylko ekonomia(z różnymi przymiotnikami), nie tylko kierunki politechniczne będą dla nich ważne. Nadal będą kształcić etnologów i politologów. Po to, żeby potem co mądrzejsi ekonomiści wpadli wreszcie na pomysł, że warto im płacić na tyle dobrze, żeby swój zawód wykonywali. Bo jest potrzebny. Dobry bibliotekarz to osoba, dzięki której ogromna część czyjejś pracy jest wykonywana szybciej i lepiej.

Kultura – nie ta masowa – nie sfinansuje się sama. Opery są dotowane. Nikomu nie przychodzi do głowy dziki pomysł(dziki, bo godny dzikusa), żeby sama się utrzymywała. Teatr eksperymentalny, film niekomercyjny, filharmonia, dobra książka – to luksusowe kochanki. Należy je utrzymywać dla rozkoszy, której nie da prostytutka. Wyrafinowania można uczyć, również konsumentów. A że konsumenci popu będą liczniejsi? Jedni wolą metresy, inni dziewczyny uliczne – i tych drugich jest znacznie więcej, sądząc z podaży. Martwi tylko bezczelność nieuków, którzy nie dość, że przechwalają się swoją niewiedzą, to jeszcze okazują pogardę tym, którzy ośmielają się mieć gust bardziej subtelny. Przeżywamy chyba kolejny najazd barbarzyńców. Czas się bronić.
Ekonomiści – zwłaszcza młodzi – sądzą, że filozofowie, teatrolodzy, literaturoznawcy, muzykolodzy itp. są niepotrzebni, mogą być więc nędznie wynagradzani, jako że nie tworzą dochodu narodowego. Otóż tworzą, drodzy mlodzi panowie w pięknych garniturach, do których końskie okulary nijak nie pasują – to oni wpływają na jakość kształcenia Polaków, to oni budują w nich poczucie piękna, kształcą dobry gust, zmuszają do myślenia i polemik. To właśnie oni budują wam lepszy kapitał ludzki(jak to określacie), a lepszy kapitał daje większy zysk. Popatrzcie czasem na całość problemów społecznych, bo ekonomia jest tylko ich częścią. „Kochani ludożercy…”

„Nie da się ukryć – chamiejemy”

Kwiecień 7, 2008

Tytuł jest cytatem z artykułu w dzisiejszej „Wyborczej”. „Nie da się ukryć, że chamiejemy” – twierdzi prof. Kazimierz Krzysztofek. A ma podstawy, żeby tak mniemać. Badania CBOS wykazały, że 70% dorosłych Polaków wcale nie uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych. Żadnych. Okazjonalne, choćby niewielkie zainteresowanie nimi przejawia 27% rodaków, a zaledwie 2% jest „zdecydowanie zainteresowanych”. Cóż, elity muszą być nieliczne, to wynika z definicji, ale nie przypuszczałam, że aż tak. Książki czyta nieco ponad 37% Polaków(spadek od 2004r. o 15%), na koncerty chodzi 10%(trzy lata temu ponad 22%), na wystawy – 5%(oglądało je 15%), w teatrze bywa blisko 7%(a jeszcze niedawno – 15%).
Krótko, byle jak i jaskrawo – tak najlepiej. W każdej dziedzinie – od miłości po informację. Nawet patrzeć nie umiemy – rzucamy tylko okiem. Blogi z nagimi kobietami, najlepiej celebrity(znanymi wyłącznie z tego, że są znane) biją rekordy popularności. Odsłony trwają tam jednak króciutko – sekundę, dwie. Już w szkole dzieci uczą się „fragmentaryczności” – poznają fragmenty „Chłopów”(jak zatem mają zobaczyć w Jagnie personifikację seksualnej siły natury? jak pojąć ludowe poczucie sprawiedliwości, które każe jej akceptować karę wywiezienia ze wsi na furze gnoju?), fragmenty „Trylogii” Sienkiewicza, „Iliady” itd. Wszystko pokawałkowane, bez czasu do namysłu, bez refleksji. System testów zniszczył skutecznie systematyczność wiedzy. Absolwent szkoły średniej „ogólnie wykształcony” jest szczególnym laikiem. Nie ma bladego pojęcia – nieszczęśnik tresowany do rozwiązywania testów maturalnych – o chronologii epok literackich, nazwisko Rabelais nie kojarzy mu się z niczym, sokół z „Dekameronu” to po prostu taki ptak, pojęcia nie ma o gatunkach i rodzajach literackich, historia to dla niego wielki zbiór faktów i dat, nikomu niepotrzebnych. O całkach nie ma zielonego pojęcia. Idiotyczna reforma, skracająca pobyt w LO(celowo mówię „pobyt”, bo z nauką nie ma to nic wspólnego) do trzech lat zniszczyła dobry system kształcenia. Naprawdę jeden z lepszych w świecie. Jedyny zysk to lepsze opanowanie języków obcych. Ale do tego nie trzeba było budować gimnazjów.
Historii jeszcze niedawno uczono od czwartej klasy szkoły podstawowej i przez pięć lat podstawówki sztubak zyskiwał naprawdę sporo wiedzy. W szkole średniej rozszerzał ją w ciągu następnych czterech lat. Nie musiał jej kochać, ale nie dało się uniknąć pewnej porcji wiadomości. Tak jak nie dało się nie wiedzieć, że po paleozoiku nastąpił mezozoik, a polskie góry powstały w wyniku fałdowań kaledońskich czy alpejskich. Wskazanie na mapie Wenezueli nie było wyczynem godnym wykształciucha, tylko normą, zdziwienie budził ten, kto tego nie umiał. Dziś studenci politologii boją się kolokwium, na którym na „ślepej mapie” mają wpisać nazwy państw azjatyckich. A znalezienie na mapie Polski Lublina jest poważnym problemem dla maturzysty z Poznania. Pozbawcie swoje dziecko dostępu do internetu, a nie będzie umiało znaleźć żadnej informacji, już nie potrafi szukać – zresztą dorośli też opierają się o „Wikipedię” traktując ją jak alfę i omegę, a tam roi się od błędów.
Sprawdźcie, jak piszą Wasze dzieci. Czy umieją sformułować tekst dłuższy niż kilka zdań. Zobaczcie, z jakimi trudnościami boryka się ten, kto ma napisać licencjat, śmiertelnie przerażony, że musi spelnić wymóg oddania minimum kilkunastu stron napisanych samodzielnie. Kretyńskie testy zniszczyły tych, którzy myślą samodzielnie, są utalentowani literacko, mają coś do powiedzenia. Kto czyta wpisy w blogach, które zawierają więcej niż jedno-dwa zdania? I to najlepiej pojedyncze, bo rozumienie zdań złożonych wymaga już pewnego wysiłku, a na to stać nielicznych. Niedawno czytałam świetną notę w blogu Torlina, poswięconą Steinhausowi – na końcu autor przepraszał(!) za zbyt długi wpis. A niech szlag trafi analfabetów i czytelników pisma obrazkowego! Elity czytają! I to z radością. Co z tego, że najlepsze blogi nigdy nie wejdą na najwyższe pozycje w rankingu? Ja będę je czytać. Nie „odsłaniać” dla obrazka, c z y t a ć. I zastanawiać się nad treścią. Nie będę czytać tych, których autorzy wklejają obrazki z sieci, bo umiem je sama znaleźć, chyba że obrazek naprawdę ilustruje myśl autora. Nie będę czytać opisów emocji dorastającej panienki w wieku balzakowskim(mentalnej dziewicy, nie dziewczątka!). Nie będę czytać kolejnych ataków personalnych na wirtualnych znajomych i blogów, których główną, a często jedyną treścią jest gadanie o cudzych blogach. Co innego nawiązanie do tego, o czym pisze ktoś inny – to już polemika lub podanie źródła inspiracji. I mam w nosie „odkrywcze” marudzenie o naszyjnikach scytyjskich czy historii koła – wolę poczytać Cerama czy Kosidowskiego. Ale jeśli ktoś z pasją napisze o tym, że wynalazek strzemienia zmienił dzieje Europy – poczytam z przyjemnością. I że nasza „małpa” w adresie mailowym jest dla Rosjan „pieskiem”.
Do teatru, opery i na wernisaże będę chodzić. Bo mam taką luksusową potrzebę. I niech mi panowie socjologowie nie trują, że takie potrzeby pojawiają się dopiero u ludzi o dochodach powyżej 8,5 tys. zł. miesięcznie, bo to bzdura. I niech mi zwyczajne chamy nie zarzucają snobizmu. Ani tego, że dbam o urodę słowa, że metafor używam wyszukanych. Używam, bo szanuję czytelnika. Nie traktuję go jak przymuła, zdolnego jedynie do odcyfrowywania sms-ów.
A pozostałym mogę tylko powiedzieć: casse toi, pauvre con…

Nota bene – zabrałam kiedyś ze trzy razy nieco młodszego ode mnie syna znajomych do filharmonii, był wtedy w górnych klasach podstawówki i dolnych technikum.Jechał pod przymusem ujadając wielce i twierdząc, że wolałby koncert rockowy. Po kilku latach spotkałam przystojnego faceta w smokingu – w tejże filharmonii; Marcin zaczął tam bywać z wlasnej woli. Gra rocka, czasem zabiera mnie na koncerty i do klubów. Nochżeż można, cholera!