Posts Tagged ‘sens poznawczy języka’

Schowane w piśmie

Czerwiec 8, 2009

Miia - Zaćmienie
Wczesny zimowy ranek, w tle jakaś niemal nierealna wojna. Trzeba nakarmić piec. Stara kobieta z podrzeszowskiej wsi pozwala pospać jeszcze domownikom i sama podkłada papier, szczapy drewna, grubsze polana. Śpiewa godzinki – trochę z wielkiej pobożności, trochę dla zabicia ciszy. Do kuchni po cichutku wchodzi dwunastoletni wnuczek. Dobrze przy rozgrzanym piecu, prawie jak pod pierzyną. W pokoju było jednak zimno, na grubym piernacie oddech osadzał szron. Wnuczek śmieje się słysząc „Tyś niezwyciężonego chlast w mordę Samsona”. Rysio poprawia:
– Babciu, tam jest „Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona”… jakżeby Matka Boska kogoś w mordę?
– Co ty tam wiesz!? Matka Boska samego diabła pokonała! Nie wierzysz? To se popatrz, tam figurka stoi, z samego Krakowa. Bozia na kuli ziemskiej, a stópką łeb węża-gada depcze. Ten wąż to diabeł, kark mu skręciła. To jak głupiego Samsona miała nie zwyciężyć?
Dziś Rysio jest w wieku swojej babci, może nawet starszy? Uprawia jogę. I wspomina tamte lata z uśmiechem. I to „chlast w mordę”.
Godzinki były mantrą babci, jej zaczarowywaniem dnia. Nie musiała ich rozumieć. To był jej tybetański „młynek modlitewny”. Zaklinanie rzeczywistości. Zaklęcia są często niezrozumiałe, bo takie właśnie mają być, zwłaszcza dla postronnych, tylko wtedy posiadają niezwykłą moc.

Białorusini zaklinali kruh(wysypkę) słowami:P „Nie ma tabie, palec imienija, nie ma tabie, kruh razrieszyniennia”. Odbiera się kruhowi imię. Zamówienia uważana za święte „boże słowa”.
Podczas ciężkiej choroby nie tylko nie wymieniano imienia chorego, ale często mu je zmieniano, żeby choroba „zgłupiała” nie wiedząc, kogo ma w swojej mocy i wypuściła delikwenta. Rekonwalescent musiał potem nosić to swoje „nowe imię”, bo wyzdrowienie było ponownymi narodzinami, kolejnym wejściem w życie.
Znając czyjeś imię możemy nim zawładnąć. Trzeba więc ukryć imię przed chorobą, demonami, złymi ludźmi.
Ciekawe, że wielu ludzi zawierając przygodne, z założenia krótkotrwałe znajomości, nie podaje swoich prawdziwych imion. Echo dawnych wierzeń? Lęk przed zawładnięciem?
Dość często zdarza się, że ktoś używa innego imienia niż to, które nadali mu rodzice. Niekoniecznie dlatego, że jest niemodne czy – w jego pojęciu – brzydkie. Dwunastolatek z anegdotki o babci wcale nie ma papierowego imienia Ryszard, jest Juliuszem. Pojęcia nie ma, dlaczego wszyscy od zawsze mówią do niego „Ryś”. Moja Mama też używała wyłącznie drugiego imienia, ale miała powody: nosiła to samo imię, co Jej matka i podobno wolały mieć pewność, która z nich jest adresatką listu(kiedy Mama była panną). Nie jestem do końca przekonana, że to była jedyna przyczyna.
Ciekawe, czy coś łączy ludzi, którzy na co dzień używają swoich – formalnie – drugich imion. Nie wyobrażam sobie takich badań, bo o co ich właściwie pytać? Może to też zaczarowywanie złych mocy? Uniemożliwianie przejęcia nad nimi władzy?
W wielu plemionach nadawano imiona dzieciom dopiero kilkuletnim. Miało to zapewne związek z nadumieralnością niemowląt i dzieci. Nie dlatego, że „nie opłacało” się ich nazywać, ale dlatego że dzięki temu miały większe szanse na przeżycie. Coś, co bezimienne – to coś, czego nie ma. A skoro nie ma – nie może przestać być, umrzeć. Im mniej żywego, tym mniej martwego. Nadawano im później często imiona osób zmarłych – Wschodni Słowianie, ale i Niemcy sądzili, że w ten sposób przejmą oni nich cechy. Ten zwyczaj trwa do dzisiaj, choć w nieco zmienionej formie. Wystarczy przypomnieć sobie wysyp Izaur – kiedy na ekranach polskich telewizorów pojawiła się pierwsza telenowela z Ameryki nieanglojęzycznej. Podobnie rzecz się ma z eufemizmami, które w części zastąpiły dawne słowa tabu – nie należy mówić dziś o kalectwie, termin „niepełnosprawność’ również uznano za deprecjonujący, na razie mówi się o „sprawnych inaczej”.
Można też komuś dorosłemu odebrać imię za karę(echo tego przetrwało we frazie „stracić dobre imię”). Zabrać imię to skazać na wykluczenie, śmierć za życia. A nawet na niebyt po śmierci. Bardzo starannie usuwano imiona niektórych faraonów(„za karę”) – zdrapując je ze ścian świątyń, posągów itd. A przecież imię zmarłego Egipcjanina(nie faraona) zapisywano wewnątrz komory grobowej, która miała być na zawsze zamknięta, nie żywym więc je pisano. Zapieczętowane i chronione przez zapomnienie pozostawało „schowane w piśmie”. Pismo służy więc zasłonięciu imienia. Pamięć przez zapomnienie. Czasem pismo stwarza coś, czego nie ma – jak biblijna zapowiedź przyjścia Mesjasza; to zalążek jego bytu, absolutnie pewnego – kiedyś, w przyszłości.
Nadawanie nazw, imion  to rodzaj rozpoznawania, nie tworzenia. Zakwitło w moim ogrodzie coś niezwykle pachnącego – i dopiero kiedy dowiedziałam się, że to dyptam, zostało przeze mnie oswojone, podległe; przedtem było nieco tajemnicze, właśnie magiczne, nie do owładnięcia. Język ma swój sens poznawczy. Adam nadał imiona zwierzętom w raju, chociaż ich nie stworzył.
Język ma też sens ontologiczny. Słowo może stwarzać, chociaż najczęściej uważa się, że to przywilej Boga. Samo imię Boga jest zaś niepoznawalne, „on jest, który jest”(jako ateistka dodałabym: „jeśli jest”). Można je natomiast zobaczyć – tetragramaton. Nie wolno jednak  wymówić(stąd Adonaj, imię Boga podczas czytania Tory czyta się „milcząco”).
Język ma więc swoją sferę sacrum i sferę profanum. Bóg nazywając – stwarza, człowiek – rozpoznaje. Czy na pewno? Czy człowiek nie stwarza?

Wśród tych notatek do eseju nie może zabraknąć Kierkegaarda(chociaż prawdziwą inspiracją był Heidegger, nie ukrywam: „słowo udziela rzeczy bycia” i jego „Parmenides”): „Zapominanie bowiem jako sztuka to nic innego jak prawdziwe asymilowanie, przyswajanie sobie, przy tym to, co się przeżyło, skrapla się w spotęgowaną zdolność do rezonansu, oddźwięku”.
Lethe w alethei. Jedno zawarte w drugim…
Język staje się zapomniany, słowo w nim napisane trwa. Nikt go już nie umie odczytać, ale ma swój metafizyczny sens. Ma smak, zapach, barwę. Bywa przedmiotem czci, jak książka w domu analfabety, którą on wielbi  i której się trochę lęka.
Jest jeszcze milczenie. I fragment „Fajdrosa” Platona, ten z Tammuzem mówiącym do Tota: „Ty jesteś ojcem liter(..) ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek(…) przestanie ćwiczyć pamięć, zaufa pismu i będzie przypominał sobie wszystko z zewnątrz(…), a nie z własnego wnętrza, z samego siebie.(…)Uczniom dasz tylko pozór mądrości, a nie mądrość prawdziwą”.
Ptaki Mii(Marii Zielińskiej) patrzą w zaćmienie, nie rozumieją, ale wiedzą, że to coś znaczy. Dzięki, Miio! Mam nadzieję, że koń odpoczął po Twojej plenerowej woltyżerce ;)

Reklamy