Posts Tagged ‘„Lord Nevermore”’

Nabazgrane na marginesie „Lorda Nevermore”

Czerwiec 4, 2009

„A kruk sterczał niewzruszenie na Pallady biustu scenie,
Rzekłszy jedno tylko słowo, jakby duszę zawarł w nim.
Ani słowa już nie wznieci, nieruchomym ślipiem świeci,
Aż szepnąłem: „On odleci, rzuci domu mego próg.
Zniknie za dnia jak nadzieje, rzuci mój samotny próg”.
„Nevermore!”, zakracze Kruk.”
E.A.Poe „Kruk”

Przypomniała mi się powieść Agnety Pleijel „Lord Nevermore”, która swego czasu narobiła nieco hałasu. Przewrotna lektura – niby autorka zastrzega, że „wszelkie podobieństwo do osób, miejsc itd. jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone”, ale Bronio, Staś, Brunon mają swoje pierwowzory, to nasz słynny etnolog, Bronisław Malinowski, Witkacy i Schulz. Inni bohaterowie tej niezwyczajnej książki też mają swoje realne lustra.
Nie czytałam tego jak powieści biograficznej – to raczej próba rozliczenia się z minionym wiekiem. Próba o tyle łatwa, że dziś już wiemy to, o czym oni nie mogli mieć pojęcia. I o tyle trudna, że tak wiele w nas tego – pozornie już historycznego – stulecia. Ale jest tam coś jeszcze – Pleijel dotyka kwestii najważniejszych – powinności, zmagań, wyborów. Bronio i Staś, dwaj przyjaciele, tak bardzo dla siebie wzajemnie ważni – muszą się rozstać. Nietrudno w tym miejscu ulec pokusie zbyt łatwego wytłumaczenia – przyczyną miała być próba homoseksualnego zbliżenia, zainicjowana przez Bronia. Są jednak powody o wiele ważniejsze: każdy z nich wybiera własną, odmienną drogę; jeśli mają dwie sprzeczne możliwości – każdy z nich wybiera inną, poprzez te wybory wzajemnie wykluczają się i oddalają. Witkacy to artysta, twórca niepokorny i poszukujący, Malinowski – zdyscyplinowany naukowiec. Inaczej rozumieją swoje obowiązki – i inaczej postrzegają rzeczywistość. Witkacy swoje światy buduje na scenie, w powieściach, obrazach, reżyseruje nawet samego siebie, epatując otoczenie swoją odmiennością( znana anegdota: pewnego razu postanowił zaszokować przyjaciół, przychodząc do eleganckiego lokalu w piżamie; ci jednak wcześniej dowiedzieli się o tym – chyba ktoś go zobaczył – i umówili się, że nie będą zwracać uwagi na dziwaczny strój artysty; Witkacy przyszedł, usiadł i czekał, a tu nic… po pewnym czasie zaczął zachowywać się dość nerwowo, w końcu zapytał, czy nie przeszkadza im jego ubranie, na co otrzymał odpowiedź unisono, że nie, to przecież normalna odzież, wszystko w porządku… wybiegł wściekły, ta odsłona dramatu pt.”Ja – Witkacy” skończyła się klapą). Malinowski jest tytanem pracy, ograniczającym nawet długość snu, przerażonym możliwością zmarnowania cennych godzin, a jednocześnie musi w nim być coś zupełnie odwrotnego, chęć poszukiwania przygód, zamiłowanie do ryzyka. W swojej drobiazgowości naukowca bywa nudny, zrzędliwy i narcystyczny, ma też przy tym  coś w rodzaju kompleksu niższości, co wpędza go w „chandrę”(jak to nazywa, dziś pewnie mówilibyśmy o depresji), z której sam się za uszy wywleka.
Obaj poszukują kobiety. I obaj kobiet się boją. W swoim „Dzienniku”, niemal ekshibicjonistycznym, Malinowski nazywa swoją późniejszą żonę tylko E.R.M., nie pisze nawet jej imienia. Witkacy szuka swojej kobiety w wielu kobietach, próbuje ich i smakuje, jak narkotyki, marząc o najdoskonalszym. A Brunon? Cóż, wystarczy sobie przypomnieć jego fascynację śmiercią i kobietą. I wszyscy oni traktują kobiety tylko jako tło, chociaż naprawdę je kochają. Przeglądają się w nich, nawet się zwierzają, lecz wiedzą, że one są rzeczywistymi lustrami – odbijają i wchłaniają obraz „swoich” mężczyzn, niby są osobne i samodzielne, ale świecą blaskiem odbitym. Nie inaczej było z Kafką. Może więc mężczyzna potrzebuje równego sobie mężczyzny? Własnie po to, żeby rozstać się z nim w pewnym momencie, nawet jeśli to boli? Bo ten drugi gwarantuje mu świadomość własnej odrębności – kobieta stapia się i utożsamia?
Warto poczytać powieść Pleijel w kontekście „Dzienników” Malinowskiego(ciekawe, jak wyglądałby jego blog? musiałby chyba wyłączyć możliwość komentowania, żeby nie zwariować; „człowiek mógłby napisać zupełnie inny dziennik po pięciu minutach, półgodzinie czy godzinie refleksji” – ilu z nas podpisałoby się pod tymi słowami B.M.?). W ogóle warto to poczytać – choćby z wdzięczności za to, że przypomniała Szwedom o wielkich Polakach.
I tutaj wracam własnie do tych rozliczeń z wiekiem minionym – w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło – Malinowski chce badać Trobriandczyków, penetrować inną kulturę, wyjść na spotkanie Innego po to, żeby spotkać siebie. Poznajemy dziś wiele, wszystko jest dostępne, nie ma żadnego tabu, a przecież nadal najmniej wiemy o sobie samych. Może dlatego pisał dziennik – nie mogąc się zwierzać nikomu, próbował robić to wobec siebie samego.
Opublikowanie „Dzienników” miało posmak skandalu – jak to! Taki sławny Polak, a tu proszę! Nie okazuje nawet przesadnego szacunku „obiektom” swoich badań. Pisze wiele o smrodzie, gorączce, rzyganiu. Więcej entuzjastycznych opisów poświęca przyrodzie niż ludziom. I taki w siebie zapatrzony, fe!
Ma prawo. Każdy ma. Można poświęcać więcej uwagi sobie niż innym, można odwrotnie. Matka Teresa wolała żyć dla innych – i po trosze ich życiem, Malinowski wolał koncentrować się na sobie samym. Że niby relatywista kulturowy?  A któż nim   n i e  jest? Kto potrafi uwolnić się od własnych uwarunkowań społeczno-historycznych?
Bodaj Maria Antonina zdziwiona, że lud się burzy nie mając chleba, zapytała: „czemu nie jedzą ciastek?” – i  w tej banalnej anegdotce tkwi sedno – zawsze patrzymy na Innego z  j a k i e j ś  pozycji. Naszej. Niby nie problem, a przecież jeśli mamy poznawać siebie dzięki Innym – zaczynają się schody, na których łatwo się potknąć i polecieć w dół, skręcając kark.
W  „Dzienniku” uczony pozwala sobie na luksus szczerości. Np.”20 IX 1914 rano dziwny sen:polucja homoseks. ze swoim sobowtórem jako partnerem. Dziwnie autoerotyczne uczucia: poczucie, że chciałbym mieć takie własnie usta do całowania, takie zgięcie szyi, taki profil czoła.” , „14 XI 1914 Życie z Demolinem w zupełnym zdziczeniu – nieogoleni, w piżamach, w szalonych brudach – w domu bez ścian – 3 werandy rodzielone przepierzeniami – b. mi sie podoba. Gromada chłopców na usługi b.przyjemna”,”13 XII 1914 Odrywam oczy od książki i ledwo wierzę, że jestem wśród dzikusów neolitycznych…” „22 XII 1914 Wracam po ciemku i znowuż straszę małego chłopca, którego nazywam Monkey; dziwny odgłos wydaje w strachu; prowadzę go kawał drogi, nęcąc tytoniem, potem nagle weszłem w krzaki, gdzie on zaczyna piszczyć”. W wielu miejscach rozpamiętuje swoje relacje z Witkacym, uczucie podziwu miesza z żalem i niechęcią. Pisze też o swojej miłości do Tośki, wspomina inne kobiety, często w kontekście erotycznym.
A dlaczego „kruk”? Takie motto wybrała do swojej książki pani Pleijel, a ja sobie posluchałam starej audycji Tomka Beksińskiego, z piosenkami Alana Parsonsa.

Nabałaganiłam w tej notce – i  wszystko zwalę na Malinowskiego, bo ktoś musi być winien –  w „Dziennikach” obserwacje mieszają sie z opisem dolegliwości, tęsknotą za Stasiem, Matką, Teosią, z opisami noclegów i podróży: gdybym pisała to za dwa dni, na pewno napisałabym inaczej…

Reklamy