Posts Tagged ‘autentyczne zdarzenia’

Bunio – odsłona czwarta i nie ostatnia..

Sierpień 4, 2008

Bunio j e s t postacią autentyczną, dostarczającą wciąż nowych przeżyć wszystkim dookoła. Wywiera potężny wpływ na otoczenie, a czyni to naprawdę mimochodem. Tak jakoś mu samo wychodzi. Absolutnie niechcący. I nie sposób się na niego złościć, bo on rzeczywiście nie ma złych intencji. Przeciwnie. Ma najlepsze. Uzupełnia nimi skutecznie wyrwy w brukowanej drodze do piekła, a część pewnie leży w pryzmach na poboczu.Opowiem o jeszcze jednym, szczególnie efektownym kamieniu.
Uroczemu pechowcowi zawdzięczam swoją pierwszą, cudowną wycieczkę do Paryża. Pracowałam wtedy w budżetówce i absolutnie nie było mnie stać na takie fanaberie, ale Bunio znał moją miłość do rozmaitych dzieł sztuki i postanowił, że wyjazd będzie mnie kosztował bardzo niewiele. Jakoś tak mnie zakręcił, że przekonał. Pojechaliśmy we czworo – Bunio czekał na place de la Concorde, wcześniej zapewniwszy nam noclegi w uroczym, maleńkim i starym hoteliku bardzo blisko centrum – na tyle blisko, że do Luwru mogliśmy dotrzeć spacerkiem. Plan był prosty – wychodzimy około dziewiątej rano i zwiedzamy, póki sił starczy, wieczorem kolacja i tak przez dziesięć dni. Wszyscy znaliśmy pechowość Bunia, ale wiedzieliśmy, że wspaniale włada językiem Baudelaire’a, więc jakoś sobie poradzi. A dla nas był bezcenny – Francuzi udają głuchych, kiedy słyszą angielski czy niemiecki – niespecjalnie lubią te nacje. Pierwszy, malutki peszek dotknął Bunia już następnego dnia – podczas śniadania miał minę niewyraźną i raczej odmawiał jedzenia, co wskazywało na jakieś dolegliwości. Przyznał się po malo delikatnych nagabywaniach – pomylił pastę do zębów z kremem do golenia i zanim spostrzegł błąd, miał w ustach sporo piany, której z trudem i – dosłownie – niesmakiem długo się pozbywał. Odprysk pecha poleciał tylko na Basię, która usiłowała stłumić śmiech i jednocześnie pić kawę. Bunio i Basia przebrali się po prychnięciu i przeprali: Basia własną bluzkę, Bunio spodnie(trzeba wiedzieć, że upodobał sobie jasne kolory, więc z góry było wiadomo, że wziął kilka par, bo jedzenie jest plamotwórcze. Prychnęła również obsługująca nas w hotelowej jadalni pani – okazało się,że jest z Jeleniej Góry i pełni funkcję pokojówki, kelnerki, czasem recepcjonistki. Pech ucichł na dni kilka, ukazując się tylko przy okazji zwiedzania La Chapelle – bramka wykrywająca metale na widok Bunia rozdzwoniła sie radośnie – i nie pomogło wyjęcie wszystkiego z kieszeni, oddanie zegarka itd. Czort wie, co metalowego ma w sobie, ale ma na pewno. On sam uważa, że tylko żelazną wolę. Na szczęście ochroniarze po prostu machnęli ręką, więc mogliśmy obejrzeć przepiękną kaplicę – wszyscy. Do drobnych incydentów można zaliczyć to, że gołębie akredytowane przy Sacre Coeur udekorowały mu koszulę i że lunch, który spożywaliśmy przy Centre Pompidou, siedząc na trawniku przy słynnej fontannie, a który Bunio na chwilę odlożył za siebie, został rozjechany przez samochód.
Dużą rzecz wykonał trzy dni przed wyjazdem. Wtedy niewielki rykoszet mnie trafił, bo akurat grzebałam się dłużej niż inni. Zadzwonił telefon, słuchawkę podniosłam z duszą na ramieniu, przerażona, że będę musiała zrozumieć francuski i odetchnęłam z ulgą, słysząc polszczyznę – chociaż w głosie dominowała złość. Bunio dzwonił – nie miał wody w łazience, zdążył się namydlić i prysznic przestał działać. Czy mogę zejść do recepcji, bo on jest unieruchomiony? Mogłam – na szczęście urzędowała w niej już zaprzyjaźniona Polka. Dała mi klucz do innego, pustego akurat pokoju, żebym go wręczyła pechowcowi. Klucz wsunęłam pod drzwi Buniowe, a sama – zgodnie z jego dość nerwowo udzielonym poleceniem – usunęłam się z korytarza. Wróciłam do pokoju, żeby skończyć makijaż. Po kilku minutach ponownie zadzwonił telefon – w tym drugim pokoju też wody nie było, piana na Buniu zaczęła wysychać i podrażniała mu skórę. Wróciłam do recepcji, tym razem pani sprawdziła na dole – wody nie było. Wykonała dwa telefony i uzyskała informację, że duża część dzielnicy jest wyłączona, jakaś awaria. Usuwanie potrwa kilka godzin. Przekazałam wieść wciąż namydlonemu pechowcowi i spokojnie dołączyłam do reszty towarzystwa. Odmówiłam chwilowo kontaktów z Buniem, więc ktoś inny poszedł się dowiedzieć, co dalej. Nasz niepłukany postanowił nie marnować czasu, jakoś się powycierał i poszliśmy w Paryż z drapiącym sie dyskretnie po różnych częściach ciała przyjacielem. Akurat tego wieczoru jedliśmy kolację na Montmartre, stolik był zamówiony na 23-cią. Kolacja była wspaniała, wino doskonałe, więc w „domu” znaleźliśmy się około trzeciej, nadal rozbawieni. No i czekała niespodzianka – okazało się, że Bunio nie tylko nie zakręcił kranu, ale w dodatku prysznic typu”słuchawka” przypadkiem skierował na pokój – zalewając dokładnie wykładzinę, podłogę i własne obuwie. Zanim obsługa hotelowa zorientowała się w sytuacji, minęło sporo czasu. Oczywiście nikt nie miał pretensji do sprawcy wypadku, Polka zdążyła widocznie opowiedzieć o pechu. Do końca pobytu byliśmy traktowani jak rodzina królewska – dbano o naszą grupkę szczególnie pieczołowicie.
Bunio kocha Francję – ma ogromną wiedzę, potrafi godzinami opowiadać o jej historii, wyśmienicie zna język. Niech już sobie ma tego pecha, jest naprawdę niezastąpionym towarzyszem podróży. Umie wynaleźć miejsca rzadko odwiedzane przez turystów, a urokliwe. Niemal spokojnie znosi nadmiar troski znajomych – kiedy to przed wspólnym wyjazdem proszą o to, żeby zabrał paszport, zapasowe okulary, bieliznę, ładowarkę, telefon(i tak zapomniał uruchomić roaming)… Wszyscy go szalenie lubimy, oczywiście oprócz kobiet, w których Bunio pechowo lokuje swoje uczucia. Kiedy tylko przestaje je lokować w jednej, przenosząc na inną zgoła – ta pozostawiona odłogiem zaczyna dostrzegać zalety naszego przyjaciela.

Reklamy