Nikt nie umiera

Sen
Duża, zimna sala, błyszcząca metalem i bielą kafelków. Na stole zwłoki Heideggera, które dwóch pracowników pieczołowicie umyło, ubrało godnie i przygotowało do ułożenia w trumnie. Ktoś z rodziny zauważa na grzbiecie dłoni zmarłego swastykę. Namalowana? Konsternacja. Nie działają żadne środki – stygmat nie poddaje się ługowi ani wybielaczom. Nie znika pod warstwą fluidu, po każdej próbie ingerencji jest wyraźniejszy. Ktoś proponuje rękawiczki – ale po ich nałożeniu złowrogi symbol się uwydatnia. Za chwilę obok otwartej trumny zgromadzi się wielu ludzi – tych, którym był myślą bliski i tych, co się kiedyś narodzą i zechcą spojrzeć mu w twarz.
– I co teraz? – pyta z rozpaczą i dość bezradnie któryś z krewnych.
– Nic – odpowiada mu ten, czyje rysy przypominają mi Bachelarda – to był człowiek, więc byt dotknięty chwałą tworzenia…ciszej nad tą trumną…
– Omnis mundi creatura/ quasi liber et pictura/ nobis est in speculum(każde na ziemi stworzenie, niczym księga i obraz, jest dla nas odbiciem) – dopowiada z uśmiechem Umberto Eco. Łatwo go poznać, jest we wszystkich mediach.
– Cokolwiek uczynię, uczynię dobrze, jeśli rzeczywiście ja to uczynię – szepcze cienista postać głosem Heideggera.
Rodzina milczy i płacze.heidegger

Żyć można nieautentycznie, poddawać się zbiorowemu konformizmowi, realizować mimetyczny model życia – naśladując innych. To gwarantuje spokój i szczęście jednostki, ale ta rękojmia nie obejmuje sytuacji granicznych: śmierci najbliższych, poważnych konfliktów moralnych. Tego rodzaju zdarzenia wytrącają jednostkę z błogostanu, izolują ją i dowodzą, jak bardzo jest samotna. Musi zmierzyć się z absurdalnością istnienia.
Życie autentyczne wymaga odwagi uświadomienia sobie własnej nicości. Jest też nagroda/przekleństwo – wolność. Żadna zbiorowość nie może narzucić jednostce – żyjącej autentycznie(postulat Heideggera) – żadnych schematów myślenia; ona już wie, że nie ma komunikowania się bytów, jest tylko współbycie(Mitsein).
Jestem – czyli przede mną mnóstwo możliwości(ogród o rozwidlających się ścieżkach) i tylko ode mnie zależy, którą wybiorę. Wolna i samotna. Próbuję nadać sens nicości, realizuję Dasein. Rzeczy zaledwie „są”(biernie), ja „istnieję” aktywnie – to różnica. Podejmuję decyzje, wybieram – i nie wiem(bo nie mogę „wiedzieć”), czy mój wybór był dobry. Nie ma żadnego probierza – może tylko własne sumienie? Trudno żyć w stanie ciągłej „zgody-ze-sobą” i „w-trwodze-bycia-ku-śmierci”. Tako rzecze Heidegger.
Nigdy nie dokonał publicznej ekspiacji. Nie odżegnał się od nazistowskiej przeszłości. Nie kajał się przed nikim(chyba – bo  tylko Hannah wiedziała…). Czy można mieć mu to za złe? Nie mam. Pozostał wierny głoszonym przez siebie poglądom – „cokolwiek uczynię – uczynię dobrze”. To nie arogancja, to oparte na solidnej naukowej podstawie echo postawy Sokratesa.

W rozmowach, które prowadzimy pod wpisami, kilka razy przewinął się problem relacji dzieło-biografia. Zawdzięczam to głównie Telemachowi i Logosowi, a i Sadoq nie jest bez „winy”.
Widzę trzy rodzaje reakcji:
1. Dzieło jest nierozerwalnie sprzęgnięte z biografią twórcy; należy zakwestionować jego wartość, kiedy autor np. zamordował żonę i brata swego.
2. Dokonania(dzieła) posiadają wartość odrębną; fakt, że ich autor bijał żonę i dziatki – nie ma znaczenia.
3. „Oddzielanie wybiórcze” – jeśli biografia stanowi ważny klucz interpretacyjny, trzeba ją uwzględnić, jeśli nie – pominąć.

Wszystkie te reakcje są w pewien sposób skażone nadmiarem subiektywności(brakiem obiektywności) oglądu. O ile w przypadku dwóch pierwszych ten nadmiar/brak wydaje się oczywisty, o tyle w odniesieniu do trzeciej – można dyskutować. To jednak tylko pozory.

Refleksja końcowa – im bliżej twórcy do etyki(nie chcę tego precyzować, zrozumiecie), tym chętniej ocenia się go w kategoriach biograficznych.

Sądzę, ze Telemach w swoich rozważaniach filozoficznych ma wyraźnie zarysowane tło etyczne, więc nie oddziela dzieła od twórcy – a przynajmniej nieczęsto. Wydaje mi się, że nie przeszkadzałby mu fakt, iż Marks nieczęsto się mył(przepraszam za eufemizm) i narzekał na czyraki, ale decyzje J.J.Rousseau dotyczące jego progenitury – to inna sprawa.

Ciekawe, jak widzi relacje dzieło-twórca w przypadku B.Russela czy Sartre’a(żeby wymienić te samonarzucające się przykłady).

Nietzsche ogłosił śmierć Boga, ale ten mu umierał długo. To się w jego myśleniu dokonywało. Śmierć Boga otworzyła drzwi do śmierci człowieka(podmiotu).
Heidegger poddaje w wątpliwość metafizykę.
Faucault otwiera szerzej drzwi do „śmierci człowieka” – ale budzi go do życia… Postfilozofia nie jest kresem filozofii, to nowa jakość.

Tagi: , , , , ,

Odpowiedzi: 32 to “Nikt nie umiera”

  1. Logos Amicus Says:

    Nie mogę się pozbyć antypatii do Sartre’a, nie chcę się pozbywać sympatii dla Van Gogha.
    Trudno mi w ich przypadku oddzielić biografię od ich dzieła (zresztą nawet tego nie usiłuję… straciłbym bowiem wiele, zwłaszcza w przypadku Van Gogha.)
    Wbrew naszej woli często nasze oceny zabarwione są emocjami. Czasem nam to pomaga, czasem przeszkadza.
    Warto jednak w tym wszystkim zachować jakieś proporcje.
    I nie zaniechać myślenia.

  2. defendo Says:

    Próbuję nie traktować filozofów emocjonalnie, chociaż nieczęsto mi się udaję, Logosie.
    Co innego artyści ;)

  3. beatrix17 Says:

    Dalczego wiedza o trudnych zakamarkach biografii artysty ma automatycznie pozbawiac sympatii ? Ona daje tylko wybor.

  4. Logos Amicus Says:

    Defendo,
    kiedy zaczynam filozofa traktować emocjonalnie, to znaczy, że zaczynam widzieć w nim artystę :)

    Mam wrażenie, że kiedy w filozofach odzywa się poeta, ich systemy pękają.
    Byż może dlatego, że stają się oni bardziej „ludzcy”.

    Dlaczego wśród filozofów tak mało było poetów?
    Dlaczego tak wielu poetów usiłowało być filozofami?
    Może dlatego że filozofia zabija poezję, a poezja rodzi potrzebę filozofii?
    Błedne koło? Niekoniecznie.
    Przyczyna, która różni poetę od filozofa jest radykalna, czyli zanurzona w ich nagłębszej istocie.

    * * *
    W Heideggerze nie podoba mi się np. to, że w taki nieludzki sposób podchodził do poezji. Wbrew pozorom mordował on Holderlina, analizując go i rozkładając jego poezję na czynniki pierwsze. A to jest dla poezji zabójcze.

    A o jego perspektywie patrzenia na nazizm nawet nie chce mi się wspominać. (Jeszcze po wojnie np. robił analogie między komorami gazowymi a zmechanizowaną agrokulturą… że to niby do siebie podobne.)

    Jego milczenie na temat nazistowskiego ludobójstwa jest dla mnie czymś nikczemnym, nieludzkim…
    Jest po propstu łajdactwem, które jak najbardziej nazwać można złoczyństwem.

  5. defendo Says:

    Logosie, nie zamierzam bronić Heideggera-człowieka. Nic z tych rzeczy.
    Zastanawia mnie, jak często podłe zachowanie łączy się z możliwościami tworzenia. Nie sądzę, żeby było jego warunkiem, ale nie wiem, jak ludzie godzą w sobie Jekylla z Hydem.
    Ciekawe, że powiedziałeś o łączeniu filozofii z innymi rodzajami twórczości, Bachelarda przywołałam nie bez powodu. Był uroczo niekonsekwentny(np. dość beztrosko traktował definicje), niektórzy odmawiają mu miana uczonego, ale przecież nim był :)

  6. Logos Amicus Says:

    DO ROZWAŻENIA.

    Cioran o Heideggerze:

    „Przecztałem właśnie ‚Gelasseheit’ Heideggera. Gdy tylko zaczyna on używać potocznego języka, widzimy, jak MAŁO ma do powiedzenia. Zawsze uważałem, że żargon to wielkie szalbierstwo”.
    (…)
    „Ogromna sława Heideggera. Wszyscy dali się nabrać jego potwornemu szalbierstwu językowemu. Jednak moja o nim opinia jest niezachwiana. Zbudowało mnie to, co Ioan Alexandru opowiedział mi o swojej rozmowie z wielkim człowiekiem: na proste i głębokie pytania rumuńskiego poety filozof odpowiadał banałami. Nie mogąc używać swego zwykłego żargonu, nie potrafił powiedzieć niczego językiem potocznym, żywym, normalnym. Nie dało się szachrować”.

    André Breton:

    „Filozof, którego nie rozumiem, jest draniem”.

  7. mniemanolog Says:

    KK wynosząc na ołtarz miał wypracowaną metodę.Proces beatyfikacyjny trwał na tyle długo,że wszyscy , którzy znali „wynoszonego” dawno odeszli, by nie mogli zaświadczyć ,że przypadkiem widzieli jak bił żonę, czy czynił inne , nie pasujące do obrazu świętego rzeczy. W ten oto sposób oddzielał (KK )etykę głoszoną , od czynionej ;-).Metoda odwrotna przy reklamowaniu dzieł artystów, gdzie każdy skandal jest nagłaśniany.Co to za artysta który nie zmarł na suchoty , czy chorobę francuską, wcześniej zapadłszy na chorobę alkoholową z narkomanią włącznie.O filozofach nie wspominam, bo temat jest mi zupełnie nieznany.
    Pozdrawiam serdecznie.

  8. defendo Says:

    Mniemanologu – coś w tym jest! Chyba Hłasko mówił, że legenda jest mieszaniną kłamstwa i marzeń?
    KK ma wielowiekowe doświadczenie;)
    Chociaż… kanonizowano papieży niemal natychmiast po śmierci – był taki zwyczaj(wprawdzie krótko), następca mógł liczyć z kolei na swojego następcę itd.

  9. defendo Says:

    Logosie, Heidegger pomógł mi „otworzyć myślenie”.
    Myślę, że w słowach Ciorana jest wiele zawiści;)
    Nie wiem, czy powinnam tu pisać o tym, dlaczego Heidegger nadal jest ważny – jako filozof – przynajmniej dla mnie.
    Zdarza się, że czyjeś poglądy służą nam do tego, żeby upewnić się, że nasze są inne…

  10. telemach Says:

    problemy z komentarzami w wordpressie. zgroza. ja nie moge.

  11. telemach Says:

    mniemanolog: z tym beatyfikowaniem \”z czasowego dystansu\” to bym nie przesadzal. Taki sw. Franciszek na ten przyklad. Wyniesiony na piedestal swietego w 18 miesiecy po smierci. Ale jakze byl on potrzebny jako instrument do zblizajacej sie ostatecznej rozprawy z szerzacym sie albigensowym, waldensowym i humilatowym kacerstwem. Pokora w biedzie zostala zaprzegnieta do rydwanu eksterminacji konkurentów hierarchii koscielnej. Ta oczywista instrumentalizacja nigdy nikomu nie przeszkadzala. Pozostal debilny archetyp przepasanego sznurkiem glodomora karmiacego ptaszki. Do czego to slawienie pelnej wyrzeczen dobroci systemowi posluzylo – nie ma kogo zapytac. Nie ma nawet grobów katarskiej hekatomby.

  12. defendo Says:

    Telemachu – zdarzały się jeszcze „krótsze ścieżki”, ale korzyści, płynące z kanonizacji były dość oczywiste – dla sprawcy. Jasne, że kanonizowanie jest instrumentem, ochoczo wykorzystywanym przez ówczesnych i współczesnych decydentów – to działalność polityczna, nie ma nic wspólnego z sacrum.
    Ilekroć słyszę o czyjejś świętości, tylekroć budzi się we mnie advocatus diaboli. Chyba prędzej uwierzę w Boga niż w to, że ktokolwiek – bez najmniejszej skazy – realizuje na ziemi Jego postulaty. A jeśli to robi – krzywdzi innych albo jest cyborgiem…
    A co do katarów – najpiękniej broni ich Umberto Eco….

  13. mniemanolog Says:

    Nie zaprzeczam ,że metoda przeze mnie wspomniana jest zasadą żelazną, a jedynie najczęściej stosowaną. Ciekawi mnie , jakie zdanie na temat kanonizacji mieliby sami kanonizowani.

  14. telemach Says:

    @mniemanolog: może jakiś rodzaj ankiety? ;-)

    @def: cieszę się że widzimy to podobnie. Zawsze raźniej. . Chyba będę się musiał z tym Szymonem Słupnikiem pośpieszyć. Na razie czeka w kolejce za św. Weroniką (ladies first), św. Jerzym i Ernesto Che Guevarą.
    Pozdrowienia

    t.

  15. Logos Amicus Says:

    BERTRANDT RUSSELL:

    „Święty Franciszek jest jedną z najbardziej sympatycznych postaci, jakie znamy z historii. (..) wyjątkową pozycję wśród świętych zawdzięcza jednak swej spontanicznej radości, uniwersalnej miłości i talentowi poetyckiemu.(…) Dobroć zdaje się nie kosztować go żadnego wysiłku (…) Franciszek kochał wszystkie żywe stworzenia nie tylko jako chrześcijanin i dobry człowiek, ale także jako poeta (…) Czuł się w obowiązku pomagać trędowatym, dla ich, a nie własnego dobra; w odróżnieniu od innych świętych bardziej interesowało go szczęście innych niż własne zbawienie. Nigdy nie okazwał poczucia wyższości, nawet wobec ludzi najnędzniejszych czy najbardziej niegodziwych.”

    Bertrandt Russel. „Dzieje filozofii Zachodu i jej związki z rzeczywistością polityczno-społeczną od czasów najdawniejszych do dnia dzisiejszego”. Wyd. Fundacja Aletheia, Warszawa; ss 519-521.

  16. Logos Amicus Says:

    telemachu,
    intuicja w twoim przypadku mnie nie zawiodła.
    S.

  17. Logos Amicus Says:

    Przypomnę jedynie, że Bertrandt Russell uznawany jest za jeden z najwybitniejszych umysłów czasów nowożytnych. Logik, matematyk, pisarz, filozof, historyk… Z jego zdaniem liczył się cały swiat.
    Ach, dodam jeszcze, że te słowa o Świętym Franciszku wyszły z ust nie jakiegoś dewota, a zadeklarowanego ateisty.

    * * *
    A ja już znikam.
    Widzę, że nic tu po mnie.

  18. telemach Says:

    Logosie, obawiam się, że odczytałeś mój komentarz na temat instrumentalizacji św. Franciszka z Asyżu i recepcji archetypu jako moją ocenę tej skądinąd sympatycznej postaci.
    Nikt Ci tego zabronić nie może. Nie jest to jednak zgodne z moimi intencjami. I ma – obawiam się – pewne cechy reakcji odruchowej.

    P.S. Mnie też intuicja nie zawiodła ;-)

  19. telemach Says:

    @Logos: i jeszcze na marginesie: Maksym Gorki pisał genialną literaturę. A 7. Symfonia Szostakowicza była i jest uważana za arcydzieło. Na jej wykonanie w 1946 roku nawet zwolniono trzech skrzypków z łagru.

  20. Sadoq Says:

    Postfilozofia,
    Postkomunizm,
    Postmodernizm,
    Postetceter[a]yzm…..

    Nazwiska wymieniane we wpisie, jak i przez PT. Komentatorów mówią jedno: ktoś w nowy sposób rozpoznaje rzeczywistość lub w nowatorsko tworzy muzykę, pisze, czy maluje. Wszystko to było w opozycji do zastanych nurtów. Gawiedź – a my do niej należymy – pociągają nowinki. Upewniamy się, że jesteśmy na właściwej fali spoglądając w przeszłość.

    PS.
    Z tym łagrem to prawie jak z orkiestrą w Auschwitz. Dyktatorzy, despoci, ale i zwykłe obozowe kanalie są wrażliwi na sztukę… Może przez to czują się mniej skalani swą podłością.

  21. defendo Says:

    Sadoqu – nie lekceważyłabym tych „postów” – tworzą dyskurs publiczny, a ten się zmienia. Nie umiemy już myśleć w kategoriach teocentrycznych, kartezjańskich itd., chociaż je w pewien sposób zinterioryzowaliśmy.
    Dyskurs rozwija się – i bardzo dobrze. To gwarancja rozwoju kultury.

  22. defendo Says:

    Telemachu – mam ochotę napisać o św. Jadwidze Śląskiej – ale to wyjątkowo antypatyczna(dla mnie) postać, obawiam się, że to byłoby pójście na łatwiznę;)
    No i w jej wypadku przyczyny kanonizacji są nazbyt oczywiste.

  23. defendo Says:

    Logosie – św. Franciszek to rzeczywiście postać – tak po ludzku – sympatyczna, przynajmniej tak przedstawia jego wizerunek współczesny KK. Wcześniej omal nie spaliwszy go na stosie…

  24. Sadoq Says:

    Defendo, ależ to nie lekceważenie tylko uwypuklenie dyskursu. Myślę, że jestem ostatnim komu można przypisywać takie intencje. Wszystkie POST możemy jedynie w dyskursie uchwycić i poprzez odniesienia. A może po prostu ściemniłem niczym Heidegger:-)

  25. defendo Says:

    Wiesz, co mi się skojarzyło? Kontynuacja przez negację… paradoks kultury – dzięki któremu trwa :)

  26. Sadoq Says:

    Pełna zgoda, Def.
    Dialektyka z całą swą złożonością już od starożytności wprawia w ruch wszystko.

  27. telemach Says:

    Defendo, przemyślałem sobie i doszedłem do wniosku, że jest to temat zawiły. Mój stosunek do wymienionych przez Ciebie postaci jest częstokroć ambiwalentny. . Powiem więcej: zależy od kontekstu w jakim je odnajduję.

    Sartre jest doskonałym przykładem tej ambiwalencji. Widzę go nadal na czarno-białej fotografii, fotografii która w latach siedemdziesiątych wisiała nad moim łóżkiem. Była wycięta z Paris Match i przedstawiała sędziwego i ociemniałego już filozofa, jak stojąc na skrzynce przed zakładami Renaulta, przemawia do mijających go obojętnie i pozostających obojętnymi na jego nawoływania do walki rewolucyjnej pod sztandarem maoizmu robotników. Śmieszność i tragizm trybuna robotniczej walki jest oczywista.

    Srtrea szanowałem i podziwiałem od czasu gdy jako dzieciak czytałem pod kołdrą Muchy, Przy drzwiach zamkniętych i Niekrasowa. Potem przyszły „Słowa” a potem to co nie miało prawa ukazywać się po Polsku a co mnie dane było poznać po francusku.
    Sartre mnie jako nastolatka uwiódł, a ja jako dzieciak uwieść się dałem.
    Nie wiem, czy zdołam mu to kiedykolwiek wybaczyć. W ten sposób osobista idiosynkrazja rzutuje na moje postrzeganie postaci i pośrednio też – jej dorobku. Nie umiem jakoś oddzielić. Chociaż wiem, że nie powinienem postrzegać go przez pryzmat osobistego rozczarowania – nie umiem inaczej.

    Do wielu postaci, które nas kształtują, mamy stosunek wysoce emocjonalny. Łatwo nas ranią trupy odnajdywane w szafie niepokalanych ideałów.

    Wracam do kontekstu. Gdy widzę,jak tryglodyci w imię prymitywnie rozumianego jaskiniowego antykomunizmu potępiają Sartrea, mam ochotę go bronić. I bronię.
    Za wszystko co mu zawdzięczamy. Gdy jestem świadkiem sytuacji odwrotnej, np. kanonizacji Jean-Paula z pozycji lewicowych klap na oczach – wzbiera we mnie gniew i mam ochotę przypomnieć jego anarchistyczno-maoistyczne zidiocenie lat ostatnich.
    To rozumiem przez ambiwalencję.
    Mógłbym podać więcej, dużo więcej przykładów. Ważne jest da mnie jedno: mnie nie razi niezgodność biografii twórcy i dzieła. Takowa zbieżność jest rzadkością. Mnie razi i prowokuje naginanie biografii do stereotypowych wyobrażeń. I formułowanie sądów kategorycznych na podstawie niepełnego, kalekiego, na swój sposób perwersyjnego i uformowanego przez myślenie życzeniowe niedoinformowanego hagiografa, obrazu. To działa na mnie jak płachta na byka. Najbardziej niebezpieczną wydaje mi się bowiem petryfikacja obiegowych wyobrażeń. I jest mi zupełnie obojętne z jakich to dzieje się pobudek.

    Spójrz na powyższe komentarze. Heidegger był z pewnością nie tylko genialnym myślicielem. Heidegger był postacią kontrowersyjną. Jego zachowanie w czasach III Rzeszy było nie tyle zbrodnicze co konformistyczne. Mojego kolegę to brzydzi i oburza. Wyciąga zatem Ciorana i wali cytatem z Ciorana po głowie ewentualnych oponentów. Jest to dla mnie zabawne. Piętnowanie Heideggera mogę ścierpieć. Sięganie do cytatów rumuńskiego faszysty i antysemity, któremu udało się umrzeć zanim prawda o jego niechlubnej (i do dziś mało znanej) przeszłości wyszła na jaw, jest nie tylko nadużyciem, jest dowodem braku jakichkolwiek proporcji. Cioran nie miał moralnego prawa atakować Heideggera. Nie on. Nie człowiek, który przebywając w 1935 roku w Niemczech napisał w swym artykule do bukareszteńskiej gazety: „Nie ma współcześnie sympatyczniejszego i większego polityka niż Hitler”. Nie człowiek, który sławił Noc Wielkich noży jako „boskie widowisko” i wzywał swych rodaków do podążenia śladami hitlerowskich Niemiec i wprowadzenia w Rumunii „praw norymberskich”. Ot były fanatyczny członek faszystowskiej Żelaznej Gwardii krytykuje byłego konfrmistcznego członka NSDAP. Na korzyść Heideggera przemawia, że w przeciwieństwie do Ciorana, do pogromów nie nawoływał.

    Prawdopodobnie Logos zauważy znów, że zamiast skupić się na doniosłych osiągnięciach autora „Na szczytach rozpaczy” coś tam wywlekam, coś co nie jest ładne.
    Logos popełnia niestety wciąż ten sam błąd logiczny interpretując to „wywlekanie” jako chęć mówienia o uznanych ikonach źle. Nic bardziej błędnego.. Cenię Ciorana, można od niego i z niego wiele się nauczyć. Próba czynienia z niego autorytetu moralnego i instrumentalizacja w celu zdyskredytowania Heideggera – budzi jednak natychmiast mój protest i niechęć. Więc wywlekam. Jest moim zdaniem zrozumiałe, że nikt nie ukrywa swych dobrych stron. A te „inne” są pod warstwą pełnego zachwytu lukru schowane. Trzeba więc wywlekać aby ukochany przez panegiryków obraz był pełen.

    Nie pojmuję dlaczego mam oceniać Ciorana inaczej niż Heideggera. Nikt mi tego nigdy nie zdołał wytłumaczyć. Wybiórcze oceny i chodzenie an intelektualne skróty budzi moją niechęć. Sartre, Heidegger, Cioran, Russell, Aragon, Gorki. Wszyscy mieli oni swe jasne i ciemne strony. Nie ma powodu czynić z nich zbrodniarzy. Ani stawiać na piedestał. Byli wieloracy. Różni w różnych i trudnych czasach. Ludzcy.

    Bezrefleksyjne powielanie kulturowych kalek i stawianie na piedestał w ramach durnego zachwytu drażni mnie zatem chyba najbardziej. Dlatego staram się czasem dopełnić wygodny mit tym, co mniej znane i nie takie piękne. Dążenie do pokazania całości nie jest niczym złym. To bezmyślna kultywacja opartych na półprawdach mitów i złudzeń jest zdrożna. Wygodna, lecz na dłuższą miarę niebezpieczna.

    Pozdrowienia

  28. defendo Says:

    Telemachu – stąd właśnie wziął się mój sen.
    Z niechęci do panegirystów, ze znielubienia „posągów moralnych”.
    Oczywiście, ze ważne, k t o mówi. Bardzo ważne. Pochwała w ustach pewnych ludzi bywa obelgą.
    Nie można uwolnić się od własnych powiązań z czasem, społeczeństwem, historią(to jedna z przyczyn błędów badawczych, popełnianych przez przedstawicieli nauk nieformalnych, mimo tych błędów wysoko cenię ich dokonania – vide Malinowski) – i nie trzeba się zanadto z tym szarpać.
    Lubię odbrązowianie, wspaniale czynił to Boy, z werwą i bardzo emocjonalnie, ale było to podparte jego ogromną, rzetelną wiedzą. Chociaż dziś wiemy już więcej… a może tylko więcej rozumiemy?
    Piedestały wytrzymają każdy posąg, ale najpiękniejsze są te puste.
    Sartre uwiódł i mnie – uwiódł też Platon, Arystoteles, na Nietzschego będę pewnie już zawsze patrzyć z pozycji Hegla, Bataille, Russel, Wittgenstein, Derrida… i wielu innych(teraz wyszło na to, że zostałam wielokrotnie uwiedziona, powinien tu się włączyć stereotyp kobiety o zszarganej opinii), ale nie znam lepszego sposobu na „otworzenie myślenia”.
    Też mnie boli, kiedy ktoś cytuje Gorkiego „człowiek – to brzmi dumnie” nie mając pojęcia, kogo cytuje(kiedy mu się to uświadomi, wzrusza lekceważąco ramionami z okrzykiem „ten ruski komuch? niemożliwe!”) ani jaki był kontekst tej wypowiedzi w dramacie.
    I też czytałam pod kołdrą – wzrok padł ofiarą dziwnych pomysłów wychowawczych, które kazały rodzicom pakować dzieci do łóżka o określonej porze, „sową” jestem od zawsze…

    Cieszę się, że zostałam zrozumiana.

    Oczywiście nie wpisujesz się w żadną z moich kategorii – jednak nie udało mi się uwzględnić wszystkich możliwości;)

  29. defendo Says:

    Nie tak, Logosie – oczywiście, że jesteś tutaj potrzebny. Umiesz rozmawiać. I przedstawiasz jeden z możliwych punktów widzenia. :)

  30. Torlin Says:

    A ja jestem skowronkiem, nigdy nie czytałem pod kołdrą, a ze wzrokiem również słabiutko.
    Ciekawa jest relacja biografia – dzieło (dzieło – biografia). Jak wiesz u mnie jest o Conradzie, jego praca na rzece Kongo dokonała przemiany w osobowości pisarza, a Marlow i Kurtz to są alter ego samego pisarza. Identycznie czułem się czytając pamiętniki Montgomery, z wyjątkiem sieroctwa wypisz – wymaluj Rudowłosa Ania.

  31. K.L.daV. Says:

    ja znowu niemerytorycznie.
    http://toteraja.wordpress.com/2009/06/20/cenzura-czuwa/

  32. defendo Says:

    Torlinie – bo można czytać o świcie – przy dziennym świetle.
    Ta dyskusja jest naprawdę ciekawa :)

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: