Schowane w piśmie

Miia - Zaćmienie
Wczesny zimowy ranek, w tle jakaś niemal nierealna wojna. Trzeba nakarmić piec. Stara kobieta z podrzeszowskiej wsi pozwala pospać jeszcze domownikom i sama podkłada papier, szczapy drewna, grubsze polana. Śpiewa godzinki – trochę z wielkiej pobożności, trochę dla zabicia ciszy. Do kuchni po cichutku wchodzi dwunastoletni wnuczek. Dobrze przy rozgrzanym piecu, prawie jak pod pierzyną. W pokoju było jednak zimno, na grubym piernacie oddech osadzał szron. Wnuczek śmieje się słysząc „Tyś niezwyciężonego chlast w mordę Samsona”. Rysio poprawia:
– Babciu, tam jest „Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona”… jakżeby Matka Boska kogoś w mordę?
– Co ty tam wiesz!? Matka Boska samego diabła pokonała! Nie wierzysz? To se popatrz, tam figurka stoi, z samego Krakowa. Bozia na kuli ziemskiej, a stópką łeb węża-gada depcze. Ten wąż to diabeł, kark mu skręciła. To jak głupiego Samsona miała nie zwyciężyć?
Dziś Rysio jest w wieku swojej babci, może nawet starszy? Uprawia jogę. I wspomina tamte lata z uśmiechem. I to „chlast w mordę”.
Godzinki były mantrą babci, jej zaczarowywaniem dnia. Nie musiała ich rozumieć. To był jej tybetański „młynek modlitewny”. Zaklinanie rzeczywistości. Zaklęcia są często niezrozumiałe, bo takie właśnie mają być, zwłaszcza dla postronnych, tylko wtedy posiadają niezwykłą moc.

Białorusini zaklinali kruh(wysypkę) słowami:P „Nie ma tabie, palec imienija, nie ma tabie, kruh razrieszyniennia”. Odbiera się kruhowi imię. Zamówienia uważana za święte „boże słowa”.
Podczas ciężkiej choroby nie tylko nie wymieniano imienia chorego, ale często mu je zmieniano, żeby choroba „zgłupiała” nie wiedząc, kogo ma w swojej mocy i wypuściła delikwenta. Rekonwalescent musiał potem nosić to swoje „nowe imię”, bo wyzdrowienie było ponownymi narodzinami, kolejnym wejściem w życie.
Znając czyjeś imię możemy nim zawładnąć. Trzeba więc ukryć imię przed chorobą, demonami, złymi ludźmi.
Ciekawe, że wielu ludzi zawierając przygodne, z założenia krótkotrwałe znajomości, nie podaje swoich prawdziwych imion. Echo dawnych wierzeń? Lęk przed zawładnięciem?
Dość często zdarza się, że ktoś używa innego imienia niż to, które nadali mu rodzice. Niekoniecznie dlatego, że jest niemodne czy – w jego pojęciu – brzydkie. Dwunastolatek z anegdotki o babci wcale nie ma papierowego imienia Ryszard, jest Juliuszem. Pojęcia nie ma, dlaczego wszyscy od zawsze mówią do niego „Ryś”. Moja Mama też używała wyłącznie drugiego imienia, ale miała powody: nosiła to samo imię, co Jej matka i podobno wolały mieć pewność, która z nich jest adresatką listu(kiedy Mama była panną). Nie jestem do końca przekonana, że to była jedyna przyczyna.
Ciekawe, czy coś łączy ludzi, którzy na co dzień używają swoich – formalnie – drugich imion. Nie wyobrażam sobie takich badań, bo o co ich właściwie pytać? Może to też zaczarowywanie złych mocy? Uniemożliwianie przejęcia nad nimi władzy?
W wielu plemionach nadawano imiona dzieciom dopiero kilkuletnim. Miało to zapewne związek z nadumieralnością niemowląt i dzieci. Nie dlatego, że „nie opłacało” się ich nazywać, ale dlatego że dzięki temu miały większe szanse na przeżycie. Coś, co bezimienne – to coś, czego nie ma. A skoro nie ma – nie może przestać być, umrzeć. Im mniej żywego, tym mniej martwego. Nadawano im później często imiona osób zmarłych – Wschodni Słowianie, ale i Niemcy sądzili, że w ten sposób przejmą oni nich cechy. Ten zwyczaj trwa do dzisiaj, choć w nieco zmienionej formie. Wystarczy przypomnieć sobie wysyp Izaur – kiedy na ekranach polskich telewizorów pojawiła się pierwsza telenowela z Ameryki nieanglojęzycznej. Podobnie rzecz się ma z eufemizmami, które w części zastąpiły dawne słowa tabu – nie należy mówić dziś o kalectwie, termin „niepełnosprawność’ również uznano za deprecjonujący, na razie mówi się o „sprawnych inaczej”.
Można też komuś dorosłemu odebrać imię za karę(echo tego przetrwało we frazie „stracić dobre imię”). Zabrać imię to skazać na wykluczenie, śmierć za życia. A nawet na niebyt po śmierci. Bardzo starannie usuwano imiona niektórych faraonów(„za karę”) – zdrapując je ze ścian świątyń, posągów itd. A przecież imię zmarłego Egipcjanina(nie faraona) zapisywano wewnątrz komory grobowej, która miała być na zawsze zamknięta, nie żywym więc je pisano. Zapieczętowane i chronione przez zapomnienie pozostawało „schowane w piśmie”. Pismo służy więc zasłonięciu imienia. Pamięć przez zapomnienie. Czasem pismo stwarza coś, czego nie ma – jak biblijna zapowiedź przyjścia Mesjasza; to zalążek jego bytu, absolutnie pewnego – kiedyś, w przyszłości.
Nadawanie nazw, imion  to rodzaj rozpoznawania, nie tworzenia. Zakwitło w moim ogrodzie coś niezwykle pachnącego – i dopiero kiedy dowiedziałam się, że to dyptam, zostało przeze mnie oswojone, podległe; przedtem było nieco tajemnicze, właśnie magiczne, nie do owładnięcia. Język ma swój sens poznawczy. Adam nadał imiona zwierzętom w raju, chociaż ich nie stworzył.
Język ma też sens ontologiczny. Słowo może stwarzać, chociaż najczęściej uważa się, że to przywilej Boga. Samo imię Boga jest zaś niepoznawalne, „on jest, który jest”(jako ateistka dodałabym: „jeśli jest”). Można je natomiast zobaczyć – tetragramaton. Nie wolno jednak  wymówić(stąd Adonaj, imię Boga podczas czytania Tory czyta się „milcząco”).
Język ma więc swoją sferę sacrum i sferę profanum. Bóg nazywając – stwarza, człowiek – rozpoznaje. Czy na pewno? Czy człowiek nie stwarza?

Wśród tych notatek do eseju nie może zabraknąć Kierkegaarda(chociaż prawdziwą inspiracją był Heidegger, nie ukrywam: „słowo udziela rzeczy bycia” i jego „Parmenides”): „Zapominanie bowiem jako sztuka to nic innego jak prawdziwe asymilowanie, przyswajanie sobie, przy tym to, co się przeżyło, skrapla się w spotęgowaną zdolność do rezonansu, oddźwięku”.
Lethe w alethei. Jedno zawarte w drugim…
Język staje się zapomniany, słowo w nim napisane trwa. Nikt go już nie umie odczytać, ale ma swój metafizyczny sens. Ma smak, zapach, barwę. Bywa przedmiotem czci, jak książka w domu analfabety, którą on wielbi  i której się trochę lęka.
Jest jeszcze milczenie. I fragment „Fajdrosa” Platona, ten z Tammuzem mówiącym do Tota: „Ty jesteś ojcem liter(..) ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek(…) przestanie ćwiczyć pamięć, zaufa pismu i będzie przypominał sobie wszystko z zewnątrz(…), a nie z własnego wnętrza, z samego siebie.(…)Uczniom dasz tylko pozór mądrości, a nie mądrość prawdziwą”.
Ptaki Mii(Marii Zielińskiej) patrzą w zaćmienie, nie rozumieją, ale wiedzą, że to coś znaczy. Dzięki, Miio! Mam nadzieję, że koń odpoczął po Twojej plenerowej woltyżerce ;)

Tagi: , , , , , ,

Odpowiedzi: 63 to “Schowane w piśmie”

  1. Sadoq Says:

    Godzinki ku czci NMP mam w pamięci z dzieciństwa. A że organista miał i słuch i dobrze grał i śpiewał pamiętam klimat i nastrój śpiewu w parafialnym kościele, do którego jako ministrant uczęszczałem. Może i babcie śpiewające do końca wszystkiego nie rozumiały, bo miało to coś z mantry, ale na pewno czuło się metafizykę niczym prąd wznoszący. Mimo swego obecnego bycia extra Ecclesiam odczuwam miłe myśli na wspomnienie tego klimatu.

    Mam tez i bardziej frywolne wspomnienie z pieśni religijnych. Frazę o Najświętszej Marii Pannie: … ślicznaś i niepokalana spiewaliśmy (sic!!!) ślicznaś ino po kolana.

    Ad-remując zaś w sprawie IMIENIA należy wiedzieć, że współcześnie sens nadawania imion zatracił pierwotny koloryt i rangę. Imię było dla ludów semickich niczym klucz do władzy nad kimś. Bóg (YHWH) ujawniając swe imię dał człowiekowi dostęp do siebie samego, natomiast zakaz posługiwania się tym imieniem i zastąpienie go Adonai, Elohim, El Szaddaj nie był wymysłem Boga, ale skutkiem nadgorliwości kasty kapłańskiej w Izraelu. Skrywając imię Jahwe przed ludem, chcieli zagarnąć klucz do kontaktu z Bogiem dla siebie.

    Co do nicków, imion zastępczych można powiedzieć, że w jakiś sposób ukrywamy się, skrywamy dostęp do siebie, ale i też na nowo określamy swą tożsamość.

  2. Próżność (od)tworzenia « Fraktale Says:

    […] podjąć. Za co serdeczne Jemu dzięki :) Język. Zarówno ten pisany, jak i ten mówiony, jest tworzywem człowieka. Zmienia się wraz z nami, ulega modom, pędzi wraz z podkręcającym tempo życia czasem. Jest […]

  3. kasjo.pl Says:

    obraz Twojej koleżanki niesamowicie mi się podoba :)

  4. flamenco Says:

    Sadoq,

    Z kolei ja pozwolę sobie doprecyzować to, czym Ty doprecyzowałeś wpis Defendo, jeśli pozwolisz :)

    Ad-remując zaś w sprawie IMIENIA należy wiedzieć, że współcześnie sens nadawania imion zatracił pierwotny koloryt i rangę. Imię było dla ludów semickich niczym klucz do władzy nad kimś.

    Nie tylko do władzy, przede wszystkim do wiedzy.

    Bóg najpierw powiedział Mojżeszowi, by ten poszedł do Jego ludu i powtórzył, iż posłany został przez tego, który okaże się, kim się okaże (zubożona i niedokładna interpretacyjnie forma tłumaczenia jestem, który jestem odbiera sens i znaczenie, które musiało być przez Izraelitów i Mojżesza zrozumiane na tyle wyraziście, by odważyli się stawić czoła cięmięskiemu Egiptowi i zaufać Bogu tak właśnie się przedstawiającemu). Dopiero później, gdy Izrael niejako przystał na propozycję przymierza z Bogiem, wyjawił On swoje imię JHWH (od hebrajskiego powodować, stawać się – „On powoduje, że (wszystko) się staje” niosące w sobie znaczenie „wszystko, co zamierzy Bóg, jest już faktem”).

    Sama zaś geneza rzeczownika dziś oddawanego słowem „imię” mieści w sobie cały wachlarz etykietowanych nim ‚adresatów’ i możliwości uzyskanych o nich, za pomocą imienia właśnie, informacji. Pierwotnie, to słowo bądź wyrażenie identyfikujące daną osobę, miejsce, zwierzę, roślinę lub jeszcze coś innego. „Imię” może także oznaczać jakiegoś człowieka albo jego reputację. W zasadzie można powiedzieć, że imię jest synonimem nazwy – przy czym, o ile nazwa jest pojęciem globalnym, to imię jest pojęciem na użytek identyfikacji jednostki, skupiającym na jednostce uwagę.

    Można jeszcze dodać, że imiona, które spotykamy w Biblii miały często znaczenie prorocze.
    Np. imię syna Izajasza Maher-Szalal-Chasz-Baz (dosł. „Pośpiesz się, łupie!” lub „Śpiesząc się do łupu”, tłumaczone jako „Przyszedł szybko, by grabić”) wskazywało, że król asyryjski podbije Samarię i Damaszek [Księga Izajasza 8:3, 4].
    Imię syna Ozeasza Jizreel („Bóg zasieje nasienie”) kierowało uwagę na przyszły rozrachunek z domem Jehu [Ozeasza 1:4].
    Imiona dwojga innych dzieci Ozeasza Lo-Ruchama („nie okazano [jej] miłosierdzia”) i Lo-Ammi („nie mój lud”) zapowiadały, że JHWH odrzuci Izrael [Ozeasza 1:6-10].
    Wreszcie imię samego Mesjasza, Jezus („Jahwe jest wybawieniem”) proroczo wyjawiało wyznaczoną mu przez Boga rolę Wybawiciela lub „narzędzi wybawienia” [ew. wg Łukasza 2:30; ew. wg Mateusza 1:21].

    Powyższe można oczywiście brać jako subtelne ciekawostki historyczne, ale wydaje mi się, że można wysnuć z tego jeszcze jeden wniosek. Dziś imię nie oznacza wiele. Może dlatego tak skorzy jesteśmy nie dbać także o te imiona, które nadajemy sobie tutaj? Imię, które niesie ze sobą znaczenie i jest wartością dla noszącego je, to powód do dumy i dbałości, niekalania. Patrząc na to, jakie świadectwo czasami wydajemy sobie w dyskusjach wirtualnych, zupełnie nie przywiązujemy wagi do łączenia nas samych, naszego postępowania i zachowania z imionami, jakie naklejamy na pozornie nieidentyfikowalną całość.

    Serdeczności :)

  5. Sadoq Says:

    Flamenco

    Nie tylko do władzy, przede wszystkim do wiedzy

    .
    By mieć władzę, trzeba mieć wiedzę. To oczywiste. Kiedyś wystarczyło znać imię człowieka, które miało wymiar metafizyczny. Znało się jakby silne i słabe strony człowieka. Dziś zdobywamy władze nad drugim człowiekiem wykorzystując jego namiętności i jego słabości. Kusimy go lub szantażujemy.
    Dziś znać imię człowieka zostało zastąpione przez poznanie jego ciemne i skrywanych stron. Namiętność władzy jest taka sama, jak w starożytności i późniejszych wiekach.

    Słowo udziela bycia rzeczom… Nie inaczej, gdyż świat jest w naszej głowie i w pojęciach, które tworzą relację między sobą. Tworzą świat takim, jakim go poznajemy. Zmieniając, czy korygując pojęcia zmieniamy obraz świata, jakim dysponujemy.

  6. defendo Says:

    Kasjo – jest na sprzedaż ;) obraz Mii znaczy – ona nie!

  7. defendo Says:

    W oryginale to „verschafft” ,Sadoqu… udzielanie?

  8. defendo Says:

    Właśnie – wciąż mam w pamięci dość znany spór Derridy z Levi-Straussem, filozofa i antropologa kulturowego. Nie porozumieli się. Dla Derridy imię „Nambikwar” miało konotację poznawczą, dla Levi-Straussa – poznawczą.
    Specjalna dedykacja dla Ciebie,Sadoqu – „Das Aussagen ist ein Sein zum seindenen Ding selbst”(wypowiadanie jest byciem ku samej bytującej rzeczy”).
    A poza tym – pora się uśmiechnąć, „po kolana” będąc niepokalanymi;)

  9. Sadoq Says:

    Defendo,
    Dziękuję za dedykację. Lubie takie smaczki. Cokolwiek jednak pomyślimy lub wypowiemy miejmy na względzie Heideggerowskie widzenie człowieka jako Sein zum Tode (byt ku śmierci). Może to mało optymistyczne, ale egzystencjalizm Heideggera jest właśnie taki.

    Niemiecki to nie mój żywioł, ale słowo verschafft może być tłumaczone jako ‚daje’, choć ‚udziela’ w tym kontekście wydaje się bardziej metafizyczne i stosowniejsze.

    Levy-Strauss był strukturalistą, młodszy zaś Derrida dekonstruktrukcjonistą. Zatem ich spór nie jest czymś dziwnym, zwłaszcza, że nurt myślenia o społeczeństwe i kulturze uosabiany przez Derridę wypierał to, co reprezentował Levy-Strauss.

  10. defendo Says:

    Tfu! – oczywiście dla filozofa miało konotację ontologiczną….
    Już nie pociąga mnie strukturalizm, ale uwodzący jest. Wpisał się w dzieje myśli.

  11. defendo Says:

    Jasne, że człowiek zmierza ku śmierci. Wszystko, co żywe, ku temu zmierza. Jedyny cel. Ważne, żeby tak mówić=żyć, żeby pozostało milczenie….

  12. flamenco Says:

    Sadoq,

    By mieć władzę, trzeba mieć wiedzę. To oczywiste.

    Nie bez kozery przytoczyłam znaczenie tych kilku hebrajskich imion – zauważ, że wiedza z nich płynąca wymagała raczej pokory zrozumienia, by przyniosła pożytek.

    Władza, którą człowiek od zawsze chce czerpać z wiedzy, to nasza arogancja względem poznawanego. My nie chcemy wiedzieć. My chcemy interpretować i wykorzystywać wiedzę. Nieważne, czy dla władzy, czy dla okazywania wyższości każdemu, kto wie mniej. (Już sama ta myśl jest naszą porażką, jako istot myślących). Jedno i drugie świadczy o naszej próżnej małostkowości – jakże właściwym jest więc „imię” człowieka, jako tylko prochu !
    W połączeniu z tym, co przywołałeś – Sein zum Tode – i z dokładką innej myśli: Mają oni coś, z czego są dumni. Jakże nazywają to, co ich tak w dumę wbija? Nazywają to wykształceniem, to ich odróżnia od pastuchów kóz. (F. Nietzsche, Antychryst), nasze imię nie brzmi dumnie.. Może więc chcemy jakoś pudrować nos przyjmowanymi imonami, tytułami, określeniami?

    Dziś zdobywamy władzę nad drugim człowiekiem wykorzystując jego namiętności i jego słabości. Kusimy go lub szantażujemy.
    Dziś znać imię człowieka zostało zastąpione przez poznanie jego ciemnych i skrywanych stron. Namiętność władzy jest taka sama, jak w starożytności i późniejszych wiekach.

    Zastanawiam się, czy to aby nie wyraz rozpaczy i gniewu wobec przemijania. Nie widząc alternatywy, za to spoglądając codziennie na swoje niszczejące bez naszej kontroli ciała, chcemy mieć władzę przynajmniej nad tym, co wydaje się być od nas zależne dzięki wiedzy, jaką o tym posiądziemy.
    Czy jednak nie więcej osiągnęlibyśmy, szukając jasnych stron i czerpiąc z nich dla siebie, przy jednoczesnym docenieniu poznanego?
    Jeśli przyjąć za pewnik, że śmierć kończy wszystko, to możemy żyć tylko we wspomnieniach i w przekazywanych genach. Pamięć genetyczna nam z całą pewnością nie wystarczy, bo geny nie opiewają nas głośnym hołdem, nie komplementują naszych osiągnięć, intelektu, błyskotliwości. Jedynie w pokorze dzielą się tym wszystkim z kolejnymi pokoleniami – to chyba jedyny podarunek, który bezwolnie dajemy komuś, nie mogąc nawet chcieć oczekiwać gratyfikacji, czy choćby wdzięczności. Coś, co nam wprost nie schlebia, nie jest przez nas doceniane.
    Pamięć czyichś o nas wspomnień chyba bardziej skorzy jesteśmy dostrzegać, jako wartość. Ale tu, kolejny raz, chybiamy celu. Zauważ, z jaką łatwością, wnikliwością i emocjami wspominamy tych, którzy pozostawili po sobie najgorsze z imion. Skupiamy się na rozdrapywaniu ran i dzięki temu nasza podświadomość chłonie absurd, że władza bywa lepsza niż uczciwość, człowieczeństwo, dobroć. Nie umiemy pogrzebać postaci takich jak Hitler ignorancją pamięci, by przestały w nas żyć. Zamiast wyciągać i zapamiętywać wnioski z wydarzeń i z postępowania, pławimy się w rozpamiętywaniu, którego skutkiem nie jest wnioskowanie, a tylko karmienie nienawiści, krzywdy, bolesnych wspomnień, oskarżania zbiorowego.

    Słowo udziela bycia rzeczom… Nie inaczej, gdyż świat jest w naszej głowie i w pojęciach, które tworzą relację między sobą. Tworzą świat takim, jakim go poznajemy. Zmieniając, czy korygując pojęcia zmieniamy obraz świata, jakim dysponujemy.

    Obraz- tak
    Świat – tak
    Rzeczywistość – nie. Jest od nas niezależna, nazwana inaczej nie zmieniłaby kształtu. Wprowadzane przez nas pojęcia pozwalają nam rozumieć, o czym mówimy, co omawiamy, ale na samo zjawisko nie mają wpływu.

    Pozwolę sobie, przy zamknięciu tego subdialogu także na dedykację w Twoim kierunku, Sadoq :)

    Wszystko, co czyni Ciebie rozpoznawalnym tutaj, niezależne jest od loginu jaki przyjmiesz kiedykolwiek. I to jest Twoje niezbywalne dobre imię – by pozostać w temacie schowanego w piśmie.
    Po roku milczenia zapominamy gadania, a przyswajamy sobie mówienie – dzięki czemu po symbolicznym ‚roku Twojej ciszy’ słucha się Ciebie z niekłamaną przyjemnością, ale i z pobrzmiewającą w tle obawą przed powtórką, bo.. Czyż każda rozkosz nie pragnie wieczności ? – nadal Nietzsche :)

  13. defendo Says:

    Nie wiem, co to „pojęcie globalne”. I zupełnie nie o to chodziło. Nie o relację nazwy do imienia.
    A jeśli idzie o „imię Boga”, to należałoby rzecz jednak rozumieć inaczej.
    Mniemanie, że chodzi tylko o jego fonetyczne brzmienie jest trywialne. Mojżesz wie, jak ono brzmi – pyta o tajemnic ę związaną z imieniem, nie o imię. Ono jest właściwie wyjawione, ale jest „gęste” i „ciemne”.
    W tym sensie jest poza ludzkim językiem, niedostępne.
    I zgoda, Sadoqu, że tutaj również przywiązujemy wagę do imienia. Próbujemy się dookreślić. Wysyłamy sygnały. Spełniamy swoje ukryte(często nawet przed nami samymi) marzenia. Baron, Wicehrabia, Księżna, Słodka Kicia, Behemot, Apollo, Izolda, Pawana – to przeczuwanie ontologicznego wymiaru języka. Nazywając siebie Dulcyneą mogę stworzyć się de novo, przypisać sobie miłość Don Kichota, stara, nieszczupła kobieta może b y ć Terpsychorą, a rachityczny młodzian – Heraklesem. Zasłaniamy się imieniem. Jest w tym pewnie echo przekonania, że słowo jest tożsame z rzeczą.

  14. Torlin Says:

    Defendo!
    Niewypowiadanie niektórych nazw lub imion, bardzo często ze strachu, jest znane na całym świecie, w Europie, Afryce, Azji, Ameryce Południowej. Przecież identycznie jest z naszym niedźwiedziem, językoznawcy podejrzewają, że prawdziwa słowiańska nazwa tego zwierzęcia brzmi Arktos jeszcze z czasów indoeuropejskich. Ale nikt ze strachu przed wypowiedzeniem tego słowa tak go nie nazywał, Polacy określali go jako „miedźwiedź” (jedzący miód – jeszcze u Reja), Litwini Lokis (Lokys) – tu jest kłopot, Aleksander Brückner podaje, że jest to od „łokys” (kudłaty), Miodek zaś od „lokys” (liżący), po niemiecku Bär od Braun.
    Ja sam się łapię na tym, że zupełnie irracjonalnie nie wypowiadam słowa „rak”, mówię „ta straszna choroba”.

  15. flamenco Says:

    A jeśli idzie o “imię Boga”, to należałoby rzecz jednak rozumieć inaczej.
    Mniemanie, że chodzi tylko o jego fonetyczne brzmienie jest trywialne. (…)

    Defendo,

    O czym Ty mówisz?

    Nie o fonetyczne brzmienie idzie, tylko o to, że błędnie w swoim tekście zawarłaś jedynie zastępczy tytuł Boga (Pan), a nie Jego imię własne, które wyjawił swojemu Narodowi, i w którym kryje się głębia znaczenia i istoty boskości – Bóg JHWH (biblijny), to Ten, który powoduje, że się staje – czyli Bóg Stwórca, Bóg czynu, Bóg, któremu nic nie stanie na przeszkodzie w zrealizowaniu tego, co zamierzy. Gdyby Izraelici inaczej je rozumieli nie zaryzykowaliby wypowiedzenia posłuszeństwa Faraonowi i ówczesnej potędze Egiptu. Skoro JHWH postanowił wyprowadzić swój lud z niewoli, to tak się stało i nic temu nie przeszkodziło – to poświadczyło rzeczywiste znaczenie Jego imienia. Zarówno Izraelitom, jak i upokorzonemu Egiptowi.

  16. Sarna Says:

    Jak zwykle na tym bloogu filozoficzne dociekania. Lubie je, choć śmieszy mnie ta „naukowa” powaga nadawana wypowiedziom przez bądź co bądź laików. Lubię je, bo bez względu na ich celność i zgodność z prawdą zmuszają do myślenia, przeanalizowania słuszności wypowiedzi, a czasami ukazują kierunek, w którym moja myśl nie pobiegła.
    Nie siląc się na cytowanie filozofów,przekopywanie się przez rozprawy naukowe czy też encyklopedie pozwolę sobie zauważyć, że ze wszystkich słów jakie w ciągu waszego życia zostaną powiedziane pod waszym adresem, które zostaną rzucone jako prośba, wyrzut, policzek czy pieszczota, żadne nie będzie powtarzane tak często, jak wasze imię.
    Imię to Wy – w kręgu rodziny, przyjaciół,w miłosnej ekstazie.
    Czasami spotykamy sie ze zmianą imienia. Jest to symbol zerwania z przeszłością, rozpoczęcia czegoś od nowa,pójścia w nowym kierunku. Charakterystyczne to jest np. przy wyborze przez konklawe papieża, ślubach zakonnych itp. Nowe imię to nowy wymiar, ale tylko dla obcego otoczenia. Dla rodziny i bliskich zawsze będziemy tym, pod jakim imieniem nas poznali.
    pozdrawiam

  17. defendo Says:

    Torlinie – o niedźwiedziu nie wiedziałam. Stosuję eufemizmy – taka mała, paskudna autocenzura. Coś jak „nie idzie mi”(nie moja wina, oczywiście). Jak „szklanka się stłukła” albo „nie wyszło”. Samo. Nie moja wina.
    Piszę właśnie esej, do którego troszkę notatek tutaj umieściłam. Ale to się rozwarstwia(samo), temat jest na książkę, wciąż mam uczucie, że czegoś ważnego nie mówię, a nie mogę rozdąć tekstu. No, nie idzie mi…

  18. defendo Says:

    Sarno – czasem muszę poważnie, kiedy poza blogiem coś mnie uwiera, z czymś się nie mogę uporać. Tak właśnie jest teraz.
    Lubię, kiedy ktoś się do mnie zwraca po imieniu. Nie każdy – ktoś. Często do tego uprawniam.
    Z tymi laikami to jednak byłabym ostrożna, łatwo trafić na nie-laika ;)

  19. defendo Says:

    Flamenco, nie umiem się z Tobą porozumieć, szkoda.
    Podeszłam do tego nie z pozycji teologicznej, z zupełnie innej strony.

  20. Sadoq Says:

    Sarno,
    Ważne, że lubisz podążać zawiłymi ścieżkami obecnych tu laików i masz w tym przyjemność. Gorzej, gdybyś miała odczucie straty czasu.

  21. flamenco Says:

    Defendo,

    Mimo Twoich najszczerszych checi tlumaczenie imienia nie ma wiele wspolnego z teologia. Za to podanie w notce nie imienia, a tytulu, i nazwanie go imieniem, jest bledem merytorycznym.

    Jak zauwazylas, lubisz gdy ktos zwraca sie do Ciebie po imieniu – chyba nie jest nim ‚magister’, a Malgorzata? Dokladnie blad przypisania Tobie jako imienia tytulu popelnilas w tym fragmencie notki, ktory dotyczy Boga Izraela.

    Mam nadzieje, ze teraz jest wystarczajaco zwiezle i swiecko. Na tyle, by zwrocenie uwagi na blad nie moglo byc przez Ciebie znadinterpretowane jako teologiczne ujmowanie tematu.

  22. defendo Says:

    Nie pracuję w aptece, chyba już tylko tam, a i to nieczęsto, pozostała forma „pani magister”.
    Znajomi i lubiani mówią mi po imieniu, inni – inaczej.
    Nie popełniłam błędu. Nie stosowałam podejścia teologicznego. Amen.

  23. flamenco Says:

    :))))

    Wybacz, ale to jabardziej merytoryczny komentarz do powyzszego – blad taki wykazal Ci od razu Sadoq. Dobranoc :)

  24. defendo Says:

    Nie będę wkładać swetra, bo komuś jest zimno.
    Nie mówię innym, co czują i gdzie popełniają błędy – nawet kiedy się spieram.
    Nie powiem nikomu, jaki ma tytuł naukowy, czy ma maturę, nie zasugeruję, że ukończył tylko gimnazjum.
    Nie będę też pouczać nikogo, jak ma swój blog pisać, jakie tematy podejmować.
    Mam prawo się z kimś nie zgadzać, czegoś nie lubić – i mówić o tym.
    Sadoq nie wykazał mi błędu, przedstawił inną opcję, a to nie to samo.

  25. Torlin Says:

    Defendo, czyżbyś widziała pustkę? :D Witaj w Klubie :8

  26. defendo Says:

    Torlinie ;)

  27. flamenco Says:

    Przepraszam za ostatni komentarz, był efektem połączenia złego samopoczucia ze stanowczo zbyt dobrym nastrojem.

    Do rzeczy.

    Droga Defendo, łatwo jest wykazać brak precyzji merytorycznej temu fragmentowi Twojej notki, nie trzeba się posuwać do głupkowatego podsumowania śmiechem – nawet, jeśli ten ostatni sam się pod palce cisnął dzięki Twojemu ambitnemu uporowi nieumiejętności przyznawania się do błędu. To nie boli, gwarantuję Ci.

    Przypomnę, jak brzmiała Twoja wypowiedź:

    Samo imię Boga jest zaś niepoznawalne, “on jest, który jest”(jako ateistka dodałabym: “jeśli jest”). Można je natomiast zobaczyć – tetragramaton. Nie wolno jednak wymówić(stąd Adonaj, imię Boga podczas czytania Tory czyta się “milcząco”).

    Rozłóżmy to na czynniki pierwsze.

    Samo imię Boga jest zaś niepoznawalne

    Błąd pierwszy – jest znane, niezależnie od przyjętej formy gramatycznej (Jahwe, Jehowa) oznacza to samo, zaś nie oznacza

    “on jest, który jest”

    Błąd drugi.
    Zapowiadając się niejako poprzez Mojżesza, JHWH wskazał na to, że „okaże się, kim się okaże”. Przytoczona przez Ciebie nieprecyzyjna forma interpretacyjna tłumaczenia służy mniej merytorycznemu powiązaniu imienia ze znaczeniem – ukryte w piśmie – zaś bardziej ‚błyskoliwemu’ ciągowi dalszemu Twoich słów..

    jako ateistka dodałabym: “jeśli jest”.

    Ateizm nie tłumaczy ignorancji, a wręcz arogancji, która w powiązaniu z deklarowanym (formą i zagęszczeniem informacji) wykształceniem, ujmuje całości Twojego wpisu rzetelnych podstaw i wiarygodności co do deklarowanego. Na nasze: nie odrobiłaś lekcji sama, nim wzięłaś się za nauczanie innych.

    Można je natomiast zobaczyć – tetragramaton.

    Po złożeniu z błędami nr. jeden i dwa, mamy kiks kumulacyjny – błąd stricte merytoryczny nr. trzy.

    Tetragram JHWH nie jest zapisem ani „jestem, który jestem”, ani nawet „okażę się, kim się opkażę” – oznacza tylko i wyłącznie On powoduje, że (wszystko) się staje.

    Skąd nasze (najpierw Sadoq’a, potem moje) zastrzeżenia? Bo nie jest to sprawą teologicznego podejścia, a jedynie ściśle wiąże się już z samym tytułem Twojej notki – UKRYTE W PIŚMIE znaczenie tego imienia było jedną z przyczyn, dla których..

    Nie wolno jednak wymówić (stąd Adonaj, imię Boga podczas czytania Tory czyta się “milcząco)

    Żydzi, którzy przeinaczali prawo Boże, by mieć władzę nad ludem, mieli świadomość znaczenia imienia Bożego, woleli więc „nie kusić losu” – jak dziś byśmy świecko rzekli. Nie kusiliby go przytaczaniem „jestem, który jestem”, bo to nic nie znaczy i nie daje wymawiającemu do zrozumienia, że jeśli łamie Prawo pod przykrywką „natchnienia”, to zostanie przez właściciela imienia pociągnięty do odpowiedzialności.

    Przy okazji, wreszcie, tu mamy Twój błąd nr. czteryAdonaj (Pan) n i g d y nie było i m i e n i e m Boga. Tak, jak paniowanie Tobie nie jest mówieniem Ci po imieniu.

    Odrobina przyłożenia się do przedstawianych treści pozwala uniknąć rażącego dla kogoś mającego pojęcie o temacie błądzenia po omacku po skrótach myślowych, bazujących na stereotypowych obiegówkach. A przyznanie się do błędu świadczy o czymś więcej, niż tylko próżnym przekonaniu do swego. Boli tylko ego, i tylko przez chwilę.

    Oczywiście, możesz chadzać w dowolnym swetrze – ale, jeśli jest dziurawy i poplamiony, to się nie możesz jednocześnie dziwić, że ktoś Ci to ‚wytknie’ na ulicy. Wszak tu jest ulica, bo wychodzisz w tym swetrze między ludzi, pisząc tekst na publicznym serwerze. Upór i tłumaczenia z cyklu „roi Ci się, plam i dziur nie ma” nic nie zmienia. Upewnianie tych, którzy niewiele wiedzą, ale schlebić lubią – takoż. Podobną sytuację opatrzono kiedyś wieloma słowami, które podsumował okrzyk Król jest nagi!.

    Pozdrawiam przy okazji niezwykle merytorycznego Torlina, który pozostawił jakże pełną wypowiedź nade mną :)

    Temat niniejszym podsumowałam, w oczekiwaniu na kolejną ciekawą notkę życzę dobrego dnia.

  28. defendo Says:

    Flamenco – usiłowałam Ci wyjaśnić – możliwie najkrócej. To nie są rozważania teologiczne!
    Nie bez powodu otagowałam ten wpis tak, jak otagowałam, to też był sygnał, dość – zdawałoby się – czytelny.
    Pogląd, ze imię Pana zapisane w Księdze pozostawało bezpieczne, bo strzegli jej kapłani jest dość dziwny, jako że odcytywanie tekstu Księgi było czynnością kultową, powierzaną(kultura żydowska) wielu nie-kapłanom. Właśnie dlatego próbuję rozważyć ontologiczną naturę pisma, dziś już niedostępną.
    Derrida podczas tego sporu z Levi-Straussem powiedział, że „nazywanie to ‚protopismo i pragwałt'(…) naruszanie tego, co nietykalne, zatracanie niepowtarzalności, jaką jest osobista obecność, pojawianie się”. I ma rację, ale też jej nie ma. To prawda w zakresie języka w jego stronie poznawczej, ale nie w ontologicznej. W tej drugiej imię jest bytem, jest z nim tożsame. To auto-graf, istniejący poza czasem. Nie jest w niej tak, że najpierw coś powstaje, a potem jest nazywane. Imię stwarza. Imię ma moc powoływania istnienia. J e s t bytem.
    Nie chodzi o to, jakie jest imię Boga, ale c o się w tym imieniu objawia/ukrywa, co zasłania. sens ontologiczny języka ujawnia się tekstach sakralnych, jest podskórny i obecny do dzisiaj, przeczuwalny, chociaż trudno go wytropić. Levi-Strauss to widzi, Derrida – nie. Zadaniem tego języka nie jest komunikacja, skądże! Chodzi o „przywoływanie”.
    Cytat z Platona jest ważny: Tammuz dostrzega niebezpieczeństwo, jakie przyniosło pismo: jest nim usuwanie obecności, zastępowanie jej napisanym słowem. Od tej pory imię nie jest już tożsame z bytem. Pismo zakrywa również Boga.Nie bez powodu bardzo długo zakazywano spisywania Tory ustnej.
    Nieoceniona Anna Świderkówna przekłada Psalm 117 tak: „Bo potężny jest nad nami(dla nas) Jego hesed, a emeth Jahwe trwa na wieki”(przekład obowiązujący w Biblii Tysiąclecia to: „bo jego łaska nad nami potężna a wierność Pańska trwa na wieki”). Hesed to łaska, emeth – prawda, ale obie są czynione, nie odczuwane(Świderkówna). I tutaj też można odnaleźć ontologiczny sens języka.Nie mam czasu na dokończenie tego wywodu, ale mam nadzieję, ze już pojęłaś, o co chodzi. Dlatego właśnie nie popełniam błędu. Nie rozpatruję imienia z pozycji teologicznej. W ten sposób chcę uniknąć jałowego – w tym wypadku – sporu.
    Nie mam teraz czasu na kontynuowanie tego wywodu. I nie wiem, czy chcę kontynuować.

    Nie wiem również, skąd bierze się w Tobie przekonanie, że wokół roi się od laików, skąd ta dziwna arogancja?
    Ludzie specjalizują się w różnych dziedzinach, często niezależnie od wykształcenia. Dla mnie ekspertem muzycznym jest pewien murarz, znawca i wielbiciel Bairda, i pewien geodeta, który mnie zawiódł ku Lacrimosie. Z zaprzyjaźnionym fizykiem rozmawiam o „drzewie życia” w aspekcie etnologicznym, chyląc czoła przed rozległością jego wiedzy. O stopniu naukowym Telemacha dowiedziałam się dlatego, ze podpisał – na moją prośbę – pewną petycję(chociaż podejrzewałam go o „manie” tegoż, tak wspaniale się z nim rozmawia, tak łatwo o porozumienie). Dzięki raz jeszcze, Telemachu! Te kontakty są oparte o wzajemny szacunek, warunek sine qua non dobrego dialogu. Nikt nikomu nie wytyka błędów, próbujemy się tylko wzajemnie przekonywać, bronimy swoich racji, ale nie okopujemy się na z góry upatrzonych pozycjach. Nie, to nie „dobre rady” dla Ciebie, taka refleksja po prostu.

  29. Torlin Says:

    Jak już sobie wytykamy błędy, to po skrócie „nr” nie stawia się kropki, bo to jest błąd. Ale również pozdrawiam.
    Nie stawia się kropki po skrótach składających się z pierwszej i ostatniej litery wyrazu skróconego, jeśli ten skrót użyty jest w mianowniku, np.
    dr (= doktor), nr (= numer), wg (= według).
    Również nie stawia się kropki po skrótach składających się z pierwszej i ostatniej litery oraz jednej z liter środkowych oznaczających spółgłoskę, np.
    mgr (= magister), mjr (= major), płk (= pułkownik) – Poradnia Językowa

  30. flamenco Says:

    Defendo – jeśli mi wskażesz, co wspólnego ma t ł u m a c z e n i e z teologią, pokuszę się o przyznanie Ci jakiejś nagrody specjalnej. Prędzej już ma z nią wspólnego wiele wszystko, co raczyłaś tutaj przytoczyć, a co – często – jest filozofowaniem i poszukiwaniem.

    W dalszym ciągu – imię, to nie tytuł. ‚bogów’ jest od cholery – JHWH jest jeden. Mówisz o konkretnej postaci literackiej (jeśli tak potraktujemy Biblię, co staram się tu od początku czynić, a co raczysz przeinaczać dla własnej wygody), a więc to jest w dalszym ciągu błąd merytoryczny. Twoje zacięcie poszukiwania zasłony w cudzych rozważaniach niczego nie zmieni. Rzucanie nazwiskami naprawdę nie robi na mnie wrażenia i nie wbije mnie w kąt, bo TY tak sobie życzysz. Raz w tym dialogu pokusiłam się o przybranie Twojego kanonu i słusznie skomentowała całość Sarna. Przerzucanki pseudointelektualne wcale nie świadczą o realnej wiedzy, a już na pewno nie o mądrości. Raczej jej przeczą.

    Umiesz się przyznać do błędu? Pytanie retoryczne, a odpowiedź znana od dawna – umiesz, gdy jest Ci to na rękę, gdy błąd wskaże osoba, którą poważasz. Moje słowa, opatrzone innym nickiem, byłyby przez Ciebie przyjęte do wiadomości, a nawet zweryfikowałyby Twój upór.

    I proszę Cię.. nie mów, że Ty nikomu nie wytykasz błędów, bo ręce opadają, że się pokuszę o szczyptę Twojego stylu traktowania trywialnie niewygodnych rozmówców.

    To tak w ramach ‚ps.’, by tradycji uczynić za dość – kropka nad i, jak zawsze, jest Twoja :) Bić się z Tobą nie zamierzam, przyjemnie rozmawia mi się tutaj z innymi, Ciebie mogę pomijać, jedynie komentując rzucające się w oczy zakłamania słowne. Zdajsie wolność słowa jest Ci w smak.

  31. flamenco Says:

    Fakt, Torlin, dzięki :)

  32. defendo Says:

    Cierpliwości!!!!!

  33. Sarna Says:

    Muszę przyznać, że ta potyczka to niezła próba charakteru Defendo:))).
    Poza tym, nie chciałabym się wpisać w nurt zarzutów o bycie laikiem tak jak to zostało tu zinterpretowane. Zdziwiłam się, że to właśnie Ty pierwsza zareagowałaś, bo jakoś o Tobie mi się nie pomyślało. Sorry :) Nie miałam nikogo konkretnego na myśli i nie chodzi o to, że nie spodziewam się tu zastać „profesjonalistów”. Po prostu wiem, że choć wiedzę można mieć rozległą to faktyczne specjalizacje są wąskie (szacunek, już wiem jaka to orka) i irytuje mnie wypowiadanie się w każdej dziedzinie jak autorytet który płynie z własnej twórczej,badawczej pracy. Brakuje mi uczciwego komunikatu typu: sądzę, myślę, podejrzewam, utożsamiam się, skłaniam sie ku poglądom pana/i x. „Bezczelne” cytowanie wyników czyichś prac, filozofii bez tych komunikatów jest nieuczciwe i brzmi jak plagiat i wymądrzanie się, a nie o to chyba tu chodzi. Każdy może sięgnąć po książkę lub przekopać internet i dowiedzieć sie tego samego. Po bloogu oczekuje się jednak czegoś więcej. Kontaktu z drugim człowiekiem, konfrontacji myśli, wiedzy, emocji. Z tego powodu, bez względu na „treści” Sadogu nie uważam czasu spędzonego na bloogach za stracony. Poznając ludzi, nawet z ich najmniej ciekawej strony poznaję siebie. Czasami dochodzę do zaskakujących wniosków :), ale ciągle siebie lubię ( nawet bardzo ).
    pozdrawiam

  34. Sadoq Says:

    Sarno,
    I ja lubię siebie i ludzi:-) To podstawa do kontaktu i komunikacji z innymi. Nie mam poczucia wyższości, ani bycia gorszym.

    Każdy ma własne oczekiwania wobec blogów, więc ostrożny byłbym w uogólnianiu. Precyzyjniej byłoby napisać Mnie chodzi o to i o to. inaczej powstaje wrażenie, że piszesz w imieniu jakiejś bliżej niezidentyfikowanej grupy czytelników. Zapewniam Cię, że mam kompetencje do pisania o filozofii i o Biblii i mogę cytować także swoje teksty. To tak gwoli uwagi o bezczelności cytowania wyników czyich prac.
    Albo stawiasz komuś konkretny zarzut, albo nie wypowiadaj takich zdań. Mówienie ogólne trafia w próżnię, albo we wszystkich. Oczekujesz precyzji i uczciwości dyskutantów daj przykład swoim wypowiedziami.

  35. Sarna Says:

    Zapomniałam dodać, że …. akurat ten obraz z ptaszorami bardzo mi się
    podoba. Jest niesamowity w wyrazie, poczynając od barw poprzez grę światła i uczucia wyrażone przez zaledwie różne rozwarcie dzioba. Mario właśnie przypomniałaś mi jak różnie możemy być odbierani w zależności od tego jak operujemy dziobem. Musze nad nim popracować:)
    Ale obraz jest naprawdę piękny.

  36. defendo Says:

    Miia ma power !

  37. defendo Says:

    Sadoqu, jak ja Cię rozumiem! Do bólu!
    Mam w zanadrzu tęczę…podwójną..

  38. defendo Says:

    Dobra – straciłam cierpliwość. Podsumowanie rozmowy jest przynależne wybranym. Zrozumiano?

  39. defendo Says:

    Jeszcze jedno – nie podoba mi się lansowanie moim kosztem, zwłaszcza przez osoby niewarte tego. Łatwo tu wejść i nie mając nic do powiedzenia – za to wiele do wybełkotowania – dostać darmowe kliknięcia.Żegnam takich:)

  40. defendo Says:

    Torlinie – lubię skrót dr – bez kropki;)

  41. Sadoq Says:

    Defendo,
    Z całym szacunkiem, ale chyba przedobrzyłaś, jak na mój gust. Użyte słowa i oceny negatywnie wartościują drugiego człowieka.
    W dobrej wierze zakładam, że poniosły Cię emocję, a nie premedytacja.

  42. defendo Says:

    Taa..właśnie w realu pomagam pisać magisterium, które będzie „krótkim doktoratem” i czuję ciężar odpowiedzialności, Sadoqu .
    Rozumiem Twoje poczucie misji, chociaż sama nie mam zapędów pedagogicznych, Staraj się nadal, chociaż nie widzę światełka w tym tunelu.
    Po lekarzach najwięcej belfrów, powodzenia. I cierpliwości, której mi nie staje;)

  43. telemach Says:

    na marginesie ale chyba na temat:
    życzliwość jest chyba nie tylko cechą charakteru, czymś danym lub też nie. Praktykować można ją również jako sztukę. Sztukę trudną. Bardzo się po lekturze części powyższych komentarzy rozczarowałem.

  44. Sadoq Says:

    Defendo,
    Oj masz zapędy, masz:-)… i lekarskie i pedagogiczne.
    Powodzenia w pisaniu pracy i już pomykam, by ciężar jakiś nie spadł na mnie. A tym, co tez już idą w objęcia Morfeja życzę ciepełka i kolorowych snów oraz lekkiej kołderki.

  45. Logos Amicus Says:

    Patrzę, czy któryś z ptaszorów Mii ma zamknięty dziób :)

  46. defendo Says:

    Pedagogicznych się pozbyłam, Sadoqu.
    Nie rozumiem zarzutów, Telemachu. Nie muszę być słupem ogłoszeniowym, lansującym miernoty.
    Chyba sporządzę lekką notkę, chociaż bardzo nie chcę istnieć.
    Real jest koszmarny – wciąż chce czegoś ode mnie, a ja nie umiem podołać. Może byłoby najpiękniej znów się zaszyć w głuszy? I już nikogo nie uwierać?
    Albo odejść bardziej definitywnie? Siostra-róża kwitnie znowu….

  47. flamenco Says:

    Pozwól, Defendo, że odpowiem Ci na to, czego odwagi Ci zabrakło tutaj umieścić (bądź u mnie – tam też bywają przecież Sadoq i Telemach, a wzrokiem i inni, co pokazują statystyko wejść) i skorzystałaś z gościny bloga poltergeist666.wordpress.com:

    defendo said:
    OchŻeż cholera – jakaś kretynka prÓbuje mną zawładnąC, kysz, IDIOTKO! Ma ktoś sposób na zetlałe tkaniny? Czy mam ruszyć Barakudę?:>
    Nie chcę, bo to bydlę rzadkiej urody.
    Flamenco – naprawdę chcesz?:>

    (oczywiście, jeden cytat tylko, choć próbowałaś mnie tam wywołać kilka razy)

    Przykro patrzeć, gdy ktoś z Twoim intelektem i wiedzą zniża się do takiego poziomu. Zapewne się do tego przyczyniłam po części, bo gdybym nie dała się sprowokować Twoim brakiem szacunku dla wszystkiego co piszę (pielęgnowanym jedynie ze względu na to, że mną gardzisz) do tego, by wcześniej napisane dodatkowo wypunktować, umiałabyś skutecznie ukryć pogardę przed swoimi czytelnikami. Na co dzień idzie Ci to całkiem nieźle. Mea culpa.
    Teraz rzeczywiście pozostał Ci już tylko stosowany i wcześniej ruch z „może powinnam zamilknąć” – to zawsze skutkuje odzewem „NIE!”. I bardzo dobrze. Też nie jestem za tym, chociaż wiem jednocześnie, że Ty nigdy byś tego nie zrobiła, to tylko drobna manipulacja.

    W sumie na wszystkie Twoje dzisiejsze inwektywy mam jedną odpowiedź – cenię pozostałą część Ciebie.

    Dobranoc.

  48. Sarna Says:

    Amicusie, zamknięty dziób to też pewien stopień jego rozwarcia tj. zerowy:)
    Zauważ jak wymowne potrafi być milczenie i jak wiele jest schowane w piśmie. Zdumiewające !
    pozdrawiam

  49. obserwator jk Says:

    Dawno już czytam. Notki prawie zawsze świetne, dyskusja pod nimi różna.

  50. obserwator jk Says:

    A tą Flamenco to ja bym na Twoim miejscu skasował. ile razy się wtrąci to po temacie. Wszystko się rozłazi na boki.

  51. telemach Says:

    Def, teraz ja niezbyt rozumiem. DLACZEGO uznałaś moją refleksję za zarzut ?

  52. Pruderia Says:

    Golono – strzyżono. Bul, bul bul…

  53. defendo Says:

    Właśnie dlatego, ze zabrakło mi życzliwości, Telemachu. I cierpliwości – niestety. Może dlatego, że z trudem znoszę arogancję?
    Może dlatego, że nie ośmieliłabym się podsumowywać dyskusji na cudzym blogu?
    Nie usuwam cudzych komentarzy, nie zabraniam tu nikomu wstępu. Lubię polemiki, bo są inspirujące. Teraz jednak borykam się z naprawdę trudnym zadaniem, więc drażni mnie wytykanie nieistniejących błędów.
    A tak w ogóle to ktoś musi być winien! Miia winna – pootwierała dzioby tym ptaśkom, a ja w odruchu mimetyzmu nie umiałam pominąć milczeniem.
    Ten esej mi diablo nie idzie, no…
    A terminy gonią – i tak wszystko razem sprawiło(bo do diabła – nie ja!), że mi „się zniecierpliwiło”. Spróbuję nie powtórzyć tego błędu…

  54. defendo Says:

    Oserwatorze – witam.
    Pewnie jeszcze nie wiesz, ale tu się nikogo nie banuje. Bo nie. Co bywa wykorzystywane. Kobiety są po to, żeby je wykorzystywać…

  55. defendo Says:

    Pru, naprawdę starałam się przystępnie wytłumaczyć, waliłam grochem w ścianę z uporem maniaczki. Wiem, że to kwestie piekielnie trudne, użyłam więc łopaty grabarza. Bezskutecznie. Może ze mną coś nie tak?

  56. Sadoq Says:

    By tak nadać nieco inny walor utyskiwaniom (nauka radziecka zna takie przypadki) wspomnę swoje doświadczenia z polowy lat 70.,

    Reminiscencja nr 1:
    Idą obok księdza w kondukcie żałobnym, jako ministranci śpiewaliśmy razem z nim pieśń Niech aniołowie zawiodą cię do raju. Co zwrotkę ksiądz robił przerwę i szliśmy w milczeniu. Po kórejś zwrotce ksiądz zagadnął do nas: I co chłopaki? Nieźle nam idzie… :-)

    Reminiscencja nr w:
    Po ceremoniach pogrzebowych, gdy już ksiądz odszedł często pomagaliśmy naszemu grabarzowi w zasypywaniu trumny… cholernie dudniło i wywoływało cholerny szloch żałobników. Im bardziej płakali tym intensywniej sypaliśmy piach na trumnę.

    Cholera, ale mi się na wspominki nekrofilne zebrało:-)

  57. defendo Says:

    Sadoq – smakowite to:)))
    Obrzędy związane z odejściem są szalenie ciekawe, wiesz, że w niektórych – uważanych za prymitywne – plemionach trwają kilka lat?

  58. Sadoq Says:

    Wiem, Defendo
    Nieco zajęć z antropologii trafiło mi się w pierwszej połowie lat 80., ale było to w ramach materializmu historycznego bardziej niż stricte w ramach antropologii. Wspominam też filmy dokumentalne oglądane w latach 70., na których z zapartym tchem oglądałem obróbkę zwłok zmarłych trwającą kilka lat. Najpierw umieszczenie ciała na drzewie, a po kilku latach wygotowywanie szczątek i umieszczanie ich po dachem domów, w których się mieszkało. Same smakowitości.

    PS. W mojej rodzinie jestem tym, który jako jedyny widzi bliskich zmarłych. Jestem tym, który zamyka powieki i zamyka wieko trumny. Nie pozwalam, by trumna była otwarta i by podziwiano Jak on/ona pięknie wygląda, bo prawie jakby spał:-)

  59. flamenco Says:

    Po pierwsze, Defendo, nie podsumowałam dyskusji na czyimś blogu, tylko swój w niej udział.
    Po drugie – podtrzymuję, co napisałam i Twoje sięgnięcie po argument siły w miejsce siły argumentu świadczy tylko o tym, o czym świadczy. Nie świadczy o Twojej racji. Mojej zaś szukać nie zamierzam, z nas dwóch nie mnie jest ono potrzebne do życia.

    I w zasadzie to wszystko, bo po trzecie przymuję podział na elitę i pospólstwo, co może między Was pozwoli mi więcej nie wejść.

    Nowa notka świetna, podzielam opinię Telemacha.

    Powodzenia.

  60. flamenco Says:

    *onA :) nieważne

  61. sofijkaa Says:

    Ten obraz jest nieco apokaliptyczny…

  62. TadekKuranda Says:

    zawiść artystów o udane dzieła jest znana ale na tym blogu kruk krukowi oka nie wydziobie więc pozwolę sobie pomruczeć z lubością nad obrazkiem Mii. Bardzo podoba mi się cała dramaturgia w której Mia utopiła wszystkie osoby dramatu. ptaki na drodze rozdziawiły dzioby i sejmikują na jezdni nie widząc, że nadjeżdża samochód. W mroku świecą jego latarnie i zaraz stanie się koniec. Tylko dwa ptaszyska po prawej stronie widzą co się stanie ale nikt ich nie słucha, albo też ich głosów nie słychać pośród szczebiotu i krakania.
    Mia ma wielką wrażliwość.

  63. defendo Says:

    Obrazki Mii mnie uwiodły,Tadeuszu!
    Znalazła się zguba! Jak tam koty? Nadal jestem gotowa adoptować jednego;)

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: