Nabazgrane na marginesie „Lorda Nevermore”

„A kruk sterczał niewzruszenie na Pallady biustu scenie,
Rzekłszy jedno tylko słowo, jakby duszę zawarł w nim.
Ani słowa już nie wznieci, nieruchomym ślipiem świeci,
Aż szepnąłem: „On odleci, rzuci domu mego próg.
Zniknie za dnia jak nadzieje, rzuci mój samotny próg”.
„Nevermore!”, zakracze Kruk.”
E.A.Poe „Kruk”

Przypomniała mi się powieść Agnety Pleijel „Lord Nevermore”, która swego czasu narobiła nieco hałasu. Przewrotna lektura – niby autorka zastrzega, że „wszelkie podobieństwo do osób, miejsc itd. jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone”, ale Bronio, Staś, Brunon mają swoje pierwowzory, to nasz słynny etnolog, Bronisław Malinowski, Witkacy i Schulz. Inni bohaterowie tej niezwyczajnej książki też mają swoje realne lustra.
Nie czytałam tego jak powieści biograficznej – to raczej próba rozliczenia się z minionym wiekiem. Próba o tyle łatwa, że dziś już wiemy to, o czym oni nie mogli mieć pojęcia. I o tyle trudna, że tak wiele w nas tego – pozornie już historycznego – stulecia. Ale jest tam coś jeszcze – Pleijel dotyka kwestii najważniejszych – powinności, zmagań, wyborów. Bronio i Staś, dwaj przyjaciele, tak bardzo dla siebie wzajemnie ważni – muszą się rozstać. Nietrudno w tym miejscu ulec pokusie zbyt łatwego wytłumaczenia – przyczyną miała być próba homoseksualnego zbliżenia, zainicjowana przez Bronia. Są jednak powody o wiele ważniejsze: każdy z nich wybiera własną, odmienną drogę; jeśli mają dwie sprzeczne możliwości – każdy z nich wybiera inną, poprzez te wybory wzajemnie wykluczają się i oddalają. Witkacy to artysta, twórca niepokorny i poszukujący, Malinowski – zdyscyplinowany naukowiec. Inaczej rozumieją swoje obowiązki – i inaczej postrzegają rzeczywistość. Witkacy swoje światy buduje na scenie, w powieściach, obrazach, reżyseruje nawet samego siebie, epatując otoczenie swoją odmiennością( znana anegdota: pewnego razu postanowił zaszokować przyjaciół, przychodząc do eleganckiego lokalu w piżamie; ci jednak wcześniej dowiedzieli się o tym – chyba ktoś go zobaczył – i umówili się, że nie będą zwracać uwagi na dziwaczny strój artysty; Witkacy przyszedł, usiadł i czekał, a tu nic… po pewnym czasie zaczął zachowywać się dość nerwowo, w końcu zapytał, czy nie przeszkadza im jego ubranie, na co otrzymał odpowiedź unisono, że nie, to przecież normalna odzież, wszystko w porządku… wybiegł wściekły, ta odsłona dramatu pt.”Ja – Witkacy” skończyła się klapą). Malinowski jest tytanem pracy, ograniczającym nawet długość snu, przerażonym możliwością zmarnowania cennych godzin, a jednocześnie musi w nim być coś zupełnie odwrotnego, chęć poszukiwania przygód, zamiłowanie do ryzyka. W swojej drobiazgowości naukowca bywa nudny, zrzędliwy i narcystyczny, ma też przy tym  coś w rodzaju kompleksu niższości, co wpędza go w „chandrę”(jak to nazywa, dziś pewnie mówilibyśmy o depresji), z której sam się za uszy wywleka.
Obaj poszukują kobiety. I obaj kobiet się boją. W swoim „Dzienniku”, niemal ekshibicjonistycznym, Malinowski nazywa swoją późniejszą żonę tylko E.R.M., nie pisze nawet jej imienia. Witkacy szuka swojej kobiety w wielu kobietach, próbuje ich i smakuje, jak narkotyki, marząc o najdoskonalszym. A Brunon? Cóż, wystarczy sobie przypomnieć jego fascynację śmiercią i kobietą. I wszyscy oni traktują kobiety tylko jako tło, chociaż naprawdę je kochają. Przeglądają się w nich, nawet się zwierzają, lecz wiedzą, że one są rzeczywistymi lustrami – odbijają i wchłaniają obraz „swoich” mężczyzn, niby są osobne i samodzielne, ale świecą blaskiem odbitym. Nie inaczej było z Kafką. Może więc mężczyzna potrzebuje równego sobie mężczyzny? Własnie po to, żeby rozstać się z nim w pewnym momencie, nawet jeśli to boli? Bo ten drugi gwarantuje mu świadomość własnej odrębności – kobieta stapia się i utożsamia?
Warto poczytać powieść Pleijel w kontekście „Dzienników” Malinowskiego(ciekawe, jak wyglądałby jego blog? musiałby chyba wyłączyć możliwość komentowania, żeby nie zwariować; „człowiek mógłby napisać zupełnie inny dziennik po pięciu minutach, półgodzinie czy godzinie refleksji” – ilu z nas podpisałoby się pod tymi słowami B.M.?). W ogóle warto to poczytać – choćby z wdzięczności za to, że przypomniała Szwedom o wielkich Polakach.
I tutaj wracam własnie do tych rozliczeń z wiekiem minionym – w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło – Malinowski chce badać Trobriandczyków, penetrować inną kulturę, wyjść na spotkanie Innego po to, żeby spotkać siebie. Poznajemy dziś wiele, wszystko jest dostępne, nie ma żadnego tabu, a przecież nadal najmniej wiemy o sobie samych. Może dlatego pisał dziennik – nie mogąc się zwierzać nikomu, próbował robić to wobec siebie samego.
Opublikowanie „Dzienników” miało posmak skandalu – jak to! Taki sławny Polak, a tu proszę! Nie okazuje nawet przesadnego szacunku „obiektom” swoich badań. Pisze wiele o smrodzie, gorączce, rzyganiu. Więcej entuzjastycznych opisów poświęca przyrodzie niż ludziom. I taki w siebie zapatrzony, fe!
Ma prawo. Każdy ma. Można poświęcać więcej uwagi sobie niż innym, można odwrotnie. Matka Teresa wolała żyć dla innych – i po trosze ich życiem, Malinowski wolał koncentrować się na sobie samym. Że niby relatywista kulturowy?  A któż nim   n i e  jest? Kto potrafi uwolnić się od własnych uwarunkowań społeczno-historycznych?
Bodaj Maria Antonina zdziwiona, że lud się burzy nie mając chleba, zapytała: „czemu nie jedzą ciastek?” – i  w tej banalnej anegdotce tkwi sedno – zawsze patrzymy na Innego z  j a k i e j ś  pozycji. Naszej. Niby nie problem, a przecież jeśli mamy poznawać siebie dzięki Innym – zaczynają się schody, na których łatwo się potknąć i polecieć w dół, skręcając kark.
W  „Dzienniku” uczony pozwala sobie na luksus szczerości. Np.”20 IX 1914 rano dziwny sen:polucja homoseks. ze swoim sobowtórem jako partnerem. Dziwnie autoerotyczne uczucia: poczucie, że chciałbym mieć takie własnie usta do całowania, takie zgięcie szyi, taki profil czoła.” , „14 XI 1914 Życie z Demolinem w zupełnym zdziczeniu – nieogoleni, w piżamach, w szalonych brudach – w domu bez ścian – 3 werandy rodzielone przepierzeniami – b. mi sie podoba. Gromada chłopców na usługi b.przyjemna”,”13 XII 1914 Odrywam oczy od książki i ledwo wierzę, że jestem wśród dzikusów neolitycznych…” „22 XII 1914 Wracam po ciemku i znowuż straszę małego chłopca, którego nazywam Monkey; dziwny odgłos wydaje w strachu; prowadzę go kawał drogi, nęcąc tytoniem, potem nagle weszłem w krzaki, gdzie on zaczyna piszczyć”. W wielu miejscach rozpamiętuje swoje relacje z Witkacym, uczucie podziwu miesza z żalem i niechęcią. Pisze też o swojej miłości do Tośki, wspomina inne kobiety, często w kontekście erotycznym.
A dlaczego „kruk”? Takie motto wybrała do swojej książki pani Pleijel, a ja sobie posluchałam starej audycji Tomka Beksińskiego, z piosenkami Alana Parsonsa.

Nabałaganiłam w tej notce – i  wszystko zwalę na Malinowskiego, bo ktoś musi być winien –  w „Dziennikach” obserwacje mieszają sie z opisem dolegliwości, tęsknotą za Stasiem, Matką, Teosią, z opisami noclegów i podróży: gdybym pisała to za dwa dni, na pewno napisałabym inaczej…

Tagi: , , , ,

Odpowiedzi: 24 to “Nabazgrane na marginesie „Lorda Nevermore””

  1. telemach Says:

    Lektura, mimo pewnego, hm, istotnie bałaganu sprawia przyjemność. Na Malinowskiego bym nie zwalał, nawiasem: jego „naszość” jest w pewnym sensie mitem. W antropologie wprowadził go Seligman w trakcie studiów na London School of Economics (LSE). W okresie międzywojennym tam nauczał, wśród jego wychowanków nie ma ani jednego rodaka. Po powrocie z Oceanii osiadł nie w wolnej Polsce lecz w Bolzano/Bolzen w południowym Tyrolu.

    Był do tego stopnia „nasz” że przez 40 lat po jego śmierci nikt nie przetłumaczył jego dorobku na język ojczysty (począwszy od 1984 roku bodajże PWN rozpoczął pierwszą edycję dzieł M. i potrzebował na 13 książek 20 lat).
    Nie wspominam tutaj naturalnie listka figowego czyli „Zycia seksualnego dzikich”, cieszącego się sławą w Polsce ale z zupełnie innych powodów niż zamierzone.
    Jego wiekopomny pomysł aby na trwałe rozdzielić antropologię społeczną od historii po dzisiejszy dzień budził przez pół wieku dreszcz zgrozy zarówno u polskich antropologów jak i odruch obrzydzenia u polskich historyków.

    Typowy przykład miłości nieodwzajemnionej. Malinowski był w Polsce do swej śmierci ( i przez wiele dziesięcioleci po) konsekwentnie ignorowany. Bolało go to. On sam uważał się za Polaka.

    Z Marią Antoniną też bym uważał. „Bodaj” jest bardziej niż zasadne. Nie powiedziała.

    Pozdrowienia
    T.

  2. defendo Says:

    Telemachu, nie tylko Malinowski(„Dzienniki jednak napisał po polsku, co sprawiło pewną trudność wydawcom – musieli przetłumaczyć to na angielski; podobno – nie wiem, czy to prawda, określenie „stara lafirynda” przełożono jako old Mrs.Lafirynd)…
    Nasz „Rękopis znaleziony w Saragossie”(film) pokazywany jest studentom w szkołach filmowych na świecie. Uważany jest za arcydzieło. Młodzi adepci filmówek nie chcą uwierzyć, że ten film liczy sobie już ponad 40 lat. Swego nie znamy… a przynajmniej nie doceniamy. Jak Lema(chciałabym zobaczyć listę języków, na które go n i e tłumaczono).
    Z Malinowskim łączy się moje bardzo prywatne wspomnienie – w moim rodzinnym domu była ogromna biblioteczka – ale nie było tam działu prohibitów, mogliśmy sięgać po wszystkie książki. No, niektóre stały wyżej, może „przypadkiem” wpadały za inne – nie wiem. Dorwałam „Życie seksualne dzikich” i przepadłam dla świata! Zapytana przez Mamę, co czytam z takimi wypiekami na policzkach odpowiedziałam „Życie dzikich”, jakby pół prawdy było nie-kłamstwem(efekt zażenowania). Sporej części opisów zwyczajnie nie rozumiałam, ale to, co pojęłam było ekscytujące. Bardzo, bardzo chciałam wtedy zostać w przyszłości etnologiem.
    Malinowskiego wsparłam „Złotą gałęzią” Frazera, popchnęłam Ceramem i Kosidowskim(czort wie czemu czytałam ich w takim kontekście) i właśnie wtedy dowiedziałam się, że sir James pisał swoje dzieło nie wychodząc zza biurka i nigdy w życiu nie widząc plemion, o których zwyczajach pisał tak fascynująco. Część magii uleciała…

    Dzięki za dobre słowo:)
    Ciekawe, jak zareagowałaby Angielka na zarzut, że jest „old Mrs. Lafirynd”?;)

  3. telemach Says:

    Och, praca Frazera zza biurka to jeszcze nic w porównaniu z ekspiacyjną działalnością współpracownika Goebbelsa, który szukany przez aliantów, nie tylko musiał ukryć swe prawdziwe nazwisko w anagramie lecz w dodatku siedząc w ukryciu, na podstawie lektury pozycji jednego tylko archiwum, napisał bestseller. „Bogowie, groby, uczeni” mieli więcej szczęścia niż np. wydane jeszcze pod nazwiskiem Kurt Marek dzieła jak np. „Utrzymaliśmy Narwik” (1941) lub „Von den Kanonieren des Reichsmarschalls” (1943).
    Łajdak był z niego, ale pisać książki popularnonaukowe umiał jak nikt.

    Co różniło go od Kosidowskiego, który tworzył głównie streszczenia.

  4. Logos Amicus Says:

    Telemachu,
    Twoje liczne i permanentne sugestie, iż ludzie, którzy cieszą się skądinąd uznaniem, podziwem i szacunkiem (chodźby ze względu na dzieła, jakie po sobie zostawili), w istocie byli „łajdakami”, godne są uwagi.

    PS. Na szczęście nie odbierze mi to radości, jaką przeżywałem w wieku kilkunastu lat, kiedy z wypiekami na twarzy czytałem „Bogowie, groby i uczeni”, podejmując pełną determinacji decyzję, że muszę zostać archeologiem :)

    * * *
    A co do wpisu Defendo?
    Smaczny i ciekawy.
    Ale przypomina mi to coś w rodzaju… tabloidu dla intelektualistów.
    (Bowiem, tak naprawdę – coż tam chłopaczki Malinowskiego wobec jego innych wysiłków antropologicznych… na polu naukowym, chociażby).

  5. Logos Amicus Says:

    Naturalnie, miało być „choćby”…
    (Ach, ta dyslekcja :)

  6. Logos Amicus Says:

    A raczej: dysortografia.
    (Bo moja dysgrafia jest tu na szczęście niewidoczna :).

  7. telemach Says:

    Logosie,

    udało Ci się mnie zadziwić. Twój komentarz w równym stopniu świadczy o nieznajomości tematu jak i o nieumiejętności skrywania negatywnych emocji. Takim Cię nie znałem. Ale do rzeczy.

    Może Cię to zbulwersuje ale ja również czytałem Cerama z wypiekami na twarzy. Przyznałem mu też należne mu laury jako utalentowanemu “opowiadaczowi” historii. Gołosłowne traktowanie mojej wypowiedzi jako insynuacji to jednak więcej niż jestem gotów przełknąć bez komentarza.
    Ceram, kolego – to nikt inny jak doskonale znany przed 1945 rokiem Kurt Wilhelm Marek, postać o tyle ciekawa co pod pewnymi względami nader obrzydliwa. Fanatyczny funkcjonariusz NSDAP, bliski współpracownik Goebbelsa, centralna figura wśród organizatorów tzw. Propagandatruppe. Osobisty przyjaciel Goeringa, zagrzewał niemieckie mięso armatnie do walki z podludźmi w swych – wierz mi, gorszych niż stalinowskie produkcyjniaki – przepełnionych rasizmem, nienawiścią i fanatyzmem książkach. K.W. Marek nie był konformistą ani uwiedzionym intelektualistą, był sprawcą i zupełnie słusznie musiał się ukrywać do końca 1946 roku przed poszukującymi go listami gończymi aliantami.

    W 1947 roku zdołał znaleźć (pod zmienionym nazwiskiem) schronienie jako lektor w wydawnictwie swego kolegi z Propagandatruppe . Rowohlta.

    Do jego wydanych przez wydział propagandy NSDAP arcydzieł należą m.in. napisany już po klęsce stalingradzkiej hymn pochwalny na cześć walczących z hordami podludzi w stalingradzkim kotle heroicznych obrońców cywilizacji i – szczególnie cenne arcydzieło: „Rote Spiegel – Überall am Feind” – panegiryk na cześć Goeringa sławiący jego szczególne zasługi w walce ze spiskiem światowego żydostwa.

    Po dziś dzień dzieła K.W. Marka osiągają jako „białe kruki“ kolosalne ceny na organizowanych przez neonazistów aukcjach dewocjonalii z tamtych czasów.

    Zastanawia Cię dlaczego napisałem że to łajdak? Powód, który mnie do tego skłonił (jeśli nie wystarczają powyższe) jest następujący. W latach pięćdziesiątych, w apogeum zimnej wojny Niemcy Zachodnie okrzepły i znów rozpoczęły się pojawiać interesujące postaci i zjawiska. W 1954 roku ukazuje się „Anonyma – eine Frau aus Berlin“. Książka jest anonimową relacją kobiety z okupowanego przez Rosjan Berlina. W pierwszym wydaniu opatrzona zostaje posłowiem niejakiego – kto by pomyślał – autora bestsellerów Cerama, który grzmi na sowieckie hordy prześladujące niewinne niemieckie ofiary. Los kobiet w powojennym Berlinie istotnie był tragiczny. Ja jednak odmawiam Kurtowi Markowi, aktywnemu współsprawcy ich nieszczęścia, moralnego prawa do rzucania oskarżeń na innych. Tak zachowuje się dla mnie jedynie łajdak.

    Zastanawiałem się przez chwilę, co Tobą kierowało, gdy nie sprawdziwszy łatwych do sprawdzenia faktów, z taką dezynwolturą zarzucałeś mi insynuację? Doszedłem do nieciekawych wniosków.

  8. YOYO Says:

    Kurde,czytając komentarze człek może się wiele ciekawego dowiedzieć.Telemach dzięki za wykład o Ceramie,nie znałem tych faktów.Podejrzewam,że większość czytelników jego książek nie wiedziała.Etnologia mnie nie pociąga,znacznie bardziej niż”życie seksualne dzikich”,interesowały mnie seksualne ekscesy cesarzy rzymskich.Ileż plemników namarnowałem…
    Cholera Gosia,czy są książki,których nie czytałaś?Nawet nie słyszałem o tej Pleijel.
    Co do PARSONSA-kocham Go.
    Nie wiem czy wiesz ,ale w kwietniu wyszła płyta „POE”Erica Woolfsona,współtwórcy ALAN PARSONS PROJECT. Na razie tylko ten kawałek znalazłem w necie,ponoć płytka jest rewelacyjna.

  9. beatrix17 Says:

    Defendo,

    dziękuje Ci za ten wpis. Zdaje sie powstal zanim wyrazilam chec przeczytania o tym, co lubisz, co Ci sie podoba. Zawiera wiele zachet.
    Wiele wspomnien. Jest osobisty i zywy. Tak mysli biegna z jednego konca w drugi, obiegajac oplotki i wracajac, a czasem nie – do siola :-)

    Dziekuje tez Telemachowi za kolejna porcje wiedzy „za darmoche” ;-)

  10. Logos Amicus Says:

    Telemachu,
    oczyswiście że to była negatywna emocja (na Twoje permanentne doszukiwanie się w uznanych skądinąd ludziach „łajdactwa”).
    I wcale nie chziałem jej skrywać, „kolego”.
    (Swoją drogą, owo „kolego”, którym zresztą nie tylko mnie traktujesz, też o czymś świadczy.)

    Wcale nie zarzuciłem Ci tutaj insynuacji.
    Sprawę Cerama znałem.
    Zresztą… wcześniej brałeś się za Św. Pawła i wtedy zbyt dużo mnie to kosztowało energii, by Ci dać odpór, więc na tym oto tutaj poprzestanę.

  11. Logos Amicus Says:

    Tel.
    nie podoba mi się Twoje „węszenie” za tym, co w ludziach złe (i co złego zrobili).
    (To zresztą temat dla Twojego psychoanalityka, nie dla mnie.)
    Oto, i tyle…

  12. flamenco Says:

    Telemachu i Logosie – jeśli mi wolno, wybaczcie..

    Przykro (mi) widzieć Was w takiej kontrze, która jest bardziej kontrą emocji, niźli argumentów.

    Powiem tak – nawet, jeśli zbiorę za to w odpowiedzi, czasem trzeba rozładować burzową chmurę:
    Z pierwszej wypowiedzi Telemacha, zawierającej słówko łajdak wynika nie tyle, że doszukuje się On na siłę złych emocji (a właściwie konkretnego postępowania – emocje to zaczyn, z którego wcale nie musi być chleba!), ile to, że zgłębiając historię nie tylko zapisanych kartek książki jakiegoś autora, ale i historię samego autora i kontekst powstawania jego publikacji, wnioskuje On (całkiem słusznie!), że dobre książki nie wynikają ani z doświadczenia, ani z wiedzy, ani z przyjmowania przez autora sprzedawanej przez siebie koncepcji, czy światopoglądu. Dobra książka jest wyrazem tylko i wyłącznie talentu do pisania. Cała reszta, to rzecz wtórna, która może stać się wartością dodaną, bądź nie. Nie – o ile nie ma tej podstawowej iskry.

    Nie rozumiem trochę rekacji Logosa – tak, jakby łajdak ugodził w Ciebie, Logosie. Był przecież jedynie zwięzłym opisem moralnej postawy autora książki. Trudno na tle faktów, które przytoczył Telemach, uznać to określenie za przesadzone, czy wynikające z emocji. To raczej wniosek nasuwający się po zapoznaniu się z suchymi faktami.

    Reszta jest już czystą emocjonalną potyczką – rozumiem zarówno samopoczucie Telemacha po komentarzu Logosa, jak i kolejne słowa Logosa po ripoście Telemacha (trudno nie poczuć się kiepsko, gdy ktoś wytknie lenistwo sięgnięcia po materiał poglądowy przed wyrażeniem dość stanowczej, a krytycznej, opinii). Przy czym tekst nt. psychoanalityka uważam za niepotrzebny i krzywdzący nie Telemacha, Logosie, a Ciebie samego. Przypomnę Ci, że dopiero co udzieliłeś mi mądrej nagany na mailu, a teraz sam jej przeczysz. Po co? Mądrość okazujemy, gdy umiemy sami słuchać własnych rad. Dawać je, to nie sztuka.. oczywiście, jak najbardziej masz prawo zripostować mnie, jako radzącą. Chociaż jestem daleka od moralizowania, a jedynie opisuję zaistniałą sytuację z mojego pktu widzenia, to mam nadzieję, że to pozwoli na zakończenie Waszego ekhm! sporu – jesteście ludźmi mądrymi i z klasą, nie warto temu przeczyć przerzucanką na poziomie niektórych moich zachowań. Nie warto też odbierać sobie możliwości konfrontacji dwóch cennych mózgów, a nam ucztowania z czytania jej zapisu. Tak myślę.

    A teraz spadam na jakiś tydzień, bo zbiorę na bank – przynajmniej sobie daruję podłe samopoczucie po wymierzonych batach :)

    Defendo,

    Dzięki za ciekawy temat – być może niewielu ma w nim coś konkretnego do powiedzenia, ale na pewno wszyscy Twoi czytelnicy doceniają wiedzę, którą zechciałaś się w nim podzielić. Emocje, które towarzyszyły jej nabieraniu – także.

    Pozdrowienia dla wszystkich.

  13. defendo Says:

    O Ceramie nie wiedziałam. Nie przyszło mi do głowy,żeby szukać informacji o nim. Myślę, że każdy człowiek ma – jak Księżyc – swoją ciemną stronę, bardziej lub mniej okropną. Gdybym się dowiedziała, że El Greco zamordował swoje trzy kochanki, i tak nadal uznawałabym jego obrazy za arcydzieła. Natomiast orientacja seksualna Malinowskiego, Karola Szymanowskie, Parandowskiego – nie jest dla mnie niczym „paskudnym”. Nikomu nie mam jej za złe, czasem tylko – kiedy widzę mądry, utalentowany i piękny okaz męski, który jest stracony dla nas, kobiet – smutno mi nieco. Nie napisałam tego, żeby ogłosić, że nasz etnolog był biseksualny(żonę i dzieci wszak miał), cytaty miały zilustrować szczerość Malinowskiego, na jaką sobie w „Dziennikach” pozwolił. Właśnie dzięki tej szczerości są one pasjonującą lekturą. Ciekawe są – dla mnie, nigdy nie mającej przyjaciółki – relacje przyjacielskie między mężczyznami. Bronio rozstał się ze Stasiem nie z powodu próby uwodzenia – przyczyny były głębsze, ważniejsze.
    Yoyo – też kocham Parsonsa. Trochę dzięki Tobie ;)
    A czytam – bo taki mam nałóg i jak wszyscy nałogowcy czerpię z tego ogromną przyjemność. Mam swoje ulubione serie wydawnicze, ukochanych autorów i tematy. Akurat antropologia kulturowa do nich należy. Całkiem niedawno powtórzyłam sobie Torreya – i odczytałam go zupełnie na nowo. Etnomedycyna jest szalenie interesująca! Chociaż nie brak tych, którzy uważają, że nie jest uprawnioną subdyscypliną etnologii z powodu braków teoretycznych.

  14. Logos Amicus Says:

    Przepraszam za tego „psychoanalityka”. Trąci insynuacją na poziomie, do którego nie chciałbym schodzić.

    Bardzo cenię Telemacha za jego intelekt i wiedzę, tudzież talent do tworzenia niemalże arcydzielnych literackich miniatur.

    Pierwsza moja uwaga była jedynie stwierdzeniem faktu.
    Oraz moim przyznaniem, że daje do myślenia to ciągłe wyciąganie przez Telemacha faktów (albo insynuacji, jak w przypadku Św. Pawła), dyskredytujących ludzi, którzy (funkcjonując nawet w sferze mitu) cieszą się sławą, względami… mających skądinąd dokonania, które zdobyły im uznanie wielu ludzi (jak chociażby Ceram).

    Rozbroiła mnie też ongiś insynuacja Telemacha (nie mogę tego nazwać inaczej) o tym, jakoby Św. Franciszek był narcyzem doskonałym (gdyż zrobił wszystko, by nikt się nie dowiedział – domyśłił – o jego narcyźmie… z wyjątkiem oczywiście przenikliwego Telemacha.)
    Podobnie było z Tito… Jak na pogrzeb takiego dziwkarza mogli przyjechać królowie, premierzy i inni możni tego świata.
    Zaczęło się zresztą od mitu Westerplatte: nie było tam żadnego bohaterstwa, tylko wszyscy trzęśli gaciami… etc.

    Przyznam, że ten rys w twórczości Telemach mnie raził, a czasam nawet irytował i bolał.
    Stąd mój obecny tu sprzeciw wobec wywlekania – ni to z gruszki ni z pietruszki – skądinąd prawdziwych rzeczy z życiorysu Kurta Mareka (Cerama), który przecież napisał książkę bez mała genialną.

    Zresztą, to wszystko jest szerszym problemem, gdyż wpisuje się jakoś w nurt dyskredytacji jaka dotykala w naszym kraju dosłownie wszystkich polskich autorytetów, od Wałęsy począwszy, poprzez Herberta, Kapuścińśkiego, na Bartoszewskim i Karolu Wojtyle skończywszy.

    * * *
    W przeciwieństwie do Telemacha, ja daję się czasem ponieść emocjom, ale robię to świadomie – nie uważam, że zawsze jest to czymś negatywnym.

    Wolę to, niż udawaną kurtuazję, puste bon moty, podduszanie się wzajemne w białych rękawiczkach przez doskonale opanowanych gentelmenów.

  15. defendo Says:

    A nie sądzisz, Telemachu, że takie „wywlekanie” uczłowiecza? To byli ludzie – tak po prostu zwyczajni, którzy dawali się omamiać i sami omamiali innych.
    Dlatego wolę oddzielać dzieło od jego twórcy – jeśli to możliwe bez szkody dla dzieła.
    Galeria świętych… eech.. dziś Szymon Słupnik byłby stałym pensjonariuszem Tworek, św. Wojciech to dla mnie dowód na to, że Prusowie byli łagodni, bo dopiero za drugim razem nie zdzierżyli – i to wtedy, kiedy posągi ich bogów zbezcześcił. Wychodzi na to, że to oni byli bardziej cywilizowani ;)
    A Heidegger? Ze swoją nazistowska przeszłością, której długo nie mogła mu wybaczyć Arendt? I który nigdy publicznie nie dokonał aktu skruchy? Nawet nie przyznał się do błędu.
    A politycy? „Strach wspominać przed nocą”.
    A Wasze „matki-żony-kochanki”, nasi „ojcowie-kochankowie-mężowie”? Na szczęście niebezbłędni!
    Narcyzm jest cechą twórców. Amen. Bez niego zapewne nie powstałyby arcydzieła.

  16. defendo Says:

    O Maksymilianie Kolbe już kiedyś pisałam.
    Zastanawiałeś się, dlaczego Jan Paweł II niemal hurtowo beatyfikował i wynosił na ołtarze tak wielu ludzi? Dlaczego umierał niemal publicznie? Dlaczego zgadzał się na wystawianie mu za życia setek(może nawet tysięcy) posągów? Czemu tak mocno wspierał „katolicyzm ludowy”?
    Wiem – mieszkam w Polsce. Pisać tak – niebezpiecznie. Odwagi to mi jednak nie brakuje.. Boję się tylko krów i pająków. I lochy dzika z warchlakami.
    A serio – lękam się głupoty i tych, którzy popełniają grzech zaniechania. I tych, co mają „sztywne zasady”, bo w ich imię mogą mnie nawet zabić.

  17. flamenco Says:

    Defendo,

    Twoje zasady też są sztywne, tylko inne. Zauważ, że ze stwierdzenia:

    (…) lękam się głupoty i tych, którzy popełniają grzech zaniechania.

    , złożenia go w całość z:

    (…) Narcyzm jest cechą twórców. Amen. Bez niego zapewne nie powstałyby arcydzieła.

    i dodania przytoczonych dla tej tezy przykładów wynika, że Twoją zasadą jest uświęcanie tworzywa. Sztywne i bezkompromisowe, bo „bezwarunkowo warunkowane” możliwością zachwytu nad dziełem obłąkanego twórcy, który może być w życiu nawet katem, byleby umiał zrobić dobrze naszemu próżnemu intelektowi i trafił w wyrafinowany gust.

    Możesz wskazać, jaka jest różnica między zasadą proponowaną przez Ciebie, a z politowaniem przytoczoną przez Ciebie symetryczną zasadą uświęcania człowieka?

    Coś poza przedmiotem/podmiotem uświęcenia je różni?

    Bo na pewno nie sam fakt, a więc także nie zasada – ona jest tożsama :)

    Pozdrowienia.

  18. flamenco Says:

    Natomiast zgodzę się z tym, od czego zaczęłaś ostatnie dwie swoje wypowiedzi:

    (…) takie “wywlekanie” uczłowiecza (…) To byli ludzie – tak po prostu zwyczajni, którzy dawali się omamiać i sami omamiali innych.

    Właśnie zestawianie twórczości z z twórcą pozwala nie wynosić na ołtarze ani dzieła, ani osoby za nim stojącej. Można dzięki temu zachować proporcje między tym, co w życiu jest podstawą (życie samo w sobie, świadome i celowe), a tym, co jest wzbogacającą je wartością dodaną, pozwlającą chłonąć je także cudzymi zmysłami i emocjami (m.in. sztuka).

  19. tilow3 Says:

    Zapytałas Procesa jak on to robi, ze ma tyle „na temat” wpisów na blogu… Odpowiedział, ze do prostego i latwego tekstu mozna cos z łatwoscia dopowiedziec. U Ciebie juz tak niestety nie jest. Trudno cokowliek merytorycznego dodac.
    Dziekuje , ze piszesz…

  20. defendo Says:

    To ja dziękuję, że mnie odwiedziłeś, Tilowie, dawno Cię nie było…
    Ten tekst jest prosty – w gruncie rzeczy. Postawiłam w nim pewne pytania. I mam do Ciebie ogromną prośbę – o tekst muzyczny, który mogłabym dopowiedzieć. Wiem, że potrafisz fantastycznie mówić o muzyce. I znasz moje preferencje;)

  21. telemach Says:

    def, rozumiem że mnie pomyliłaś i pytanie nie było do mnie. Mimo to – odpowiem. Czy wywlekanie uczłowiecza? Nie wiem. Nie jestem tak do końca pewien, zapewne tak. Sądzę, że pełnia wiedzy o związkach i znaczeniach jest wartością samą w sobie, jest czymś cennym. A na pewno cenniejszym niż łatwe hołubienie ulubionych mitów. Jakże często egzystujemy w obszarze wiedzy pozornej, nasza wiedza posiada w zdumiewającym zakresie charakter „całej półprawdy”. Jakże łatwo rezygnujemy z tego co niewygodne, trudno wytłumaczalne, stanowiące skazę na przyswojonym stereotypie postrzegania samych siebie i historii z której wyrośliśmy. Usiłujemy podporządkować niesforną i częstokroć wieloraką rzeczywistość naszej, nie tylko podążającej za wzorcem myślenia życzeniowego, lecz również nacechowanej umiłowaniem „znanego i przyswojonego” percepcji.
    Gniew i frustracja, że być może nie jest tak, jak sądziliśmy że jest i jak byśmy chcieli aby było, jest poniekąd zrozumiałą reakcją. Stereotypom ulegają naturalnie zawsze inni. ;-)

    Spodobał mi się Twój wpis, jest wielowarstwowy i na swój sposób inspirujący. Przykro mi, że dyskusja przybrała taki charakter, jaki niestety przybrała. Nie sądziłem, że posiadająca wartość ciekawostki wzmianka, iż Ceram był nie tylko geniuszem lecz również łajdakiem, może sprowokować aż taką reakcję. Chciałem się podzielić tym mało w Polsce znanym a przecież interesującym aspektem. Wyszło jak wyszło. Człowiek całe życie się uczy.

  22. tilow3 Says:

    Oczywiscie, ze znam Twoje preferencje… Defendo, generalnie mialem to na mysli, ze po Twoich tekstach trudno jest podjac polemike poniewaz wyczerpujesz temat w sposob niemal doskonały. Dlatego widze trudnosc w dodaniu czegosc merytorycznego. Doskonale wiesz, ze uwielbiam czytac Twoje teksty, sa bardzo piekne. To ja bardzo dziekuje za nie bo sprawiaja mi radosc z czytania… Ciebie

  23. defendo Says:

    Telemachu – prawda – liczyłam na nieco inną rozmowę. O powinnościach może? O wyborach, które powodują, że – acz z żalem – opuszczamy najbliższych? O relatywizmie? Było sporo szans. Ale to tylko rozmowa, nigdy nie wiadomo, jak się potoczy. To dobrze, że nie wiadomo, w tym jej urok ;)
    Rozumiem Cię doskonale, nie lubię półprawd, wolę kłamstwa. Bo są bliższe prawdy. Wciąż nie rezygnuję, z tego, co niewygodne, chociaż nie dorastam do Ciebie w tych przemyśleniach.
    Niewytłumaczalne mnie pociąga, ma sens magiczny, a ja…
    Wśród innych rozkoszy jest rozkosz myślenia, radość rozmowy z kimś, kto rozumie. Łatwo ulegam rozkoszom lub nadziejom na nie.

  24. defendo Says:

    Tilowie – dzieki Tobie nadal wiem, ze nie potrafię reagować na komplementy bez rumieńca ;)

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: