Walki uliczne

nuk-grant

Granaty są podręczną artylerią piechoty. Wypełniają lukę pomiędzy bronią strzelecką a granatnikami.

Typy granatów:

Granaty zaczepne rażą przeciwnika (lub przeciwniczkę) przede wszystkim siłą wybuchu. Działanie odłamków ma tu znaczenie drugorzędne. Chodzi przede wszystkim o porażenie przeciwnika hałasem i zamieszaniem spowodowanym Twoim wybuchem. Zostały zaprojektowane z myślą użycia podczas szturmu przez nacierająca piechotę. Chodzi również o to aby nacierający sami się nie razili własnym ogniem. Idealnie nadają się do walki w mieście (gorzej na wsi) gdzie jest mniejsze ryzyko rykoszetu lub przebicia ścian budynku odłamkami. Równocześnie trzeba pamiętać, że zamknięta przestrzeń pomieszczenia potęguje efekt rażenia poprzez ciśnienie gazów i rażenie przez fragmenty sprzętów rozbitych przez eksplozję – lepiej wtedy być w innym pomieszczeniu, np zapukać do sąsiadki. Najbardziej opłakane skutki wywołuje wrzucenie granatu do szamba.
Granaty zaczepne powinny być wyrzucone dalej niż skuteczny zasięg ich odłamków. Sama rozumiesz, chodzi o to żebyś sama się nie zaczepiła własnym granatem – bo co to za walka? Weź śnieżną kulkę (albo szyszkę) do ręki i ciepnij nią jak najdalej. Policz kroki do miejsca gdzie upadła i w sklepie z granatami poproś o taki, którego zasięg rażenia Tobie nie zaszkodzi. Jeśli w sklepie nie będą mieli takiego granatu, o tak małym zasięgu, to już lepiej poprzestań na ćwiczeniu w rzucaniu tortem lub w rozrzucaniu ulotek, jak Ci ktoś naświnił. Ilość świeczek na torcie jest bez znaczenia. Najważniejsza jest masa i kaloryczność.
Tort możesz wysłać też jakiejś wrednej małpie ze znacznie większą ilością świeczek niż na to metrykalnie zasługuje – to się wtedy nazywa dyplomacja – i szlag ją trafi na miejscu, a pretensji przecież mieć nie będzie i sama w ataku szału wszystko zniszczy wokół siebie. Nie trzeba takiej ślepiów wydrapywać – sama sobie wydrapie, a pomyśl ile pensji pójdzie na nowe ciuchy? Ruina.
Na granatach nie ma nic napisanego o konsultacjach z lekarzem bądź farmaceutą ani o tym czy i w jakim stopniu szkodzą Twojemu otoczeniu. Ani słowa. Dziwne… prawda?

Autorem instrukcji jest Tadeusz. Do kategorii granatów dołożyłabym życzenie, żeby w kwiaciarni przewiązano bukiet imieninowy fioletową wstążką z niewinnie białym napisem „najserdeczniejsze wyrazy dla ukochanej teściowej(oponenta, porzuconego narzeczonego, nudnego ględzacza – niepotrzebne skreślić, potrzebne dopisać)”.

Wytaczam działa, bo mnie mocno zniesmaczyła lektura gazet. Dowiedziałam się z nich, że „o wielkim szczęściu może mówić kierowca samochodu, który wpadł do nieczynnego zbiornika p/poż we wsi W.”(podtytuł notki, wytłuszczony). Drogę, która przez wieś biegnie, znam doskonale, bardzo ruchliwa. Kierowcy setek samochodów,którzy przejechali   o b o k   nieszczęsnego zbiornika są pechowcami, bo żaden weń nie wpadł. Szczęściarzem jest ten, który się tam wpakował. Logiczne? Ba!
W innym donosie prasowym czytam: „Policja zatrzymała rower prowadzony przez nietrzeźwego Jana S. Okazało się, że ten 62 l. mężczyzna miał gdzieś wyrok sądu, który zabraniał mu zbliżania się do roweru za podobne wykroczenie, które popełnił wcześniej”. Czytam i własnym oczom nie wierzę: oto wspaniały przykład dziennikarskiego luzu, pozwalającego traktować per noga wszystko i wszystkich – gramatykę, polszczyznę, informację. Rower zatrzymano, dzielna policja! Domyślam się, że tylko rower, właściwie to on naruszał przepisy. Sugestia, jakoby Jan S. miał coś gdzieś, a zwłaszcza wyrok trzeciej władzy, zastępuje autorowi notki emotkę w postaci przymrużonego oka. Korona wszystkiego to „zakaz zbliżania się do roweru”, gdyby jakikolwiek sąd w Polsce taki zakaz wydał, to już widzę praworządnego skazanego, który na widok każdego roweru, przejeżdżającego obok niego lub zaparkowanego koło sklepu, odskakiwałby ze strachem na odległość nie mniejszą niż pięć metrów. Po roku przestrzegania zaleceń sądu mógłby śmiało startować w olimpiadzie jako nasz reprezentant w skoku w dal, w trójskoku, biegu przez płotki i jeszcze kilku konkurencjach lekkoatletycznych. Wystarczyłby doping w postaci ustawionego na stadionie „jednośladu z napędem nożnym typu rower”.
Kolejny kwiatek to rzeczowa informacja pod zdjęciem przedstawiającym policjanta z groźną miną, który w dłoni trzyma broń, może nawet odbezpieczoną, z której celuje w coś(kogoś) poza kadrem. Podpis: „Funkcjonariusz zabezpiecza kolegę podczas akcji”. Pomijam wszechobecność określenia „zabezpieczony”(zabezpiecza się miejsce zdarzenia, środki na inwestycje, opał na zimę, nawet nieszczęsne sarenki, ładując im sianko do paśników), ale czy czulibyście się pewnie, gdyby ktoś, kto ma Wam zapewnić bezpieczeństwo, celował do Was(tak wynika z podpisu)?
Są też bukieciarze, preferujący styl kwiecisty: „Muzycy zespołu nie chcą zdradzać  szczegółów odnośnie ich drugiego wydawnictwa”. Tą frazą autorka wzbudziła moje zainteresowanie – któryż zespół posiada wydawnictwo i w dodatku zamierza otworzyć następną firmę? W każdym razie nie ten, o którym dziennikarka pisze, bo bohater tekstu nagrywa tylko kolejną płytę. A w międzyczasie nie chce zdradzić szczegółów „odnośnie”, aż się prosi o nosze, na których można byłoby odnieść w siną dal panią, która artykuł popełniła. Jeden z muzyków „przyznał, że tym razem współpraca z pozostałymi członkami zespołu jest bardziej owocna”, w następnym zdaniu „zespół przyznał, że jeśli ktoś potrafi coś dobrze zrobić, trzeba pozwolić mu dalej rozwijać się w tym kierunku” – i jakoś samo mi się zrymowało: Ratunku! Przesłuchująca muzyków pani powinna natychmiast skorzystać z pomocy, bo inaczej z takiej pomocy będą musieli korzystać czytelnicy.
Od przykładów aż się roi, a za tę łączkę, pełną kwiecia, płacą czytelnicy, zarabiają zaś właściciele  prasowych organów, które są różnych rozmiarów i maści. Płacą nie tylko własnymi, ciężko zarobionymi złotówkami – płacą również tym, że działalność „językowa” przedstawicieli czwartej władzy nie pozostaje bez śladów, odciskając się gwałtem na języku potocznym.
Skąd ten zalew chłamu? Wśród wielu winowajców chyba głównym oskarżonym jest nowy system kształcenia. Pocięto szkolnictwo – zamiast całkiem wydolnego i skutecznego 8 + 4 zafundowano nam 6 + 3 + 3. Niby ta sama suma, a jednak inna, z poszatkowanej kapusty nie da się zrobić gołąbków, chociaż waży tyle samo, ile cała główka. Dołożono na okrasę testy maturalne z przedmiotów humanistycznych, zabijające samodzielność myślenia, uczące stosowania szablonów, preferujące tych, których da się tresować. O tym, co stało się ze szkolnictwem wyższym, „strach wspominać przed nocą”, efekty widać.
Gdybym wygrała w totolotka, natychmiast założyłabym gazetę lub czasopismo. I nie zatrudniłabym ani jednego magistra dziennikarstwa. Po diabła? O problemach społecznych niech pisze socjolog czy etnolog, o nauce – fizyk, chemik, biolog i in.(artykuły można zamawiać), o polityce – politolog itd. Felietony pisałby mi Tadeusz, bo ma poczucie humoru, którego nie da się nauczyć na żadnej Akademii Humoru. Absolwent dziennikarstwa nie zna się na żadnej z tych dziedzin, zna się na mediach. Podobno, bo jedna rozkoszna magistrantka, kończąca studia na prywatnej uczelni, spierała się ze mną, używając autorytetu swoich wykładowców; rzekomo mówią oni adeptom dziennikarstwa, że poprawność językowa nie jest konieczna, albowiem czytelnik idiotą nie jest, więc po co pisać „5-ty raz”, wystarczy napisać „5 raz”, przecież zrozumie… Nie wiem zatem, czy dziennikarze in spe nie są uczeni o mediach tego, że one po prostu są, jakie są. To wystarczy, żeby zdać egzamin, za który się słono płaci, więc student wymaga.
Czytam blogi, również te, które prowadzą dziennikarze. Profesjonaliści często przegrywają z amatorami, którzy nie dość, że umieją pisać bardziej interesująco, to bardziej od zawodowców dbają o formę. Oczywiście są chlubne wyjątki, na szczęście. Tak się jednak składa, że te wyjątki rekrutują się spośród absolwentów studiów zupełnie nie dziennikarskich.
Dawniej studia dziennikarskie były tylko podyplomowe, czyli trzeba było poznać jakąś dziedzinę nauki, zdobyć tytuł, dysponować pewną wiedzą i dopiero wtedy zabierać się za media. I komu to przeszkadzało?

Tagi: ,

Odpowiedzi: 137 to “Walki uliczne”

  1. procesVII Says:

    Jestem już pewnie jednym z nielicznych dinozaurów, który na studiach miał taki przedmiot jak „Szkolenie” wojskowe”. Wprawdzie do armii trafiłem wraz z upadkiem Peerelu, więc służyłem tylko 10 miesięcy. Ale i tak nie mogłem nigdy skapować tego, że granaty obronne miały wiele większą siłę rażenia, niż zaczepne.
    Nie sprawdzam w żadnych lekturach, ale ten który zamieściłaś na wstępie Twej notki, to na stówę jest obronny. AK47, które mieliśmy na wyposażeniu były tak funkcjonalne, że posiadały nasadkę na granaty, czyli w pewnym sensie spełniały funkcję moździerzy. W sumie to bardzo uniwersalna rzecz była, bo taki Kałasznikow, jako karabinek szturmowy, mógł służyć także jako karabin strzelca wyborowego, granatnik, ale i też mógł pełnić rolę pistoletu automatycznego dla służb wartowniczych, komandosów etc. To był jednak wynalazek. A strzelałem z niego najlepiej w całym batalionie, nawet nagrodę dostałem. Kilka dni urlopu plus anulowanie kary „za spanie pod sztabem i znieważanie generała”. No oczywiście moja przeszłość nie jest taka kombatancka jak piszącego tu Tadeusza K., ale dwie noce na Montelupich zaliczyłem. Miałem nieźle w gaciach.
    Jeden tekst był nie do zarąbania: Panowie, wy jesteście studentami, a my zomowcami, możemy wam tu wpierdolić, a nikt się za wami nie ujmie. I oni mieli rację, wpierdolili nam i ani żeśmy nie pierdnęli.

  2. TadekKuranda Says:

    Def! W stu procentach się z Tobą zgadzam: poszatkowana kapusta czy nie po przetrawieniu waży tyle samo ;)

  3. telemach Says:

    „Czytam blogi, również te, które prowadzą dziennikarze. Profesjonaliści często przegrywają z amatorami, którzy nie dość, że umieją pisać bardziej interesująco, to bardziej od zawodowców dbają o formę. Oczywiście są chlubne wyjątki, na szczęście.”

    Jesteś pewna że chciałaś to w ten sposób sformułować?
    Niezależnie od odpowiedzi i reakcji możesz usunąć ten komentarz.

    Pozdr
    T.

  4. defendo Says:

    Telemachu – nie usuwam żadnych komentarzy, zwłaszcza niepochlebnych. Wszelka cenzura jest mi wstrętna. Jeśli się podkładam, to głównie świadomie, bo czemu nie?
    Nie pretenduję do miana ideału, bo kto chciałby mieć ideał w łożnicy?
    Poza wszystkim innym – jesteś dal mnie wzorem niedoścignionym. I nawet nie ośmielam się komentować, patrzę milcząc. Czekam na wydanie kolejne – i niepoprawione.
    Nota bene – ostatnio mnie fascynuje Nietzsche, ale co się za niego biorę, to z pozycji Hegla; próbuję się od tego uwolnić i jakoś nie umiem, masz lekarstwo na tę przypadłość?

  5. defendo Says:

    Procesie – nic innego mi się nie kojarzy, jak tylko wspaniała scena z „Dobrego wojaka Szwejka”: w sytuacji podbramkowej(wojna jest grą, duzi chłopcy lubią wojny futbolowe, vide Am.Łac.) bohater jednego z epizodów znalazł język w gębie, wrzeszcząc:
    – Będę scheissen!
    Chciał ryknąć:
    Będę schiessen!

    Moc literaków jest potężna:))

  6. defendo Says:

    Aaaa,wiadomość z ostatniej chwili(jedna z gazet) „wiosna przyjdzie napewno”(ponoć mają korektora, nie w sprayu).
    Ale dla mnie rodzajem mistrzostwa ortograficznego jest tytuł” „Anawant, Gośa!”

  7. TadekKuranda Says:

    Czołem ProcesieVII! Czy to VII to jest to co masz na pagonach?
    Nie pamiętam jak to jest u zająców bo ja służyłem w Marynarce Wojennej.
    Najpierw w Ustce w Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej a potem na Oksywiu natomiast dalszy przebieg mojej służby jest utajniony. Jeśli chodzi o moją edukację w sprzęcie wojskowym to szczerze powiem, że zawsze tęskniłem za czymś małym do rzucania w kogoś konkretnego dlatego ta służba była, jakby niezgodna z moim charakterem.
    Najcięższe działa okrętowe mają zasięg rażenia do 50 kilometrów, więc nie wiadomo do czego się strzela i nie widzi się też tego efektów dlatego często zdarza się, że marynarze lubią odreagować ten niedosyt i w tawernie przylać komuś w pysk bezpośrednio. Najlepiej, jeśli jest to jakiś obcokrajowiec, który światopoglądowo nie odpowiada naszej przysiędze wojskowej i naszemu poczuciu honoru… oraz zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Zresztą można też bez powodów kogoś gwizdnąć w czajnik, ale to jest raczej domeną zajęcy. Marynarze do zajęcy mają stosunek raczej ambiwalentny. A propos. Jeśli chodzi o Twoją służbę wojskową to każdy co był w prawdziwym woju Ci powie, że dziesięć miesięcy to za mało żeby się urodził żołnierz. Więc byłeś takim wcześniakiem. Raczej na takim przedszkoleniu.

    Na marginesie, taka ciekawostka. Hrabina Kostrowicka chodziła w ciąży z G.Apolinarem w brzuchu bite cztery lata! No, ale urodził się wielki Apolinare. (3,50 kg)

    Kontynuując, chcę zaznaczyć, że do niczego w prawdziwym (sic) wojsku nie można przywyknąć prócz tego, jak wspomniałeś, częstego zmieniania gaci ;) Nie wiem kto Wam zmieniał tam gacie w tym pałacu przez tych 10 miechów ale mam wrażenie, że do tego byliście przyzwyczajeni od urodzenia.

    W marynarce nie można pokochać nawet torpedy, bo zaraz odpływała w siną dal (a reszta wyposażenia jest wspólna). W CSSMW oprócz kursu mechaników (którego nie zaliczałem, bo z zawodu jestem mechanikiem silników okrętowych), przeszedłem kurs sygnalistów, szyfrantów-deszyfrantów i płetwonurków. Poligony w 30 stopniowym mrozie (polski biegun zimna) czy błocku po szyję i czołganie się po pół kilometra dzienne to normalka, więc nie o tym wspominam, jako jakiejś niedogodności. Nie narzekam też, że zwyczajnie nie było ciepłej wody lecz wyłącznie lodowata a jedno mydło na drużynę (7 osób). Spaliśmy w niedogrzanych barakach. Na noc wygaszano i czyszczono popielniki w piecach dla bezpieczeństwa, bo przed naszą zmianą zaczadziło się w baraku trzydziestu żołnierzy. Do domów pewnie poszła karta kondolencyjna z informacją, że zmarł na służbie śmiercią żołnierza. Spaliśmy w ubraniach przykryci czym się dało. Wstawaliśmy codziennie na alarm o 4,30 żeby sobie dla relaksu godzinkę pobiegać po okolicy w podkoszulkach, w trzaskającym mrozie.
    Raz, podczas ćwiczeń pożarowych, mnie z całą drużyną omal nie spalili na poligonie napalmem, kiedy przedzieraliśmy się w płonącej makiecie okrętu. Ktoś tam o czymś zapomniał i nie mogliśmy wyjść z płomieni. Chyba nawet zapomnieli, że tam jesteśmy i grzali się na mrozie od płonącej stalowej makiety, w której byliśmy zatrzaśnięci. Byliśmy tam w maskach gazowych, w dymie gazu łzawiącego, więc wołanie było trochę utrudnione. Ubranie tliło się już na nas kiedy wyszliśmy stamtąd. Maski parzyły w twarz. Słyszało się, że w tej czy tamtej kompanii ktoś się utopił podczas ćwiczeń, ktoś w nocy się powiesił w kiblu, albo nie wiadomo dlaczego umarł, itd. Byliśmy niedożywieni i wciąż głodni. Po kilku miesiącach służby, kiedy moja matka przyjechała na przysięgę to mnie minęła jak obcego człowieka i wypatrywała kogoś daleko tymi swoimi wielkimi załzawionymi oczami – nie poznała mnie nawet, kiedy krzyknąłem do niej: mamo to ja! Pomyślała, że to nie do niej. Nie poznała mnie też, gdy już przed nią stanąłem. Urwane jakieś zdanie tylko powiedziała: co oni z tobą… Kochany mój. I tyle pogadaliśmy, bo potem była przysięga. Niestety w porywach było nas ok. 4 000 więc pomnożone przez członków rodzin plus mróz…. Nie było jak wszystkich wygodnie pomieścić. Trwało krótko. Ale były paczki czy co tam kto miał w domu najlepszego. Ciasta, kiełbasy, szynki…. Do dziś pamiętam fenomenalny smak oscypka, od matki Jóźka, który jakoś zawsze blisko trzymał się mnie. Józiek był stolarzem, mieszkał na Gubałówce w Zakopcu i pisał matce w listach, że ma takiego przyjaciela w wojsku, którego się zawsze blisko trzyma. To byłem ja. Ten oscypek jechał zawinięty w białą szmatkę pachnącą owczym mlekiem z samego Zakopca, z Gubałówki w płóciennej torbie pomiędzy innymi skarbami kulinarnymi specjalnie dla mnie, dla przyjaciela Jóźka.
    Byliśmy głodni. W kuchni wydawano posiłki partiami po cztery. Staliśmy więc przed kuchnią jak na defiladzie w czwórkowej kolumnie przez ok. pół godziny, wyprostowani na baczność, co chwilę robiliśmy krok do przodu kiedy pierwszej czwórce wydano posiłek. Kiedy wreszcie my (nasza czwórka) dochodziliśmy do okienka padała komenda w lewo zwrot! I ta czwórka ustawiała się pod okienkiem. Kiedy ta czwórka wypozarzona w aluminiowe tace wchodziła na jadalnię inna czwórka wskazana komendą baczność! przez funkcyjnego mata natychmiast wstawała od stołu żeby zrobić nam miejsce i marynarze ci wychodzili z jadalni żeby ustawić się w swojej kolumnie przed budynkiem. Wszyscy wmiatali pod moro i do kieszeni co tylko się dało. Najczęściej nie zdążyli zjeść nawet połowy tego co wydała kuchnia. Głód to było coś o czym myślało się częściej niż o dziewczynie. Przy kuchni hodowano świnie, które spokojnie zżerały wszystko to czego wojsko zjeść nie zdążyło. Świniami zajmowali się żołnierze funkcyjni a gdzie te świnie trafiały na emeryturę to pewnie jest ścisła tajemnica wojskowa.
    W nocy wykradaliśmy się przez piwniczne okienko z budynku naszej kompanii żeby wślizgnąć się przez niedomknięte (przez nas samych po zajęciach kulturalnych z obierania jarzyn) okienko w budynku gdzie była kuchnia. Trzeba było to robić sprytnie, żeby nie dać się złapać wartownikom. Kradliśmy z obieralni jarzyn marchewkę. Raz mnie złapano. Przypadek. Ktoś zamknął okienko obieralni. Za karę, przez tydzień kroiłem chleb na wszystkie posiłki. W plastikowym transporterze mieści się 7 bochenków, jeden bochenek pokrojony na 21 kromek. Chleb kroiłem maszynką do krojenia chleba. Taką na korbkę. Rączka tej korbki była urwana i w jej miejsce wsadzony pilnik do metalu owinięty gazetą. Chleb musiał być na czas, na śniadanie, obiad i kolację. Dla 3500 poborowych. Czyli potrzeba było dziennie minimum 10500 kromek jeśli liczyć, że jeden marynarz dostawał do posiłku 3 kromki. Chleb pewnie był efektem jakiegoś złodziejstwa, bo niemal równie w połowie przekroju był zakalcem. Kroił się fatalnie bo nóż wiązł w zakalcowej mazi. To były jakościowe odrzuty z jakiejś piekarni. Wtedy w armii kradło się na potęgę, teraz pewnie też. No więc, kręciłem tą korbką jak oszalały przez cały dzień i pół nocy, przez cały tydzień. Najpierw porobiły się bąble na dłoniach. Potem pękały, ciekła z nich woda i namakała ta gazeta, którą była owinięta prowizoryczna rączka, potem krew. Kiedy z kręgosłupem bolącym jak po wykopkach, naderwanych mięśniach i z piekielnie bolącymi stawami nóg i łokci doprowadzano mnie do mojej koi padałem na nią jak kłoda nie zdejmując nawet butów, bo za trzy godziny miałem się zameldować w kuchni na swoją zmianę. Nie dałbym rady sam założyć butów. Śniło mi się, wtedy, że ustawiam piramidy transporterów z chlebem a korbką kręcę jak na przyspieszonym filmie. Te piramiday walą się na mnie a ja zbieram te kromki rozsypanego chleba i próbuję ułożyć z nich kształtne bochenki.
    Koledzy z sali opiekowali się mną tak jakbym był ciężko ranny. Ja nic nie chciałem tylko spać, ale śpiąc nie spałem. Za pazuchą przynosiłem im ukradziony chleb, który sam pokroiłem. Wybrany z całej sterty, bez zakalca. Mówili, że przez sen kręcę rękami młynka. Kręcę i kręcę, żeby zdążyć nakroić te kromki z mojego snu zanim mnie znów obudzą. Kromki ze snu plus te kromki na jawie dawały 21000. Gdyby tę ilość kromek podzielić przez 21 to by wyszło tysiąc bochenków. Ku chwale ojczyzny!

  8. YOYO Says:

    załóż kochanie pismo-ja,jako samozwańczy naczelny alkoholik,będę pisał notki społeczne.tata zgwałcił kotkę?bo miał żonę za idiotkę?3 promile u noworodka,bo mama tatę wpuściła do środka?małe miki…
    proces wyrazy współczucia i zohydzenia ,można było olewać system,vide Ja,no ale ja debil nie student…
    mam kilku znajomych dziennikarzy….kurwa flamenco

  9. TadekKuranda Says:

    Ps Opowiedziałbym duuuużo więcej o wojsku, ale nie chcę przynudzać.
    Mogę tylko dla osłody dodać do tego co już powiedziałem, że wszyscy wyglądaliśmy jak szwabska armia pod Stalingradem, wynędzniali i przemęczeni. Nosiłem buty po kimś. Były za ciasne, straciłem wszystkie paznokcie u stóp. najpierw sczerniały a potem odklejały się jak łuski od zdechłej ryby, wdała się też grzybica…. no to na razie tyle dodatku. Czołem!

  10. defendo Says:

    No i masz nówki paznokcie, Tadeuszu! Inni mogą tylko pomarzyć. Ostatni raz straciłam pazurki na kończynach dolnych, kiedy złaziłam w roku powodzi z gór dolnośląskich, załapując się na ostatni pociąg.Do dziś podejrzewam,że potop’97 to moja wina, poniekąd.
    Wspominajcie wojsko, uwielbiam te opowieści!

  11. procesVII Says:

    Wiesz Defendo, faceci uwielbiają wspominać swe kombatanckie czasy. No ale to nie jest dobry pomysł na blog. Tak, wiem, że z Tadkiem mamy wspólne zazębienie, bo byliśmy w tych czasach, kochaliśmy na przemian Mazowieckiego i Wałęsę. Ale dziś to już wstyd, kurwa obciach nawet. Czy ja wiem?
    Yo yo – spierdalaj ćwoku. Pijaków mamy tu dość, sam jestem byłym pijakiem.

  12. TadekKuranda Says:

    Czy ja wiem czy taki znów obciach szanować Wałęsę i Mazowieckiego? Czasy były zupełnie inne, surowe i pełne niepewności. Obciachem jest generał Jaruzelski, Kiszczak, Miller i ta cała ich czerwona młodzież, która do dziś z dumą kroczy po sejmowych salach a nawet pchają się do europarlamentu. To jest obciach. Obciachem jest to, że tacy durnie jak Lepper, czy Giertych mają m o ż l i w o ś ć otwierać ryja w imię Twojej i mojej godności, lub wychowywania naszych dzieci. Obciachem są te klerykalne potwory jak ksiądz Rydzyk, wynaturzony Jankowski i kilku innych znanych z afer. Mapety w rodzaju Renaty Beger. Jest tego cała boża stajenka. Prawdziwy jarmark zwierzęcy. Zgniłe sądownictwo, zatrważające procedury prawne, które pozwalają największym mordercom czasów komuny na godny żywot na wysokich emeryturach a ludzi zniszczonych przez ten system traktuje się jak oszołomów. Teraz dopiero, po 30 latach, sądy przyznają tzw „zadośćuczynienia” a nie odszkodowania. Uznanie zadośćuczynienia za rok spędzony w więzieniu to ok 20 000 zł, czyli taki obelżywy ochłap, natomiast odszkodowanie miałoby 30 letnie poważne konsekwencje prawne dla państwa. Więc państwo tego nie przyznaje bo jest biedne. Zgroza. Ściga się tzw tajnych współpracowników a nie tych, którzy ich do tego zmusili żeby podpisali podczas przesłuchań, szantaży, straszenia. Ci mają się w Polsce znakomicie. Ci którzy mieli dość odwagi lub też nic do stracenia prócz godności żeby przeciwstawić się temu złu i potworności, jakie ono z sobą niosło teraz traktowani są jak wariaci, pomyleńcy. Nawet Tobie drogi VII wydaje się, że to kombatanctwo, że to „niemodne”. Wierz mi, że napatrzyłem się na wszystko co Tobie się nie podoba bo pracowałem w „Solidarności” od pierwszego dnia. Uczestniczyłem w strajkach i byłem na miejscu, kiedy wszystko rozwalano. Też, jak wielu, myślałem, że tego nie przeżyję. Pamiętałem, że dziesięć lat wcześniej nie było problemem strzelać do ludzi na ulicach Gdańska, Szczecina… W mentalności czerwonego potwora przez tych dziesięć lat nic się nie zmieniło. Przypomnij sobie księdza Popiełuszkę. Patrzyłem w oczy przerażonych ludzi, którzy szukali winnych tego co się stało przez ogłoszenie stanu wojennego. Niektórzy pokazywali też na mnie jako winnego ich strachu i niedoli. Po co było rozrabiać?! Sami jesteście sobie winni. Byłem niebezpiecznym elementem. Nie mogłem znaleźć pracy bo wszyscy się bali mnie zatrudnić, bo mogliby nie dostać wczasów nad morzem albo talonu na pralkę, bo dziecko nie dostałoby się na studia… VII Ty się zastanów jeszcze raz i spróbuj zweryfikować swój pogląd na to co robili ci ludzie, których tak oceniasz. Wyobraź sobie jak bardzo, w wielu momentach swojej działalności, byli zupełnie sami pośród sępów krążących wokół nich i szukających sposobów żeby coś urwać dla siebie, fałszywych doradców, zwykłych złodziei i bezwzględnych cwaniaków-karierowiczów, esbeków w owczej skórze. Przypomnij sobie co się stało z FOZem, przypomnij sobie co się stało z wieloma państwowymi firmami, które sprzedawano za bezcen, co się stało z tonami dokumentów świadczących o zbrodniach komuny. Pomyśl o tym, że to naprawdę garstka ludzi trzęsących portkami ze strachu, takich jak Wałęsa i Mazowiecki doprowadziła do tej rzeczywistości, która wygląda teraz nieco normalniej.
    Wiesz VII, piszę to nawet nie patrząc co piszę – samo się to ze mnie wylewa. Mógłbym mieć pewnie podobne pretensje jak Ty, ale przy tym byłem bardzo blisko od początku do końca. Choć wydawałoby się, że to jest już zupełnie inny świat bardzo wielu ludzi widzi, że żyjemy jeszcze na dymiących zgliszczach, które wszyscy z trudem odbudowujemy. Najtrudniej będzie naprawić oszukanych i okradzionych, pozbawionych wyobraźni i poczucia przyzwoitości.

  13. defendo Says:

    Wcale nie przynudzasz, opowieści z wojska są dla mnie czymś, czego mogę słuchać godzinami. W porcie wojennym Gdynia Oksywie byłam kilka razy, korzystając z tego, że jeden z moich przyjaciół był oficerem na „Heweliuszu”(okręt hydrograficzny), robił wiele, zęby móc być przestać zawodowym wojskowym, ale niełatwo było, przynajmniej wt6edy, absolwenci WSMW musieli swoje odsłużyć. Jadałam tam nawet posiłki, wymyślne i smaczne, no ale to nie był poligon, stali w porcie i raczej się nudzili. W morzy czy na ćwiczeniach było pewnie inaczej.

    Nie mam ogromnej i bohaterskiej przeszłości kombatanckiej, chociaż ulotki rozrzucałam. Nawet kiedy patrol zatrzymał samochód, z którego go wyrzucaliśmy na wszystkich możliwych przystankach, to moje ślepe szczęście i uśmiech słodkiej idiotki sprawiły, że mundurowi nie życzyli sobie oglądać bagażnika i torby. Bardziej użyteczna ode mnie była nasza domowa maszyna do pisania – rodzice kupili ją w Czechach, wiele lat wcześniej – i nie była nigdzie rejestrowana, po czcionce nie można było więc namierzyć właściciela. Do dziś mam zresztą podziemne wydania Kołakowskiego, Herberta, paryskiej „Kultury”,”Onych” Torańskiej i masę innych zabytków, które trzymam z przyczyn sentymentalnych. W moim domu po prostu nie da się zrobić porządku, wszędzie są sterty papieru, jakieś pamiątki, „durnostojki”, które czasem są paskudne, ale ofiarodawcy są mi mili.
    O wiele barwniejszą przeszłość ma Yoyo, z którym być może się za czasów „Solidarności” spotkałeś osobiście, w końcu to nie był jakiś ogromny krąg ludzi.
    Szacunek dla Kuronia, Mazowieckiego, Michnika, Geremka nie jest żadnym obciachem. Zupełnie mi obojętne, co mówią na ten temat Kaczyńscy, nie są dla mnie żadnym autorytetem. I zgadzam się z tym, że prawdziwy obciach to to, że w Sejmie znalazł się jakiś bohater Big Brothera, Begerowa, Giertych i inne postacie żywcem wyjęte z jakiejś szopki czy szopy. Natomiast nie wiem, czy żyjemy na jakichś zgliszczach. Ludzie przyzwoici byli, są i będą, niezależnie od ustroju, podlec pozostanie podlecem, nawet kiedy zapanuje na Ziemi raj.
    Nie mam zamiaru nikogo potępiać za to, że podpisał jakąś lojalkę, żeby móc wyjechać na staż za granicę, że tak bardzo pragnął być dyrektorem czegoś tam, ze się do partii zapisał itd. Ani tych, którzy autentycznie i żarliwie wierzyli, że socjalizm jest cudem i da się go realizować idealnie, bez błędów i wypaczeń. Wstrętni są ci, którzy cynicznie, ale z zaangażowaniem pełnili funkcje naganiaczy, zmuszaczy i szczwaczy.
    Jasne, że wszyscy się wtedy baliśmy, ale nigdy wcześniej i później nie powstało tyle wspaniałych dowcipów politycznych, o takich programach kabaretowych dziś możemy tylko pomarzyć.
    Nota bene – bardzo mi się n i e podoba reklama filmu o Popiełuszce, w której przedstawia się go jako j e d y n e g o obrońcę wolności słowa i samotnego szeryfa walczącego z systemem. Poczytałam dokumenty, posłuchałam relacji ludzi, którzy go znali i wcale nie uważam go za świętego. Ale – jak już mówiłam – cała jestem utkana z wątpliwości.

  14. TadekKuranda Says:

    Def, mnie też uderzyła ta reklama filmu o Popieluszce, ale raczej to kreowanie jego cierpienia i śmierci jako sukcesu. Zabrzmiało to właśnie tak jakby wygrał swoje życie. Wdeptany w ziemię, obrócony w gnijące ludzkie ścierwo osiągnął sukces. Tak bardzo potrzebujemy sukcesów, że ochroniarz, który wziął udział w straszliwej szmirze Big Brother staje się parlamentarzystą. To tak jak w Guliwerze Swifta, ten co najlepiej chodzi po linie staje się ministrem. Śmierć męczeńska jako wzorzec życiowego sukcesu i wzorzec do naśladowania? Czy Chrystus osiągnął jakiś sukces umierając na krzyżu? Co to się porobiło z tymi ludźmi? Czyżbyśmy byli aż tak głupi?

  15. YOYO Says:

    Nie mógłbym lepiej wyrazić tego co myślę,niż zrobił to Tadek. Zgadzam się z każdym słowem.Szacunek i wirtualny,niestety-browarek.
    Procek pijakiem się jest ,albo nie.Byłym to można być np. mężem.
    Howgh.

  16. defendo Says:

    Mickiewicz musiał – wbrew faktom – uśmiercić Ordona, żeby zrobić z niego bohatera narodowego.
    Pewnie – żywy bohater mógłby np. sypiać z wieloma kobietami, zmienić wyznanie, pokazać język prezydentowi i i wystąpić w pornosie, i po bohaterstwie. Nikt by nie pamiętał, że uratował 300 ludzi albo że sfinansował budowę stoczni. Martyrologiczniśmy sOM.

  17. procesVII Says:

    Procek pijakiem się jest ,albo nie.Byłym to można być np. mężem.
    Howgh.

    Wiesz YoYo, nawet przed tym nie można zwiać, zawsze się jest „mężem w stanie spoczynku”. Ty jesteś Gość (duże „g” jak punkt G).

    Tadek, mój szwagier był marynarce, trzy lata pływał na „Warszawie”, flagowym okręcie polskich sił zbrojnych, pewnie to dziś złom. Był mechanikiem. I wiesz co mnie dziwi? On sobie te czasy mile wspomina: wpływał do Tallina, Leningradu (aktualnie Sankt Petersburga pewnie), Helsinek, Kopenhagi itd. A wiesz, będąc w armii trzy lata, to półtora roku był „młodym”, „kotem”. I on kurde w ogóle nie narzeka!
    Ja nie wiem czy Ania de Purna chce, żeby tu zbierali się starzy faceci i ględzili o starych karabinach. Z jednej strony będzie mieć trochę ruchu, z drugiej to: będzie prowadzić knajpę, w której ona sama niewiele się liczy. Ja po prostu nie wiem. Zrobimy kafejkę, to przyjdą lanserzy i inni tacy z reklamą, bo wywalimy ten blog na szczyty rankingów. Taki niszowy jest fajniejszy, bo nikt nie wie, nikt nie kuma, że tu, właśnie tu dzieje się prawdziwa historia blogoprzestrzeni.

  18. TadekKuranda Says:

    VII Twój szwagier pewnie pływał przez dwa i pół roku (a nie 3) na „Warszawie”. I rzeczywiście „W” jako okręt flagowy funkcjonował jako nasza reprezentacyjna brytfanna. Reprezentacja była była raczej marna bo to była bardzo wysłużona jednostka – ale rakietowa. W dobie lotów kosmicznych świadczyło to supernowoczesności naszej armii. Służba na tym okręcie polegała głównie na pastowaniu butów, fasowaniu mundurów i ustawianiu się w szeregu w gali burtowej, kiedy okręt wpływał do portów z kurtuazyjną wizytą. Naszych stoczniowców stać było na zbudowanie okrętu sto razy lepszego ale w ramach naszej „przynależności” do Układu Warszawskiego „zakupiliśmy” tego mocno wychodzonego kapcia od Ruskich w 1970. Zakupiliśmy, czyli daliśmy Ruskim w zamian ze cztery nowoczesne stutysięcziki prosto spod igły. A wcześniej „Warszawa” nazywała się „Sprawiedliwyj”, żeby było śmiesznie. Pływała pod naszą banderą ledwie 16 lat i przepłynęła ok 70 000 mil – co pokazuje, że raczej więcej stała na cumach niż pływała. Wycofano ją ze względu na zużycie moralne (też dobre;))
    Ja Tobie wcześniej mówiłem o swoim okresie unitarnym. Potem trafiłem w miejsca, o których Twój szwagier nawet nie zamarzyłby chcąc coś wspominać dobrze. Moro zakładałem tylko po to żeby nie upaprać cywilnych ciuchów a mundur wyjściowy: 1. zaimponować dziewczynom, 2. przyjmować postawę zasadniczą podczas wizytowania naszej jednostki przez generalicję państw zaprzyjaźnionych lub władz partyjno-państwowych. Jako żołnierz jednostki specjalnej miałem baaardzo dużo czasu dla siebie a wojsko mnie strasznie nudziło. Raz uścisnął mi dłoń dowódca floty kiedy czekaliśmy na dowódcę sił zbrojnych Mongolii a raz Edward Gierek, kiedy przechadzał się alejką w parku.
    VII – to nie jest gadanie o starych karabinach. To tak jakbyś czytał Szwejka albo Hrabala. Warto czasem posłuchać morskich opowieści. Nie ma w tym nic głupiego.

  19. procesVII Says:

    Nie wiem, a czuję Tadku obciach. Wiesz, sporo młodych lasek z sieci postrzega mnie tu jednak jako easy ridera, a tu nagle widzą, że jestem starym facetem.
    Defendo by wolała, na stówę, żebyśmy się jednak nią zachwycali, a nie przychodzili tu na „czwartkowe obiadki”, jak do jakiejś kucharki.

  20. TadekKuranda Says:

    VII, Może znasz lepiej Def ale ja myślę, że ona nie robi tego z próżności, tzn. żeby nią się zachwycać. Ja rozumiem, że robi rodzaj spektaklu, w którym uczestniczą przypadkowi aktorzy. Jej wpisy to prowokacje. To są otwarte działania literackie. Wydaje mi się to bardzo interesującym zamierzeniem artystycznym. Według Ciebie robi to po to żeby ją komplementować jak walcem? VII, miej wiarę w jej przebiegłość i inteligencję. Sam ją wspomagasz wpisując się w te słupki. Można by długo gadać o tym czym jest blog. Różne są sytuacje, gdzie ten czy inny jego uczestnik wpada na tę akurat grupę ludzi. W tym miejscu akurat się spotkali i wymieniają myśli. Ja niewiele mówię w tym blogu do Def. Staram się być godnym jego uczestnikiem. Nie paplać bez sensu. Bo rozumiem, że Def gwarantuje poziom tego blogu swoją osobą. Jeśli coś mówię to nie do idiotów, ale do ludzi, którzy myślą. Starają się dać coś wszystkim jego uczestnikom a nie tylko Def. Tak samo jak ona pewnie czekam na niespodzianki. Mówię przecież tylko do Ciebie, wszyscy słuchają a Def pełni tu rolę moderatora i prowokatora jednocześnie. Ona te sytuacje prowokuje.
    A propos starych facetów typu easy rider, masz kolosalną przewagę nad typem młokosów z ich przedziału wiekowego. Zresztą, wszystko zależy od tego czego oczekujesz. Gdybym miał Ci radzić to poradziłbym abyś poczuł się jeszcze starzej niż na to zasługujesz a gwarantuję Ci, że w Twojej kondycji znajdziesz dość pobłażania dla świata żeby niczego nie żałować co Cię mija. Tadeusz Woźniak śpiewa „Dziewczęta cię miną” – jasne! W „Amelii” jest taki ładny fragment gdzie ten poszukiwany przez nią pan Pretodaux, czy Predotaux trafia na podrzucony przez nią skarb, który w dzieciństwie ukrył pod kafelkami w łazience. Jej się wydawało, że sprawi mu tą niespodzianką wielką przyjemność a on nagle zderzył się ze swoim dzieciństwem. Jeśli dobrze pamiętam, mówi: Dzieciństwo trwa strasznie długo. Przez całe dzieciństwo człowiek chce być wreszcie dorosły a potem nagle ma 50 lat. To niesprawiedliwe.

  21. TadekKuranda Says:

    Opowiem jeszcze – a propos walca – dowcip Stanisława Mrożka: W Nowej Hucie otwarto nową walcownię imienia Johanna Strausa.

  22. defendo Says:

    Dobry dowcip.:)
    Najkrótszy, jaki wymyśliłam, to mgr Lepper.
    Jasne, ze hołdy nie są mi konieczne do istnienia, tak jak nie jest mi niezbędne czerwone wino, ognisty kochanek, nowa bransoletka, oryginalny dekolt, pesto i cień eukaliptusów(wyliczać dalej?). Niezbędne nie są, ale ileż radości! A radość jest warunkiem sine qua non istnienia, więc? Zycie bez odrobinki osiągalnego luksusu to wegetacja. Żyję, bo jesteście – to mój luksus, i to wcale nie drobny.
    Ten spektakl nieco Beckettowski jest. Drży i rżnie trzewia, obnażając – czasem niespodziewanie dla aktora – bebechy, które go radują. I o to chodzi.
    Na marginesie zakładki stanowczo za krótkiej dziś spódnicy zapisałam:
    nie wolno Ci powiedzieć, jak bardzo cenisz urok dojrzałych mężczyzn. Co niniejszym czynię.

  23. TadekKuranda Says:

    Def, zerżnęłaś z mgr Kwaśniewskiego!

  24. defendo Says:

    Ja?? o magistrze Kwaśniewskim nikt nie słyszał:)))
    W sumie to mogłabym rzec, że odnaleziono śwaidectwo Giertycha…z pałą, ale nikt by nie uwierzył…

  25. TadekKuranda Says:

    VII, np YoYo chce w tym spektaklu grać rolę Quasimodo.
    Bohater, którego odgrywa wcale nie jest jakiś zawoalowany, czy głupi. Mówi szczerze i jest przewidywalny – jest konsekwentny w swojej roli. Mówi nawet wprost swoje deklaracje, żebyś się nie zdziwił. Posłusznie czeka na swoje miejsce w scenariuszu i wypowiada swoją kwestię, kiedy trzeba. Nie mów do niego „spierdalaj” na takim diapazonie na jakim to robisz bo pozycjonujesz swoją postawę nieciekawie. Może jakoś inaczej to rób żeby mu poszło w pięty, jeśli taka Twoja wola. Ja oczywiście rozumiem, że Ty masz tę kwestię w swoim scenariuszu ale ja nie wiem czy to był właściwy moment i sposób wygłoszenia tej Twojej kwestii. Przecież on Tobie teraz może powiedzieć jakieś bardziej wyszukane „spierdalaj” bo Ty przegrywasz z nim swoja postawą i będziesz miał kłopot bo on ustawi Cię na strzał przed publiką gdzie wystąpisz w roli buraka i on wyjdzie na bohatera tej kwestii. Na pewno przygląda się temu publika i ocenia postawy – w tych kwestiach przegrywasz i na pewno nie osiągniesz tego co chciałeś. Ciekawe czy potrafiłbyś go sprowokować do rozmowy? Gdyby Ci powiedział wtedy „spierdalaj” to publika stwierdzi, że miał rację bo to Ty jesteś burakiem i Ty zacząłeś na tym poziomie. Wniosek?
    Ja nie mówię tego żeby oceniać osoby dramatu, postawy moralne itp ale przecież najważniejsze, to trzeba wiedzieć kiedy kogoś uderzyć. Sprowokuj przeciwnika tak żeby podszedł bliżej i walnij go wtedy kiedy się nie spodziewa. Kiedy oglądając jakiś film mówię: no i teraz ona chlaśnie go w pysk, i ona to robi, to już wiem, że słaby scenariusz.
    Mój ojciec był mistrzem Polski w boksie w wadze muszej. Był też moim mistrzem świata, od dziecka. Np. Kiedy wracałem z przedszkola z płaczem mówił mi: jak tego potrzebujesz to płacz, ale jak chcesz go pokonać chociaż jest większy to pokonaj go wtedy, kiedy będzie mniejszy, czyli wtedy kiedy się nie będzie spodziewał twojego ataku. Potem zdarzało się często w mojej edukacji aż do szkoły średniej, że ojciec wiele razy był wzywany na rozmowy z nauczycielami w sprawie mojego zachowania. Ojciec zawsze wtedy się dziwił, tłumacząc wychowawczyni logicznie: gdyby on kogoś pobił słabszego od siebie to by dostał w domu manto, ale przecież pobił silniejszego, więc się chyba bronił. Nie rozumiem o co pani chodzi?

  26. defendo Says:

    A może poabstrahować od mięśni? Mądrzy mężczyźni w najsłuszniejszym wieku używają nie muskułów, bynajmniej, wabią czymś mało umięśnionym, ale za to ślicznym. Bo rano jetem tak śliczny..liryczny i apetyczny…

  27. TadekKuranda Says:

    a we dnie? …psują mi się zęby przednie?

  28. mniemanolog Says:

    Czy autorka ma na myśli ranny przypływ testosteronu,czy parcie na pęcherz przed pierwszym sikaniem?-))
    Nie miałem tego „szczęścia „, by za ojczyznę przelać krople potu , ale wychowałem się w jednostce wojskowej. Żołnierze służby zasadniczej robili czasem za opiekunki jak rodzice balowali. Włóczyliśmy się po różnych dziwnych miejscach, niedostępnych dla cywili.W przerwach na papierosa żołnierze dali potrzymać wspomnianego wyżej kałacha, pozwalali rozbierać i czyścić po strzelaniu. Kieszenie nam się obrywały od zbieranych pocisków na strzelnicy, ale największe szczęście jakiego mogliśmy czasem dostąpić to zajęcie miejsca w kabinie pilota.Oszałamiająca ilość wskaźników, guziczków, przełączników i ten jeden najważniejszy, czerwony którego nigdy nie pozwalano nam odbezpieczyć i dotknąć.

    Wybacz Defendo,zamiast odnieść się do wpisu i o granatach -) ja o dzieciństwie.

  29. mniemanolog Says:

    Yoyo ćwokiem…dobre w takim razie też chcę nim być.

  30. mniemanolog Says:

    Jako syn marnotrawny oficera LWP, następnie nadsztygara i lektora PZPR wylądowałem jako członek założyciel, w stanie wojennym w Strzelcach Opolskich.Widziałem jak kierowca autobusu odmówił jazdy z nami i trafił zza kierownicy na miejsce obok mnie.Widziałem ludzi zgarnietych z domu w nocy, w pidżamie.Potem Kołobrzeg, odrutowany ośrodek wczasowy dla tych , co mogli nie przeżyć więzienia, a przecież władza taka ludzka.Chroniła nas przed nami. Księża nas przestrzegali , by niczego nie podpisywać, ze są organizowane wyjazdy z kraju, do USA, Kanady. Bałem się, ze obudzę na Syberii.Byli tacy którzy jednak się zdecydowali. Pamiętam radość z widoku najbliższych po powrocie do domu. Mimo tego wszystkiego co przeżyłem, dumny jestem ,ze nie straciłem (przynajmniej tak mi się wydaje) trzeźwości osądu.Nie robię z siebie kombatanta. Za to jest wiele rzeczy za które się wstydzę.Los tak pokierował moim życiem, teraz mam większe zmartwienia , niż rozpamiętywanie co by było,gdyby…..

  31. defendo Says:

    Ha, sprowokowała Cię ta notka! Nie miałam pojęcia o tym fragmencie Twojego życia, Mniemanologu.
    Z zupełnie innymi ośrodkami wczasowymi mi się kojarzyłeś ;)

  32. TadekKuranda Says:

    Ja dodam jeszcze tylko do tych swoich morskich opowieści coś o podawaniu rąk.
    Otóż zapomniałem o Michale Roli-Żymierskim i jego żonie, którym również podałem rękę.
    Zwykle latem mieszkali na terenie naszej jednostki w pięknym secesyjnym pałacu, na drugim piętrze w tej części gdzie była wieża widokowa z widokiem na morze. Rola-Żymierski miał tam swoją stałą, dożywotnią kwaterę, apartament tylko do własnej dyspozycji od czasu, kiedy został marszałkiem Polski. Spotkałem w holu na drugim piętrze, idąc do biblioteki jakąś energiczną staruchę o lasce, zaczęła do mnie mówić w formie żądań o czymś, o czym nie miałem zielonego pojęcia, ale wysłuchałem co mówi z cierpliwą uwagą i obiecałem, że sprawę przekażę odpowiednim służbom. Wtedy otworzyły się zakazane drzwi i wyłonił się z nich zażywny starszy pan ok. osiemdziesiątki, który tonem stanowczym powiedział coś do tej kobiety po francusku, podszedł do mnie podał mi rękę patrząc twardo w oczy i powiedział „to takie nieporozumienie, przepraszam pana” i oboje zniknęli za drzwiami.

    A innym razem, wspomniany już Gierek drobnym truchtem podszedł do mnie w parku, podał mi rękę i spytał: Pan jest z ochrony? – Nie – odpowiedziałem. Gdzie tu się można wysrać? – A, w tym czerwonym budynku jest wejście do kuchni, obok toalety są drzwi prowadzące na schody do wyjścia z drugiej strony budynku akurat na wprost willi rządowej.
    Żałowałem przez lata całe, że nie powiedziałem mu, że on to może wszędzie, bo wciąż miałem w pamięci ten dowcip literata Ołeksandra Kornijczuka, męża Wandy Wasilewskiej.
    Dowcip Kornijczuka:
    Na spotkaniu polskich i radzieckich pisarzy, suto zakrapianych oczywiście, nasz wielki poeta Władysław Broniewski w trakcie libacji przechylił się nad stołem w kierunku siedzącego naprzeciw Kornijczuka i pośród panującego gwaru szeptem spytał: tawariszcz Ołeksandr, skażitie gdzie tu można zrobić sjusju?
    Ten stanął na równe nogi i zataczając ręką krąg, gromkim głosem powiedział do Broniewskiego, jakby on był samym carem poetów – Wy? Gdie choczetie!

  33. K.L.daV. Says:

    Ten granat wysląda jak wertykalny kaganiec oświaty – model camping w brązie ze składanym dzióbkiem.
    Czy to było na temat?

  34. mniemanolog Says:

    Ha, sprowokowała. Nie na tyle jednak, by rozpisywać się tu zbyt obszernie.A opowiadać? Noc za krótka i zna przyjemniejsze sposoby spędzania czasu…….;-) Los płatał figle i stawiał przed nami różne zadania. Drobne świństewka i wielkie cele.Dzięki mu za to ,że nie odwrotnie i przy codziennym goleniu mogę sobie spojrzeć bez obrzydzenia w oczy.Gdzieś napisano,że ratując jedno życie ratuje się cały świat.O moim ratowaniu świata nigdy publicznie nie napiszę.Już czuję się głupio, że o tym wspomniałem, ale samo poczucie tego co się wydarzyło sprawia ,że czuję się z drobnych świństewek, jakie w życiu popełniłem rozgrzeszony.
    Ha, koniec ze zwierzeniami w tym miejscu. W innym być może……….

  35. flanelka Says:

    OT:

    Już wiem, o co szło.. gdy aktualizuję wpisy (np. dodając je do nowej kategorii), pingi też się aktualizują. Sorry, musisz wygumkować samodzielnie.

    pozdrowienia

  36. defendo Says:

    Nie rozumiem tych pingbacków. Nie chcę ich, nie wyraziłam zgody, a pozbyć się draństwa nie mogę. Stanowczo wole porozmawiać. Nie wywalam żadnych komentarzy, ale wyrzucam linki i pingi, nie jestem słupem ogłoszeniowym.

  37. defendo Says:

    Precyzuję – nie wyrzucam komentów zawierających link, tylko te wypowiedzi, które zawierają wyłącznie linki.

  38. flanelka Says:

    Nie wiem, jak to się po zmianie ustawia ogólnie, ale szczegółowo możesz przy każdej kolejnej notce przez wpisy/szybka edycja – tam będziesz miała możliwości zezwól na komentarze/pingi, wystarczy ‚odznaczyć’.

  39. telemach Says:

    Defendo szanowna i droga!

    Wpierw wersja długa.
    Abstrahując na moment od tego, czy komenty (sic!) zawierające linki (sic!) są szkodliwsze od pingbacków (sic!) a może nawet samych złowrogich samoaktualizujących się pingów (sic) pragnę – przechodząc tu ponownie – wyrazić mój podziw dla Twego zaangażowania w misję tropienia przejawów upadku kultury i obyczajów. Wyrażając jednocześnie przeświadczenie, że język narzucany nam przez nowe technologie to z pewnością zupełnie inna para wirtualnych kaloszy. Czy jakoś tak. Zgadzam się z większością wyrażonych w powyższej interesującej dyskusji poglądów bez zastrzeżeń, a jeden jest mi szczególnie bliski. Zasługuje on z tego powodu na powtórzenie a może nawet na szczególne podkreślenie. Nie, nie jesteś słupem ogłoszeniowym. Kto twierdzi inaczej, ten ślepy albo nieżyczliwy.

    Spełniwszy ten zwykły obywatelski obowiązek, pragnę nawiązać do postawionego przez Ciebie pytania ufając, że nie zakłócam tym samym logicznego toku dyskusji na temat kulturowego znaczenia pingbacków, linków, komentów a może nawet pingów.
    Pytasz: „Skąd ten zalew chłamu?”
    Obawiam się trochę, że był to dla Ciebie jedynie zabieg retoryczny. Na tym samym oddechu dostarczasz bowiem odpowiedzi doszukując się przyczyn w majstrowaniu przy modelach oświaty i zamienianiu tego co było na to co jest. Ponieważ był to również przez pewien czas wyznawany przeze mnie pogląd, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że się z Tobą szczerze, ale za to zupełnie nie zgadzam.
    Moja pierwsza wątpliwość dotyczy percepcji otaczającej rzeczywistości. Wątpię czy mamy do czynienia z nowym zjawiskiem. Ja sądzę raczej, że to co obserwujemy to jedynie odmienna manifestacja zjawiska starego jak świat. Tu dają się wyróżnić dwa procesy. Mnogość mediów przeróżnych konkurujących o naszą niepodzielną uwagę w celu odsprzedania jej z zyskiem tym, którzy mają ze swej strony coś do sprzedania sprawia, że zachodzi ciągła potrzeba produkcji nowych rodzajów contentu (czy mogę używać nadal słowa „treść” łamiąc dotychczasową miłą konwencję dyskusji?). A zatem treść produkowana musi być po kosztach uwzględniających ekonomiczny aspekt zagadnienia bo i media są zjawiskiem z dziedziny ekonomii a nie kultury. Kto wpadł na pomysł aby zostać wydawcą lub nim był – wie o czym mówię. Podlegają one – co konstatuję ze smutkiem – takim samym prawom ekonomicznym jak produkcja skarpetek. Te zaś produkowane są na skutek dyktatu zwiększania opłacalności i obniżania kosztów w Indiach albo Chinach. Ponieważ nie istnieje możliwość wyrwania pałeczki z rąk takiego np. Zakowskiego, Paradowskiej lub Jagienki Wilczak i przekazanie tejże w ręce ich wietnamskich kolegów, rynek robi to co racjonalne: przekazuje ją w dłonie niedouczonych, młodych, szybkich, dyspozycyjnych i tanich. Rynek nie oczekuje od nich ani mądrości ani publicystycznej rozwagi ani znajomości języka lub dziennikarskiego warsztatu. Rynek oczekuje punktualnej dostawy towaru zastępczego miernej jakości. Koło się zamyka i interes się kręci. To jedno.
    Wniosek 1: chłam produkowany jest na zamówienie rynku i zgodnie z emocjonalnymi potrzebami jego konsumentów.Ping.

    Jest jednak jeszcze inny aspekt, moim zdaniem o wiele bardziej interesujący.
    Pojawiły się nowe media. Jednemu z nich zawdzięczamy nasze poznanie i fakt, że zamiast robić teraz coś bardziej sensownego (przycinać krzewy róż, sadzić drzewa, restaurować stare meble, bzykać przygodnie poznaną panienkę, czytać Derridę lub Habermasa, tłumaczyć Myśli Pascala z Japońskiego na Hebrajski i z powrotem lub w inny przyjemny sposób zaspokajać potrzeby swego ego) siedzę tutaj i piszę, i piszę i piszę. Produkując myśli, które inaczej nigdy nie ujrzałyby światła dziennego i pozostały w mej głowie, oblekając je w słowa, formując z tych słów zdania, ze zdań akapity. Nie jestem w tym sam, jestem jedynie strumyczkiem płynącym do oceanu słów, oceanu którego wczoraj jeszcze nie było. Oblicza się, że jedynie blogosfera rośnie obecnie w tempie około 76 milardów słów dziennie. Imponujące, prawda? Jak się to jednak ma do jakości?
    Nowe drogi komunikacji pozwalają się poczuć literatami osobnikom z mentalnością księgowych, krytykami filmowymi podtatusiałym amatorom chodzenia do kina, poetkami panienkom z kwalifikacjami bibliotekarki gminnej, eseistami świerćinteligentom z ewidentnym brakiem sukcesów w innych dziedzinach, krytykami sztuki posiadaczom oleodruków i dostępem do bryków dodawanych do gazet codziennych. Każdy może. I nie powinniśmy się z tego powodu smucić bo jest to wspaniałe. Heniu z wągrami na pyszczku, który mógł jeszcze dziesięć lat temu napisać na ścianie wychodka „Michnik jest ujem” może opatrzyć obecnie swą trafną ripostą tekst Daniela Passenta i poczuć się przez chwilę komentatorem politycznym.
    Wniosek 2:
    Po raz pierwszy w historii Droga Defendo, po raz pierwszy od zarania dziejów i początków kultury mamy wszyscy możliwość wypowiedzi i wglądu w myśli i poglądy naszych bliźnich. Po raz pierwszy konfrontowani jesteśmy ze światem TAKIM JAKI JEST. Każdy może być twórcą, odbircą i świadkiem.

    Ja powiem, może obrazoburczo ale szczerze: tak jest dobrze. To coś nowego, wspaniałego. Nakłada na każdego obowiązek wyboru, selekcji, mozolnego oddzielania myśli od słowotoku, pereł od gnoju, maku od popiołu. SPrawia, że świat odbiorców zaczyna się dzielić na poszukiwaczy wartości i biernych konsumentów bo nie ma już pana o zapachu naftaliny lub pokrytej kurzem paniusi którzy pokażą palcem, pogrożą palcem, wytkną, zalecą i nakażą i wykluczą. Przyszło nowe i na każdym z nas spoczywa odpowiedzialność za to co z tym zrobimy. Tak to widzę i – cytując Lutra – inaczej nie mogę.
    To co jawi Ci się jako zalew chłamu wiele ma doprawdy aspektów. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość walcząc i piętnując. Każdy z nas odpowiedzialny jest za jakość i ewentualnie nowatorstwo tego co robi. Nie zaś za brak jakości tego co robią inni. Tym bardziej że innych z ich potrzebami twórczymi i konsumpcyjnymi wyeliminować nie sposób a i reglamentacja pod agidą posiadających monopol na oceny arbitrów już nigdy chyba nie wróci. Chyba żeby przestał płynąć prąd elektryczny ale wówczas nie bardzo wiem gdzie beędziemy mogli kontynuować tę fascynującą wymianę poglądów. Ping. Ping.

    A wersja krótka zapytasz? Wersja krótka brzmi: Zalew chłamu wynika z przyzwolenia na tenże. Przyzwolenia ogółu odbiorców bo ktoś jednak musi to chyba czytać. A czasem też z kierowanej dobrymi chęciami i brakiem samokrytycyzmu nieposkromionej chęci dołożenia własnej cegiełki.

    Co niniejszym uczyniłem. Miło było.

  40. K.L.daV. Says:

    To dla testu na wierność zasadom: http://kociokwik.wordpress.com/2009/03/28/ryby-latajace/

  41. Pruderia Says:

    Telemachu, mnie się wydaje, że chodzi tu raczej o protest przed zachwianiem tej przyrodniczej równowagi, o której piszesz. Zachwianie, polegające na tym, że „profesory” dzisiaj mówią ” ja rozumie”, „procedujmy dalej”, „nie ulegajmy procesom wielbłądyzacji” i wiele innych, których przyklady mogłabym mnożyć. A pochodzą one wprost z narad Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego i Nauki.
    Przypomina mi się jedna z ostatnich scen filmu „Dzień Świra”, w którym bohater utyskuje nad sposobem akcentowania słów w telewizji. Od kogo mamy wymagać dbałości o język, logikę wypowiedzi, jak nie od wyżej wymienionych? Może nie wymagać, może nawet oczekiwać wystarczy, aby szalka niebezpiecznie nie przechylała się w stronę „schłamienia”. :)
    Pozdrawiam.

  42. Pruderia Says:

    Prostuję – oczekiwać i wymagać:)

  43. flanelka Says:

    ..a ja myślę, Pruderio, że Telemach nie mówił o tytułach, tylko o rzeczywistych „elitach”/intelektualistach. W czasach, gdy tytuł profesorski można kupić w necie czy na bazarze, przywiązywanie wagi do literek przed nazwiskiem jest wyprowadzaniem samego siebie w pole.

    A jeśli się mylę, to T. wyprostuje moją mylną interpretację :)

    pozdrowienia.

  44. flanelka Says:

    Oddzielając..

    Wymagać – uważam – winniśmy od siebie, jeśli już. Od innych ewentualnie możemy czegokolwiek oczekiwać (jak sama zauważyłaś), a właściwie: spodziewać się po (…).

    Ale to jedna strona medalu.

    Druga jest taka, że na własne życzenie stajemy się czasem formalistami, przywiązując nadmierną uwagę właśnie do formy. Mimo wszystko byłabym za poszukiwaniem treści, bo od nadania artykułowi (np.) odpowiedniej formy jest redaktor/korektor, nie dziennikarz/autor. Nie wiem, jak Ty, ale ja jednak wolę poszukać za słowem pisanym myśli autora, pomijając przynajmniej wstępnie niedopatrzenia redakcji/edycji tekstu.

    Mamy też – w końcu – rant owego medalu. Jeśli naszym celem jest sztuka dla sztuki, czyli wyszukiwanie tego, na co potem możemy pałać świętym oburzeniem i rwać szaty – OK. Każdy ma własne priorytety. Rant polega na tym, by się nad ich sensem zastanowić ;) Dlaczego? Bo jeśli zakładamy zabawę w stylu znajdź zegarek na ręku Krzyżaka w wersji filmowej, to pamiętajmy, że jest to zabawa. Gorzej, gdy zabawie usiłujemy nadać kształt misji. Coś, co miało śmieszyć, może nagle ośmieszyć..

  45. telemach Says:

    @Pruderia:
    „Od kogo mamy wymagać dbałości o język, logikę wypowiedzi, jak nie od wyżej wymienionych?”
    Od siebie. I niekoniecznie nawzajem. ;-)

    @Flanelka: istotnie. Myśluę jednak że nie ma sensu dzielić polemicznego włosa na czworo. Ja po prostu mam wątpliwości czy utyskiwanie nad upadkiem obyczajów ma większy sens – i próbowałem to uzasadnić. Nikt nie przeszkadza nam pisać dobrze, wiedzieć więcej, poświęcać nasz czas temu co wartościowe.
    Zamiast tego jesteśmy świadkami przepychanek słownych w wykonaniu pragnących cosik napiętnować. Mimo całego szacunku jakim obdarzam większość piszących tu i komentujących – jest to dla mnie niepojęte sfiksowanie na tematach pozornych i zastępczych.
    Lubimy piętnować i utyskiwać na upadek obyczajów. MNie jednak nie wiem dlaczego przypomina się natychmiast J.J. Rousseau, który opanowany nieposkromioną pasją napisania dzieła poświęconego napiętnowaniu nieludzkich, autorytarnych metod wychowawczych praktykowanych przez jemu współczesnych, nakazał oddać żonie dzieci do przytułku aby mu nie przeszkadzały w pracy. Powstał „Emil” biblia zwolenników antyautorytarnego wychowania. Dzieci w przytułku zmarły.
    Do czego piję?

    Ano do tego, że utyskiwać i krytykować jest łatwo. Rozpaczać nad poziomem mediów i brakiem sumienia ich wydawców, nad degrengoladą języka i upadkiem gustów jak i obyczajów. Trudniej jest jednak tworzyć to, czego tak się domagamy od innych: czasopisma i filmy, spektakle, rzeźby i obrazy – a wszystkie one przecudne, mądre, na intelektualnych wyżynach i odnoszące sukces u odbiorcy. Katon na każdym rogu pod latarnią stoi i pragnie piętnować. Oceniaczy mrowie. Narzekaczy multum. Skoro jednak legiony wiedzą jak być powinno….

    Z moich informacji wynika, że za stworzenie arcydzieła nikt w trakcie ostatnich 20 lat nie został w Polsce rozstrzelany.

    Ukłony

  46. Pruderia Says:

    Flanelko, podałam przyklad, którego nie należy koniecznie odbierać literalnie. :)
    Telemachu, oczywiście, że od siebie przede wszystkim. To wydało mi się niewarte wspomnienia… przez swą oczywistość.

  47. flanelka Says:

    W zasadzie pełna zgoda – zwłaszcza z wymaganiami, co zresztą wyżej też napisałam.

    Z moich informacji wynika, że za stworzenie arcydzieła nikt w trakcie ostatnich 20 lat nie został w Polsce rozstrzelany.

    Z moich również, acz nie tylko to. Moim zdaniem powojenna kultura daleka jest od płodzenia arcydzieł. Tkwimy raczej w półśnie – choć i ten jest potrzebny. Być może to jest jednym z powodów zalewu wątpliwej jakości twórczości – jest nią także owa wolność słowa, za którą jest przecież Autorka. Skoro każdemu wolno, to i każdy próbuje. Uśrednienie i wymieszanie to tylko etap, a przesadna potrzeba szukania dziury w całym i pozornych wrogów, to być może droga, po której toczy się koło Kultury.. ?

  48. flanelka Says:

    Pruderio, mogę się odnosić jedynie do napisanego :)

    Popieram w dzisiejszych rozważaniach Telemacha – nikt Def nie broni tworzyć, więc dlaczego tylko krytykuje? Jeśli dla zabawy – proszę bardzo, ja też się tak bawię, ale.. nie ukrywam, że to tylko zabawa. Wydaje mi się natomiast, że Defendo robi to „na poważnie”, stąd pewne.. hm.. zniecierpliwienie między słowami Telemacha ukryte.. ;)

  49. defendo Says:

    Telemachu – nie tylko tropię tzw. przejawy, próbuję stawiać pytania, czasem szukam odpowiedzi, bywa, że prezentuję swój pogląd na jakąś kwestię lub umieszczam tekst, który nie wejdzie do tomiku, bo za słaby, a jakoś żal mi go całkiem wyrzucić. Różnie.
    Dostrzegasz zalety internetu – ja też, chociaż trochę mi smutno – zawsze znajdą się cenzorzy, których nie stać wprawdzie na zrozumienie tekstu i merytoryczną rozmowę, ale stać na „ocenianie”, chociaż narzędzi im brak. Niech oceniają – w myśl zasady pluralizmu. Są i tacy, którzy korzystając ze swoich uprawnień po prostu zamykają „niewygodne” blogi(tak stało się z blogiem Procesa).
    Im więcej przyzwolenia na chłam, tym bardziej on się panoszy. Nie zamierzam przebijać głową muru, co to, to nie.
    Oczywiście, że staram się coś zrobić – i moje działania okazują się dość skuteczne. Wystarczyło kilkanaście godzin zajęć, żeby młodzi-zdolni nie tylko nauczyli się, jak wyłapać cudze błędy w formułowaniu myśli, ale sami zaczęli pisać o wiele lepiej, a rolę pomocy naukoway6ch spełniły artykuły prasowe. Najpierw wywołały zbiorową wesołość – potem refleksję – czy przypadkiem w moich tekstach nie ma równie zabawnych błędów? Zaczęli szukać, zrobili rachunek sumienia. Nie trzeba wiele.
    Tytułu profesora nie da się kupić na bazarze. Na razie.
    Flamenco – naprawdę sądzisz, ze jestem tak głupia, że nie potrafię pojąć tego, co pisze Telemach? I czy na pewno wiesz, czym się zajmuję, o czym piszę i czy marznę?
    Po wojnie w Polsce powstało wiele arcydzieł. Nie mam ochoty wyliczać osiągnięć polskiej szkoły filmowej, polskiego plakatu, tego, co dzieje się w poezji, dokonań Kantora, Grotowskiego czy Tomaszewskiego. Lem też nie Polak, prawda?

  50. Pruderia Says:

    Skoro coś się ukrywa Flanelko między słowami, to odnieś się do tego, „co jest napisane”:P

  51. Pruderia Says:

    Def… ja już o tych arcydziełach powojennych nie miałam nawet siły bąknąć, tak mnie argumentacja przywaliła.

  52. flanelka Says:

    Def, a ja pisałam do Ciebie (odnośnie słów Telemacha)? Przyjrzyj się..

    Nie, nie wiem. Tak jak Ty nie wiesz wiele o mnie i uważasz, że za moimi słowami kryło się jesteś głupia.

    Niestety, pisząc coś, musisz się liczyć z interpretacją swoich słów. Interpretuję je tak samo ja, jak i Telemach, jak i reszta. Nie masz wpływu na odbiór siebie. Łatwiej się żyje, gdy się z tym jednak pogodzi ;)

    btw. owszem, tytuł profesora można kupić „na bazarze”. Nie dalej jak przedwczoraj serwisy informacyjne donosiły o nieudacznikach, którzy wpadli z fałszowaniem dokumentów tylko dlatego, że byli kompletnymi debilami i wyrobili pieczątkę z tytułem profesor doktor rehabilitowany. Dziś można kupić wszystko, co przynosi wymierne korzyści :)

  53. flanelka Says:

    Pruderio, Ciebie nie znam w ogóle, Telemacha trochę poznałam. Wniosek sobie dopisz, jeśli chodzi o czytanie słów i nie tylko.. Zaręczam Ci, że T. sprostuje wszystko, co jest niezgodne z Jego myślą, a Jemu przypisane ;) dobranoc.

  54. flanelka Says:

    Jeśli idzie o Kulturę..

    Nie powiedziałam:

    1. że w polskiej kulturze

    2. nie działo się nic

    Działo się.
    Natomiast nie notuję żadnych wybitnych arcydzieł. No dobrze, może jakieś jednostkowe przypadki, ale to tylko wyjątki dla reguły. Hitler zgnoił żydowski wkład w kulturę germańską, późniejsze ruchy izolujące narodowe „kulturki” – aż po upadek muru berlińskiego – spowodowały, że umarła (oby nie bezpowrotnie) zupełnie kultura środkowej Europy, a to spora strata. Kultura czerpie z przenikania się myśli, nie z zamykania ich w złotych klatkach narodowej tożsamości. Za R. Musilem pozwolę sobie powtórzyć: Filozofowie wymyślają pojęcia, aby zamknąć świat w klatce, ale na szczęście nie mają armii na swoje usługi. Jeśliby porównać dokonania literackie (jedynie literackie) ery Kafki, Manna, czy właśnie Musila z tym, co dostajemy współcześnie od większości twórców, to nie da się uniknąć wrażenia, że wszystko jest wtórne do przesady albo na siłę nowatorskie – ciękie, niestrawne naciągane do granic możliwości i wytrzymałości materii (tu – ile łyknie konsument i na ile da sobie wmówić, że łykając okaże się inteligentem o wysublimowanym smaku i niebanalnym guście estetycznym).

    Mam nadzieję, że dopuszczasz możliwość posiadania takiego – innego od Twojego – zdania w temacie. Dopuszczasz bez nieznośnej maniery pokazywania, kto jest głupszy ect………

    ps.
    Na siłę chcesz widzeć we mnie czepę, która Cię nie trawi i chce Ci dokuczyć. Nic bardziej błędnego. Nie czepiam się niewartych uwagi. Nie moja bajka. Trudno nam ze sobą rozmawiać, bo obie jesteśmy zmanierowane – każda na swoją nutę. Ja jednak nie wykluczam współbrzmienia choćby kilku akordów (współbrzmienie, to nie jednomyślność, dodam na wszelki wypadek ;))

    Życzę doibrej nocy :)

  55. flanelka Says:

    cor. (…) nowatorskie – ciężkie

    ..za inne ew. literówki przepraszam, w biegu nieco piszę :)

  56. Pruderia Says:

    Skoro już przy dbałości o słowa, o język nasz ojczysty jesteśmy, to Flanelko : „wyjątki OD reguły”, nie ” dla reguły”. Chyba, że chodzi o Zenona Regułę, znanego doktora rehabilitowanego;)

  57. telemach Says:

    Def, mój przydługi komentarz nie był pomyślany jako krytyka tego co robisz, lecz raczej jako refleksja n.t. ewidentnej dysproporcji pomiędzy ilością osób uważających się za powołane do kategorycznego formułowania sądów i ocen a jakością ich indywidualnego wkładu w to co wspólmie wytwarzamy… Wyzwoliłaś swym retorycznym pytaniem na temat źródła „zalewającego nas chłamu” to co chodziło mi po głowie od dłuższego czasu. Rób dalej to co robisz, gdybym tego nie cenił, nie byłoby mnie tutaj. Czasem – przyznaję – korci mnie aby postawić niewygodne pytanie lub podważyć któryś z Twych wniosków. Mam wówczas nadzieję na dyskusję z której będę mógł się od innych czegoś nauczyć. Tym razem się nie zawiodłem i cieszy mnie to.

    A jeśli chodzi zaś o polskie „acydzieła”?
    Tę naszą specyficznie polską skłonność do szafowania wawrzynami na przemian z obrzucaniem błotem?
    Sądzę, że jest to osobny i fascynujący temat. Nigdzie na świecie poza polskim podwórkiem nie spotkałem się z taką polączoną z napuszeniem łatwością określania utworów jako dzieła, obdarzaniem lokalnej przeciętności mianem twórcy i kwalifikowaniem tego co popularne i uznane jako wybitne. Dotyczy to również ocen pejoratywnych, wrogości, bezinteresownej zawiści i kultywowanej irracjonalnej niechęci. Najwidoczniej nie umiemy być obojętni.
    Co w międzyczasie zaczynam postrzegać jako cechę pozytywną. A jednak do pewnych zjawisk trudno się przyzwyczaić.
    Pomiędzy egzaltowaną afirmacją i bezbrzeżną, graniczącą z nienawiścią pogardą leży w naszym kraju jedynie ugór ignorancji i obojętności. To różni nas od innych nacji i kręgów kulturowych. Przypadki że ktoś jest znawcą tematu bez przymusu wartościowania i piania z zachwytu lub też okazywania pogardy są raczej unikalne. U nas się uwielbia geniusz światowej sławy mistrza (nawet gdy jest to wielkość znana jedynie na terenie kilku województw jeśli nie liczyć wątłej przypadkowej garstki zagranicznych koneserów) lub depcze ludzi naprawdę dużego formatu.
    Ot taka ta nasza narodowa specyfika.

  58. TadekKuranda Says:

    Def, ściganie i piętnowanie głupoty do niczego nie prowadzi. Daje tylko dziwną, podejrzaną satysfakcję tropiącemu. Porzuć ten zgubny proceder zaklinam Cię! Łąki nie tratuj, bo głupota i tak ma się dobrze. Szkoda energii.

  59. YOYO Says:

    „…umarła (oby nie bezpowrotnie) zupełnie kultura środkowej Europy…”
    Uff jestem nieukiem,ale Hrabal,Kundera,Havel,Lem,Kantor,Grotowski i wielu innych, to co?Klatka….Dyczek napisał kiedyś”Klatka(dla Janusza Stycznia)”kumasz dziecino?
    „Nie notuję żadnych,wybitnych arcydzieł.”O gustach i biustach nie dyskutuję,zazdroszczę łatwości sądów.Osobiście wolę sto razy bardziej Dżeżdżona ,od rozwlekłego nudziarstwa Manna.Kafka?Jak to Kafka,przeczytasz i czkawka(aczkolwiek lubię ten klimat),Musila nie czytałem,więc nie powiem.
    Wtórność?Kurwa….flamenco.

  60. flanelka Says:

    Ja nie wiem, ale jednak pozwolę sobie zauważyć, że między nieuznawaniem czegoś za arcydzieło a obrzucaniem błotem jest jeszcze miejsce dla uznania artystycznej wartości jako dobrej, świetnej, miernej, dostatecznej, interesującej ect., ect. Nie mówiąc już, że docenienie konkretów (wymieniłam przykładowe nazwiska) bez kontrastowego rzucenia nazwiskiem dalekie jest od wystawienia konkretnym dziełom/twórcom złej oceny.

    Ale spoko, ja się na bank mylę i chętnie posłużę ze swoim pktem widzenia jako tło dla Światłych – służę uprzejmie, życząc uroczej niedzieli Państwu. :) Generalnie nie powinnam się wiele więcej spodziewać w pewnych rewirach, ale mi też zdarza się mieć urojenia i niechcący gębę otworzyć w temacie, w którym winnam siebie widzieć jako dno.. bywa, przynajmniej mogliście się pośmiać, a każdy śmiech jest zdrowy ponoć ;)

  61. defendo Says:

    Krytyków jest wielu, bo każdy z nas ma pewną skłonność do wartościowania, przymierza zjawiska, dzieła, zachowania, poglądy innych do siebie, trochę jak sklepie; za ciasne lub za duże odrzuca, jedne mu się podobają i chce je mieć, inne zdecydowanie odrzuca, nawet nie przyjrzawszy się uważnie, bo kolor, bo fason, bo materiał.
    Stawiaj niewygodne pytania, podważaj tezy, Telemachu – to dla mnie cenne. Zwłaszcza że wnosisz w mój prywatny dyskurs nową jakość w specyficzny sposób: nie ma w tym cienia przemocy, nie wywierasz presji, a to w dyskusjach nieczęsto się zdarza. Uczę się od Ciebie.
    Obwiniłam system kształcenia(reformę), bo na przykładzie tego nieszczęsnego dziennikarstwa widać jego skutki. Poszatkowanie toku nauki przynosi określone efekty: fragmentaryczna wiedza, pospiech, próba zmieszczenia historii Polski i historii powszechnej w zbyt krótki czas kształcenia, system testów, poziom nauczania na wielu uczelniach – wszystko to szkodzi jakości.
    Porównaj zresztą(uogólniam z premedytacją): ktoś, kto przeczytał w odpowiednim czasie odpowiednie książki, kto zachłysnął się podziwem dla literatury, potrafi nie tylko niemal instynktownie odróżnić dobrą literaturę od niedobrej, nie zachwyci się Coelho, umie jasno sformułować swoje myśli, budując poprawnie zdania i nie musi przy tym posługiwać się szablonem.
    Na pewnej małej stacji jest pani kasjerka, która czyta, wciąż – bo klienci trafiają się rzadko. Pani ma dorosłe wnuki, może już prawnuki. Rozmawiałam z nią przypadkiem raz i drugi(czytała akurat „Dekameron”, bo w liceum poznała tylko jedną nowelę, chciała więcej); przyzwyczajono ją do rozszerzania wiedzy, obudzono ciekawość, osiągnięto to, co najważniejsze: takie poczucie wewnętrznego obowiązku, zmuszające do ciągłego samokształcenia.
    Zgoda – internet to wspaniałe medium. Stwarza jednak kolejną okazję do fragmentaryczności. Panienka wygugla sobie ze trzy złote myśli, tu zajrzy, tam spojrzy i już leci imponować innym swoją erudycją, gulgocząc wdzięcznie. Nie ma w tym samodzielnych przemyśleń, nie ma trudnego dochodzenia do formułowania tez, argumenty są godne małego jasia i niespójne. Sieciowy podrywacz opanowuje kilka chwytów i sądzi, że może już grać na poziomie wirtuoza.
    Można się tu podawać za profesora, filozofa, robić za guru, wdzięczną sylfidę, chociaż nadmiar ciała nie mieści się na żadnym krześle. Widziałam tu rzekomych lekarzy, którzy w trakcie rozmowy online musieli szukać w necie, co to jest dystrofia, absolwentki konserwatorium, które gorączkowo szukały wyjaśnienia terminu melizmat i nie maja bladego pojęcia o Mahlerze. Wielu się na te pozory łapie, zbyt wielu. I niech się łapią. Ale tym cenniejsze są spotkania z Tobą, Tadeuszem, Sudoqiem, Logosem, Miią – ludźmi, których cechuje nie tylko zdolność do głębokiej refleksji, ale którzy potrafią wspaniale inspirować.
    Dziękuję Ci za uwagę o „polskiej nieobojętności”, nie dostrzegłam tego. Chociaż właściwie powinnam, widziałam, jak Francuzi potrafią czcić różnych swoich bohaterów narodowych i twórców, jednocześnie przymrużając oko, przypisywałam to jednak słynnemu esprit.
    Nawiasem mówiąc – w kryzysie znacznie zwiększyli wydatki na kulturę, bo trzeźwo myślą – zwiększenie wydatków w tym dziale o 0,5% PKB generuje zyski kilkuprocentowe.

  62. defendo Says:

    Flanelko – wielkie dzieła są „jednostkowymi przypadkami”, jak to określasz.
    Hitler nie „zgnoił żydowskiego wkładu w kulturę germańską”, bo kultury narodu nie jest w stanie zniszczyć jeden człowiek. A kulturę narodu niemieckiego tworzyli nie tylko Żydzi(właściwie nie ma sensu przywoływać tu choćby Goethego czy Heideggera, bo lista przecież ogromna). Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie twierdzisz, że kultura Europy Środkowej upadła. Dlaczego mówisz o wtórności.
    To nie jest tak, że nie chcę z Tobą rozmawiać, mam z tym poważny kłopot. W kilku zdaniach beztrosko szafujesz kilkunastoma stwierdzeniami, nie popartymi konkretną argumentacją. Dlatego tak trudno mi się odnieść do tego, co piszesz. W jednej wypowiedzi wyrażasz jakiś pogląd, w kolejnej – zupełnie inny na ten sam temat.
    Raz mówisz o swoim szacunku wobec rozmówców(choćby nie wprost), a chwile potem wyjaśniasz mi, co Telemach miał na myśli.
    Naprawdę uważnie czytam, wszystkie komentarze.

  63. defendo Says:

    Yoyo, jasne, że wielbienie Kafki nie jest obowiązkiem. Ani Borgesa. ;)
    Sam, jesteś najlepszym przykładem na poparcie mojej tezy: samokształcenie jest dla jednych ludzi przymusem wewnętrznym, dla innych – zbędnym i przykrym wysiłkiem. Z Dżedżonowskim pozdrowieniem ;)

  64. defendo Says:

    Tadeuszu – te łąki… Nocą niosę rosę, na stopach, na bosych – mokre moje włosy i sukienka troszkę też mokra od rosy… taka fraza plącze mi się we włosach myśli i nie daje spokoju, nie wiem, czy zasłyszana, czy sama się urodziła.
    Jakieś sugestie na temat zmiany procederu? Otwieram się na propozycje ;)

  65. flanelka Says:

    Raz mówisz o swoim szacunku wobec rozmówców(choćby nie wprost), a chwile potem wyjaśniasz mi, co Telemach miał na myśli.
    Naprawdę uważnie czytam, wszystkie komentarze.

    Czyli mamy remis, jak rozumiem, bo Ty też tłumaczysz kolejny raz, co Ci mówię nie wprost..

    Def, daruj sobie. Skończyłam. Twoje zdanie o mnie – to wprost – znam z czata, nie udawaj życzliwej. Powodzenia.

  66. defendo Says:

    Ratunku! Czy ktoś wie, jak odzyskać komentarze? Weszłam pod własny wpis sprzed roku i z przerażeniem zobaczyłam, że część komentarzy po prostu nie istnieje. Ja na pewno ich nie skasowałam. Na wszelki wypadek kopiuję cały blog, moje noty są mało ważne, to tylko pre-teksty do rozmowy. :(

  67. K.L.daV. Says:

    Małgos – dle uwiarygodnienia twoich zasad, proszę nie moderuj mojego wpisu i nie odsyłaj do spamu. Przyznaje że nie ma symetrii między naszymi zasadami, więc trzymaj się Swoich.

  68. K.L.daV. Says:

    http://kociokwik.wordpress.com/2009/03/29/w-toteramy-masz-prawo-do-bana/

  69. TadekKuranda Says:

    Def, Marzannę upleć napluj jej w gębę i daj kopa do rzeki….. Ujujuj… a masz jakąś swoją rzekę? Trochę się pospieszyłem z tą rzeką. No to wij wianki…. eeeeeeeeeeeech znowu to samo! (… i rzucała je do falującej wody). To może tę noc Kupałową wybrać, żeby można było bezgrzesznie łąkę tratować w poszukiwaniu kwiatu paproci? Nie wiem też czy odpowiada Ci dziczyzna? Wiesz, tyle osób tutaj z Tobą się spiera, włącznie ze mną, a mało kto cokolwiek o Tobie wie – same wirtualia. Umówmy sę wszyscy na łące w Kupałową noc i ogólnemu zdziczeniu kultury powiedzmy gromkie NIE. Mogę zafundować barana.

  70. defendo Says:

    Baranów ci u nas dostatek, ale i tego przyjmę na znak poddaństwa… oj, chyba cytat niedokładny?
    Spieraj się ze mną, ścieraj, „ie żałuj mnie, nie żałuj – ino mnie całuj,całuj…”
    Kwiat to ja sobie znajdę, nawet wiem, gdzie gmerać. Na łące to ja jestem bezbronna, wiedziałeś?

  71. TadekKuranda Says:

    Def, otwórz sklep: WIRTUALIA

  72. TadekKuranda Says:

    Def, skoro szukasz jakości i walczysz o kulturę słowa, popraw ten tekst a ja go prześlę gdzie trzeba, lub zrób to sama:

    Witaj na stronie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej!
    Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej

    Nasz Instytut jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się jednostek Uniwersytetu Wrocławskiego. Kształcimy dziennikarzy, rzeczników prasowych oraz specjalistów Public Relations w toku studiów licencjackich i magisterskich, na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna (specjalności: Dziennikarstwo oraz Public Relations). Jako jedyni w Polsce oferujemy dziennikarskie uzupełniające studia magisterskie dla absolwentów wszystkich kierunków studiów licencjackich (prowadzone w trybie zaocznym). Nieodłączną częścią naszej oferty edukacyjnej są studia podyplomowe.
    Witaj na stronie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej!
    Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej.

  73. defendo Says:

    Tadeuszu, to perełka:)

  74. TadekKuranda Says:

    Ja ze swojej strony jaknajdynamiczniej Cię pozdrawiam będąc jednostką niezależną, zmierzając, jako jedyni wraz z pozostałymi w Twoim blogu; no i… w Polsce, a może i na całym świecie (skoro już tak, to może i wszechświecie!) do osiągnięcia pełnej satysfakcji w kierunku komunikacji społecznej i wszelkiej innej, również prywatnej i zawodowej. Goździk! Dyplom! Koperta! Oraz życzenia satysfakcji w życiu prywatnym i zawodowym.
    Czołem!

  75. flanelka Says:

    Liczę, że konsekwencja okaże się choć raz nie tylko teoretyczną.. chociaż tutaj akurat niewiele mnie jest w stanie zdziwić, więc i praktycznie pominięta praktyka nie powinna, jakby co ;)

    Podpowiadam, że można załącznik potraktować jako ilustrację wpisu, dla obustronnej satysfakcji..

    http://flanelka.wordpress.com/2009/03/30/argument-sily-kontra-sila-argumentu/

  76. YOYO Says:

    W niedzielę zmarł Stanisław Dróżdż,jeden z twórców poezji konkretnej.
    Był przykładem geniusza,którego nie doceniono(chyba?).
    Ja poznałem Go,dzięki rewelacyjnej książce „Autosja”Dyczka.
    Tadek i defendo wiedzą o czym piszę,reszta jest milczeniem,jak pisał Wiluś.

  77. mniemanolog Says:

    Czyżbym trafił przez pomyłkę na blog flanelki? Defendo proszę podaj mi link na Twój blog , bo zabłądziłem….

  78. defendo Says:

    W tej „informacji oficjalnej”, którą zacytował Tadeusz, zabrakło jeszcze:”zapodajemy, iż zabezpieczamy wykształt licencjatów za niewielką odpłatą”.
    Konia z rzędem temu, kto potrafi sformułować definicję „jednostki UWr”, może to jakaś jednostka wojskowa? Pomijam już to, że wprowadzają ludzi w błąd – nie są jedyną uczelnią w Polsce, która oferuje studia podyplomowe dla licencjatów kierunków niedziennikarskich.
    Wstyd mi za moją Alma Mater – wszystko schodzi na psy… jak one to wytrzymują?

  79. TadekKuranda Says:

    Byłem zawsze pod wielkim wrażeniem hartu ducha Stanisława Dróżdża. Ten wybitny intelektualista z ledwością poruszający się na wózku inwalidzkim unoszony był przez wielkiego ducha. Pamiętam jak dziś, kiedy zdobył nagrodę za swój projekt zbudowania ściany stoiska polskiego na festiwalu sztuki w Wenecji z rzucanych losowo kostek do gry. Nie pamiętam już ile tysięcy tych kostek stanowiło budulec. Jarek Broda (dyrektor wydziału kultury wrocławskiego magistratu), który był na tej wystawie powiedział mi „namówiłem radę miejską żeby mu zafundowali wózek zafundowali i zafundowali”. Rzuciłem wtedy pomysł żeby tę ścianę sprzedać Kasino Polonia ale nie wiem czy ktoś w tej sprawie rozmawiał z tą firmą. Wczoraj natomiast (w dniu śmierci Stanisława Dróżdża) dostałem newslettera z informacją o jego wystawie w Krakowie. Cóż…

  80. TadekKuranda Says:

    Casino Polonia?

  81. TadekKuranda Says:

    Panie świeć nad Jego duszą.

  82. defendo Says:

    Wciąż mam wrażenie, że musiałeś się zetknąć z Yoyo, w czasach nieco dawniejszych. Bartek działał jako młody chłopak właśnie we Wrocławiu.
    Sądzę, że da się sprowokować do wspomnień;)

  83. http://toteramy.wordpress.com Says:

    Def! odsyła moje komenty do spamu. Ma prawo. I ma prawo milczeć o zasadach. Moją notkę o ąrtystce powiększyłem o suplement uzasadniający moją opinię. dodajcie tylko „www ” przed „toteramy.wordpress.com

  84. TadekKuranda Says:

    UWr. nie jest jedyną instytucją posiadającą studium komunikacji społecznej. Coś takiego robi też Politechnika Wrocławska. To się nazywa bodaj Instytut Komunikacji Społecznej Politechniki Wrocławskiej i powiązane jest z Uniwersytetem Connecticut. Dyplomy ukończenia są traktowane jako studia na tym uniwersytecie. Z początku szefami tego instytutu byli profesorowie Roman Galar i Jan Waszkiewicz. Ja byłem tylko skromnym twórcą znaku graficznego i wszelkich „papierów” tego instytutu. Zresztą, wielokrotnie mnie namawiano mnie żebym dał cykl wykładów na temat znaku graficznego dla słuchaczy tego instytutu a rzecz była niezwykle interesująca ponieważ wykładałbym dla „wysokiego grona”, dyrektorów banków, wielkich firm i korporacji, z których rekrutowaliby się moi słuchacze. Niestety musiałem odmówić ponieważ nie pozwalały mi na taką działalność obowiązki właściciela małej agencji reklamowej i zobowiązania wobec moich klientów.
    Wykłady przygotowałem bardzo ciekawe bo nie były to tylko wspomnienia projektanta. Wiecie np. skąd się wzięła słynna na cały świat nazwa 3M? To ta firma produkująca taśmy scotch i te żółte samoprzylepne karteczki.

  85. defendo Says:

    Przepraszam, Kocie, wpadłeś do spamu, już wyjęłam.

  86. defendo Says:

    Tadeuszu – a co powiedziałbyś na propozycję wygłoszenia takiego wykładu tutaj? Baaardzo proszę..

  87. defendo Says:

    Precyzuję: chodzi mi o osobną notkę. Zainteresował mnie ten temat. Sama jestem ciekawa. Wiem, ze znaki są ważne, że tworzą swoistą ikonosferę(do Porębskiego mam wciąż sentyment, traktowałam jego książkę jako jedną z ważniejszych, zresztą było kilku takich: Strzemiński ze swoim powidokiem, Banachowie i ich rozważania o kiczu i wielu innych).

  88. TadekKuranda Says:

    Def? Oj, to zbyt szeroki temat jak na notkę. Pisząc krótko na ten temat można się tylko wygłupić. Ale gdybyś chciała się habilitować to wspomogę swoją wiedzą ;)
    Mam pewne doświadczenie we wspomaganiu. Mam na koncie kilka prac magisterskich ale żadnej swojej własnej ;)))

  89. defendo Says:

    Dlaczego krótko? Blog to serial… może być w odcinkach ;)
    Wspomagaj, wspomagaj, dopalacze są mi konieczne. Wiosna to mało, chociaż fiołki zakwitły. Mam kilka kolorów, bo białe mi się skundliły z fioletowymi i powstały kolory pośrednie…

  90. TadekKuranda Says:

    3M top tylko drobny przykład na to jak z bankrutującej kopalni w Minnesocie, nie bacząc na przeciwności losu i starając się wyssać każdą kosteczkę i nie licząc na państwowe czy unijne dotacje, stać się ponadnarodowym koncernem przynoszącym miliardy dolarów zysku i tysiące miejsc pracy dla „górników”.
    Widziałem wywiad z chemikiem, który pracował w 3M nad formułą superkleju, ale wciąż mu się to nie udawało. Klej się odklejał i tyle z jego doświadczeń oraz pieniędzy przeznaczonych na badania. Był bliski załamania. Przypadek: Jego pobożna babcia miała problem z zakładkami do śpiewnika kościelnego bo te papierowe wstążki z zapiskami wypadały spomiędzy kart śpiewnika zmuszając ją do nieustannego wertowania. Wnuk zaproponował jej swój niewydarzony klej, który się odkleja ale też trochę trzyma. Babcia stwierdziła, że to genialny pomysł. W ten sposób coś co było porażką stało się niewyobrażalnym sukcesem. Trzeba jednak dostrzegać wady jako zalety. Ileż to razy włókiennicy, farmaceucie, ceramicy czy szklarze (itd) przez zwykłe błędy technologiczne osiągali niezwykłe, nieoczekiwane efekty tych swoich „porażek”.
    3M to zmiana nazwy Minnesota Mining Manufakturing na taka nazwę, która się lepiej przylepia. Jest to przykład na to, że zmiana logo firmy i produktu niekoniecznie skutkuje zniknięciem z rynku. Firmy chcące opanować rynek i wzmocnić swoją markę często tworzą własną konkurencję.
    Poczytajcie tylko to:

    Podstawowe fakty z historii firmy 3M

    Firma 3M została powołana do życia w 1902 r. w położonym nad jeziorem Lake Superior mieście Two Harbors, w stanie Minnesota. Założyło ją pięciu biznesmenów, którzy podjęli decyzje o eksploatacji złóż mineralnych na potrzeby materiałów ściernych dla ściernic. Okazało się jednak, iż złoża miały niewielką wartość i w 1905 r. firma Minnesota Mining and Manufacturing przeniosła się do pobliskiego Duluth, aby skoncentrować się na produkcji papieru ściernego.

    Po długich latach zmagań firmie udało się rozpocząć wysokiej jakości produkcję. Fakt ten przyciągnął do 3M nowych inwestorów i w 1910 r. firma przeniosła się do St. Paul. Wczesne innowacje w dziedzinie techniki i marketingu zaowocowały pierwszymi sukcesami – w 1916 r. firma wypłaciła pierwszą dywidendę w wysokości 6 centów za 1 akcję.

    * Na początku lat 20. XX wieku opracowano pierwszy na świecie wodoodporny papier ścierny, który zmniejszał ilość pyłu zawieszonego w powietrzu podczas produkcji samochodów.
    * Drugie doniosłe wydarzenie miało miejsce w 1925 r., kiedy młody laborant Richard G. Drew wynalazł taśmę maskującą, stanowiącą nowatorski krok w kierunku zróżnicowania produktów oraz będącą pierwszą z wielu taśm samoprzylepnych marki Scotch.
    * W kolejnych latach postęp techniczny zaowocował opracowaniem celofanowej taśmy Scotch® Cellophane Tape służącej do zamykania i opieczętowywania kartonów – niedługo po tym odkryto setki jej praktycznych zastosowań.
    * We wczesnych latach 40. XX wieku działalność 3M skierowano na produkcję materiałów obronnych na potrzeby II Wojny Światowej. Po tym okresie powstały nowej projekty, takie jak folie odblaskowe Scotchlite™ wykorzystywane do oznakowywania dróg, taśma magnetyczna zapisująca dźwięk i taśma klejąca z włókien. Wówczas także firma 3M po raz pierwszy zaangażowała się branżę graficzną, produkując klisze do druku offsetowego.
    * W latach 50. firma 3M wprowadziła proces kopiowania Thermo-Fax™, powłokę ochronną dla tkanin Scotchgard™, taśmę wideo, wkładki czyszczące Scotch-Brite® oraz wiele nowych produktów elektromechanicznych.
    * W latach 60. wypuszczono na rynek mikrofilm wykonany w technologii suchego srebra, a także produkty fotograficzne, rzutniki pisma, a także produkty medyczne i stomatologiczne w ramach szybko rozwijającego się sektora opieki zdrowotnej.
    * W latach 70. i 80. nastąpiło dalsze poszerzenie działalności i wejście na rynek środków farmaceutycznych, radiologii, kontroli energii, materiałów biurowych, przy jednoczesnej ekspansji geograficznej i objęciu swoim zasięgiem niemal wszystkich krajów na świecie.
    * W latach 90. sprzedaż osiągnęła poziom 15 mld USD. Firma 3M w dalszym ciągu opracowywała szeroką gamę nowatorskich produktów, takich jak środki farmaceutyczne modyfikujące reakcję immunologiczną, folie poprawiające jasność obrazu wyświetlaczy elektronicznych, a także elastyczne obwody elektroniczne na taśmie wykorzystywane w drukarkach atramentowych, telefonach komórkowych i innych urządzeniach elektronicznych.
    * Lata 90. to także pojawienie się na rynku filtra 3M™ Privacy Plus (pierwszego elementu wyposażenia ekranów komputerowych łączącego prywatność, właściwości przeciwodblaskowe i ochronę przed promieniowaniem), pierwszego na świecie niezawierającego freonów inhalatora dla osób chorych na astmę, a także materiałów ściernych o specjalnej strukturze (wyprodukowanych w oparciu o opatentowaną przez 3M technologię mikroreplikacji).
    * W 2004 r. sprzedaż po raz pierwszy przekroczyła poziom 20 mld USD, przy czym wzrost ten w ogromnej mierze został osiągnięty dzięki nowym innowacyjnym produktom. Najnowsze z nowatorskich rozwiązań obejmują: karteczki samoprzylepne Post-it® Super Sticky, przezroczystą taśmę klejącą Scotch® Transparent Duct, optyczne folie dla telewizorów LCD, a także nową rodzinę produktów do utrzymania czystości Scotch-Brite®, które są doskonałym rozwiązaniem dla klientów poszukujących środków do uniwersalnego czyszczenia.

  91. TadekKuranda Says:

    np. Taśmy scotch wzięły swą nazwę od słynnej szkockiej oszczędności. Papierowe taśmy samoprzylepne produkowane głównie dla zastosowań przemysłu stoczniowego, chodziło o malowanie burt statków – żeby była równa linia. Taśmy nazywały się zwyczajnie, taśmy. Stoczniowcy pokpiwali z nich nazywając „szkockie” ponieważ z oszczędności tylko w połowie szerokości pokryte były klejem. No i tak już zostało na wieki i tak się to nazywa w każdym przypadku, nawet jeśli producentem jest kto inny a nie firma 3M.

  92. TadekKuranda Says:

    Jest to przykład, kiedy klient narzuca logo towaru i sygnał aby podążać za przyzwyczajeniami konsumenta.

  93. TadekKuranda Says:

    Def? Może być?

  94. defendo Says:

    Cudnie! przekopiuję to i pozwolę sobie powiesić w formie wpisu. Ilustracja,błagam!
    :*

  95. TadekKuranda Says:

    Ulegając tradycji, pozwolę sobie na koniec (wg. prof Stanisławskiego „na tyle”) zacytować dowcip aby pozostawić miłe wrażenie :

    Przyszedł Szkot w odwiedziny do kumpla. Ten, po niezwykle skromnym poczęstunku, jako deser podaje mu na malutkim talerzyku odrobinę miodu.
    Gość, niezwykle uradowany wykrzyknął – Och, John widzę, że kupiłeś sobie pszczołę!

    Albo inny:
    Szkot kupił synowi nowe buty i daje mu rady.
    Synu oszczędzaj te buty i stawiaj dłuższe kroki.

  96. TadekKuranda Says:

    Następny wykład będzie o silnikach. O duszy maszyn.

  97. K.L.daV. Says:

    To trzy części nutki połączone i uporządkowane http://toteraja.wordpress.com/2009/03/31/american-staffordshire-terrrier-dracula-versus-gyrinocheilus-aymonieri-koniec-zlotej-rybki/

  98. TadekKuranda Says:

    Dodatkiem jeszcze do 3M, zadanie domowe: przeliczcie 20 mld dolców („wyciągane” przez jedną mało znaną firemkę) na złotówki i porównajcie to z budżetem narodowym naszej pięknej ojczyzny tak przecież pełnej zalet wszelakich.
    Ojczyzną, krwią i blizną i takie tam….
    Radek Sikorski nie został cieciem Europy! Wielkie mi aj-waj.
    Pochylmy głowy nad dziełem mniej licznych, mających mniej górnolotnych frazesów w gębach, a bardziej zapobiegliwych w drobiazgach.
    Właściciel Optimusa, Kluska u nas bohaterem bo jak Chrystus zamordowany został przez urząd skarbowy, nasz narodowy sanhedryn, gdzie od Annasza do Kajfasza go odsyłali – o do dziś odsyłają. Co zniszczono to zniszczono. Wspomnijcie też wrocławską JTT itp. Wspomnijcie utarczki Chipa o nienależny VAT (za darmowe inserty softłeru) wielkości 14 mln zł, wspomnijcie piekarza, który wczorajszy wypiek darowywał głodnym i za to został zniszczony. Taki 3M nie miałby u nas najmniejszych szans!

  99. TadekKuranda Says:

    No tak, i ten Wałęsa, który Wam solą w oku bardziej niż ten Jaruzelski. Wiecie co? W Australii jest prowincja Kuranda, chyba się tam przeniosę bo tak mi się wydaje, że skoro Aborygenów jest mniej to chyba mają więcej rozumu.

  100. defendo Says:

    O masz!
    Znów coś nas łączy – jestem zwolenniczką tezy, że ilość inteligencji w świecie jest const., a liczba ludzi rośnie… następnik tej implikacji jest chyba oczywisty?
    A propos Wałęsy – swoje wady ma, owszem, kindersztubą jest wysysana z mlekiem matki, nie da się jej wyssać później, choćby nie wiem jak okrutnie starali się ją wdrukować spece od PR, ale wyczyn tego smarkacza jest niebywały. Magiel, brak,i wiedzy i tak koszmarne usterki warsztatowe, że chciałoby się ukarać komisję, która nie uwaliła jego magisterium. Znak czasu, jak piętno „bezczelny gówniarzorant”(skrzyżowanie bezczelnego gówniarza z ignorantem, internet się od takich osobników roi) wypalone na zadzie mgr Chabety czy innego Wałacha.
    Autor ma cechy DChA, faza manii(zjawisko obserwowane częściej niż pełnia, niekoniecznie Księżyca):
    „Objawy zespołu maniakalnego to: podwyższenie nastroju (euforia), wzrost samooceny; drażliwość, wrogość, gonitwa myśli, ciągłe podejmowanie nowych, mało racjonalnych działań, zawieranie nowych znajomości, często przygodne kontakty seksualne. Chory ma skłonności do nadużywania alkoholu, nierozsądnych zakupów, utraty masy ciała. Zmniejszenie potrzeby snu oraz urojenia o mniemanej niezwykłości i genialności chorego lub prześladowcze przelotne omamy słuchowe, a także słowotok są również problemem.”
    Kolejny dowód na bylejakość kształcenia. I nadmiar tupetu.

  101. defendo Says:

    Nota bene – Kurtyka jest jak „Aurora”(mało celny, mało rewolucyjny, za to nieodpowiedzialny). Podobno autora tego gniota IPN zatrudnia
    o b e c n i e(podkreślenie moje) do obsługi kserokopiarki…

  102. mniemanolog Says:

    Jaki magister takie stanowisko

  103. TadekKuranda Says:

    Gdybym był szefem IPN zatrudniałbym historyków do obsługi betoniarki, moje decyzje byłyby wtedy z każdej strony trafione.

  104. TadekKuranda Says:

    personalne oczywiście

  105. TadekKuranda Says:

    Mał! Wałęsa przemawiał na Mazowieckiej we Wrocławiu. To było fantastyczne i porywające przemówienie. Dostałem to potem na biurko żeby podać do gazety. Ukląkłem na oba kolana i poprawiałem bo w jakiejkolwiek formie gramatycznej i wszelkiej innej do druku się nie nadawało. Wreszcie udało mi się to skomponować z jego i moich słów. Było bardzo dobrze. To nie jego wina, że nie był fachowcem kształconym na uniwersytetach. Joanna d’Arc (nazwisko zmienione żeby brzmiało szlachetnie a nie z plebsu) nie umiała pisać ale potrafiła porywać nawet na śmierć w dobrej sprawie. Def, masz podobne cechy.
    Wałęsę wszyscy (!) zdradzili. Nawet poprawiacze i doradcy. Jest sam sobie. Czyż to nie piękne? Skopmy mu dupę! Bo nam nawet do pięt nie urasta…

  106. TadekKuranda Says:

    Nic nie wiadomo o mgr Kwaśniewskiego. IPN tego nie sprawdza.
    prawdopodobnie Jaruzelski ma maturę zrobioną w małym siole na Kołymie. Dla Was to jakaś różnica?

  107. defendo Says:

    Chwileczkę – nie wiem,czy się obrazić czy uradować?
    Dziwic masa, odkąd smoki – przejęte nagabywaniami dietetyków i pieprzeniem o cholesterolu – przeszły na trawkę.
    Dziwica – zgodnie z moją osobistą definicją – panna zdziwiona wielce po zabawie z udziałem Roberta Burnse’a – że po zabawie w remizie już nie jest dziewicą.
    Z Joanny tak dziewica, jak z Ordona samobójca.\Mam w nosie cenzurki – co by nie mówić – Urban(abstrahując od podłości) jest o wiele więcej wart intelektualnie od cyraneczki prezydenckiej,, która ostatnio rzekła,że” dzielne kobiety, dziś odznaczone, którym gratuluję internowania”, qua,qua,qua,qui pro quo..

  108. defendo Says:

    Nikomu nie szkodzi chyba cudza matura lub jej brak…
    A na deser:
    spodoba się chyba wszystkim,wiek i płeć obojętne, jak mówił Moloch:

  109. TadekKuranda Says:

    Def…. niebiespakojsia. Od rzeczy prawisz. Wróć do żywych.

  110. TadekKuranda Says:

    Mówisz jak gdybyś miała Azję Tuchajbejowicza oceniać z czym w kroczu kończył. Mówią dziewica to dziewica, bez względu na to czy Maryja czy inna. Żadna to nobilitacja ani zaszczyt ani cokolwiek. Dla nas jedynie stwierdzenie, że jakaś. Pośród innych cech: blondynka, mężatka, wdowa, samotna, wysoka, gruba… co chcesz?

  111. TadekKuranda Says:

    Def. zlituj się: która ostatnio rzekła,że” dzielne kobiety, dziś odznaczone, którym gratuluję internowania”, qua,qua,qua,qui pro quo..?
    Tak, wiem co chciał powiedzieć tylko nie potrafił.
    Nie potrafił wyrazić szacunku dla tych dziewczyn, jak tylko po swojemu.

    Ja też miałbym z tym pewien kłopot. Wtedy, czy podczas powstania warszawskiego, czy gdziekolwiek i kiedykolwiek nasze dziewczyny godne były podziwu i szacunku…. Te „nasze” wyraźniejsze, bo widzieliśmy ich łzy i zaciśnięte zęby. Śmiejcie się, drwijcie z nich, zabierzcie im co chcecie ale nie uda się Wam zabrać tego co miały i mieć będą zawsze – wiary w tych mężczyzn, którzy tam gdzieś szli… do nieba.

  112. TadekKuranda Says:

    … a poszły by nawet do piekła.

  113. TadekKuranda Says:

    za nimi

  114. panpatishon Says:

    przeczytałałem całą notkę o poprawności dziennikarskiego pisania. Nie wiem, czy ktoś wcześniej zwrócił na to uwagę w komenatrzu (nie czytałem ich), ale autorka ma kłopoty z logiką.
    Pisze: „”informacja pod zdjęciem przedstawiającym policjanta z groźną miną, który w dłoni trzyma broń, może nawet odbezpieczoną, z której celuje w coś(kogoś) poza kadrem”. Czyli nie widać w
    co/kogo celuje. A zdanie później autorka pyta: czy czulibyście się pewnie, gdyby ktoś, kto ma Wam zapewnić bezpieczeństwo, celował do Was(tak wynika z podpisu)?”
    Z podpisu co sama przznałaś to nie wynika!!!! Cel jak sama podkreślasz jest „poza kadrem”.:)
    Skąd więc pytanie czy czułbym się bezpiecznie, gdyby do mnie celowano?
    Logika się kłania.:)

  115. panpatishon Says:

    O błedach stylistycznych napiszę innym razem:)

  116. TadekKuranda Says:

    Hej Panpatishon! Fajnie, że się tutaj odezwałeś ;) Proponuję żebyś przeczytał to co sam napisałeś i znalazł błędy jakie sam zrobiłeś w tej króciuteńkiej przecież wypowiedzi.
    Mi się wydaje, że wszyscy robią to tak jak ja – piszą nawet nie patrząc na to co piszą. Gdyby przejmować się tym tak, jakby się podawało tekst do druku to korygowanie literek trwałoby zbyt długo. Teksty owszem byłyby może poprawne ale zdawkowe. Przestałem się przejmować błędami.

  117. procesVII Says:

    Przyznam, że ja zupełnie inaczej zrozumiałem kontekst „zabezpieczać” czy też „zabezpieczania”. Sądziłem, że autorce notki chodziło o to, że policjant może ewentualnie „ubezpieczać”. I ubezpieczanie polega właśnie na skupianiu uwagi, czyli – w tym wypadku – celownika broni na okolicach ubezpieczanego.
    Granat jest zabezpieczony, można go odbezpieczyć. Natomiast partnera w akcji się po prostu ubezpiecza. I chyba o to chodziło Defendo.

  118. procesVII Says:

    Czyli, mówiąc jaśniej: odczytałem tu ironiczną grę słów „zabezpieczony policjant” i być może „odbezpieczona broń”. Ale może ja przesadzam z nadmierną fantazją w odczycie. Policjant zabezpieczony, a jak się go odbezpieczy to nas wszystkich – mówiąc kolokwialnie – niczym granat – rozpierdoli.

  119. panpatishon Says:

    Procesie, użycie wyrazu „zabezpieczać” to inny temat i można długo dyskutować, czy akcję się „zabezpiecza”, czy „ubezpiecza”. Zwróciłem wyłacznie uwage na brak logiki w tym co pisze Defendo. Fragmentów w tej notce, gdzie zdanie B, zaprzecza wcześniejszemu zdaniu A jest więcej.
    Tadeuszu Kurandzie – oczywiście, że zrobiłem błędy. Zwróć jednak uwagę na fakt, że to nie ja jestem autorem tekstu o niepoprawności dziennikarskiego języka. Moim zdaniem nie powinno się naciągać faktów do z góry założonej tezy, a w wielu przytoczonych przez Defendo przykładach tak jest. Jeden podałem. Niezmienia to faktu, że sporo dziennikarzy pisze niedbale.

  120. procesVII Says:

    Panpatishonie (nie piszę Drzewo, bo tu nie kumają, że to Ty)

    można długo dyskutować, czy akcję się “zabezpiecza”, czy “ubezpiecza”

    Może Ty możesz długo dyskutować. Dla mnie się partnera w akcji „ubezpiecza”. I nie umiem na ten temat dyskutować.

    Moim zdaniem nie powinno się naciągać faktów do z góry założonej tezy

    Jeśli mam założoną tezę, to przedstawiam takie fakty i w takim świetle, żeby one tę tezę uzasadniały, a nie obalały.
    Jeśli byłbyś sprzedawcą samochodu, wymieniałbyś potencjalnemu klientowi zalety auta, nie jego wady. Gdy chcę poderwać laskę, to nie mówię jej, że jestem starym, nudnym pijakiem, co jest zgodne z prawdą. A naciągam fakty, twierdząc, ze jestem: tajemniczym facetem z perspektywami, w średnim wieku.

  121. TadekKuranda Says:

    Panpatishonie. Gdyby chcieć poprawnie odmieniać moje nazwisko to brzmiałoby to Tadeuszu Kurando, albo można krótko Tadku. Przecież się nie obrażam ale mam wrażenie, że walczy się tutaj o jakąś poprawność.
    Def napisała jak napisała ale chciała zwrócić uwagę na niechlujstwo czwartej władzy, która zachowuje się jak pijany król. Def jest przekonana, że zawód dziennikarza to misja społeczna polegająca na podkładaniu kaganka oświaty pod strzechy ;) i wolno to czynić jedynie tym wybrańcom narodu, których nie dość, że język giętki i mowa gładka to jeszcze głowy pełne mądrości wszelakiej. Pobożne życzenia Def są oczywiście i naszymi. Jedyna rada to… No właśnie.
    Jeden z moich naczelnych redaktorów, obecnie szef wrocławskiego IPNu prof. Włodzimierz Suleja powiedział kiedyś na zebraniu redakcji: „Jeśli chcecie czytać interesującą, mądrą gazetę to ją sobie zróbcie”. Jest to jakiś pomysł.
    Powszechny obowiązek nauczania zrównał nas czytelników i tych piszących. Nastąpiło „zdemokratyzowanie” rozumu. Średnia wychodzi tak, że publikatory adresują swoje przesłania do półgłówków. Niestety, musimy się z tym pogodzić.
    Pamiętam wywiad znanej skądinąd dziennikarki Ziębickiej ze ś.p. hrabią Dzieduszyckim. Otóż wypytywała go o jego przeżycia w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen. Nie chcąc przemawiać do niego językiem plebsu spytała: A długo pan tam bywał?

  122. TadekKuranda Says:

    poprawka, choć niekonieczna. Miało być: Nie chcąc przemawiać do niego językiem plebsu spytała: A długo pan tam bawił?

  123. TadekKuranda Says:

    Jeszcze raz ja… niestety.
    Def, nie znając mnie napisała o mnie całą prawdę. Wypisz wymaluj ja. A może o kimś jeszcze z Was?

    Def: „Objawy zespołu maniakalnego to: podwyższenie nastroju (euforia), wzrost samooceny; drażliwość, wrogość, gonitwa myśli, ciągłe podejmowanie nowych, mało racjonalnych działań, zawieranie nowych znajomości, często przygodne kontakty seksualne. Chory ma skłonności do nadużywania alkoholu, nierozsądnych zakupów, utraty masy ciała. Zmniejszenie potrzeby snu oraz urojenia o mniemanej niezwykłości i genialności chorego lub prześladowcze przelotne omamy słuchowe, a także słowotok są również problemem.”
    „Kolejny dowód na bylejakość kształcenia. I nadmiar tupetu.”

  124. K.L.daV. Says:

    Kolega i Ja. O moich miejscach.
    http://toteraja.wordpress.com/2009/04/01/kolega-i-ja/

  125. K.L.daV. Says:

    Malgosiu – jeden skasuj, choć podejrzewam że oba nurkują.

  126. panpatishon Says:

    Procesie: jeżeli masz jakąś załozoną tezę, to oczywiście, że przedstawiasz takie FAKTY i w takim świetle, żeby one tę tezę uzasadniały, a nie obalały. Problem w tym, że Defendo w przytoczonym wyżej przykładzie sama sobie zaprzeczyła. Raz pisząc, że policjant celuje z broni do czegoś/kogoś poza kadrem, a zdanie dalej pyta, czy czułbym się bezpiecznie, gdyby policjant celował do mnie. Nie wiem skąd Defendo wyciąga wniosek, że policjant celuje do mnie, skoro celuje poza kadr. To nielogiczne i tylko tyle. To naciąganie faktów, a nie FAKTY, które Twoim i moim zdaniem powinny uzasadniać założoną tezę.:)

    TK (nie mylić z Trybunałem Konstytucyjnym): masz rację poćwiczę odmianę:)
    Zwracając uwagę na niechlujstwo czwartej władzy (słusznie), nie powinno się samemu niechlujnie pisać.

  127. defendo Says:

    Tadeuszu – nie o Tobie(aż mam ochotę język Ci pokazać)!
    A tak niemal nie a propos… komplementy są szalenie potrzebne. O dawna wiadomo, że nagroda działa o wiele skuteczniej niż kara.
    Jasne, że dobrze zrozumiałeś, Procesie ;)

  128. TadekKuranda Says:

    Def, przełóż wajchę bo jest ponad setka wpisów i blog staje się niedostępny

  129. mniemanolog Says:

    Gdyby Def uprawiała zawód dziennikarza, i krytykowała kolegów po fachu można się przyczepić z uporem maniaka do „zabezpieczania” i „ubezpieczania „.Gdybym ja był dziennikarzem, polemizowałbym z Nią.Na szczęście nie jestem, mogę wyrażać się poprawnie i logicznie ( dobrze jak mi sie uda), ale nie muszę.A dziennikarz powinien.Wyliczanie oczywistych błędów dziennikarzom, popełniając błędy samemu nie oznacza ,ze dziennikarze mogą. Chętnie przeczytam coś równie sensownego autorstwa panphatisona , co będzie świadczyło o tym ,ze ma coś mądrego do przekazania ,oprócz zwykłej upierdliwości.

  130. panpatishon Says:

    Mniemanolog dołączłeś tym komentarzem, do licznego kręgu osób, które inne zdanie, inny pogląd uważają za upierdliwość. Baw się tu dobrze, poklepuj po plecach, wazelinuj i dopieprzaj każdemu, kto śmie mieć własne zdanie.
    Pozdrawiam i żegnam to jednomyślne towarzystwo.

  131. mniemanolog Says:

    Panpatishon to miało być coś mądrego do przekazania? Wejść i rozdawać kopniaki na prawo i lewo?Udowodniłeś mi ,ze niestety mam rację i wcale mnie to nie uradowało. Wolałbym jej nie mieć,wolałbym byś mi udowodnił , wskazał gdzie się mylę. Może bym się czegoś od Ciebie nauczył.Przestał wazelinować, uszanował inne zdanie( jak Ty je szanujesz).A tak….nauczyłeś mnie dopieprzać….ale nie skorzystam z tej nauki.Pozdrawiam

  132. defendo Says:

    Wajcha przełożona.Tadeuszu…
    Panpatishonie – spieramy się tutaj dość często – to raz. Po drugie – nie każda rozmowa musi być sporem. Nie zauważyłeś, że często czyjś argument, czyjaś wypowiedź prowokuje do sprecyzowania myśli, że w ten sposób również może powstawać nowa jakość? Uważasz, że tylko posiadacze odmiennych poglądów na wszystko, będący tak bardzo w opozycji, że prowadzą wojnę nawet ze sobą, są dobrymi partnerami do dyskusji?
    Nie wiem, co to „liczny krąg osób” – to tak na marginesie ;)

  133. defendo Says:

    Mniemanologu, zapraszam do ogrodu;)
    Dziś jakiś owad usiłował mnie pożreć żywcem, ale chyba się udławił. Mam nadzieję.

  134. TadekKuranda Says:

    to był motylek?

  135. panpatishon Says:

    Mniemanolg, kto tu rozdaje kopniaki na lewo i prawo? Czy Ty przeczytałeś co ja napisałem, czy już tak masz w genach, że jak ktoś inaczej myśli niż Ty to jest upierdliwy. Czy ja coś napisałem na temat użycia wyrazów „zabezpieczać”/”ubezpieczać”? Czy Ty potrafisz czytać ze zrozumieniem?
    Defendo nie powinnaś używać wyrazu „spieramy się”, gdyż mój krótki tu i chwilowy pobyt pozwolił mi zauważyć, że co to jest spór niewielu tu wie, ze szczególnym uwzględnieniem mniemanologa. Piszesz „często czyjś argument”, to powiedz mi gdzie jest argument w wypowiedziach mniemanologa, może wytłumaczysz kolesiowi co ozanczają wyrazy spór, argument. I naucz go koniecznie czytać ze zrozumieniem.
    Nie uważam wcale, że trzeba mieć odmienne poglądy, żeby dyskutować, ale żeby to robić to po pierwsze trzeba rozumieć co adwersarz napisał, a po drugie odmienne poglądy wypada przynajmniej uszanować.
    W swoim komentarzu zarzuciłem Ci wyłącznie brak logiki w pewnym fragmencie notki, nie polemizując wcale z treścią. I dobrze, że tego nie zrobiłem, bo mniemanolog i tak by nie zrozumiał i zarzucił mi nie tylko upierdliwość, ale pewnie też zburzenie muru chińskiego.

  136. Pruderia Says:

    Ale bicie piany. Panowie! Słuchać hadko.

  137. Czy ktoś wspomniał? Says:

    Prof. Jan Miodek napisał kiedyś, że bardzo irytują go hybrydy cyfrowo-literowe typu 3-ego Maja, 5-ciu wagonów, 4-ech osób, po 12-tu dniach. „Zawsze mi się wydaje, że odbiorców tego typu zapisów traktuje się jako ludzi, którzy nie znają elementarnych zasad polskiej gramatyki, którzy bez podpórek typu -ego, -ciu, -ech, -tu nie poradziliby sobie z połączeniami trzeciego maja, pięciu wagonów, czterech osób, po dwunastu dniach”.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: