Trzy moralitety z syreną w tle(reedycja)

garfierld

Przypomniałam sobie o tym wpisie, bo dzisiaj znowu obserwowałam strażaków w akcji. Podjechali – oczywiście na syrenie – żeby zdjąć z drzewa wystraszonego kotka. Kota co prawda nie widziałam wcześniej, tylko słyszałam, biorąc to za zwyczajne odgłosy marcowe, za to pod drzewem kłębili się już ludzie z zapłakaną właścicielką zwierzaka na czele. Kocisko na
dźwięk syreny smyrgnęło w górę, więc dzielni ratownicy dowalili sobie kawał roboty. Akcja wyglądała interesująco, drabina sterczała imponująco, strażak wyglądał jak na obrazku z elementarza i tylko kot nie docenił uroku sytuacji. Kiedy zobaczył, że wybawca już blisko, skoczył mu wdzięcznie na kask i żeby się zeń nie zsunąć, przytrzymał się pazurami tego, w co dało się je wbić, a dało się w policzek zaskoczonego zbawcy. Obraz wzbogacił się o nowy kolor – czerwień ożywia – i nowy dźwięk, którego nie wypada mi powtórzyć. Chciałam ten wpis zilustrować zdjęciem od Tadeusza, który własnego kota bezlitośnie używa jako docisku skanera, ale zdjęcie prywatne, więc Wam nie pokażę, chyba że autor wyrazi zgodę.  Poprzestałam wiec na prezentacji własnego, pracowitego – jak widać – kota. A ponieważ Tadeusz podejrzanie łatwo zgadza się na wszystko(!), nie omieszkam wykorzystać:kod-tadeusza1

Opowieść pierwsza: Lewitujący dom

Mieszkanie w starym, niemal stuletnim domu ma mnóstwo zalet – duży metraż!(można wkładać płaszcz w przedpokoju nie obijając sobie rąk o ściany) – ale i pewne niedogodności, do których należy palenie w piecu centralnego ogrzewania. Ta czynność okazała się szczególnie parszywa którejś późnej jesieni w obliczu faktu, że komary uznały naszą piwnicę za przytulne zimowisko. Nie zamierzały jednak spać, a kiedy się nie śpi, to chce się jeść. Pożywienie samo im się pchało w ssawki, bo co kilka godzin trzeba było podrzucić do pieca. Palacze (mój brat i ówczesny mąż – system dwuzmianowy) karmili piec i komary równocześnie. Mnie zwolniono z akcji dożywiania zwierząt, bo akurat byłam w ciąży i uznano mój odpoczynek i dbanie o siebie za zajęcie wystarczająco wyczerpujące.
Panowie byli cierpliwi do momentu rozdrapania na swoich obliczach kilku śladów ukąszeń. Wtedy dopiero postanowili ocalić urodę pozbywając się plagi. Dostępne w sklepach środki tylko rozśmieszyły owady, więc po naradzie zdecydowano się na użycie broni cięższego kalibru czyli świec dymnych, którymi dysponował mój brat, pracujący wówczas w Wytwórni Filmów Fabularnych. Były z upodobaniem używane przez reżyserów do wytwarzania mgły, nastroju i efektów niespecjalnych. Zaopatrzeni w oręż i zapałki udali się na bój, szczelnie zamykając za sobą drzwi piwnicy (do dziś podejrzewam, że w skład arsenału wchodziła również amunicja wysokoprocentowa). Zapalili świece i …czort wie czemu pozostali na polu bitwy. Może chcieli ponapawać się widokiem poddających się wrogów? Zamiast tego zaczęli napawać się dymem, a jako zwolennicy tzw. męskich rozwiązań czyli szybkich i skutecznych rzucili się do okien, szeroko je otwierając, żeby wróg miał wybór: śmierć lub ucieczka. Dopiero wtedy wrócili do mieszkania na zasłużony odpoczynek wojowników. Niedługi. Nie minęło pół godziny, a usłyszeliśmy wycie syreny, nawet zastanawialiśmy się, gdzie też może ten pojazd uprzywilejowany jechać. Jechał do nas. Świece okazały się niezwykle skuteczne – albo dla pewności panowie użyli ich za dużo – w każdym razie spanikowani sąsiedzi zadzwonili po straż pożarną nawet nie usiłując nas ratować – dym podobno sprawiał wrażenie, że dom unosi się w powietrze, bano się wybuchu.
Komary przeżyły. Piwniczne Ypres przeczekały siedząc na zewnątrz okien, po czym spokojnie wróciły do środka.
Morał? Trzeba dokładnie wiedzieć, kiedy zejść z pola bitwy. To czasem gwarantuje zwycięstwo.

Opowieść druga: Wanna

W antrakcie między moim pierwszym a drugim zamęściem nawiedzała mnie wyjątkowo uciążliwa sąsiadka. Codziennie zasiadała przed telewizorem, domagając się nawet nieśmiało włączenia urządzenia na jakiś serial z nieanglojęzycznej Ameryki. Miało to tę zaletę, że nie musiałam bawić jej rozmową i mogłam spokojnie iść do kuchni poczytać pod pretekstem robienia kawy.
Grzęzła – dosłownie, zważywszy obfitość jej kształtów – w moim fotelu, stopniowo czując się coraz bardziej u siebie, czym skutecznie utrudniała mi ewentualnie niemoralne prowadzenie się. Pewnego dnia zapytała, czy może skorzystać z łazienki. Zgodziłam się, nie mając pojęcia, co dla niej oznacza korzystanie.
– To ja zaraz wrócę – powiedziała radośnie i, ku mojemu zdumieniu, wyszła. Wróciła z ręcznikiem. W jej domu była ubikacja, ale nie było łazienki…
Zaczęłam się przyzwyczajać do obcej baby w mojej przedwojennej, wygodnej wannie, acz z niejakim obrzydzeniem o tym myślałam. Aż pewnego dnia, kiedy wyjątkowo długo okupowała przybytek, usłyszałam zza drzwi wołanie. W życiu nie wejdę! Mowy nie ma! Życzliwość życzliwością, ale mycie pleców??? brrr… Jednak podeszłam pod drzwi, żeby dowiedzieć się, o co jej chodzi.
– Tak? – zapytałam zimno, ale grzecznie.
– Przyssałam się, pomóż – doleciał mnie zza drzwi zduszony jęk. Tak szczelnie dopasowała się do mojej wanny plecami i nie tylko plecami, że nie mogła odkleić się od niej samodzielnie.

Drzwi solidne i solidnie zamknięte, pierwsze piętro i no i ewentualny widok o dziesięć lat ode mnie starszej kobiety saute pozbawiły mnie chęci osobistego działania. Zadzwoniłam po straż pożarną. Panowie przyjechali szybciutko, nawet na sygnale – możliwe, że nieco przesadziłam sugerując im pośpiech w celu ratowania ludzkiej skóry. Bez problemu weszli oknem do łazienki i udzielili nieszczęsnej ofierze niezbędnego wsparcia. Samą akcję podjęli jednak z pewnym opóźnieniem spowodowanym nadmiernym rozbawieniem sytuacją. Obiecali zapamiętać adres i polecili swoje usługi.Jakby wiedzieli… Sąsiadka przychodziła dużo rzadziej, co skończyło się moim kolejnym małżeństwem, jako że chata bywała wolna. Już nigdy nie zapytała, czy może skorzystać z łazienki. Wanna odetchnęła.
Morał(nawet kilka): Nie tyj nadmiernie. Zawsze używaj olejków do kąpieli. Zanim wejdziesz gdziekolwiek i w cokolwiek,sprawdź, czy pasuje do Twoich gabarytów – jeśli pasuje aż za bardzo – zrezygnuj.

Opowieść trzecia: (Nie)śmierć na gruszy

Upalnego lipcowego dnia wróciłam z oficjalnej roczystości(szpilki,garsonka, pełny makijaż) w mieście oddalonym o niemal sto kilometrów, marząc o kąpieli. Najpierw jednak o wejściu do mieszkania i zrzuceniu z siebie nadmiaru garderoby i cholernych szpilek. Resztką sił pokonałam schody na piętro i wtedy okazało się, że nie mam kluczy, nawet dokładnie sobie przypomniałam, gdzie je zostawiłam – na biurku dziekana. Nic mi to nie dało – od tegoż biurka dzieliło mnie właśnie sto kilometrów pomnożonych przez skwar, moje zmęczenie i wściekłość, już nie kilometry, a jakieś lata świetlne  mi wyszły.
Drzwi porządne, przedwojenne, bardzo wysokie pierwsze piętro i moja złość sprawiły, że nagle poczułam się słabą, bezbronną kobietką, która musi natychmiast znaleźć męskie ramię. Najbliższe męskie ramię przebywało na budowie po drugiej stronie ulicy i należało do znajomego kierownika. Poproszony o pomoc wybrał dwóch osiłków polecając mi ich usługi, ale
lojalnie uprzedził mnie na stronie, że nie są najmądrzejsi.
– A po diabła mi mądrzy? Silni potrzebni – zdecydowałam beztrosko.
Panowie ochoczo udali się za mną, zachwyceni myślą o niewielkiej demolce. Przymierzyli się do drzwi raz i drugi, miny im nieco zrzedły. Wycofałam się na schody z dwóch powodów: mój wzrost plus nieszczęsne szpilki dawały razem ponad 180 cm, a trudno wtedy być małą kobietką, chyba że stoi się kilka stopni niżej; drugi powód był nawet ważniejszy: nie miałam pewności,
czy nie zechcą poprosić mnie o pomoc w czynnościach fizycznych lub użyć jako taranu. Upewnili się jeszcze, czy za drzwiami nie ma nic cennego. Był korytarz, prawie czterometrowej długości, z którego na lewo i na prawo wchodziło się do pokojów i do łazienki, a który kończył się drzwiami do kuchni – naprzeciw wejściowych. Uspokojeni zabrali się za wyważanie drzwi Sezamu. Kilka nieudanych prób ich nie zniechęciło, drzwi też nie zamierzały sie poddać bez walki i tak sobie walczyły męskie ambicje aż nie wytrzymała futryna. Zrobiła to nagle i bez uprzedzenia. Po kobiecemu.
Żaden mężczyzna nie spodziewa się, że zażarty opór może tak łatwo przejść w całkowite poddanie. Efekt był naprawdę potężny: obaj przelecieli przez przedpokój z poślizgiem, wpadli przez pechowo akurat otwarte drzwi do kuchni, po czym jeden wpasował się głową w kaloryfer, a drugi jakimś cudem nie zatrzymał się na parapecie, tylko gibnął się przez otwarte okno – prosto na wielką starą gruszę, łapiąc ją w objęcia wszystkimi kończynami. W mgnieniu oka zapomniałam o zmęczeniu i szpilkach, natychmiast znalazłam się przy ofiarach mojego roztargnienia, niepewna od której zacząć. Ta z kaloryfera była przytomna, ale krwawiąca, tę z drzewa chciałam przekonać łagodną perswazją do zejścia na ziemię, ale zdolna była tylko kurczowo trzymać się pnia i konarów jednocześnie. A grusza trzeszczała niepokojąco.
Zadzwoniłam na pogotowie – no i oczywiście na straż pożarną, bo skoro zdejmuje z drzew wystraszone kotki, to i człowieka powinna. Przyjechali prawie w tej samej chwili. Lekarz zdiagnozował rozcięcie łuku brwiowego u pana, który został w mojej kuchni – co mnie nieco uspokoiło, bo bałam się czegoś gorszego (wychowana na “Pieśni o Rolandzie”, której tytułowy
bohater snuje monolog i wykonuje różne czynności fizyczne podczas agonii – mózg mu się wylewa, a krew bucha z ran), a u drugiego ciężkie przerażenie. Perswazja nie skutkowała, chociaż po rozgałęzionym drzewie i dziecko by zlazło. Pomoc strażaków okazała się bezcenna.
Adres obiecali zapamiętać na zawsze – w końcu nie każdy dostarcza im takiej rozrywki.
Korona wszystkiego: po godzinie wróciło moje dziecko – obejrzało ślady jatki i zapytało, czemu nie otworzyłam tych drzwi czymkolwiek. Ono samo często zapominało klucza i opanowało nietrudną sztukę wkładania w duży, przedwojenny zamek śrubokrętu czy nawet końcówki długopisu – wystarczyło przekręcić leciutko…
W lokalnej gazecie napisano, że straż pożarna udzieliła pomocy mężczyźnie, który wypadł przez okno, ale drzewo uchroniło go od upadku z wysokości, więc skończyło się na strachu. O moim strachu nikt nie napisał, musiałam więc zrobić to sama. Tutaj.

Morały: Nigdy nie zostawiaj otwartych drzwi do kuchni.Nie tylko siła fizyczna konieczna jest do rozwiązań siłowych.
Morałów może być zapewne więcej, zatem czekam na kolejne, oddając tekst w Wasze ręce.

Odpowiedzi: 16 to “Trzy moralitety z syreną w tle(reedycja)”

  1. kusistofu Says:

    Mój ulubiony wpis na tym blogu… :)

  2. habodacious Says:

    Przeskoczyłem po tekście, pomyślałem sobie, co przeczytać, i tylko „Wannę” mi się jednym tchem przeczytało. Reszty nie przeczytam. Już czytałem. O.

  3. TadekKuranda Says:

    Małgoś wyrażam zgodę na wszelkie publikacje tego co dostało się odemnie w twoje zasoby

  4. TadekKuranda Says:

    Małgoś wyrażam zgodę na wszelkie publikacje tego co dostało się odemnie w twoje zasoby

    Małgosiu

    wczesna wiosna, pełna jak zwykle niespodzianek, zapewne jedynym może być wytłumaczeniem Twojego milczenia.
    dostrzegłem przecież, że to za Twoją przyczyną
    kwitnie kwiecie w internecie
    mam podejrzenie, że im bardziej ta kwietna wiosna się zbliża (termometr conieco zawyża)
    wprost puchną bukiety
    pachną kobiety
    budzą się motyle
    szanse też jakby rosną z tą wiosną
    byle trafić na taki wzrok dziewczęcy, uparty co wyłowi mój wdzięk niezatarty
    bo latem to już człowiek poza tematem

    połamane narty, zima już nie da rady
    no cóż, wiosna każde serce złamie
    wraz z krą i moje pęka czasem
    i koty wyją za lasem
    i ta biedronka…. cóż, że bez szyi?

    na marginesie

    Ja tu sobie tak rymuję, rymuję bo wiosna a tu:
    nie potrzebuje ktoś małych kociąt bo z wiosną mi się powiły?

  5. TadekKuranda Says:

    Odczytałem opowieść z gruszą jako podpowiedź jak się wkradać do Twoich snów za przedwojennymi drzwiami. Wystarczy byle co wetknięte w zamek…

  6. defendo Says:

    A bez szyi na co się komu przyda? ;)
    Jedne serca pękają, inne się kruszą, moje bardziej miękkie od puchu edredonów. We śnie Cię goszczę, ale to wcale nie byle co, to w zamku za siedmioma górami ;)

    Nad adopcją kota chyba się chwilkę zastanowię, przyzwoitość każe odczekać. Ile tego masz, jakiej płci i maści?

  7. TadekKuranda Says:

    Mają mnie dwa koty Kicia i Poguś oba czarno-białe (jak na grafika przystało). Płci i maści kociąt nie widać bo są jeszcze w brzuszku Kici ale lada dzień… się zdecydują.
    Pewnie będzie jak z biedronką. Jakieś nóżki, jakieś kropeczki – ohyda.
    Kalkuluję, patrząc na brzuszysko Kici, że kociąt będzie ze 4. Sumarycznie stanę się własnością sześciu + jeden Twój, więc wychodzi na to, że podzielony jestem na siedem kawałków (biedronki nie liczę).

  8. defendo Says:

    Na osiem…

  9. telemach Says:

    Hm…

  10. YOYO Says:

    Opowieść z morałem.
    Popiliśmy z pewną kobietą,dość dużo alkoholu.Naturalną koleją rzeczy,wylądowaliśmy u mnie w łóżku.Kochaliśmy się kilka godzin,Kaśka szczytowała kilkanaście razy,ja nie.Po kolejnym orgazmie,straciła przytomność.Ja w panice wezwałem pogotowie,przyjechali i …śmiech,zaryćkałem kobitę.Dali jej jakieś tabletki i kazali odpuścić seks,na kilka godzin.
    Morał?Alkohol i seks nie chodzą w parze,oba szkodzą,w nadmiarze.

  11. cogitomen Says:

    He He. “Trzy moralitety z syreną w tle(rewelacja)”. He He.
    Pozdrawiam c.

  12. habodacious Says:

    Wzruszające. Boli mnie głowa, wiecie?
    Koleś…
    Jakie to frustrujące, być idiotą dla idioty.

    (z cyklu: krótkie komentarze o specyfice obrazu)

  13. TadekKuranda Says:

    Yoyo! przeleciałeś Syrenkę? Może ona mogła tylko w wannie w zamku pod „gruszą wisielca”?

  14. Logos Amicus Says:

    Yoyo,
    mimo wszystko wolałbym być w Twojej sytuacji, niż na miejscu Defendo zmuszonej do odsysania kobiety ze swojej wanny :)

  15. grześ Says:

    Cudowne te opowieści:)
    nawet lepsze niż cykl o Buniu.

    pzdr

  16. jotesz Says:

    Boskie!
    :)

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: