Niechciana wolność

Ostatnie dziesięciolecia przyniosły ogromną zmianę w medycynie. Nie mam tu na myśli postępu w zakresie technik leczenia czy wynalezienia specyfiku farmakologicznego na miarę penicyliny. Zmiana ma charakter rewolucyjny, a dotyczy nas wszystkich. Zdrowych i chorych.
Medycyna paternalistyczna odchodzi do lamusa. Współczesny lekarz nie traktuje już pacjenta jak naiwnego dzieciaka, którego należy chronić przed nadmiarem informacji i robić swoje, czyli leczyć taką metodą, jaką specjalista uzna za słuszną. Z roli przedmiotu chory awansował do roli podmiotu. Medycyna psychosomatyczna to już nie ekstrawagancja naukowa, ale jeden z nurtów, które poważnie wpłynęły na relację lekarz-pacjent. Coraz częściej organizowane są sympozja lekarskie, na które zaprasza się pedagogów, filozofów, etyków, antropologów kulturowych. I – jak to zwykle bywa – najciekawsze dyskusje odbywają się nie w panelu, a w kuluarach. Zdumiewa fakt, że tak łatwo specjaliści z różnych przecież dziedzin, czasem mocno specjalistycznych, znajdują wspólny język, potrafią rozmawiać efektownie-błyskotliwie i efektywnie – bo skutecznie.
Postęp w każdej dziedzinie powoduje jednak skutki uboczne. W tym wypadku w postaci „niechcianej wolności”. Poszerzenie zakresu wolności niemal automatycznie zwiększa obowiązek odpowiedzialności. Dzisiaj pacjent musi podjąć decyzję o swoim leczeniu. Lekarz występuje nie w roli wszystkowiedzącego półboga, który korzysta z wiedzy tajemnej, żeby uleczyć lub zaleczyć. Jest doradcą, który przedstawia choremu różne opcje, informuje o ich wadach i zaletach, ale to pacjent ma podjąć decyzję. Niby „jest lepiej, jest lepiej, więc o co ci chodzi?”. Jest lepiej, bo poprawia się jakość opieki nad chorym. Jest gorzej, bo pacjent często wcale nie chce podejmować jakiejkolwiek decyzji.
Pewien lekarz opowiadał o takim zdarzeniu: jego maleńka córeczka, noworodek, nagle przestała oddychać; lekarze na OIOM-ie zapytali go, czy mają intubować i on – fachowiec, znający konsekwencje decyzji, ktoś, komu nie trzeba było udzielać dodatkowych informacji – poprosił, żeby oni sami zdecydowali. Bał się – w sytuacji niepewności nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności, podświadomie chciał móc obarczyć ewentualną winą nie siebie, a kogoś innego.
Medycyna jest sztuką uprawianą przez artystów, rzemieślników, szarlatanów i partaczy. Informowanie pacjenta jest częścią tej sztuki. Artysta i dobry rzemieślnik nie zastosuje bezmyślnie algorytmu – dla każdego pacjenta poszuka odpowiedniego paradygmatu, poświęci mu czas, spróbuje zrozumieć, nie stchórzy. Partacz zastosuje ten sam schemat postępowania wobec każdego z podopiecznych i w dodatku usprawiedliwi to obowiązkiem równego traktowania wszystkich klientów. Między innymi dlatego właśnie jestem przeciwniczką egalitaryzmu. Ludzie nie rodzą się równi, a w trakcie życia różnice tylko się pogłębiają.
Lekarza obowiązuje również rzetelne poinformowanie pacjenta o stanie jego zdrowia. Można zrobić to mądrze, byle jak lub głupio palnąć. Skutki ponosi chory. Chorego „ponoszą” noszowi. Mnie ponosi i roznosi dzika złość, kiedy zdarza mi się zbierać odpryski lekarskiej „prawdomówności”.
Świadoma zgoda chorego na podjęcie leczenia jest konieczna. A ciężar świadomości, że – aby żyć – musi on się leczyć, wcale nie jest łatwy do udźwignięcia. Tak jak niełatwo pogodzić się z niektórymi sposobami terapii. Zgodzić się na pompę insulinową, dializoterapię, transplantację i wiele innych, inwazyjnych metod. Wielu rezygnuje, bo lekarz nie znalazł dla nich czasu, odwagi i zrozumienia, nie wyjaśnił, nie współuczestniczył w procesie podejmowania decyzji. Jasne, że może usprawiedliwiać się tym, że na przyjęcie jednego chorego ma 7 minut. Może, ale nie wolno mu. Nie sprzedaje marchewki w sklepiku czynnym do osiemnastej.
I nie należy cedować przekazania informacji na bliskich, też sobie z tym nie radzą, jak w tej historyjce:
– Jak dobrze, że tak często chodzimy do kościoła, do spowiedzi. Te kilka grzechów Pan nam daruje – mówi starsza pani do przyjaciółki, leżącej w szpitalu, o której wie, że jej dni są policzone i zostało ich zaledwie kilka.
– Ano, dobrze. Wiesz, jakoś dziś lepiej się czuję, rano był u mnie taki młody, uśmiechnięty ksiądz – odpowiada tamta.
– Ale chyba pora już odpocząć, czas do Bozi, tam lepiej niż na tym padole – próbuje pierwsza.
– Uchowaj, Panie! Tak źle mi życzysz? – z wyrzutem pyta umierająca.

Przedstawiłam tu jeden z argumentów w obronie filozofii, która jest nie tylko bezużyteczną gadaniną pięknoduchów. Ona naprawdę zmienia świat – w tym wypadku wpłynęła na rewolucję w medycynie. Szkoda, że tak niewielu ludzi to zauważa.

Reklamy

Tagi: , , ,

Komentarze 34 to “Niechciana wolność”

  1. Torlin Says:

    Zgadzając się z Tobą chcę zauważyć, że nastąpiła jeszcze jedna rewolucyjna zmiana. Ludzie zaczęli słuchać swojego ciała, dostosowywać się do jego potrzeb, wyłapywać wszelkie zmiany.
    Ja, jako niewierzący może i nie powinienem wypowiadać się na ten temat, ale zestawienie tych dwóch stwierdzeń zawsze mnie śmieszyło:
    Ciężko chory człowiek umarł w szpitalu. Rodzina: „Pan Bóg wziął go do siebie”
    Ciężko chory człowiek wyzdrowiał. Rodzina: „Pan Bóg go uratował”.

  2. wenus Says:

    http://www.aydam.org/xforum/viewtopic.php?p=8356&highlight=#8356 —> takie tam moje kiedyś wypociny…

    Każdy lekarz powinien uczynić wszystko co tylko możliwe aby pomóc choremu, i pozwolić jemu wierzyć w ozdrowienie w każdym wypadku. Jednak , tak jak było w moim przypadku, czyli choroby mojej córki, zdrowe podejście lekarza i wytłumaczenie mi, że nie wszystko zależy ode mnie samej i ścisła jego, jako lekarza wspołpraca ze mną pozwoliła moje dziecko postawić na nogi. Specyfika organizmu mojej córki moim zdaniem obala pewne teorie (dla mnie mity) w nauce (medycynie). Nie pomogli profesorowie, nie pomogły, jako tako lekarstwa, ale konsekwencja postępowania z chorym dzieckiem oraz lekarz pierwszego kontaktu mający „duszę na ramieniu” i rozum- intuicję, rozsądek i wiarę także we mnie. Osobiście uważam występowanie chorób, jako element ewolucji organizmów żywych. Nie ma on wymiaru jednostkowego ale ma wymiar globalny- to w rezultacie daje rozwój medycyny, nauk biologicznych, inżynierii genetycznej, psychobiologii, etc…a to zmienia świat…

    Pozdrawiam.

  3. mniemanolog Says:

    Jakiś czas temu będąc w zarządzie pewnej organizacji miałem za zadanie wyznaczyć pewną ilość chorych do grupy na której stosując podwójnie ślepą próbę miano testować nowy preparat(lek).Ilość chętnych tak znacznie przewyższała ilość miejsc,że trudno mi było zadecydować , kto się kwalifikuje , a kto nie. Komu mam dać nadzieję, a komu ją odebrać.Jak spojrzeć osobie w oczy która nie kwalifikowała się , ze względu na postęp choroby.Do tej pory nie wiem jak sobie z tym poradziłem.Ale mając na względzie to ,że to ja decyduję sam nie „wpisałem się” do grona szczęśliwców, którzy będą brali udział w leczeniu.Zajechałem z gotową listą i nagle okazało się ,że ktoś zdecydował za mnie i nie pytając mnie o zdanie wciągnął mnie również na tę listę.Piszę o tym, bo gdybym ja miał wtedy sam podjąć decyzję, nie wiem czy zdecydowałbym się. Decyzję za mnie podjął profesor który mnie leczył…a ja nie miałem odwagi mu odmówić.Z perspektywy czasu decyzja jego w moim przypadku okazała się strzałem w 10-tkę. Nie chcę w żaden sposób polemizować z Tobą defeno`s o niechcianej wolności, mimo ze sam jestem jej żywym zaprzeczeniem.Dla mnie problem jest o wiele szerszy, tyle uwarunkowań decyduje , że każdy przypadek rozpatrywałbym indywidualnie. A pacjent ma prawo wiedzieć, tyle ,ze nie musi z tego prawa korzystać jeśli nie chce….

  4. Logos Amicus Says:

    Dopoki nie zbadamy dokladnie wplywu sugestii, czy tez autosugestii na powodzenie leczenia chorob (i dotyczy to nie tylko chorob psychosomatycznych), dopoty rozstrzygniecie problemu mowic – nie mowic prawdy bedzie szalenie trudne.
    A ze olbrzymi wplyw naszej psychiki na zdrowie ogolne (i praktycznie na wszystkie choroby czlowieka) jest teraz wszem i wobec znany (mowie o swiecie lekarskim), wiec chyba nikt nie moze poddawac w watpliwosc calej tej otoczki psychologicznej w relacji lekarz – pacjent, ktora jest szalenie wazna, niekiedy nawet decydujaca.
    (Dlatego tak malo jest lekarzy-artystow, czy chocby tylko takich, ktorych stac na pewna empatie w stosunku do pacjenta – a tylko taki czlowiek, moim zdaniem, moze byc dobrym lekarzem.)

    Ja zdaje sobie sprawe z tych roznych „rewolucji” w medycynie, ale czasem wydaje mi sie, ze przydalaby sie tez jakas kontrrewolucja…
    Np. przeciw traktowaniu medycyny jako wszechmogacego panaceum na wszystko (co zwalnia niejako ludzi od odpowiedzialnosci za dbanie o siebie, o swoje zdrowie…)

    Na szczescie coraz powszechniej docenia sie znaczenie profilaktyki, uswiadomienie ludziom czym jest zdrowy tryb zycia, jak sie odzywiac…
    Ludzie dalej nie wiedza co robic ze swoja wolnoscia i nie trzeba Fromma, by to zauwazyc.

    Tutaj widze jednak paradoks, bo niby ta swiadomosc wzrasta, a jednak ludzie w swojej masie nadal zachowuja sie jak lemmingi prace ku wlasnej zagladzie…
    (vide: chocby horror fast-foodow).

    PS. (Te lemmingi to musze chyba przeprosic, bo ich masowe samobojstwa podobno okazaly sie mitem:)

  5. habodacious Says:

    Notka jest tak celna i prawdziwa, że jakikolwiek komentarz wydaje się być profanacją.

    zajete.wordpress.com

  6. habodacious Says:

    No dobra.

    Piszesz o relacjach lekarz pacjent, ale nie zauważasz jednej istotnej rzeczy – pacjent często może się mylić. Pacjent zawsze chciałby najszybciej, najlepiej, najtaniej, najsuperaściej, a taka relacja lekarz-pacjent powoduje w krótkim czasie (w oczach pacjenta) sprowadzenie lekarza z roli przewodnika do doradcy. Myślą, że skoro dano im prawo wyboru, to mogą także tworzyć nowe opcje, a to nieprawda. To często denerwuje lekarzy. A kiedy nie wydają zgody na leczenie, i pacjent umiera, to wtedy żal, płacz, skoki z wysokich plików, markowe żyletki Gillette i obwinianie tej świni lekarskiej, która se siedzi w fartuszku w ładnym schludnym gabinecie i tylko pobiera pensję.

  7. telemach Says:

    Bardzo zastanawiający i wymagający przemyślenia tekst.
    Zupełnie (dla mnie przynajmniej) niezrozumiałe ostatnie dwa zdania. O jaką filozofię chodzi? Przecież w tekscie mowa jest o zmianie paradygmatu postrzegania chorego przez lekarza jak również konieczności nowych definicji. Czy czegoś nie zauważam?

  8. dru' Says:

    Ten sposób relacji w której pacjent jest podmiotem ma już trochę lat i trudno mi powiedzieć czy zdobywa na popularności, bo co do tego, że jest efektywny to wątpliwości nie mam. Widzę jego odpowiedniki w edukacji, w psychologii rozwijał go Kępiński.
    Niemniej jestem pesymistą, że nastąpi jakaś gwałtowna zmiana w leczeniu. Przedmiotowość święci tryumf w praktyce, bo tak jest łatwiej i taniej. Podstawy są pewnie znane wielu lekarzom, nauczycielom, psychologom czy księżom ale jak masz 7 minut na delikwenta to na wiele rzeczy nie ma po prostu czasu. Choć znam ludzi, którzy dokonując tego cudu. :D

    Jest to ciekawa sprawa ponieważ bardzo wiele zależy tu od lekarza. Przede wszystkim musi mu się chcieć i to chcieć bez żadnych zewnętrznych bodźców, bo nie dostaje za to złamanego grosza. Co więcej najczęściej takiego zaangażowania nie można kupić. Trzeba po prostu na człowieka trafić. Na szczęście nie jest ich tak znowu mało. Sam spotkałem nauczyciela matematyki, jednego profesora i pastora. :D

  9. defendo Says:

    Torlinie, dbają, bo ciało stało się towarem – na rynku pracy, na targowisku próżności, wszędzie. Nieważne, komu się je sprzedaje, ważne – jak i za ile…

  10. defendo Says:

    Wenus – to właśnie jeden z dowodów, że ta rewolucja była potrzebna. Życzę Ci, żebyś musiała stykać się z problemem choroby jak najrzadziej :)

  11. defendo Says:

    Mniemanologu – świetnie wiem, co czułeś. Najtrudniej decydować o innych. Za innych. Najtrudniej kwalifikować do terapii kogoś z grupy, do której sam należysz.
    Jasne, że należy podejść indywidualnie. Schematy są groźne…

  12. defendo Says:

    Logosie, mój Amicusie – problem z wolnością polega na tym, że łączy się ona ściśle z odpowiedzialnością. Dlatego ludzie jej nie chcą. Wygodniej sie poddać – choćby tradycji, okowom sumienia, tysiącom ograniczeń, choćby nakazom religijnym. Byle zyskać jakąś pewność, że „czynię dobrze” lub „czynię źle”.
    Najtrudniej – kiedy tej pewności nie ma, to właśnie powoduje wewnętrzny konflikt. Ale bez niego nie bylibyśmy kreatywni.

  13. defendo Says:

    Habodaciousie – dzięki! Dopowiedziałeś to, czego brakowało mojemu tekstowi :)

  14. defendo Says:

    Telemachu – ten tekst nawiązuje do innych moich wpisów( w tym ostatniego), w których usiłuję przekonać do tego, że filozofia – jako taka – jest potrzebna. Jest konieczna. Wielu uważa ją za czczą gadaninę, luksus pięknoduchów, zbędny i drażniący.
    Na marginesie – poczytałam Twój blog z niekłamaną przyjemnością :)

  15. defendo Says:

    Dru – niby ma, ale nawet Kępiński nie widział w lekarzu doradcy. Natomiast zalecał coś, co – wtedy niby nieistotne – dziś jest oczywiste. Słuchanie pacjenta. Wysłuchanie. Nie tylko osłuchiwanie.
    Wiem, ze nie ma czasu. I wiem również, że jeśli jest lekarzem z powołania, znaczy takim, któremu zależy na pacjencie(nie kliencie!), to znajduje czas i chęci.
    Swoją drogą ciekawe, że zawód, który jest tak blisko śmierci(lekarze towarzyszą odchodzeniu) przyciąga tak wielu wielbicieli dóbr materialnych;)

  16. telemach Says:

    Droga autorko,
    pisząc: „Medycyna jest sztuką uprawianą przez artystów, rzemieślników, szarlatanów i partaczy.” zdołałaś pomieścicć w jednym, krótkim zdaniu jedno złudzenie i cztery prawdy. Złudzenie dotyczy pojęcia „sztuka”. Medycyna – wbrew temu jak pragnęli by widzieć się i być widzianymi przez innych lekarze – bynajmniej sztuką nie jest. Nie jest również nauką. Jest – przynajniej tak wynika z moich doświadczeń – rzemiosłem opartym po części na naukowych przesłankach a po czężci na przypuszczeniach. Taki jest stan faktyczny – mimo iż pragnęlibyśmy widzieć w niej mieszankę sztuki, relgii i nauki. Z rzeczywistością jednak trudno dyskutować w oparciu o myślenie życzeniowe.

    Jeśli zaś chodzi o psychosomatykę to, hm – inny to temat. Ostatnie trzydzieści lat rozwoju medycyny sprawiły że – jeśli chcemy być uczciwi – musimy przyznać, ze wspaniałej konstrukcji chorób psychosomatycznych niewiele pozostało. Ale w tym celu polecam literaturę fachową. Mity dotyczące psychosomatyki żyją istotnie nadal własnym życiem w literaturze paranaukowej i popularnych poradnikach. Gdy jednak zaczniemy przyglądać sić poszczególnym tzw. klasycznym schorzeniom psychosomatycznym, dojdziemy do nader otrzeźwiających wniosków.

  17. telemach Says:

    Komplement mogę tylko zwrócić. Z nawiązką.
    Pozdrowienia

  18. telemach Says:

    „ten tekst nawiązuje do innych moich wpisów( w tym ostatniego), w których usiłuję przekonać do tego, że filozofia – jako taka – jest potrzebna”
    Przeczytam resztę. Chętnie.

  19. habodacious Says:

    oh god, not again :(((((

  20. yo-yo Says:

    Potworku,akurat stoję przed dylematem.Leczenie czy dalsza”wolność”?Dyby machiny lekarskiej,czy beztroskie podziwianie doczesności?I wiesz co?”Carpe diem” wybieram.Wolność nieograniczoną przymusem leczenia,życie szczęśliwe z piwem w ręku, zamiast igły w dupie.Co dalej?Co by nie było,powtórzę za Vonnegutem jedno”zdarza się”.

  21. Józef Maryn Says:

    Jestem strasznie niesystematyczny. Napiszę więc tak, jak myślotok popłynie, bez upiększeń i troski o zwartosc treści.
    Cieszę się, że piszesz. Nawet nie dlatego, że ja mam co czytać, ale dlatego, że jak sama piszesz, masz taka potrzebę. Czyli robisz to co lubisz, co mnie cieszy, bo to oznacza Twoje dobre samopoczucie. Nawet jeśli smutno napisać musisz.

    Ja często mówię, że każdy w coś wierzy. Można to zinterpretować w ten właśnie sposób, ze jeśli ktoś twierdzi, że nie wierzy, to to jest właśnie jego wiara.
    Czy w Boga wierzy, czy w Lenina, czy w bezsens wiary – wszystko jedno. Obiekt tej wiary tylko się zmienia. Może się mylę. Nie mam ochoty tego rozstrzygać. Bo po co ?
    A lekarz od dawna jest dla mnie tylko „fachowcem”. Kiedyś był dla mnie przedstawicielem wiedzy tajemnej, czy tez „półbogiem”. jakoś z wiekiem mi przeszło. Głównie dlatego, że lekarz to człowiek. Taki sam jak hydraulik, menel, dres, polityk, nauczyciel itd itp – z szacunkiem dla wymienionych tutaj, stosownie do tego jak na niego zasługują.
    Zdarzają się ludzie „natchnieni”, jak Einstein, Picasso, Mozart, Archimedes, Pani Krysia ze sklepu spożywczego, gdzie zawsze miło robić zakupy, czy moja żona, jako położna, ceniąca najbardziej pracę w szpitalu (a pracuje jeszcze w dwóch przychodniach), która jest wyjątkowo mało płatna, za to tam się spełnia i nie chce słyszeć o porzuceniu tej pracy. I piszę to w pełni świadom negatywnego nastawienia „części” społeczeństwa do służby zdrowia w ogólności, a wiążących się z nią spraw płacowych i „wdzięcznościowych”. A moja Żona jest pozytywnie zakręcona na punkcie słowa „dziękuję” – za to zrobi wszystko. Niestety, choć to aż kusi, by ją trochę „ponadużywać”, wykorzystywać się nie pozwala ;).
    Tak, czy inaczej, boskiej aury już nie potrafię dostrzec wokół lekarza. Spodziewam się fachowca, profesjonalisty jedynie. I aż.
    A co do Einsteina to nie jest tak źle, bo i teoria kwantowa tajemnicy wszystkiego t
    eż nie tłumaczy. I że Bohr się też mylił.Struny były jakiś czas modne. Potem wyszło, że struna to za mało. Nawet dziesięć wymiarów to za mało. Dopiero po dodaniu jedenastego zaczęło się fizykom znowu wszystko układać. Póki co.
    A piszę to dlatego, że lubię gościa. Mógł się mylić i robił to. Człowiekiem przecież był. Tylko. I aż.
    A jakiej by kto filozofii nie wyznawał – do czego ma prawo, bo czemu miałby nie mieć – i tak z punktu widzenia gatunku liczy się tylko to, ile do rozwoju gatunku dany osobnik się przyczynił. Dzieci Einstein nie napłodził. Za to inni w tym czysto biologicznym aspekcie brylują. Nie mnie oceniać, ale ogólnie powiedziałbym, że różnorodność siłą gatunku, bo różne cechy w rożnych sytuacjach pozwalają – lub nie – przetrwać gatunkowi. Czysta płodność po niejednej wojnie też siłą niezaprzeczalną naszego gatunku była.
    Jeśli w wyniku badań atomu ludzkość tajemnicę istnienia rozwiąże- dobrze. Jeśli w wyniku tych samych badań, na jakimś etapie usmażymy się wszyscy z „grzybkami” – źle. Dla gatunku. Bo tak, czy inaczej wszechświat trwać będzie. W jakiej formie to obojętne, bo i tak nie jesteśmy w stanie – póki co- pojąć czym on jest. Tu akurat nie Vonnegut, a nasz rodzimy Fiałkowski mi się przypomniał i jego „Wróble galaktyki”.
    Jest w rodzaju ludzkim wiele egoistycznych i podłych osobników. Dla równowagi są tacy, którzy człowieka w człowieku dostrzegają i najwyżej cenią. A niektórzy to nawet w człowieka wierzą.
    Jednym piwa trzeba, innym filozofii, by mogli przeżyć. Nie ważne czym kto się napędza. A nawet trzeba, żeby różnorodnie było.
    Cokolwiek, byle nie dać się nudzie ;)

  22. grześ Says:

    Defendo, nie na temat.
    zajrzyj do mojego tekstu z okazji Blog Day, troszkę cie popromowałem, znaczy twój blog:)

    pzdr

  23. defendo Says:

    Telemachu – medycyna psychosomatyczna odcisnęła jednak swoje piętno – lekarze częściej patrzą na pacjenta jako na człowieka, nie „jednostkę chorobową”. Nie tylko od stanu mechanizmu-ciała zależy zdrowie czy choroba.
    Medycyna jest jednak sztuką – bo to zajęcie twórcze – tak je widzę. Sama rzetelność tu nie wystarczy, potrzebny jest polot.
    Przepraszam, że tak długo nie odpowiadałam – przyczyny były niezależne ode mnie…
    Mam prośbę – czy mogę umieścić link do Twojego blogu wśród polecanych przeze mnie?

  24. defendo Says:

    Yoyo – chyba powinniśmy o tym porozmawiać, prawda?

  25. defendo Says:

    Józefie – niesystematyczność to moje drugie imię – po: „lenistwo”.
    Fizycy szukają „boskiej cząstki”, chociaż wielu z nich w Boga nie wierzy. Wiara w ogóle(poza wiarą w Boga) jest niebezpieczna – kiedy nagle przewraca się z hukiem, wierzący traci grunt pod nogami. Zwątpienie jest niewygodne, ale za to pozwala się utwierdzić w przekonaniu lub bez żalu zrezygnować z czegoś, co i tak było podejrzane.
    Piszę wiele – to prawda – tutaj swobodnie, bo nie ogranicza mnie temat, termin, odpowiedzialność za słowo(sic!).
    Publikacje drukowane, przeznaczone dla innego kręgu odbiorców, maja swoje wymagania – każdą tezę muszę uzasadnić, tutaj pozwalam sobie „domniemywać”.
    Dziękuję za to, że tu bywasz. Cenię sobie rozmówców. :)

  26. defendo Says:

    Grzesiu – odpowiedziałam, zażenowana Twoimi pochwałami.
    Wielkie dzięki, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że na komplementy nie zasłużyłam…

  27. telemach Says:

    Defendo droga:
    1. O psychosmatyce można naturalnie w nieskończoność. Dla mnie otrzeżwienie nadeszło w momencie gdy miałem pisaś recenzję z dotyczącego tejże „rewiev”. WTedy musiałem sprwadzić co pozostało z modnych teorii i jak to jest z „state of the art”. Polecam krytyczne publikacje fachowe.
    2. Być może medycyna powinna być sztuką. Zapewniam Cię jednak że niestety nie jest. Mój radykalizm wynika nie z arogancji lecz faktu, że wykonywałem ten zawód w różnych krajach i warunkach. Zebrane doświadczenia przeczą wyrażanym przez Ciebie poglądom. A szkoda.
    3. Dziwi mnie że prosisz o to co dla mnie jest zaszczytem. Bardzo się cieszę.

  28. telemach Says:

    Klawiatura zwariowała. Przepraszam za literówki.

  29. defendo Says:

    Masz szczęście – nie tylko klawiatura mi wariuje ;)

  30. Logos Amicus Says:

    Droga Defendo,
    nie każda wiara „przewraca się z hukiem”.
    Ja rozróżniam wiele odmian wiary.
    Różni je choćby tylko coś takiogo, jak przedmiot wiary, czyli: ważne jest jednak w co się wierzy.
    Jeśli się mówi, że się w nic nie wierzy, to może jest to zgrabna i efektowna figura stylistyczna, ale niestety można ją wtedy utożsamić z jakimś naiwnym nihilizmem.
    (Podobnie niewiele warte – bo najczesciej demagogiczne – są stwierdzenia a rebours, kiedy ktoś np. mówi: w coś trzeba wierzyć, nie można nie wierzyć w nic.)

    Wolność polega rownież na tym, że czlowiek ma możliwość narzucenia sobie pewnych ograniczeń.
    A pewne takie ograniczenia są konieczne, choćby tylko dlatego że jestesmy zdeterminiwani przez wiele czynników od nas niezależnyuch, jak równiż dlatego, iż nie żyjemy na świecie sami, tylko z innymi ludźmi.Niemożliowe więc jest istnienie czegoś takiego, jak „wolności totalnej”.

    Niestety, jestem skłonny przyznać rację Telemachowi w jego realnej ocenie charakteru lekarskiego fachu.
    Wiem o czym mówi, bo wśród moich przyjaciół jest dwóch lekarzy (neurolog i internista). Znam ich opinie, doświadczenia; nie raz na ten temat rozmawialiśmy.
    To jest nasze życzenie, by widzieć w lekarzu kogoś przepełnionego w stosunku do nas empatią – wsłuchanego w nas, zagłębiającego się w naszą duszę.
    Praktyka jest taka, że najczęściej nie ma na to po prostu czasu i wtedy bardziej, niestety, liczy się rzemiosło, nazwijmy to – fachowość (brzmi lepiej, prawda?)
    My, pisząc o pragnieniu obcowania z lekarzem artystą, wyobrażamy sobie sytuację idealną, z którą rzadko sie ma do czynienia w rzeczywistości (wyobraźmy to sobie jeszcze na dodatek w warunkach polskiej służby zdrowia… a uderzy nas pewna absurdalność naszej naiwności).

    A jednak podtrzymuję swój wymóg, by lekarz wykazywał się wobec pacjenta – nazwę to po staroświecku – sercem.
    Ważna jest osobowość lekarza, jego charakter nawet…
    To dlatego dalej warto zwracać uwagę na coś takiego jak lekarskie powołanie.
    To jest coś podskornego, danego nam wraz z narodzinami, coś, czego nie można wypracować, nabyć…
    I często objawia się nieświadomie, pozawerbalnie.
    Dlatego z jednym lekarzem czujemy się lepiej, z innym gorzej; o jednym myślimy że jest artystą, o innym że lepszym lub gorszym rzemieślnikiem… etc.

    Niebezpieczeństwo widzę w tym, że medycyna skłonna jest traktować człowieka instrumentalnie (zresztą, jaka tam „medycyna” – to są wszak ludzie!)
    Lekarze przechodzą podczas studiów specyficzny „trening”, ktory właśnie coś takiego im narzuca (np. zajęcia w prosekturium, gdzie nie ma juz ludzi, a są tylko „zwłoki”… upraszczam, ale myśle że każdy zrozumie, co mam na myśli.)

    W atmosferze dyuskusji o chorobach psychosomatycznych, rzeczywiście unoszą się opary iluzji i mitow, ale nikt chyba nie może zaprzeczyć, jak ważna jest nasza psychika (i jej stan) w procesie leczenia większości chorób, i wogóle – jeśli chodzi o nasze zdrowie.
    Dlatego tak ważne jest, by lekarz widział w nas jednak człowieka, a nie „chorobową jednostkę”.

  31. refleksja Says:

    Jeśli dobrze Cię zrozumiałem, Autorko, to chodziło Ci o to, że w filozofia zmienia nauki stosowane?
    Zgadzam się z Tobą. Często nie docenia się wpływu filozofii na medycynę, fizyke, biologię, nauki o mediach itd.
    Dobrze, że to zauważyłaś.
    Długo milczałem, moze to docenisz. Czytałem codziennie. Chciałbym wiedzieć, dlaczego tak rzadko mogę znaleźć tu nowy wpis? Zwyczajne lenistwo?

  32. defendo Says:

    Logosie Amicusie – pozwoliłam sobie odpowiedzieć Ci następną notką:)

  33. defendo Says:

    Refleksjo – właśnie o to mi chodziło…
    Lenistwo? Nie – raczej jakiś rodzaj lęku.

  34. Józef Maryn Says:

    No dobrze. Nie artyzm, nie sztuka. Ja dalej uważam, ze pasja, zaangażowanie, czy tez serce – jak nazwał to Logos Amicus – jest potrzebna wszędzie. Chyba nikt nie przeczy, że nastawienie pacjenta ma wpływ na proces powrotu do zdrowia. Dlaczego nastawienie lekarza miałoby nie mieć? To oczywiste (dla mnie), że poza profesjonalizmem, rzemiosłem, czy też fachowością (co wkładam do jednej, choć obszernej szufladki), rolą lekarza jest umacnianie pozytywnego nastawienia pacjenta. A kiedy nie jest ono pozytywne, to zbudowanie takiegoż. Tu dochodzimy do kwestii braku czasu i innych „practicalities”, ale pozwolę je sobie (taka moja wolność ;) przeskoczyć.
    To właśnie ten obowiązek umacniania, czy też budowania pozytywnego nastawienia, które można też nazwać „nadzieją” (choć to tylko jeden z opcjonalnych elementów „pozytywnego nastawienia” pacjenta) usprawiedliwia – w skrajnym przypadku – ewentualne „niemówienie całej prawdy” pacjentowi. Paradoks, bo sam chcę by lekarz mówił mi zawsze prawdę.
    Ale właśnie dlatego piszę, że nadzieja jest tylko jednym z elementów. Kiedy sytuacja jest taka, że doskonały rzemieślnik/fachowiec w oparciu o swoją najlepsza wiedzę i doświadczenie mówi: „nieuleczalne” albo „najwyżej pół roku”, itd, to jakie ma znaczenie, kiedy ktoś powie: „nie wolno tracić nadziei” ?
    Kiedy pacjent pyta, czy jest jest nadzieja, albo jakie ma szanse, to czy rzeczywiście chce usłyszeć prawdę? To będzie wynikać z jego nastawienia…

    To co napisałem, nie wnosi wiele (cokolwiek?) nowego do tej dyskusji.
    Będąc jednym z ok. 6 mld ludzi, z których wielu w tej właśnie chwili rodzi się lub (z różnych przyczyn) umiera, dodaję swój głos. Bo „przeciętny Kowalski” nie żyje. Istnieje tylko w statystyce. Moją wolnością, jako żyjacego tu i teraz, jest wybór. Tak, co do mojego rzeczywistego życia, jak i obrazu „przeciętnego Kowalskiego” w statystycznym „Matrix”-ie.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: