Bunio – odsłona czwarta i nie ostatnia..

Bunio j e s t postacią autentyczną, dostarczającą wciąż nowych przeżyć wszystkim dookoła. Wywiera potężny wpływ na otoczenie, a czyni to naprawdę mimochodem. Tak jakoś mu samo wychodzi. Absolutnie niechcący. I nie sposób się na niego złościć, bo on rzeczywiście nie ma złych intencji. Przeciwnie. Ma najlepsze. Uzupełnia nimi skutecznie wyrwy w brukowanej drodze do piekła, a część pewnie leży w pryzmach na poboczu.Opowiem o jeszcze jednym, szczególnie efektownym kamieniu.
Uroczemu pechowcowi zawdzięczam swoją pierwszą, cudowną wycieczkę do Paryża. Pracowałam wtedy w budżetówce i absolutnie nie było mnie stać na takie fanaberie, ale Bunio znał moją miłość do rozmaitych dzieł sztuki i postanowił, że wyjazd będzie mnie kosztował bardzo niewiele. Jakoś tak mnie zakręcił, że przekonał. Pojechaliśmy we czworo – Bunio czekał na place de la Concorde, wcześniej zapewniwszy nam noclegi w uroczym, maleńkim i starym hoteliku bardzo blisko centrum – na tyle blisko, że do Luwru mogliśmy dotrzeć spacerkiem. Plan był prosty – wychodzimy około dziewiątej rano i zwiedzamy, póki sił starczy, wieczorem kolacja i tak przez dziesięć dni. Wszyscy znaliśmy pechowość Bunia, ale wiedzieliśmy, że wspaniale włada językiem Baudelaire’a, więc jakoś sobie poradzi. A dla nas był bezcenny – Francuzi udają głuchych, kiedy słyszą angielski czy niemiecki – niespecjalnie lubią te nacje. Pierwszy, malutki peszek dotknął Bunia już następnego dnia – podczas śniadania miał minę niewyraźną i raczej odmawiał jedzenia, co wskazywało na jakieś dolegliwości. Przyznał się po malo delikatnych nagabywaniach – pomylił pastę do zębów z kremem do golenia i zanim spostrzegł błąd, miał w ustach sporo piany, której z trudem i – dosłownie – niesmakiem długo się pozbywał. Odprysk pecha poleciał tylko na Basię, która usiłowała stłumić śmiech i jednocześnie pić kawę. Bunio i Basia przebrali się po prychnięciu i przeprali: Basia własną bluzkę, Bunio spodnie(trzeba wiedzieć, że upodobał sobie jasne kolory, więc z góry było wiadomo, że wziął kilka par, bo jedzenie jest plamotwórcze. Prychnęła również obsługująca nas w hotelowej jadalni pani – okazało się,że jest z Jeleniej Góry i pełni funkcję pokojówki, kelnerki, czasem recepcjonistki. Pech ucichł na dni kilka, ukazując się tylko przy okazji zwiedzania La Chapelle – bramka wykrywająca metale na widok Bunia rozdzwoniła sie radośnie – i nie pomogło wyjęcie wszystkiego z kieszeni, oddanie zegarka itd. Czort wie, co metalowego ma w sobie, ale ma na pewno. On sam uważa, że tylko żelazną wolę. Na szczęście ochroniarze po prostu machnęli ręką, więc mogliśmy obejrzeć przepiękną kaplicę – wszyscy. Do drobnych incydentów można zaliczyć to, że gołębie akredytowane przy Sacre Coeur udekorowały mu koszulę i że lunch, który spożywaliśmy przy Centre Pompidou, siedząc na trawniku przy słynnej fontannie, a który Bunio na chwilę odlożył za siebie, został rozjechany przez samochód.
Dużą rzecz wykonał trzy dni przed wyjazdem. Wtedy niewielki rykoszet mnie trafił, bo akurat grzebałam się dłużej niż inni. Zadzwonił telefon, słuchawkę podniosłam z duszą na ramieniu, przerażona, że będę musiała zrozumieć francuski i odetchnęłam z ulgą, słysząc polszczyznę – chociaż w głosie dominowała złość. Bunio dzwonił – nie miał wody w łazience, zdążył się namydlić i prysznic przestał działać. Czy mogę zejść do recepcji, bo on jest unieruchomiony? Mogłam – na szczęście urzędowała w niej już zaprzyjaźniona Polka. Dała mi klucz do innego, pustego akurat pokoju, żebym go wręczyła pechowcowi. Klucz wsunęłam pod drzwi Buniowe, a sama – zgodnie z jego dość nerwowo udzielonym poleceniem – usunęłam się z korytarza. Wróciłam do pokoju, żeby skończyć makijaż. Po kilku minutach ponownie zadzwonił telefon – w tym drugim pokoju też wody nie było, piana na Buniu zaczęła wysychać i podrażniała mu skórę. Wróciłam do recepcji, tym razem pani sprawdziła na dole – wody nie było. Wykonała dwa telefony i uzyskała informację, że duża część dzielnicy jest wyłączona, jakaś awaria. Usuwanie potrwa kilka godzin. Przekazałam wieść wciąż namydlonemu pechowcowi i spokojnie dołączyłam do reszty towarzystwa. Odmówiłam chwilowo kontaktów z Buniem, więc ktoś inny poszedł się dowiedzieć, co dalej. Nasz niepłukany postanowił nie marnować czasu, jakoś się powycierał i poszliśmy w Paryż z drapiącym sie dyskretnie po różnych częściach ciała przyjacielem. Akurat tego wieczoru jedliśmy kolację na Montmartre, stolik był zamówiony na 23-cią. Kolacja była wspaniała, wino doskonałe, więc w „domu” znaleźliśmy się około trzeciej, nadal rozbawieni. No i czekała niespodzianka – okazało się, że Bunio nie tylko nie zakręcił kranu, ale w dodatku prysznic typu”słuchawka” przypadkiem skierował na pokój – zalewając dokładnie wykładzinę, podłogę i własne obuwie. Zanim obsługa hotelowa zorientowała się w sytuacji, minęło sporo czasu. Oczywiście nikt nie miał pretensji do sprawcy wypadku, Polka zdążyła widocznie opowiedzieć o pechu. Do końca pobytu byliśmy traktowani jak rodzina królewska – dbano o naszą grupkę szczególnie pieczołowicie.
Bunio kocha Francję – ma ogromną wiedzę, potrafi godzinami opowiadać o jej historii, wyśmienicie zna język. Niech już sobie ma tego pecha, jest naprawdę niezastąpionym towarzyszem podróży. Umie wynaleźć miejsca rzadko odwiedzane przez turystów, a urokliwe. Niemal spokojnie znosi nadmiar troski znajomych – kiedy to przed wspólnym wyjazdem proszą o to, żeby zabrał paszport, zapasowe okulary, bieliznę, ładowarkę, telefon(i tak zapomniał uruchomić roaming)… Wszyscy go szalenie lubimy, oczywiście oprócz kobiet, w których Bunio pechowo lokuje swoje uczucia. Kiedy tylko przestaje je lokować w jednej, przenosząc na inną zgoła – ta pozostawiona odłogiem zaczyna dostrzegać zalety naszego przyjaciela.

Reklamy

Tagi: , , , ,

Komentarzy 13 to “Bunio – odsłona czwarta i nie ostatnia..”

  1. mniemanolog Says:

    Bunia zaczynam powoli traktowac jak dobrego znajomego. Sam ostatnio mam „dzień Bunia” , który trwa już 3 dni.Mam jeszcze dzisiaj zamiar wyjść z domu i zastanawiam się , czy nie lepiej by było położyć się do łóżka i przeczekać.

  2. sirlancelot Says:

    Ja tam nigdy nie wątpiłem w istnienie Bunia. Chwilami mimo wszystko trochę mi go żal. Przytrafiają mu się rzeczy zabawne ale jemu samemu czasem pewnie nie jest do śmiechu. Naprawdę mam nadzieję, że pech nie jest jego towarzyszem każdego dnia.

  3. defendo Says:

    Notka powstała przez zemstę. Wczoraj Bunio do mnie zatelefonował. Przez telefon nie powinien być groźny, a jednak… Chwilę później poszłam na strych – głównie w celu przyniesienia stamtąd kilku książek. Zapomniałam zablokować drzwi i wiatr je zatrzasnął – tak utknęłam bez odrobiny jakichkolwiek używek, że o wodzie ni wspomnę – na pięć godzin! Drzwi otwierają się tylko od zewnątrz – taki idiotyczny patent, a że solidne, to nie było mowy o wyważaniu. Wróciłam i – napisałam tę notkę. Musiałam odreagować ;)
    Mniemanologu – opowiesz o tym? Ja kolekcjonuję pechy ;)
    Lancelocie – tym razem ocaliłam Bunia – przyjmując na siebie jego pecha, oby mi tak nie zostało;)

  4. sirlancelot Says:

    A czy Bunio prócz pecha przekazuje też swoje inne talenty? Np. jak inwestować by nie stracić? ;)

  5. Basia (b_aitch) Says:

    Uwielbiam Twoje opowieści o Buniu. Nie życzę Ci, żebyś przejmowała jego pecha, ale pisz jak najczęściej, bo robisz to wręcz doskonale. Pozdrawiam
    Rozumiem, że z bloxa już całkiem wyemigrowałaś. Mam Cię wykreślić z zakładek?

  6. mniemanolog Says:

    Z radością oznajmiam wszem i wobec , że pech mnie dzisiaj (około południa)opuścił i mam nadzieję ze jak nie na zawsze ,to przynajmniej na długi, długi czas. Zaczęło się w miniony piątek.Byłem w lesie na działce 5km do najbliższego asfaltu.Rano do autka, by zakupy na weekend zrobić w mieście, a tu autko nawet zamkiem centralnym nie zareagowało.Rozładowany akumulator, prostownika nie mam, o pchaniu nie ma mowy.bo nawet kontroli się nie zaświeciły.Na szczęście(phi…co ja piszę)sąsiad swojego rzęcha zostawił na sąsiedniej działce, więc jego żona , życzliwa osóbka dała mi klucze i dokumenty.Sama jazda tym cudem to już przeżycie ekstremalne, zapieczone zwrotnice sprawiają ze każda zmiana kierunku jazdy wymaga niezłej kondycji w rękach i silnych nerwów bo dźwięki przy tym manewrze jak ze starego zamku gdzie straszy.W połowie drogi niespodzianka, cudo stanęło i nie ruszy, bo benzyny brakło.Znalazłem z tyłu plastikowy pojemnik i dygam perpedes na stację.Do miasta zostało mi 2km, do stacji 4. a kto mnie zna wie ,że to są dla mnie odległości bez mała maratońskie.Dotarłem mokry od potu i kurzu.Paliwo kupiłem, ale ani przewodów rozruchowych, ani prostownika na stacji , ani w miescie nie uswiadczysz.W drodze powrotnej dobra dusza mnie podwiozła, czym pewnie mnie uratowała od mąk piekielnych, bo bluźniłem jak szewc.Wlałem paliwo, odpaliłem….jadę pomyślalem, ze wstąpię na targ który po południu się odbywał i tam znajdę prostownik.Niestety nie, ale odkupiłem od gościa kable rozruchowe za 20 zetów. Wracam , mam do pokonania jedno, jedyne skrzyżowanie na którym cudo sąsiada odmówiło posłuszeństwa, W takiej pipidówie a korek sie zrobił…..zepchnęli mnie na chodnik.Auta nie znam….nawet nie wiem gdzie silnik( to był japoński suzuki carry, taki minibusik). Po ostygnięciu cudo łaskawie odpaliło i wróciłem już bez przygód. W sobotę sąsiad podjechał hunaiem i odpaliliśmy na kablach moją rakietę.Akumulator rozładował autoalarm, bo mnie rozum odebrało i nie wyłączyłem go, a autko dosyć długo stało nie używane.Wracam do domu, pierwsze to brudy do pralki by jak najszybciej bajzel opanować i wrócić na wieś. Pomarzyć….pralka prawie nówka…zbuntowała się…pasek klinowy w nowego typu pralkach nie przymierzając jak guma od majtek, a koło napędowe wytłoczone z blachy takie ze ten paseczek spadając powyginał je.Walczyłem z tym kołem prostując młotkiem i ustawiając by pasek nie spadał cały poniedziałek.To ,ze w tak zwanym międzyczasie na wsi mi gazu zabrakło, szambo się zapełniło to juz drobiazgi.Na szczęście dzisiaj już nic złego się nie dzieje, a wręcz odwrotnie. Tyle dobrego ,ze miniony pech stał się mało znaczącym epizodem.Tyle dobrego, ze już nic nie napiszę, by nie zapeszyć ;-)

  7. Elżbieta Says:

    Dobrze,że pech nie „przechodzi” na pozostałe towarzystwo,bo grupowy byłby dopiero ciekawy,tylko nie wiem,czy do zniesienia przez kogokolwiek wokół niego…
    Pozdrawiam

  8. jasama Says:

    Im częściej /i barwniej / o Nim piszesz, tym większe we mnie pragnienie,
    by poznać Bunia osobiście;)

  9. Habodacious Says:

    E tam. Ja kiedy czytam o Buniu, czerpię psychopatyczną i egoistyczną radość z jego przygód. Tak to jest, jak takie rzeczy czyta osoba z częściową psychopatią. :)

  10. Józef Maryn Says:

    Bunia mi nie szkoda. Taki jest po prostu. Zwłaszcza, że los mu to równoważy (chyba z nawiązką) w innej dziedzinie. Właściwie sądzę, że gdyby tak z dnia na dzień dziwne rzeczy przestały mu sie przytrafiać, Bunio poszedłby do psychiatry lub psychoanalityka co najmniej. Choć pewnie najpierw do wróżki.

    Współczuję Mniemanologowi, bo jako „normalny”, nie jest przygotowany do pecha. Takie zaskoczenie pechem może się źle skończyć i to już nie będzie pech. Z takiego zaskoczenia to nawet i jąkać można się zacząć…

    A Ty pisz, pisz, bo pięknie nas prowadzisz. Pożywkę zmysłom dając i Buniem mamiąc, wiedziesz nas po manowcach na skraju rzeczywistości i fantazji. I co prawdą co pieśnią nieistotnym się jawi, byle głos Twój, tak dźwięczny a uroczy, nas bawił…

  11. ostoyya Says:

    S@maśka: -) nie wpychaj się,,,,kolejka obowiązuje,,,,ja zapisałam się juz dawno w poczet oczekujących na poznanie ,,,Az tak się zrelaksowałaś w tych ostępach wodno-lesnych ?
    „Dzień Bunia” podoba mi się to określenie., co jakiś czas każdy ma swój „dzień Bunia” : -)))) A swoja drogą fajnie,że gdzieś tam hen! daleko jest sobie Bunio , ktory jest jakby bliżej specjalisty od dziwnych przypadków. Powinniśmy być wdzięczni Buniowi,że to wlaśnie on, na swoją wypiętą pierś /wysoko ponad ziemię noszoną/ przyjmuje wszelakiego rodzaju prezypadłości.
    „Przypadki Bunia” to byłby bestseler : -)))
    Ciumek dla Bunia ,,,,,,,,

  12. grześ Says:

    Hm, napisałas to tak, że chyba nie da się tego Bunia nie polubić:)
    Ciekawy przypadek z \niego.
    pzdr

  13. flygymutra Says:

    Bunio jest żywym wcieleniem pewnego mojego znajomego;) archetyp Bunia;)

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: