Atrakcyjność chrześcijaństwa

Każda religia zwalniając od samodzielnego myślenia wymaga w zamian przyjęcia określonego światopoglądu z systemem etycznym, który w niej funkcjonuje. Myślę, że atrakcyjność chrześcijaństwa polega na stosunkowo szerokim jednak[relatywnie] marginesie umożliwiającym dyskusje. Oferuje rytuały narzucone i uświęcone przez ponadosobnicze związanie z tradycją i kulturą superego. A trudno się obejść bez rytuałów – porządkują życie, znaczą jego rytm. I tu zapędziłam się za daleko – problem rytuałów i ich znaczenia jest zbyt skomplikowany, żeby go tu rozwijać. I ma zasadnicze znaczenie – nie sposób go przecenić.
Może więc w kategoriach masy i władzy [ale nie w ujęciu Le Bona]. Masa ma tendencję do wzrastania i jest podatna na emocje. Z masą skorelowana jest władza. Obie wywierając presję na jednostkę powodują odruchową obronę jej tożsamości. W tej sytuacji obroną jest cofnięcie się psychiki pojedynczych członków masy do stadium, w którym symbole miały cielesny wymiar [stąd może kult nie tyle Boga, ile jego wizerunków, różnych „cudownych obrazów”; stąd może mnożenie bytów niby-boskich w religiach monoteistycznych] – to umożliwia
utożsamienie się człowieka z masą i władzą. To z kolei wywołuje uczucie pewnej bezradności niwelowanej przez nadawanie władzy – Kościołowi i wszystkiemu co się z nim wiąże [więc i kapłanom] – jakiegoś nadprzyrodzonego sensu. Bywa, że taki sens nadaje się innej władzy – tak można by tłumaczyć zgodę mas na dyktatury totalitarne [nie tylko przyzwolenie – nawet entuzjazm].

Reklamy

komentarzy 21 to “Atrakcyjność chrześcijaństwa”

  1. Rojpli Says:

    Hmmm.. Trudne to zagadnienie, a na sprawe patrze bez przygotowania, jak zupelnie swiezy amator.
    Jednak zdaje sie tu pojawiac pewien trop, dosc oczywisty (przypomnailo mi sie pojecie „ucieczki od wolnosci” ilustrowane pojawieniem sie kalwinizmu jako rekacji na chaos po koncu Sredniowiecza), tj. trop psychologiczny. Innymi slowy, to w naszej glowie pojawia sie potrzeba pewnego CD z nowym systemem operacyjnym, kiedy sami siebie nie jestesmy w stanie przeprogramowac dla potrzeb, ktore nam swiat stwarza.

    Mialem kiedys pewna intuicje, jakkolwiek to by wymagalo dokladniejszego poczytania Nowego Testamentu, ze to co tam proponuje Jezus, jest w gruncie rzeczy sposobem spojrzenia z zewnatrz na nasze najprostsze reakcje psychologoczne i pewien plan poradzenia sobie z nimi. Zarowno historia jawnogrzesznicy jak i przypowiesc o belce i slomce, oddaja pewna realna prawde o naszych reakcjach. Przypowiesc o talentach moglaby pochodzic od wspolczesnego terapeuty. W tym sensie bylo to podejscie rewolucjyne i pewnie do dzis plodne, gdyby nie nastapily pewne procesy, ja wiem, beretyzacji tego przekazu.

    PS. Defendo, co do poprzedniego wpisu z twoim pytaniem. Na takie powazne tematy to nigdzie :-) Ale my sie znamy skads juz. Rzuce ci majla w wolnej chwili:-)

  2. Gloomy Slipper Says:

    Postaram się być obiektywnym, choć pewnie mi się nie uda.

    Uleganie religii, a właściwe jej przedstawicielom: Jezus, Dalajlama itd to kwestia wrażliwości. Polecam „Dwa źródła moralności i religii” Henriego Bergsona.

    Nie mogę się jednak zgodzić ze stwierdzeniem:
    Każda religia zwalniając od samodzielnego myślenia wymaga w zamian przyjęcia określonego światopoglądu z systemem etycznym, który w niej funkcjonuje.

    Owszem, wyznając daną religię akceptujemy pewne „prawdy wiary” czy „przekonania”, ale nie możemy wyłączyć myślenia i analizowania tego co przyjęliśmy. Wtedy to stajemy się pacynkami, a nie wyznawcami. Faktem jest, że wiara i rozum nie znajdują dla siebie miejsca na tym samym szczeblu. Jednak jedno nie wyklucza drugiego. Kwestia zdrowej selekcji i uznania.

    Co do symboli cielesności to kwestia podziału na religię statyczną i dynamiczną – znowu Bergson. Władzą jest Bóg, Kościół jedynie powiernikiem. Kościół ma władzę (w sensie regulowania praw kanonicznych i administracji). Wielokrotnie jej nadużywał, ale weź pod uwagę, że prócz Boskiej części Kościoła istnieje jeszcze ta ludzka. Mylna i ułomna.

    Pozdrawiam
    Kapeć

  3. cogitomen Says:

    Podobno kiedyś jakiś nawiedzony facet powiedział :”religia to opium dla mas”. Cóż. Wybierałem to drugie (opium) namacalne. Do obłędu w swej ekstazie genialne. Do istoty bólu realne. Wybrałem. Wybór nie zwolnił mnie z wysiłku myślenia ,przeciwnie. Na koniec mała dygresja :i co dzień nie zwalnia.
    Pozdro Def
    c.

  4. defendo Says:

    Rojpli – chyba wiem, jaką miałeś intuicję. Jezus(nie Chrystus) jako postać historyczna niewątpliwie wywarł wpływ na ludzi, wokół niego skupionych. Nowa, uniwersalna religia była wówczas potrzebna – w obliczu ogromnej rzeszy niewolników, wielu cierpiących, potężnych podziałów społecznych. Religia, która obiecywałaby swoim wyznawcom pośmiertną nagrodę w zamian za doczesną wiarę. Bo wtedy niczego innego od nich nie wymagała – wyłącznie wiary. Istniejący już wówczas buddyzm był za trudny(zauważyłeś paradoks? Budda był ateistą, a po śmierci stał się bogiem – właśnie dlatego, że ludzie potrzebują czegoś namacalnego, abstrakt jest dla większości nie do przyjęcia).

  5. defendo Says:

    Gloomy – a dlaczego akurat Bergson? Może John S. Mill?
    Myślą i analizują tylko niektórzy – pozostali po prostu chodzą do kościoła i są członkami Kościoła – przez myśl im nie przejdzie kwestionowanie choćby jednego zdania „wyroczni” – zauważ, jak traktowano słowa JPII – nikt w Polsce nie ośmielił się polemizować. Podejrzewam, że niewielu usiłowało zrozumieć.
    Symbole cielesności… cóż, sądzę, że pojęcie Boga-Demiurga, Boga-Absolutu jest dla większości ludzi nie do przyjęcia. Bo niewyobrażalne. Wyobrażalne jest to, co materialne – chusta Weroniki, całun turyński, kawałki drewna z krzyża – to do tych p r z e d m i o t ó w się modlą, modlą się do świętych, ich proszą o łaskę. Dlaczego?

  6. Gloomy Slipper Says:

    Lubię Bergsona, dlatego. John Stuart Mill – jego stosunek do empiryzmu był dość czerstwy (bez urazy). Też jestem członkiem kościoła, ale polemizować chcę i będę. Pewnych słów nie ośmieliłbym się kwestionować, lecz nikt nie zabroni mi refleksji nad nimi.

    Do świętych modli się jedynie nieuk (pomijam dewotki, dzieci i osoby z cyklu „katolik polski”). Zawsze modlimy się do Boga (bynajmniej według chrześcijaństwa powinniśmy). Resztę prosimy tylko o wstawiennictwo u niego.

    Jeżeli chodzi o Boga-Absolutu, uwielbiam marzyć. To co materialne może być również opisane słowami, a słowa nie są w stanie oddać tego co jest absolutem miłości i dobra.

    Dlaczego? Wiedzą to tylko Ci, którzy się modlą, ja nie siedzę w ich głowach i nie znam intencji.

    Pozdrawiam
    Kapeć

  7. vogler Says:

    Tak sobie myślę, że kluczowe dla tych rozważań jest rozróżnienie pomiędzy religią i wiarą (trochę jak podmiot wierzący i przedmiot realizacji wierzeń). Oddzielając aksjologię od metafizyki jest możliwe oddzielenie wypracowanego systemu etycznego od sfery sacrum. Taki system etyczny można spokojnie modyfikować nie bacząc na kodyfikację konkretnego systemu religijnego (religia ze swej natury musi być skodyfikowana w system wierzeń). W uproszczeniu – Bóg jest zazwyczaj (by nie napisać zawsze) związany ze świętą księgę. Refleksja jest więc dopuszczalna o tyle, o ile ma poparcie w wykładni świętego tekstu (choć należałoby tu pamiętać o późniejszych wykładniach konkretnych Kościołów, które również mają status obowiązujących). Reinterpretacja tekstu źródłowego (zwłaszcza w bardziej znaczących kwestiach) w praktyce prowadziła zazwyczaj do powstawania nowych odłamów religijnych.

    Twoje spostrzeżenia dotyczące materializacji przedmiotów kultu wydają mi się trafne. Potwierdzają je np. dane na które powoływał się Guy Sorman w „Made in USA”. Wg podanych tam statystyk liczba amerykanów, która twierdziła, że miała bezpośredni kontakt z Bogiem kształtowała się na poziomie 70-75% (cytuje z pamięci, książkę czytałem rok, dwa lata temu..)

  8. Gloomy Slipper Says:

    Amerykanie przykładem? …dobre.

  9. vogler Says:

    Nie bardzo wiem skąd wynikają Twoje wątpliwości, ale w kwestii liczb zerknij na witrynę adherents.com, są tam ciekawe statystyki dot. wyznań religijnych.

  10. defendo Says:

    Gloomy – po prostu rozmyślam. Nie chcę niszczyć czy naruszać czyjejś wiary. Ale przyglądam sie jej dogmatom. Zwłaszcza dogmat piekła mnie interesuje w kontekście koncepcji Boga jako dawcy jedynie dobra.

  11. defendo Says:

    Dzięki za namiary – tych statystyk nie znałam, Voglerze ;)
    Racja – należy oddzielać religię i wiarę(w rozważaniach). Dla większości ludzi są to jednak sprawy ściśle łączne w teorii i kompletnie różne w praktyce.

  12. Gloomy Slipper Says:

    Volger, dzięki za stronę, również nie znałem.
    Wątpliwości towarzyszą mi od zawsze. Amerykanie nie są dla mnie wzorem, mimo wszystko.

    Defendo, Rozmyślanie to dobra rzecz, tym na pewno nie zniszczysz wiary. Piekło… wizja Dantego przypadała mi najbardziej. Do piekła idzie się na własne życzenie.

  13. defendo Says:

    Piekła nie ma… :)

  14. Gloomy Slipper Says:

    Nie prowokuj ;-)

  15. defendo Says:

    To nie prowokacja. To wynik logicznego rozumowania;)

  16. defendo Says:

    Jeśli Bóg jest – to jest dawcą jedynie dobra – taką tezę niedawno postawiłam. Załóżmy jednak, że bywa okrutny, albo że Antypersona jest dawcą zła. Nawet wtedy nie może istnieć nic oprócz edenu. Żaden Bóg nie skazałby bowiem tych, którzy go po śmierci dostąpią, na straszliwe cierpienie. Bo cierpieniem byłoby przebywanie w raju ze świadomością, że bliscy – kochani i konieczni, znaleźli się poza nim. Brak choćby jednej osoby powodowałby nieznośny ból. A przecież elizejskie pola są krainą niezmąconego szczęścia. Piekło ma prawo bytu – ale tylko na ziemi.
    Samą siebie zacytowałam(nieco wcześniej to wpisałam). Wciąż mam wątpliwości, ale w możliwość piekła uwierzyć nie umiem. Dostrzegłeś, jak bardzo „ludzkie” jest u Memlinga, Boscha i innych? W przeciwieństwie do nieba…

  17. vogler Says:

    I znów wpiszę się w kontekst. Parę lat w polskiej prasie ukazał się artykuł, który wywołał ożywioną dyskusję, ponieważ jego teza wyglądała mniej więcej tak: „Jeśli Bóg jest miłością, to jak wytłumaczyć istnienie piekła?” Końcowy wniosek – miłości nie ma – pokrywałby się z Twoimi spostrzeżeniami, defendo.

  18. Gloomy Slipper Says:

    Piekło ma prawo bytu – ale tylko na ziemi.
    Wyprzedziłaś mnie.

  19. mr thistle Says:

    Defendo
    Tak myślę, że Bóg starotestamentowy nie był za bardzo miłosierny, więc to mogłoby trochę podważyć Twoją teorię. Z racji lenistwa i uśpienia niektórych szarych komórek, pozwolę sobie zacytować Twoją wypowiedź i odnieść się do niej po kolei.

    „Żaden Bóg nie skazałby bowiem tych, którzy go po śmierci dostąpią, na straszliwe cierpienie.”

    Chyba, że jest to cierpienie konieczne do odpokutowania za swoje grzechy. Delikwent nie siedziałby jednak resztę wieczności w piekle, a w końcu po odkupieniu win trafiłby do Edenu.

    „(…)cierpieniem byłoby przebywanie w raju ze świadomością, że bliscy – kochani i konieczni, znaleźli się poza nim.”

    Wydaje mi się, że człowiek z racji swej natury skupiłby się w takiej sytuacji na szczęściu i kiedy odczuwałby je nie myślałby jednocześnie o tym, że nie ma z nim kogoś bliskiego. W o,stateczności można przyjąć tezę, że człowiek w Edenie próbuje sobie przypomnieć co wydarzyło się na Ziemi (trochę tak jak u Platona z anamnezją), a to trochę potrwa.

  20. defendo Says:

    Konieczne cierpienie? Nie wiem, dlaczego Bóg miałby od człowieka cierpienia wymagać.
    Skupienie się na szczęściu własnym byłoby skazaniem na egoizm doskonały, który wszak byłby swoistym grzechem, czyż nie?
    Nawet jeśli „trochę potrwa”, to w końcu sobie przypomni – co wtedy?

  21. mr thistle Says:

    To nie jest wymóg. To trochę jak transakcja, dałem wam dziesięć przykazań według których możecie żyć (dar bezcenny), a w zamian wy przyjmujecie fakt, że jeśli nie będziecie ich przestrzegać traficie do piekła. W gruncie rzeczy byłaby to operacja uczciwa.
    Źle się wyraziłem. Z racji tego, że mam jeden chromosom niepełny nie potrafię robić dwóch rzeczy na raz. Tak więc gdy jestem szczęśliwy, to nie myślę o tym, że nie mam nic w lodówce. Może nie skupianie się na szczęściu, ale odczuwanie go byłoby lepszym określeniem. Odczuwanie szczęścia to chyba nie grzech.
    Naciągana ta anamnezja wiem, ale ram czasu w ujęciu Boga nikt nie potrafi rozszyfrować. Stwórca ma tę siłę, że włada wszystkim, więc moment przypomnienia sobie bliskich może zbiec się z ich zbawieniem.
    Wiem, że brzmi to dziecinnie, ale pasuje do teorii piekła, którą przecież stworzono na potrzeby chrześcijaństwa i nie tylko.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: