Zawór bezpieczeństwa

W każdej rodzinie powinien być – i przeważnie bywa – tzw. dyżurny wariat. Z reguły jakis kuzyn, kuzynka, ciotka, ktoś kto zwalnia pozostałych członków rodu z konieczności popełniania drobnych idiotyzmów, koncentrując w jednej osobie talent do popełniania niewielkich lub większych szaleństw.

W mojej rodzinie padło na jedną z ciotek – kuzynkę Mamy. Pamiętam pierwszy kontakt z Wandeczką(tak się wabi). Byłam wtedy mocno podrośniętym dzieckiem. Podczas kolacji oddelegowano mnie do otworzenia drzwi komuś, kto nie potrafił odkleić palca od dzwonka. Otworzyłam – o przycisk urządzenia do alarmowania o wizycie opierała się osoba w trampkach objuczona plecakiem i kompletnie mi obca. Zamiast powitania usłyszałam pytanie: “A ty kto?”, na które wcale nie oczekiwano odpowiedzi. Baba energicznie wparowała do naszego domu, w przedpokoju z rozmachem uwolniła się od plecaka i oznajmiła oniemiałej rodzinie, zgromadzonej przy kolacji: “Oto jestem! Co za radość!”, po czym rozsiadła się przy stole, zajmując moje miejsce.

Dorośli wykrzesali z siebie dość ostrożnie odrobinę entuzjazmu, ja trwałam w osłupieniu. Babcia wyraziła radość szepcząc: “O,matko…” i zaczęła się jazda. Z trzymanką, bo rozmowa z Wandeczką zmusza do trzymania nerwów na wodzy. Ciotka na jednym oddechu skrytykowała metody wychowawcze moich rodziców(nie powinnam wpuszczać obcych do domu i jednocześnie witać ją samą z większą rewerencją) i uświadomiła zebranych, że wszystkienu winni są Żydzi. Wszelkie próby polemiki tłamsiła w zarodku. Pierwszy nie wytrzymał pies – najpierw usiłował ugryźć, potem zwiał pod kanapę. Ojciec próbował, ale się nie zmieścił. Huragan Wandeczka szalał w naszym nadmiernie gościnnym domu przez dwa dni. Okazało się, że ten sposób nawiedzania rozrzuconej po Polsce i dość licznej rodziny jest charakterystyczny dla ciotuni – nigdy nie uprzedza o wizycie, nauczona zresztą doświadczeniem – wszyscy wykazują ogromną inwencję w wynajdowaniu pretekstów, dla których akurat w tym momencie nie mogą korzystać z dobrodziejstwa jej obecności. Do nas zawitała po drodze – jechała z Warszawy do Częstochowy i wpadła sobie pod Wrocław. Pielgrzymowała do świętego miasta, ale jakby na opak – otóż postanowiła mieć konia, bo kocha te zwierzęta. Koń był do nabycia w okolicach Jasnej Góry. Miłość to miłość – wynaga poświęceń. Ciotka zatem zaprowadziła kobyłę do stolicy za uzdę, bo gdyby na niej jechała, to zwierzątko mogłoby się, nie daj Boże, spocić. Wyszła więc z tego pielgrzymka, tyle że odwrotnie: zamiast iść piechotą do Częstochowy, obie – ciotka i klacz – z niej wróciły. Mąż ciotki zdumiał się mocno i gwałtownie zaprotestował. Jest wprawdzie architektem i dom na Sadybie zbudował, ale stajni nie miał zamiaru. Klacz wylądowała więc pod Warszawą w wynajętym boksie i ciotka kochała ją z doskoku.

Zniesmaczona postawą małżonka Wandzia postanowiła się rozwieść. W celu podziału wspólnego mienia narysowała kredą w willi granicę między tym, co jej, a tym, co należy do byłego. Granica funkcjonowała przez dwa lata. Kreda się skończyła i cierpliwość Tadeusza tudzież. Wykorzystał swoje umiejętności budując ścianki działowe i teraz mieszkają sobie osobno, acz pod jednym dachem. Syn wolał pozostać przy ojcu, więc Wandeczka poinformowała rodzinę, że jej – osobiste do tej pory – dziecko jest “byłym synem” i tak należy je traktować.

Dla jasności – nasza rodzinna wariatka ukończyła dwa fakultety uniwersyteckie, a dwa inne napoczęła. Nigdy nie musiała pracować, bo były mąż zapewniał jej utrzymanie, mogła więc zająć się tym, co w jej mniemniu jest najważniejsze – misją. Misja pcha ją do tworzenia i udowodnienia spiskowej teorii dziejów. Homilie wygłasza wobec dalszej rodziny, która nauczyła się tolerancji, zatem przy okazji Wandzia zrealizowała całkiem nieoczekiwany cel, niezupełnie zgodny z jej zamierzeniem. Nawet całkiem przeciwny.

 

Lubię Wandeczkę. Z niepokojem myślę, co będzie, kiedy jej zabraknie, a jest już mocno wiekowa. Wtedy gen szaleństwa może rozproszyć się po innych członkach rodu i zmusić mnie lub moich bliskich do przyjęcia na siebie jego odłamków. Na razie jednak ona robi za zawór bezpieczeństwa. Oby żyła jak najdłużej!

Reklamy

komentarzy 7 to “Zawór bezpieczeństwa”

  1. cogitomen Says:

    Kapitalny tekst ,pomyślałem po pierwszym czytaniu i zapaliłem resztkę trawy jaka mi została po ostatniej imprezie. Co ma jedno do drugiego? Ja też mam swój zawór bezpieczeństwa. Może mniej wysublimowany ,ale jednak. Sam nim jestem co cała moja rodzina daje mi w sobie właściwy sposób odczuć. Mógłbym przytoczyć tu kilka przykładów na temat mojej osoby ,jakie krążą z ust cioć i wujków ku uciesze reszty na mój temat. Nie robię tego ,ponieważ nie piszę tu żeby eksponować moją osobę. Podoba mi się to co tu przeczytałem. Natomiast mniej podoba mi się to ,że nikt nie mówi o mnie ‚oby żył jak najdłużej’.

  2. Elżbieta Says:

    Jednym słowem,z rodziną najlepiej „wychodzi” się na zdjęciu…
    Pozdrawiam…:)

  3. Don Pedro Says:

    A wiesz, Defendo, lubię Cię czytać…

  4. H. Says:

    Acioteczka bez fakultetow byłaby tylko pospolitym glupkiem?

  5. defendo Says:

    Cogitomenie – obyś żył jak najdłużej!!! i tak ładnie mi się komponujesz, że chętnie Cię tu zobaczę wyeksponowanego ;)

    Elżbieto – ależ nie tylko na zdjęciu, właśnie po to jest czasem potrzebna, żeby ochronić przed koniecznością szaleństwa, nawet jeśli doprowadza do szału…

    Don – dzięki, chociaż pewnie przesadzasz, ostatnio spotykam się niemal wyłącznie z zarzutami..

    H. – te fakultety dowodzą, że nie od wykształcenia zależy wariactwo. Na szczęście ;)

  6. Anonim Says:

    Witaj piękna Defendo i wybacz trollowi, że dopiero teraz dorzuca swój komentarz, do tej notki. A może to też mogłaby być notka?
    Po prostu musiałam odwiedzić mogiłę swej cioteczki Zofii (Sofijki) w Bydgoszczy, która mnie uwielbiała . Sama nie wiem dlaczego? Pewnie dlatego, iż własnych dzieci nigdy nie miała. Być może za zimna była, albo jej mąż, wujek Czesio wolał lubił łowić rybki , zamiast ją rozgrzewać do pewnej temperatury. A może, swój warsztat odłożył na strych. Nie wiem? Ona mnie uwielbiała i już! A, że przez sen mnie o to prosiła, więc pojechałam.
    A teraz troszeczkę pytań w kwestii formalnej.
    Pytania czysto retoryczne, chociaż zakrawać będą na sagę rodzinną, a może i bajeczkę z morałem. Nie znam się na tym.
    A to czy to mi odpowiesz , to już zostawiam do Twojej decyzji.. A więc:
    Czy Twoja wiekowa już cioteczka Wandeczka pozwoliła by Tobie wyjść za Niemca, wiedząc, że bardzo go kochasz? Takiego, który z dziada pradziada, po mieczu i po kądzieli po prostu z korzeni jest Niemcem a nie dlatego, bo kupił sobie owczarka niemieckiego? A mimo to, kocha Polskę, wszystko to co polskie i czuje się bardziej Polakiem jak Niemcem . Nie potrafi tylko zaakceptować tych „świń” co siedzą przy korycie i zamiast troszczyć się o zabezpieczenia socjalne swoich najbiedniejszych obywateli , to sami żrą ile wlezie,. Przecież to Polska wygrała tą straszną wojnę więc za tym przykładem mogłaby swoją pozycję materialną i światową wygrać z Niemcami. Dlaczego tak nie jest???? To pytanie dręczy nie tylko mojego małżonka ale zapewne wielu rdzennych Polaków.
    Bo moja już wiekowa cioteczka Wandeczka z Poznania – ( obleśnie gruba, chociaż bardzo elegancka , gdy ją poznałam mając już taki wiek, aby to stwierdzić) żona wysokiej rangi policjanta, puszczającego przy byle okazji wymowne spojrzenia w kierunku dość urodziwej ale „kury domowej” mojej matki . – powiedziała stanowcze „NIE” nawet niepytana o zdanie.
    Natomiast cioteczka Janeczka mieszkająca do dziś na Lazurowym Wybrzeżu, zapytana o zdanie – odpowiedziała „A jakże, oczywiście, że TAK – jeśli taki związek ma przynieść szczęście tej nowo zakładanej rodzinne. Ja wyszłam za Francuza, doczekałam się cudownych dzieci i jestem szczęśliwa.”
    Co na to reszta rodziny po kilku fakultetach na temat tego związku?
    Wujaszek Wacek z Lublina – Zawodowy mundurowy – Pułkownik z wieloma odznaczeniami – autorytet rodzinny dla mojego ojca – powiedział: „ nie moja sprawa, nie moje uczucie, nie pozwoliłem na wtrącanie się nikomu z rodziny do własnego związku, kiedy go zawierałem, tym samym nie wtrącam się do innych.
    Wujaszek Bolek – lekarz, Ordynator jednego z oddziałów w Klinice Kardiologicznej, też się nie wtrącał.
    Wujaszek Heniek, ze swoją cudownej urody, żoną Halinką – wysoką blondynką o długich nogach mieszkający w Gnieźnie – powiedział „będę się cieszył , jeśli tylko ONI będą szczęśliwi.”
    Jak tylko pamięcią mogę sięgnąć, wszyscy otwierali mi zawsze drzwi, nie bacząc na to kto za tymi drzwiami. Wróg, czy przyjaciel; złodziej czy morderca; obcy, czy krewny itp.. Każdego może „coś” sparaliżować po otwarciu tych drzwi, czasem zły plan, czy zamiar, może przemienić się dobry. Może tez być i odwrotnie. Co ma wisieć, nie utonie …

    A na koniec jeszcze jedno pytanie. Nie dotyczące moich akurat więzów rodzinnych, ale też poniekąd związane ze mną i inną rodziną.
    W pewnym okresie swego życia poznałam Izę, młodą dziewczynę, w wieku własnej córki, która uciekła od Matki z tak pięknego miasta jakim jest Szczecin – uciekła przed ojczymem do rodzonego Ojca o imieniu Marek , cygańskiej urody. Facet w moim wieku, zadbany, czyściutki, zawsze pachnący,. Gdy wychodził ze swego służbowego mieszkania, czuć było, w całym wielkim obiekcie, gdzie pracowałam ,iż on jest na horyzoncie.
    Izunia, jak na swój młodzieńczy wiek, przychodziła raniutko do mnie i siadała w kąciku, czasami wesoła, czasami zapłakana. Rozmawialiśmy, rozmawialiśmy… i tak z rozmów wywnioskowałam.
    Coś musi być nie tak, dziewczyna zdrowa, w tym wieku, powinna tryskać radością, to widziałam w twarzach i zachowaniu własnych dzieci, a tu nie mogłam niczego się dowiedzieć.
    A, że bywam „ciekawska” a stosunki służbowe z racji tego samego wieku z Markiem układały się jak koleżeńskie, moja odwaga popchnęła mnie do zadania właśnie pytania Markowi.
    Zapytałam go pewnego dnia wprost : Marek! powiedz mi dlaczego zauważam taki zastanawiający stan rzeczy u Twojej córki?
    A Marek zbył moje pytanie. Opowiedział krótko ale ze znaną mi, jego porywczością: „ Nie wtrącaj się! Nie Twoja sprawa! Jak mnie jej kiedyś zabraknie, ona będzie tylko K……….. „ tylko musze jeszcze zarobić i zdążyć wysłać ją do chirurga plastycznego, aby powiększył jej piersi.”
    Gdy to usłyszałam byłam tak zszokowana, po prostu mnie „gadule” zapomniałam języka w buzi . Zdębiałam, czułam też jak moje gęste włosy na głowie robiły się sztywne.
    Nie sypiałam nocami, stale myślałam, wypytywałam córki, co się może dziać. W końcu moja córka nie wytrzymała i powiedziała tylko : „Mamuś, nie potrafię tego wyrazić słowami, no i przysięgłam Izie, że o tym nikomu nie powiem . Proszę Ciebie Mamo znajdź sobie pretekst, powód i pójdź raz rano niby ich obudzić. „
    Do tej pory, robiła to moja córka, bo tylko ONA miała przyzwolenie aby tam pukać, wchodzić.”
    No i ja przystałam na to, ale musiałam czekać do dnia aż dojdzie do takiej sytuacji, że mojej córki nie będzie rano. Doczekałam się dnia:
    I znów zdębiałam, nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Dwoje dorosłych ludzi, kochało się.
    Nie byłby w tym dla mnie nic dziwnego, ale Ojciec dorosły człowiek, a córka ledwie dorosła, to był dla mnie cios. Nie wiem ile to już trwało, zdążyłam tylko krzyknąć: Marek, Iza! Co wy robicie!
    Uciekłam z tego miejsca na swoje stanowisko pracy.
    Po godzinie, może dwóch, każde z osobna zeszło na parter i zabrało się do swoich służbowych obowiązków. A ja! Mną targały, miotały sprzeczności. Nie mogłam tego zaakceptować, przejść do tzw. porządku dziennego. Chodziłam do pracy spięta, podenerwowana i nie znająca odpowiedzi na zadawane sobie pytanie. Co ja powinnam zrobić, w tej sytuacji?
    Nie robiłam NIC.
    Po kilku dniach pierwsza zaczęła rozmowę ze mną na ten temat Iza. Usłyszałam , ze kocha swojego ojca tak jak kobieta kocha mężczyznę. Tłumaczyłam jej: to nie tak powinna wyglądać miłość miedzy córką a ojcem. Nie mogę dalej już pisać o rozmowie z nią. Jeszcze dziś, kiedy o Niej pomyślę czuje w swym sercu zadrę na temat moralności, a w duszy niesmak.
    Problem rozwiązał się sam, bo mój do tej pory kolega Marek, nie mógł mi spojrzeć uczciwie w oczy. Omijał mnie kiedy tylko mógł. Ja nie mogłam go zagadnąć, bo dostawał furii.
    Po jakimś czasie Iza powiadomiłam mnie, że straciłam pracę.
    Spojrzałam na nią swoim wymownym spojrzeniem i powiedziałam, „ Jak dobrze, ze nie muszę sama podejmować takiej decyzji. Bo pracy mi nie żal. To zbyt trudna sytuacja dla mojego wrażliwego charakteru, mimo niby tak silnej osobowości.”
    Ale nie wiem do dzisiaj dlaczego tez powiedziałam do NIEJ.:
    „Powiedz swojemu ojcu, niech się utopi a jego ciało nie się rozkłada w wodzie „
    Nie wiem, czy mi uwierzysz Defendo, obojętnie kim jesteś za tym Nickiem, ale Marek, wypłynął po trzech dniach, łodzią z przyjacielem i psem na jedno z jezior mi znanych. Łódka się wywróciła. Jego przyjaciel uratował się, dopłynął do brzegu. A Marka szukano , znaleziono po kilku miesiącach w rozkładzie, rozpoznano go bo w objęciach trzymał psa.
    Iza I Nie wiem co z nią się stało.? Jednak do dziś pamiętam ten dzień(wtorek)i jej spojrzenie na mnie, kiedy zostałam po tym wypadku (miał miejsce w sobotnie popołudnie) poproszona przez następcę Marka na rozmowę kwalifikacyjną odnośnie pracy..Po rozmowie pracę otrzymałam . Zrezygnowałam z niej do latach ze względów losowych.
    Powiedz Defendo, co Ty byś zrobiła w takiej sytuacji? U mnie zadziałały emocje.
    Pozdrawiam,

  7. defendo Says:

    Anonimie – strasznie dużo pytań stawiasz.Moja rodzinna wariatka uważa sie oczywiście za uprawnioną do decydowania o losach bliższych i dalszych krewnych-i-znajomych-a-nawet-powinowatych, wszak ma monopol na wszechwiedzę. Wytropiłaby spisek, każący mi pokochać kogoś, kto jej nie odpowiada i zmobilizowałaby wszystkie siły ludzkie i nieludzkie do walki. I niczego by nie zdziałała, rzecz jasna.
    Emocje działają na nas bardziej, niż przypuszczamy i o wiele bardziej, niż chcielibyśmy im na to zarządzanie naszymi decyzjami pozwolić. Uległaś emocjom, ale co to spowodowało? Jakie działania? Pewnie brak działań został uznany za Twoją akceptację status quo – przez aktorów dramatu. Nie wiem, jak zachowałabym sie w takiej sytuacji. Dwoje dorosłych ludzi, naruszanie tabu.. nie mam pojęcia. Potępienie kazirodztwa jest charakterystyczne dla wszystkich kultur – to bodaj jedyna cecha, która je łączy(wyłączam kazirodztwo „królewskie”).

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: