Cierpienie

Każde cierpienie – bez wyjątku – jest złe i niepotrzebne. Ból nie jest żadnym przywilejem, nie uszlachetnia, nie jest „doświadczeniem zesłanym przez Boga”, a więc jego darem. Jest czymś zwierzęcym – tym straszniejszym, że bogatszym o świadomość cierpienia. Niczemu nie służy. Jesteśmy wobec niego bezbronni, nawet w momentach ulgi nas nie opuszcza, bo wtedy czekamy na kolejny atak. To czekanie może być nawet okropniejsze od samego cierpienia.

Co z tego, że w ten sposób nabywamy nowych doświadczeń? I tak nie uchronią nas przed następnym bólem, nie pomogą go łatwiej znieść. Nieprawda, że jesteśmy bardziej zahartowani. Rany i blizny powodują osłabienie ciała, nie jego wzmocnienie. Niczego nie osiągamy, jeśli nosimy w sobie drut kolczasty, nawet wtedy, kiedy sami go spletliśmy, ostrząc starannie kolce. Uciekamy od tych obszarów samego siebie, które cierpią – każą nam tchórzyć. Niektórzy zagłębiają się z lubością w swoim bólu, pławią się w nim do utonięcia – to utrata kreatywności i masochizm, czasem też próba szukania współczucia. Na inną formę kontaktu z kimś drugim nie stać nas wtedy. Zgoda na cierpienie to nic innego jak metoda, by nie cierpieć. Co z tego,że cierpienie „uczy”, skoro tej nauki nie możemy spożytkować, bo ból odbiera nam tę moc.

Cierpienie każdego człowieka zawsze jest straszniejsze od cierpienia Chrystusa. On nie był zawiedziony, przegrany, zrozpaczony – wiedział wcześniej o swoim rychłym tryumfie i zmartwychwstaniu. To było jedyne znane mi cierpienie, które miało sens. Jego ból był warunkiem jego boskości. A przecież i on poskarżył się „Elilalah, sabahtani…” Któż nie chciałby dać się ukrzyżować mając Jego pewność?

Ta nota jest wstępem. Nie sądzę, żeby zło było warunkiem koniecznym dla istnienia dobra.
Cierpienie jako zło nie jest warunkiem koniecznym istnienia jakiejkolwiek opozycyjnej wartości, a przynajmniej ja nie umiem jej znaleźć.

Reklamy

Tagi: , ,

komentarze 42 to “Cierpienie”

  1. Mikosz Says:

    Matka Teresa z Kalkuty mówiła swoim podopiecznym z hospicjium, że ból to pocałunek Boga… jakże okrutny musi być Bóg doświadczając nas bólem, zarówno fizycznym jak i psychicznym.

  2. kawa3603 Says:

    Dobro istnieje niezależnie od zła i wcale zło nie musi istnieć, aby zaistniało dobro. Tutaj jest inny problem – w określeniu przez ludzi kiedy coś jest dobrem, a kiedy nim nie jest. Z a u w a ż e n i u go.
    Dobro najłatwiej jest dostrzec na tle zła. Kiedy jesteśmy bardziej doświadczeni przez los łatwiej nam dostrzec to co jest dobre i czego chcemy się trzymać. Wybór bólu i chęć uczestniczenia w cierpieniu w imię tego, że nas to uszlachetni uważam za głupotę.
    Jestem zwolenniczką pozbywanbia się cierpień i odchodzenia od samobiczowania. Uważam, że trzeba zawsze szukać lepszych rozwiązań i dążyć do nich. Nie bać się zmian, które pozwolą nam żyć pełniej i lepiej.
    Nie wierzę też, że ludzie cierpiący są lepsi. To tylko były ból /już nieistniejący/ może uszlachetnić. Kiedy istnieje nie jesteśmy w stanie zbyt wiele dostrzec. Jesteśmy skupieni głównie na sobie, wielu rzeczy po prostu nie dostrzegamy. Jest możliwe dostrzeżenie ich dopiero gdy „piekło” się kończy.
    Możliwe, ale nie każdy też potrafi wyciągać właściwe wnioski. To co robimy z doświadczeniami zależy już od indywidualnych chęci oraz jasności postrzegania rzeczywistości.

  3. wenus Says:

    Cierpienie jest bólem, ból jest informacją, wskaźnikiem kierunku dążenia do zaspokojenia potrzeb, by przetrwać. Jest naturalnym zjawiskiem w momencie przekroczenia jakiejś prawidłowości. Cierpienie jest skumulowanym odczuciem wewnętrznym, pochodzącym z przetransformowanego odbioru wszystkiego co jest spoza nas, bez czego nie zaistniejemy. Pomiędzy cierpieniem a błogością przechodzi pewien obszar, nazwę go balansowaniem życia.
    O ile cierpienie jest motywacją do dzialania ciała , to błogostan jest czasem dla wzrostu duszy. Nie ma żadnej rzeczy na tym Świecie, niedualnej, no może wszelkie formy mistycyzmu, tak powiadają.
    ( pozostaną one tylko jednak etapem) Pytanie; czy bez wspólodczuwania ciała może zaistnieć cierpienie? Czy bez odczuwania bólu mógłby zaistnieć strach? Czy bez świadomości lęku można by było mieć samoświadomość szczęścia? Bez tych dwoje zdaje się nie ma życia? ( nawet poród jest omal niemożliwy bez bólu) Jestem zdania, że celem życia jest doznanie radości istnienia, doświadczenie wręcz jego boskości i mocy. Trapi mnie myśl- kiedy to wszyscy ludzie bedą w stanie, bez zadawania innym bólu cieszyć się?( a może zadawanie bólu jest tym cierpieniem?) To zdaje się jest tylko kwestia, właśnie, doznania samoświadomości każdego odrębnego człowieka, poznanie prawdziwej istoty miłości. Obawiam się, że po ludzku to jest niemożliwe.

    Defendo wierzysz w Zmartwychwstanie Jezusa?

  4. cwirek Says:

    spotykam na codzien cierpienie chorych, umierajacych ludzi i podobnie jak Ty uwazam, ze cierpienie nie uszlachetnia, odbiera czlowieczenstwo.

  5. defendo Says:

    Pozwólcie, że indywidualnie odpowiem później, teraz zaprząta mnie taka kwestia: skoro zło miałoby istnieć jako konieczna opozycja wobec zła(zwolenników takiej dychotomii jest najwięcej) – to w opozycji do czego miałoby istnieć cierpienie? Nie do „braku cierpienia” przecież.

  6. Pol-ar Says:

    Zrecznie sie p”O”pisac i usprawiedliwic cierpienia, to tak sie ma jak
    szczescie i radosc niezrecznie zaskakujaca Osoby Obojetne
    Zycze wszystkim szczescia w zrozumieniu cierpiacych

  7. Anonim Says:

    Może najpierw o dychotomii dobro zło. Sądzę że oba owe „zjawiska” są odmianą tego samego widzianego z różnych perspektyw. Nic nowego nie napisałem, ale szczerze mówiąc trochę wątpię abym wymyślił coś odkrywczego. Co do opozycji cierpienia, to może wspomniana już euforia. Stan wszak równie jak cierpienie chwytający za ciało duszę.
    Rzuciłem okiem do „definicji” cierpienia w buddyzmie. Ciekawy prosty podział, wskazuje że tyczy się przywiązywania wartości do rzeczy przemijających i braku akceptacji zjawisk na które wpływ nasz jest mniej, lub bardziej mizerny. Co do zwierzęcości bólu i do odbierania człowieczeństwa przez cierpienie. Przez owo zwierzęce rozumiem tyczące bazy naszego organicznego bytu. Przez owo odczłowieczenie silny „podmuch” rozwiewający aureolę „duszy – ducha – świadomości” i ukazujący ową bazową konstrukcję. Ów „szkielet może jawić się nieludzki, lecz świadomość nasza często o tym „zapomina”.
    Jeszcze co do zasadności cierpień, jeśli zasadność cierpienia istnieje to w wymiarze jakiego poznać nie jesteśmy w stanie co nie znaczy że musimy zaakceptować. Nic nie musimy, wszystko możemy. :)

  8. defendo Says:

    Jeszcze chwilę – zanim włączę się czynnie do dyskusji: zastanawiałam się nad umieraniem Jana Pawła II. Publicznym, obarczonym cierpieniem. Zestawiłam je z faktem, że nigdy nie wyraził cienia niezadowolenia z wystawianiem mu pomników za życia, nazywaniem ulic jego imieniem itd.(nie gra mi to z chrześcijańską pokorą, ale to mniej istotne) – mógł przy pomocy jednego zdania zatrzymać falę objawów kultu, a jednak tego nie zrobił, przeciwnie – dawał do zrozumienia, że nie jest mu to niemiłe. Mnóstwo ludzi współczesnych uczynił świętymi po ich śmierci – jak żaden z innych papieży, niemal hurtowo – to kolejna przesłanka, którą wzięłam pod uwagę. Potem długie umieranie w asyście mediów. Może chciał zostać ogłoszony świętym, liczył na to, wywierał w ten sposób pewien nacisk na swojego następcę licząc m.om. na „ludowy katolicyzm” Polaków i nie tylko Polaków? Wtedy jego cierpienie zyskiwało sens – nagrodą miała być świętość.

  9. katjusza Says:

    Wynoszenie na ołtarze ludzi hurtowo przez Jana Pawła II, jak zauważyłaś def, było celowe. Wydaje mi się, że sam chciał być autorytetem i szukał innych autorytetów, robił to dla zwykłych ludzi, by umocnić ich wiarę i dać nadzieję. Mądry człowiek wie, że najlepszym wychowawcą jest przykład. Nie sądzę, by godzenie się na pomniki wynikało z próżności.
    Całym swoim życiem dawał przykład i nie wyłączył z niego swojego cierpienia. Był konsekwentny aż do końca swoich dni.

  10. defendo Says:

    Katjuszo – napisałaś:”Nie sądzę, by godzenie się na pomniki wynikało z próżności.” Z czego więc? I czy mnożenie świętych jest umacnianiem wiary?

  11. katjusza Says:

    Ja to odbieram jako łaskawe pozwolenie na radość. Gdziekolwiek Jan Paweł II się pojawiał wywoływał mnóstwo pozytywnych emocji. I te pomniki zapewne odbierał jako ich wyraz.
    Owszem, mnożenie świętych jest umacnianiem wiary, dokładnie temu służy. Żywoty zwykłych smiertelników, którzy swoim niezwykłym życiem dowiedli istnienia czegoś więcej niż świat materialny, propagowane wśród wiernych właśnie w charakterze przykładu. Gdyby nie wyniesienie na ołtarze nikt by się o nich nie dowiedział i byłaby to strata dla coraz bardziej ateistycznego świata. To właśnie dowodzi mądrości Papieża, który poszukiwał wzorców moralnych, zdawał sobie sprawę, że samo słowo to dzisiaj za mało.

  12. defendo Says:

    Katjuszo – oni dowiedli jedynie, że potrafią przestrzegać ściśle nakazów swojej religii. Muzułmanin ginący w „świętej wojnie” niczego swoją ofiarą mi nie dowodzi – a już najmniej „istnienia czegoś więcej niż świat materialny”. Tak jak nie jest dla mnie dowodem uznanie za świętą matki, która urodziła dziecko, wiedząc, że skazuje tym samym na śmierć, a noworodka i rodzinę na cierpienie. Nie dowodzi,że jest jakiś świat pozamaterialny.
    Nie sądzisz, że „łaskawe pozwolenie” jest wyrazem próżności?
    Nie mam pojęcia, czy świat ateistyczny jest lepszy czy gorszy od świata ludzi religijnych…

  13. wenus Says:

    Jan Paweł II podobnie, jak Jezus nigdy nie zanegował prawa, ktore było moralne, czyli nie przynoszące szkody drugiemu człowiekowi, broniącego słabszego, bezbronnego, który ma także prawo do życia. Swoją postawą oznajmił światu, że to co człowiek uzna, jako dobre w drugim i to pochwala, nie jest niczym złym. Godząc sie na pomniki myślę, że kierował się swoistym przesłaniem. Wywyższenie ludzi, jako świętych jawi mi się niczym podkreślenie pewnej postawy i raczej ideii jaką oni wnosili do środowiska w jakim żyli. Idee, które zwyciężaja kształtują ludzi a one powstają niezmiennie przy udziale człowieka. Ciało odchodzi a duch (idea) pozostaje. Pomnik pozostaje „wiecznym” prostym symbolem, najpierwszym z możliwych w ludzkości. Zmumifikowane ciała niegdyś a znalezione dzisiaj są tym pomnikiem co dzisiaj pismo, które i tak można łatwiej zniszczyć. Obrazów i form fizycznych choćby zakopanych w ziemi nie da się tak łatwo zniszczyć. Kiedyś znakami porozumiewawaczymi były choćby znaki dymne, gesty, rytuały dzis wystarcza słowo. Kiedyś cierpieniu czyniono kres poprzez czynną obronę-agresję, czyn-walkę o byt, terytorium. Dziś zastąpiono zwierzęce odruchy ludzkim oddziaływaniem na sumienie. Niepogodzenie zwierzęcości z ludzkością prowadzi do cierpienia duszy. Ból w sensie fizycznym wzmaga działanie umysłu. Ból w sensie psychicznym zabija własne ciało ( psychosomatyka-autoagresja) Przekroczenie możliwego progu bólu psychicznego i fizycznego, łącznie, wyzwala z człowieka potwora. Potem następuje odwrót-skierowanie siły (odwet) do źródła cierpienia, walka o wolność. Brak wolności i własnych wyborów jest przyczyną cierpienia. Miłość jest zrozumieniem cierpienia innych ludzi i zdaje się jest niemożliwe bez odczucia cierpienia własnego. Wiemy z biografii Jana Pawła II, jaką miał przeszłość, wiemy ,że kochał życie i sport, nie szczędzil sobie radości z podziwiania świata, miał doskonały kontakt z młodymi ludźmi, dokładnie rozumiał ich potrzeby, sam przeżywał swoja młodość aktywnie i twórczo. Ostatecznie jestem przekonana, po przeczytaniu Tryptyku Rzymskiego, że nie mógł „nasz papież” inaczej, bezboleśnie pozostawić idei miłości. Gdyby cokolwiek inaczej uczynił, rzuciłby cień na działanie jakiejkolwiek kultury, tym samym wznieciłby wrogość, uaktywniłby drogę ku osądzaniu.

    Gorąco polecam:
    http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/inne/tryptyk_rzymski.html

  14. katjusza Says:

    Poczytaj def żywoty świętych, to nie zawsze są takie proste historie. Każdy człowiek popełnia błędy i nawet święci musieli się napracować, aby zyć wg nakazów swojej religii. Nie zawsze to były wyczyny tak ekstremalne jak w świecie islamu.
    Nie sądzę, że łaskawe pozwolenie jest wyrazem próżności. Myslę, że dla tak wielkiego człowieka był to drobiazg. Sam sobie tych pomników przecież nie wystawiał.
    Nie będę tu nikogo przekonywać który świat jest lepszy, nie mam patentu na wiedzę. Wyraziłam swoje zdanie jedynie co do pomników i kanonizacji świętych, tak ja to widzę i dla mnie takie wyjaśnienie jest logiczne.

  15. zenforest Says:

    Uważam że cierpienie może być niszczące tylko wtedy gdy jest niezrozumiałe. Ci którzy podchodzą do swojego cierpienia jako jakiejś nieuzasadnionej, zewnętrznej kary lub bezdusznego przypadku – cierpią o wiele mocniej i dłużej niż Ci którzy starają się je zrozumieć w szerokim, holistycznym znaczeniu.
    Jeśli jednak popatrzymy na nasze życie jako lekcję, w której na dodatek to my wybieramy nasze egzaminy – wówczas poczujemy wielką ulgę.
    Sama doświadczałam cierpienia i w pewnej chwili było go już tak dużo, w takim nasileniu że byłam bliska zakończenia swojego życia, gdyż nie widziałam możliwości dalszej takiej tortury.
    To był tak silny, graniczny moment że miałam już totalnie wszystko gdzieś, moje poglądy, moją dotychczasową wiarę, moje doświadczenia.

    Postanowiłam że wszystkie metody jakie zaoferowały mi tradycyjne sposoby rozumienia cierpienia(a jakie były nieskuteczne) – odrzucam. Wychodzę poza moje ograniczone myślenie i otwieram się na totalnie nowe, pozornie na początku dziwne i niejasne sposoby…
    Jak tonący brzytwy się chwyta…

    Wpadło mi w rękę wtedy kilka książek, w tym Przebudzenie, de Mello.

    Zobaczyłam totalnie nowy sposób interpretowania cierpienia, obcy mojemu zachodniemu, chrześcijańskiemu umysłowi. Tak obcy, tak dziwny, że na początku doznałam szoku.
    Ale zaraz za nim…pojawiła się ogromna ulga.. to było jak wielka jasność, jak wielki kompres na moje rany… Zrozumienie, wdzięczność i wybaczenie wypełniły mnie bez reszty…
    Z osoby leżącej miesiącami w łóżku, niepracującej, chorej, pogrążonej w ciężkiej depresji, przeszłam na „stronę światła” i …uleczyłam się.
    Od tamtego dnia nigdy już nie cierpiałam w taki mocny sposób.
    Owszem, zdarzają mi się dni gdy jestem podenerwowana czy przygnębiona, ale mijają one jak chmury na niebie, i słońce szybko wraca.

    Małą część tych poglądów przytoczyłam nawet w artykule
    http://zenforest.wordpress.com/2007/10/09/przyczyny-cierpienia-i-smuktu/
    Może kogoś z was to zainspiruje do samodzielnego zapoznania się z tymi lekturami?

    Moje motto na tę okoliczność brzmi : „Nie warto cierpieć, warto uzdrawiać cierpienie.”

    ps. jedna sprawa jest ważna. Częśc ludzi tylko na powierzchni chce pozbyć sie cierpienia, a pod spodem, podświadomie, uważa je za część swego życia, nimbu, osobowości, dzieki którym przyciąga uwagę bliskich, współczucie i uwagę. Trzeba wniknąć wsiebie i odkryć tego sabotażystę ;) który siedzi w nas i mówi :”zwrócą na mnie uwagę gdy będę chory, smutny -wreszcie…”.Zauważcie babcie w tramwajach które narzekają i wzbudzają uwagę lub współczucie…To taki mechanizm.
    Sama takiego sabotażystę miałam ale wybaczyłam mu i zrozumiałam że płynęło to z mojego niskiego poczucia własnej wartości, ego szukało po prostu uwagi , czując sie małe, niezrealizowane i odepchnięte.
    Myślało że „lepiej być negatywnie” niż nie być „wcale”…

    Pozdrawiam ciepło!
    Zenforest

  16. Anonim Says:

    Dla mnie wszelkie działania papieża były początkiem przemian które może ukażą gdzie tak na prawdę tkwi sedno kościoła (początkiem którego personalnie i świadomie jestem świadkiem). Kroki podjęte wzbudzające wiele sprzecznych odczuć. Papież był człowiekiem, był mężczyzną. Gdy stanie się świętym bardzo szybko po swej śmierci dokonana zostanie konfrontacja, i to dosyć ostra, zwolenników i przeciwników jego posunięć. Co przyniesie ze sobą – pewnie to co przynoszą wieki i historia, kolejne zmiany i reformy. Publikacja pamiętników Matki Teresy też jak dla mnie jest sygnałem próby ukazania ludzkiej twarzy kościoła katolickiego. Nie da się już ukrywać nagości króla, albo inaczej – jest to coraz bardziej pracochłonne. Należy ową nagość zaakceptować. Wszak to ludzie stanowią kościół o czym często się zapomina.

  17. defendo Says:

    Mikoszu – właśnie to jest jedną z przesłanek, dzięki którym można negować zło. Skoro Bóg jest dawcą jedynie dobra, to nie mógł dać zła.

    Kawo – to właśnie miałam na myśli twierdząc, że cierpienie nie uszlachetnia.

    Wenus(pierwszy komentarz) – medycyna zajmuje się m.on. leczeniem bólu, istnieje nawet jej specjalny dział, ból(nie cierpienie) jest niezbędny o tyle, że daje sygnał, iż z ciałem jest coś nie tak. Rodzić też można bezboleśnie(sama tak rodziłam). Używałam w tekście zamiennie określeń „ból” i „cierpienie”, ale rzeczywiście nie są one tożsame. Jeśli chodzi o Twoje pytanie końcowe – nie wiem, na razie wątpię. Jestem obok religii, nie przeciw.

    Ćwirku – rozmawiałam z umierającymi, teraz robię to rzadziej; podobnie jak Ty uważam, że cierpienie odbiera godność, każe człowiekowi koncentrować się wyłącznie na bólu, nie ma miejsca w umyśle na nic innego.

    Pol-arze, właśnie chcę rozumieć cierpiących, ale nie zgadzam się na ich cierpienie. Ani na moje. Cieszę się, że się u mnie pojawiłeś.

  18. defendo Says:

    Anonimie – mój bunt przeciw cierpieniu wywołany jest właśnie faktem, że przestajemy „móc”. a zaczynamy „musieć” – bo cierpienie nas zmusza do koncentracji na przeżywaniu tylko jego, a jeśli jest tłem – to nieusuwalnym.
    Dychotomię dobro-zło zamierzam zdekonstruować, może uda mi się podważyć(na własny przynajmniej użytek) jej aksjomaty.

    Zenforest(mam problem w zwracaniu się do Ciebie, jesteś kobietą, a nick brzmi „męsko”) – uważam, że cierpienia nie da się „zrozumieć”. Jasne, że włącza sie mechanizm obronny w postaci racjonalizacji: każdy doświadczający cierpienia pragnie je jakoś usankcjonować, szuka jego przydatności, skoro nie może się go pozbyć. Powstają wtedy koncepcje typu:”cierpienie drogą do Boga”, „cierpienie uwzniośla” itd. Ale to tylko nasze próby usprawiedliwiania istnienia zła.
    Przykro mi, ale Mello(podobnie jak Coelho) nie jestem już w stanie czytać – taka zawoalowana propaganda chrześcijańska(właściwie katolicka) ubrana w maskę niby-filozofii tylko mnie drażni. Czytał to mój syn, początkowo zachwycony, potem coraz bardziej krytyczny, w końcu zniesmaczony(nie próbowałam wpływać na jego opinię, obserwowałam tylko korelację między jego dojrzewaniem i wzrostem niechęci do takich książek). Co ciekawe – obaj autorzy zyskali ogromną popularność – w Polsce. Aż tak dużą – tylko u nas. Wolę Teilharda de Chardin(wciąż nie rozumem, czemu pisma akurat tego filozofa katolickiego nie tylko nie znalazły uznania w oczach Watykanu, ale papież nawet przed nimi ostrzegał, i to na początku swojego pontyfikatu) czy choćby Tischnera(również przez władze kościelne nie lubianego – Kościół nie przepada za własnymi filozofami, chuba że to św.Tomasz lub jego współcześni epigoni).

  19. poltergeist666 Says:

    Napisałaś: „każde cierpienie – bez wyjątku (…). Cierpienie fizyczne, zwykły ból, daje organizmowi sygnał, że coś jest nie tak. Ból jest sygnałem ostrzegawczym, generuje proste łuki odruchowe, pozwala zareagować itp. Ból budzi strach – cierpimy wtedy psychicznie. Nawiązałaś do religii – nie jesteśmy w Raju, jesteśmy na Ziemi. Niektórzy nazywają obecne życie czyśćcem. Jeśli będziesz dobra, trafisz do Raju, krainy wiecznej szczęśliwości. Jeśli nie będziesz dobra, trafisz do piekła, miejsca wiecznego cierpienia. Ból i cierpienie bywa „narzędziem zastraszenia”, któremu wielu się poddaje. Odporność na ból, każdego rodzaju, jest osobniczo zmienna, jak i poziom empatii. U niektórych nie ma go wcale, inni zaś cierpią za miliony i nie jest ważne, czy te miliony tego chcą, czy nie chcą. Cierpienie, bohaterstwo, empatia, zrozumienie innych, bieg przez płotki z pomocą doraźną – to takie sztandarowe hasła, które pozwalają poczuć się lepiej zarówno cierpiącemu jak i niosącemu współczucie. Jednak próg bólu jest różny dla każdego, bywają i tacy, którzy kochają bóle swoje i cudze nie mogą bez nich żyć. Ból był, jest i będzie, nie zniknie, jeśli nauczymy się go ignorować, może być tylko inaczej odczuwany.

  20. defendo Says:

    Teraz sprawa Jana Pawła II(radzono mi „nie ruszać świętości”) – ciekawe, jakie to przemiany zapoczątkował w Kościele, Anonimie? Moim zdaniem był typowym konserwatystą, skoncentrowanym na trwałości i niezmienności właśnie. Nie twierdzę, że to było złe dla tej instytucji. Nie wiem też, czy było dobre. Nie widzę ani jednej reformy – bo nie można nazwać reformą wyświęcania na biskupów ludzi nie-białych, zmiany formy kontaktów z mediami, pielgrzymowania itd.
    To nie jest tak, że uważam go za kogoś, kto źle zarządzał powierzoną mu instytucją lub że był człowiekiem niegodnym szacunku. Przeciwnie.
    Jestem po prostu krytyczna. Doceniam jego niezłomną postawę wobec kary śmierci(czciciele JPII w Polsce są akurat jej zwolennikami – w większości, najwięcej przeciwników wśród ateistów, zastanawiające, prawda?), jego wrażliwość na sprawę nierówności społecznych(wyraźnie widać słabo tylko maskowaną niechęć do kapitalizmu i gospodarki wolnorynkowej), wysoko cenię niektóre encykliki, np.”Laborem exercens”, „Sollicitudo rei socialis”, część tez zawartych w „Evangelium vitae” itd. Bardzo ważny był też jego ekumenizm – potwierdzany zresztą symbolicznymi gestami(również w Polsce niepopularny). O wiele gorzej wyglądała natomiast jego nieumiejętność nawiązania dialogu z ateistami i brak wsparcia dla tych ludzi Kościoła, którzy próbują to robić(obecny papież jest w tej sprawie bardziej aktywny).
    Nie próbowałam tu oceniać jego pontyfikatu – dostrzegłam tylko pewną próżność człowieka, który mając na ziemi wszystko – ogromną władzę, jedyną władzę autorytarną(współcześnie) ma tak wielką skalę, zapragnął własnej świętości po śmierci. Jego „Łaskawa zgoda”(jak powiedziała Katjusza) na objawy kultu za życia była tej próżności wyrazem. Ci, którzy deklarują największe uwielbienie dla papieża, nie są na ogół w stanie wymienić a vista ani jednej jego myśli, ani jednej koncepcji. Zapytani o reformy w Kościele, które zapoczątkował – milkną. Mówią o niezłomnej obronie życia poczętego – łatwo zapominając o jednoczesnej niezgodzie na antykoncepcję(z której sami w większości korzystają), a przecież jego zakaz używania prezerwatyw zaowocował m.on. wzrostem zachorowań na HIV w pośpiesznie i skutecznie ewangelizowanej Afryce. Łatwo było przekonać niewykształconych ludzi, że wirus przenika przez gumę. Sadzę, że jest współodpowiedzialny – w pewien sposób – za tragedię tych ludzi, również dzieci, które rodzą się już zakażone. Jasne, że jego stanowisko w tej sprawie było zgodne z doktryną, ale wystarczyłoby tak silnie nie podkreślać zakazu, nie kierować go tak sugestywnie bezpośrednio do afrykańskich wiernych. Nie umiałam również zaakceptować jego nawoływania do zgwałconych podczas wojny w Kosowie kobiet, które w wyniku gwałtu zaszły w ciążę, o niedokonywanie aborcji. Ani apoteozowania postawy kobiety, która urodziła wiedząc, że w wyniku porodu umrze(w dodatku jej historia stała się historią medialną). Ani zamiatania pod dywan skandali związanych z księżmi-homoseksualistami, wykorzystującymi młodziutkich chłopców. Dla jasności – nie mam nic przeciw księżom-gejom, ale uważam, że wykorzystywanie przewagi(jakiejkolwiek) do wymuszeń seksualnych jest przestępstwem.
    Wg badań odsetek homoseksualistów wśród ludzi(wśród zwierząt też występuje w mniej więcej takiej samej skali, przynajmniej wśród ptaków, bo wyniki tych nadań opublikowano) jest stały i wynosi około 5 %. Wśród księży jest zdecydowanie wyższy – może pora pomyśleć o zniesieniu celibatu, a wtedy wszystko wróci do normy?
    Nie jestem bezkrytyczna – również wobec tych, których uznaje się za autorytety moralne. I nie zamierzam za to przepraszać. Jestem jednak otwarta na argumenty. Nie na ataki personalne – z nimi polemizować nie zamierzam. Moje oceny – jak widać – uzasadniam. Chętnie przyjrzę sie ocenom przeciwnym – również uzasadnionym.

  21. defendo Says:

    Poltergeiście – jasne, że nieodczuwanie bólu jako takiego jest chorobą, groźną dla życia, niby banalne zapalenie wyrostka robaczkowego może kogoś takiego uśmiercić na skutek braku sygnału – czyli bólu. Mówiąc „ból” miałam na myśli nie krótkotrwałą boleść, ale coś, co powoduje cierpienie – nie tylko fizyczne.
    Piekła nie ma – wszak Bóg(jeśli jest) – jest dawcą tylko dobra, sam jest nieskończonym dobrem i miłosierdziem – może więc jest zatem tylko Raj?
    Podoba mi się Twoje spostrzeżenie, że można kochać cudzy ból – dzięki, nie zwróciłam uwagi na taką możliwość, a to rzeczywiście zdarza się, nie tylko sadystom…

  22. poltergeist666 Says:

    Nie wszystkie boleści są krótkotrwałe, wiem co miałaś na mysli. Na szczęśliwość i euforię, musi być antidotum w postaci bólu i cierpienia. Chodziło mi o równowagę w przyrodzie. To, że nie mamy na coś antidotum, nie znaczy, że go nie ma wcale. Świat trzyma się „w kupie” dopóki jest w równowadze. Jeśli jakiś czynnik wysunie się na prowadzenie – będzie wielkie bum! Samo dobro, bez zła, czym by było?

  23. defendo Says:

    Przyroda nie zna pojęcia dobra czy zła. Śmierć antylopy w paszczy lwa nie jest ani zła, ani dobra. Rozkwitanie i więdnięcie kwiatów nie jest też dobre ani złe. I śnieg, wybuch wulkanu, upadek meteoru tunguskiego, przypływ oceanu.
    Warunkiem trwania świata nie jest wartościowanie i równoważenie się wartości. Przed wielkim bum! wykup d w a miejsca w loży i zaproś mnie ;)

  24. poltergeist666 Says:

    Przyroda to czuje, „czuje pojęcia”, ktore my ludzie nazwaliśmy, nadaliśmy im imiona, określiliśmy ich charakter. Przyroda po prostu jest nie musi niczego definiować. To ludzie mają konieczność definiowania zjawisk. To ludzie nad zjawiskami się roztrząsają. To ludzie próbują ingerować w przyrodę, a ona tylko próbuje wracać do swojej równowagi, reagując czasem zbyt gwałtownie. Przyroda była zanim pojawił się człowiek, będzie także po jego zniknięciu – nieco może inna, niż ta, ktorą znamy, ale będzie.

  25. defendo Says:

    Nazywanie jest oswajaniem. W chaotycznym świecie próbujemy poukładać sobie wszystko. Żeby nie oszaleć. Tworzymy stereotypy – bo są konieczne. Przesądy – bo nas chronią. Kreujemy – uważając się za równych absolutowi.
    Pewnie tylko kreatywność nas od zwierząt różni…

  26. poltergeist666 Says:

    Mam rozumieć, że jeśli nazwę coś, czego nie znam, jeśli nadam mu imię, przestanę się tego bać? To coś stanie się dla mnie przyjazne, bo nazwane? Chaos nie jest wymierny, dla każdego znaczy coś innego. Nie uważam się za równego absolutowi. Nie mam autorytetów. Nie określiłem absolutu, nie zdefiniowałem go w moim słowniku. ;)

  27. defendo Says:

    Pokochasz nawet – nazwanie to złamanie pieczęci. Wiesz to równie dobrze jak ja. Co nie znaczy, że nie stanie się źródłem niepokoju.

    A kreatywność ludzi jest ogromna – szczególnie w zakresie broni i narzędzi pracy. I narzędzi pracy, które stają się narzędziami walki.

  28. poltergeist666 Says:

    Widzisz, wszystko można sprowadzić do pieniądza, na wojnach zarabia się najwięcej, podobno. Wojna jest też cierpieniem, idąc tym tokiem rozumowania – zarabiamy na cierpieniu innych, tłumacząc to własną kreatywnością.
    Co do kochania, jestem ostrożny w tego rodzaju oswajaniu zjawisk. ;)

  29. defendo Says:

    Nie wszystko. Inaczej nie byłbyś ostrożny ;)
    Wojna jest niszczeniem – jak każda instytucja społeczna, która ma charakter przejściowy(okresowy) i w tym jest podobna do instytucji święta. Tyle że święto przywraca porządek „sprzed”, po wojnie do dawnego porządku wrócić nie można. Kreatywność zawsze łączy się z radością i cierpieniem – równolegle. Tak myślę.

  30. poltergeist666 Says:

    Tia, gdy jestem kreatywny, ktoś cierpi, gdyż chce mnie w tym dogonić? :P

  31. defendo Says:

    Służę brakującym skrzydłem… ;)

  32. poltergeist666 Says:

    Latanie z obcym, zapożyczonym skrzydłem powoduje niestabilny lot. Ten zaś może skończyć się katastrofą i spowodować cierpienie innych, zupełnie niepotrzebnie. ;)

  33. defendo Says:

    Wcale nie zapożyczonym, a uzupełniającym, nikt nie ma dwóch. Cierpienie innych(jakichś innych) i tak zawsze spowoduje. Może skończyć się katastrofą – ale też radością. Nie każdy Ikar spada…

  34. Elżbieta Says:

    Defendo,nikt nie wie o cierpieniu,dopóki sam przez nie nie przejdzie..i przeżywa je w ciszy…cierpienia się nie zważy…i jest ono dla każdego jedyne…ale mimo wszystko..uśmiech na twarzy jest namilszy..:))

  35. zenforest Says:

    defendo : „Przyroda nie zna pojęcia dobra czy zła. Śmierć antylopy w paszczy lwa nie jest ani zła, ani dobra. Rozkwitanie i więdnięcie kwiatów nie jest też dobre ani złe. I śnieg, wybuch wulkanu, upadek meteoru tunguskiego, przypływ oceanu.
    Warunkiem trwania świata nie jest wartościowanie i równoważenie się wartości. Przed wielkim bum! wykup d w a miejsca w loży i zaproś mnie ;)”

    Ja jak najbardziej się uważam że to co my nazywamy złym jest względne – bo np to co nie jest zle dla fanatyków religijnych, jest złe dla nas – albo jedzenie mięsa wieprzowego jest złe dla przedstawicieli niektórych religii, a dla innych nie jest złe… – dlatego ja również uważam że to jest płynne i nasz umysł decyduje czy coś jest złe czy nie. My wybieramy. My nakładamy sobie taką siatkę oceny na rzeczywistość.
    Popatrzcie – jeśli ocenimy nasze cierpienie nie jako”zło” tylko jako coś naturalnego, coś co się wydarza – nie jest ani karą ani nagrodą, jest czymś neutralnym, (lub może być wykorzystane do nauki, pogłębienia wiedzy o sobie) – wówczas część udręki ustępuje….
    Pojawia się ulga.
    Wtedy człowiek przestaje płakać i krzyczeć do nieba wołając :”Za co boze, za co?!!”. Osiąga większy spokój w sobie, akceptację…

  36. zenforest Says:

    miało być : „ja jak najbardziej uważam ” proszę o korektę moderatorską :)

  37. defendo Says:

    Zenforeście – korekta niemożliwa, bo nie umiem jej zrobić. Technicznie to ja jestem nieporadna. :)
    Właśnie na tej względności być może spróbuję oprzeć dalsze rozważania – publiczne. Zapraszam zatem do następnych rozmów. Wciąż uważam, że teksty notek są zaledwie pretekstami – to, co najważniejsze, dzieje się tutaj właśnie – w komentarzach. Nie ukrywam, że mnie niezmiernie cieszy możliwość rozmowy z Wami. To zaszczyt i przyjemność.

    Elżbieto – każdy doświadcza swojego cierpienia, ale właśnie na to nie umiem się zgodzić: na usprawiedliwianie go i uzasadnianie. Myślę, że to rodzaj balsamu, kładzionego na ranę, żeby sobie ulżyć, a ją zasłonić. Jakby dzięki temu przestawała istnieć.

  38. Elżbieta Says:

    Defendo,cierpienia nie trzeba usprawiedliwiać,ani uzasadniać..ono jest nierozłączne z zyciem ludzkim…czy tego chcemy,czy nie…a juz na pewno nie jest balsamem…i tylko życzyć wszystkim,aby jego nie musieli doświadczać..:))

  39. zenforest Says:

    Elżbieto – myślę że defendo ma pogląd bliski Twojemu to raczej ja miałam inne zdanie :)
    Ja na moim cierpieniu wiele się nauczyłam (starałam się bardzo autorefleksyjnie podchodzić do każdej przykrej, bolesnej sytuacji, także zdrowotnej) – i wzmocniłam się dzięki tym doświadczeniom, dojrzałam jako człowiek i kobieta.
    „Co mnie nie zabije, uczyni mnie silniejszym” – ale pod jednym warunkiem.
    Że konstruktywnie wyciągnę wnioski, ze zauważę moje błędy. Inaczej będę obracała się w kołowrocie frustracji. „Czemu, czemu czemu?”. I faktycznie, cierpienie może wtedy uczynić człowieka jeszcze bardziej rozbitym i zagubionym… :(

  40. zenforest Says:

    defendo
    Ja również myślę że ciekawe piszesz posty, przyciągające uwagę ludzi zachęcające do dyskusji, gratuluje! Życzę takich postów więcej. Ja sama lubię rozmawiać nie tylko w kółeczku TWA ale właśnie wśród ludzi o zróżnicowanych poglądach.

  41. poltergeist666 Says:

    Ja bardzo Panie przepraszam, ale dziś nie cierpimy, dziś mamy pecha. ;)

  42. Elżbieta Says:

    Poltergeist…i obyś nigdy nie cierpiał…chyba,że lubisz samobiczowanie..:))
    a pecha…mamy faktycznie…nie lubię…zimy..w takim wydaniu…:))

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: