Posty oznaczone jako ‘różnica między pornografią a erotyzmem’

Erotyzm i pornografia

Kwiecień 19, 2008

Tadeusz Boy-Żeleński sto lat temu napisał:
„Że ten język najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki.(…)
To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to – nie ma wyrażenia,
O tym – w Polsce się nie mówi!(…)
Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!(…)
Ludziom trzeba tak niewiele.
By na ziemi niebo stworzyć -
Lecz wykrztusić jak: – Aniele,
Ja chcę z Tobą „cudzołożyć”!?
Jak wyszeptać do dziewczęcia:
- Chcę „pozbawić cię dziewictwa”…
Nie obawiaj się „poczęcia”,
Kpij sobie z „ja-wno-grzesz-nic-twa”!
A przodkowie potrafili jednak. Wystarczy poczytać listy Sobieskiego do Marysieńki, przez tegoż Boya opracowane i niewykastrowane przez cenzurę kościelną. Te „konfitury”, te „słodkości najmilejsze”. Cenzorzy zresztą skompromitowali się okrutnie, pozostawiając fragment, w którym Jan dziękuje ukochanej za bransoletkę uplecioną z włosów, jaką od niej otrzymał. Wzięli to za dowód romantycznej miłości, czystej i niewinnej. Bo nie doczytali, skąd rzeczone włosy pochodziły, a one z łona lubej wzięte zostały.
Jakże często pisarz czy tłumacz, by „nie obrażać moralności” i uniknąć wulgarności, używa terminów medycznych, wpadając przy tym w pułapkę śmieszności. Wyobraźmy sobie taką balladę Burnsa, opowiadającą o rzetelnym, jurnym rżnięciu, kiedy nadpoprawny translator mówi o „kopulacji” z rumieńcem zażenowania(może to stąd wzięło się włoskie „traduttore tradittore” – tłumacz zdrajcą?). Tak wyedukowane pokolenia, miast mówić pięknie i dorzecznie, pytały swoje bogdanki: „Jakże będzie, względem tego, co i owszem?”
Nie bez powodu mówię o języku, bo język uważam za narzędzie poznania. Dosłownie i w przenośni. Może służyć do poznawania smaku skóry partnera(partnerki), do pieszczot, ale też – opisując świat – stwarza go każdemu z nas. Każdemu nieco lub całkiem inny. Większość funkcjonujących w nim pojęć jest jednak podobnie rozumiana. Niewiele jest takich jak „pornografia” i „erotyzm”, tak bardzo ze sobą związanych i o tak szerokich zakresach, że każdy ustala je sobie indywidualnie. W dodatku zakres ten zmienia się wraz ze zmianą obyczajów, a te wciąż ewoluują, wbrew konserwatystom moralnym.
Trafiłam na definicję, podaną przez „Sexuologia Lexikon” z 1961r., której autorzy nie mieli wątpliwości: „Z erotyzmem mamy do czynienia, kiedy sprawy emocji seksualnych komunikowane są za pomocą sugestii, aluzji i symbolu, a kiedy seks zostaje obnażony w sposób bezpośredni, naturalistyczny i obsceniczny, wówczas mamy do czynienia z pornografią”. Wydaje mi się, że już wtedy ta definicja nieco archaiczna była. Poza tym jest obarczona poważnym błędem – zawiera element oceny. Rysunki Picassa, które z wyraźnym upodobaniem tworzył, a na których w rolach głównych występuje malarz i modelka, wg cytowanej definicji są pornografią w czystej postaci. Dziś ta słownikowa definicja sprzed niecałych pięćdziesięciu lat byłaby nie do przyjęcia dla większości z nas. Tak jak jest dla mnie nie do przyjęcia ta, którą podaje „Popularny słownik wychowania prorodzinnego i seksualnego”, chociaż jej współautorem jest ceniony przeze mnie Zbigniew Lew Starowicz: „Pornografia – teksty, rysunki, fotografie i inne formy twórczości, których świadomym i podstawowym celem jest wywołanie podniecenia seksualnego u odbiorcy”. Przyjęcie takiej definicji spowodowałoby wycięcie słynnej sceny z „Gildy”, w której Rita Hayworth zdejmuje rękawiczkę. Większość filmów należałoby na śmietnik wyrzucić, bo mnóstwo scen „niewinnych” ma widza podniecić, zresztą po to przyszedł do kina. Może „Terminator” by się ostał jeno, jak sznur, na którym należy „umoralniaczy na siłę” powiesić. Bo i w słynnym i starym „Męczeństwie Joanny d’Arc”(zrealizowanym w Hollywood) nie brak erotyzmu. Święta biustonosz nawet nosi. Nagie plecy Marlona Brando w „Tramwaju zwanym pożądaniem” nożyce cenzora powinny wyciąć bez chwili wahania.
Pornografia jest zakazana w wielu krajach, w innych jest reglamentowana. W internecie każdy może sobie pooglądać. Śmieszne są pytania, kierowane do internauty, czy na pewno ma 18 lat. Śmieszne jest to, że ponieważ umieszczam w bloxie erotyki, muszę opatrzyć swój blog zastrzeżeniem, że nieletnim go czytać nie wolno. Śmieszne, że moje „smoczki” zostały uznane przez niektórych za rysunki nieprzyzwoite i niemoralne, w myśl zasady „nie uchodzi, moja pani, nie uchodzi…” tudzież innej: „szanująca się kobieta nie powinna(tu lista niepowinności)…”, a najlepiej, żebym buzię w ciup, a ręce w małdrzyk i za matronę robiła. A ja za nikogo robić nie chcę, bom leniwa i moje nogi fatalnie wyglądają w midi(nie ma chyba gorszej długości, zakonnice powinny mieć ja nakazaną, jako totalnie aseksualną, bo suknie do kostek obiecują tajemnice ciała odkrywcom powoli poznawać, jest w nich coś kuszącego). Śmieszne, że w pokojach czatowych dorośli (bardzo dorośli, bo kilkudziesięcioletni) ludzie nie mogą sobie swobodnie porozmawiać o tym, co – nie da się ukryć – bardzo ich rajcuje, bo administratorzy ich wyrzucą – jak niesforne dziecko z piaskownicy, a niań, troszczących się o ten fragment moralności tam dostatek. Śmieszne – ale też dość obrzydliwe – jest to, że cytując Borgesa muszę pomijać „kurwę”, której użył był dosłownie i w przenośni jego bohater. Metoda nieegzekwowalnych – w praktyce – zakazów jest w ogóle śmieszna, bo nieskuteczna. Ośmiesza zresztą zarówno samą siebie jak i swoich twórców.
Smutne natomiast jest to, że wychowaniem seksualnym w szkołach zajmują się katecheci. To już nie jest śmieszne. Że zaczynają swoją pracę uświadamiającą wykonywać na podopiecznych, którzy inicjację już mają za sobą, a pigułki i prezerwatywy na nocnych stolikach nie kładą i w kieszeniach nadal nie noszą. W przeciwieństwie do papierosów czy puszki z piwem, bo te mają przy sobie niemal zawsze(to wiek próbowania, wszystkiego, zwłaszcza tego, co zabronione – i to jest naturalne, drodzy katecheci). Bzdurzenie o szkodliwości lateksu i jego negatywnym wpływie na potencję jest domeną tych „naprawiaczy dziecięcych dusz”. Mówienie nie wprost, a gadanina o „zapieczętowanej tajemnicy kobiecego łona” jest charakterystyczna dla tych, którzy wstydzą się własnego i cudzego ciała, a seks uważają za zło konieczne. Konieczne do prokreacji. Problem z mówieniem – taktownym, nie ordynarnym, ale i nie idiotycznie zawoalowanym motylimi i pszczelimi skrzydłami – o sprawach ciała i seksu  jest dość powszechny. Nie tylko u nas. Kiedy Anglicy chcieli propagować w Indiach  świadome rodzicielstwo, rozdawali prezerwatywy, informując, że dzięki nim dzieci się rodzić nie będą. Hindusi wzięli chętnie, ale środek nie spełnił zadania, więc zaczęto szukać przyczyn. Okazało się, że mieszkańcy „perły w koronie” położyli środek antykoncepcyjny na domowych ołtarzykach i… modlili sie doń, jak do bóstwa, które miało zapewnić im „niepoczęcie”. Bogini Pruderia zakneblowała Anglików – zabraniając zademonstrowania sposobu użycia, choćby na kiju od miotły(może to i lepiej, bo tak pouczeni mogliby rzeczywiście kije ozdobić gumkami).
Bogini Pruderia rządzi sobie w najlepsze. Wszechobecna dulszczyzna ma się w Polsce nieźle i coraz lepiej. Tyje i panoszy się. Co jakiś czas wrzeszcząc w obronie życia niechcący napoczętego  i skrzętnie zamiatając pod dywan własny udział w tym akcie, choćby w postaci odcinania młodzieży od rzetelnej informacji.
Wulgarności nie cierpię. Ale dla mnie wulgarność to pospolitość. To te armie białokurteczkowych dziewczyn, klnących na czym świat stoi i tłukących się po buźkach, bo na którąś spojrzał chłopak, a nie miał prawa, bo „mój ci on, mój” i plujących pod nogi własne i przechodniów pestkami słonecznika. Soczyste przekleństwo wyrywające się z ust kogoś, kto nie zdzierżył, słuchając kolejnego popisu Pospieszalskiego(który wie, że „warto rozmawiać” publicznie ze sobą samym i swoimi zwolennikami) lub kto odczuł na własnej skórze skutki kolejnego zakalca prawnego upieczonego przez władze – nie razi mnie zupełnie. Ani powieść Rotha.
A pornografia? Moim zdaniem też jest wulgarna. Więc nie akceptuję. I wiem, że była, jest i będzie, dopóki będzie na nią popyt. Bo jest najzwyczajniej w świecie potrzebna. Różnym ludziom i z różnych powodów. Bywa nawet zalecana przez część seksuologów niektórym pacjentom. Dorosły człowiek, który ma udane życie seksualne, nie potrzebuje jej, chociaż pewnie od czasu do czasu zerknie, choćby z ciekawości. W większych dawkach jest jednak niestrawna, choćby ze względu na monotonię. Można lubić kawior, ale jedzony na śniadanie, obiad i kolację – zemdli.
Podoba mi się quasi-definicja Borowczyka: „Wszystko, co piękne, na pewno nie jest pornografią”. Podoba mi się jako bon mot. Ale rodzi pytanie o definicję piękna… Jednak jeśli przyjąć, że każdy ma swoją, to jest bardzo sensowna. Tylko co zrobić z tymi, którym podoba się Doda siedząca na grzbiecie jelenia na rykowisku?

Wiem, że tematu nie wyczerpałam. Ale najpiękniejsze akty seksualne, te strzeliste, jak modlitwa, nie wyczerpują, tylko rodzą kolejną modlitwę, prośbę o jeszcze. Nie łudzę się, że zostanę poproszona o kontynuację. Mimo to jeden z kolejnych tekstów poświęcę erotyce w filmie. Bo kto mi zabroni?


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.