To nie nowy wpis

kwiecień 2, 2008 by defendo

…tylko uwaga techniczna. Dałam się sprowokować, ale mam pełną tego świadomość. Mam dość tego, że niektórzy próbują mnie w sieci “przedstawiać’ i “przestawiać”. Jako:
- matronę(poczekam z tym do czasu , aż utyje i zgłupieję na tyle, żeby poczuć się wyrocznią i zacząć umoralniać)
- wulgarne babsko(podszywanie sie pod moje tlenowe nicki i ordynarne posty na na forach)
- zramolałą półidiotkę(”starszą panią” zostanę kiedyś z przyjemnością, ale raczej nie zasłużę sobie na miano “sympatycznej”)
- starą pannę omszałą i zmurszałą jak pień
- przemądrzałą, samotną jędzę
- typowy przykład kogoś pozbawionego poczucia humoru(”nie zauważyli” wpisów w kategorii “życie bywa zabawne”, bo im nie pasowały do wizerunku tworzonego na użytek podskoków w rankingu; podskoki często bywają mylone z przedagonalnymi drgawkami, a uśmiech zawistnych kobiet to raczej trissmus niż grymas zwiastujący życzliwą radość)
- samotną, niedopieszczoną i złaknioną byle kogo(zapewniam, że trudno mnie zdobyć, ale to nie znaczy, że nie bywam kochana)
- mają na mnie jeszcze ze sześć innych pomysłów.

W związku z tym, że za daleko zaszły te dziwaczne próby zabawy moim kosztem - publikuję w moim drugim blogu szkic mojego wizerunku. Odsłaniam twarz i nie tylko twarz. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem: “jesteś taka, jaką Cię widzą inni i tylko taka”, bo podobne mniemanie wpędziłoby mnie w schizę. Nie stracę poczucia autotożsamości, bo wiem, czym to grozi. Nie chcę pseudoreklamy, która zwiększy statystyki mojego blogu - nie zależy mi na liczbie odsłon czy kliknięć, ale bardzo zależy mi na moich Czytelnikach. Wcale nie uważam, że ilość równoważy jakość, chyba że u ryb, gdzie masa ikry umożliwia przetrwanie gatunku. Nie jestem piękna i młodziutka ani stara i brzydka. Jestem zwyczajna. I tyle.

Pokazuję język tym, którym wydaje się, że mnie dobrze znają, chociaż nigdy nie spotkali mnie realnie. Tym, którzy sądzą, że umieją czytać ze zrozumieniem, a robią to tylko po to, żeby pozbawić moje frazy kontekstu i wydziwiać nad ich nieczytelnością. Tym, których drażni to, że lubię metafory, że czytam nie tylko blogi i program TV, że korzystam z wiedzy, przetwarzając ją i uzupełniając. Tym, którzy chcieliby mnie widzieć nobliwą i bez skazy, bo mi rzekomo “nie wypada” żartować i pisywać erotyków. Tym, którzy próbują mi implantować swój własny, jedynie słuszny system wartości, zaczynając wypowiedź od: “szanująca się kobieta nie powinna…”. Kiczowielbicielom. Tym, którzy zdystansowali sie tak bardzo do netu(i zapewne realu), że są zimni jak pięty nieboszczyka, a jedyne uczucia, jakie czasem nimi miotną to złość i nienawiść. Niewyraźnym - którzy wolą nie zajmować stanowiska, bo - nie daj Boże - ktoś się oburzy, a oni wolą się nie narażać. Tym, którym mózgi sfosylizowały sie dawno i przybrały kształt kryształowych, niezłomnych zasad, których zbiór zatytułowali “wiem swoje”. Słodziusienieczkim i bezmyśłnym motyluniom, bezmyślnym do bólu trzewi własnych i słuchacza.
Dziękuję tym, którzy chcą rozumieć, potrafią się uśmiechać, nie zgadzają sie ze mną, ale umieją powiedzieć, dlaczego. Tym, którzy podejmują dyskusję, którzy chcą mi coś powiedzieć. Tym, którzy oddzielają mój pogląd ode mnie samej - i walczą tylko z nim. Tym, którzy udzielają mi pomocy niepierwszej i pierwszej. Tym, którzy przychodzą w odwiedziny, bo wiedzą, że czeka tu na nich wygodny fotel. Nawet jeśli mają ochotę tylko pomilczeć.

Kultura elitarna - kultura masowa (kilka beztroskich uwag)

marzec 29, 2008 by defendo
Pierwsza

Kiedy właściwie narodziła się popkultura? Czy grafitti na ścianach Forum Romanum wykonane w czasach starożytnych są jej przejawem? Chyba nie - to tylko dowód wandalizmu, chęci naruszenia piękna zbyt czystego, zbyt doskonałego. Średniowiecze? Przepiękna bazylika w Vezelay budziła jednakowy podziw pielgrzymów, mówiła do nich językiem płaskorzeźb i rzeźb, który był przez nich odczytywany tak samo. Nie wiem, kiedy powstała, ale w romantyzmie już widać wyraźny podział. Poeci czerpią z kultury ludowej jak z nowego, nieznanego salonom źródła.
Druga
Kultura wysoka zawdzięcza swoje istnienie popkulturze. Gdyby nie ona - nigdy nie nabrałaby przekonania o swojej “wysokości”; trwa poprzez kontrast z tym, co wulgarne i pospolite. A jeśli tak - to zawdzięcza swoje istnienie właśnie “majteczkom w kropeczki”(istnienie zawdzięczamy rodzicom, więc “majteczki” są ojcem i matką kompozycji Góreckiego). Kolejna implikacja tego założenia: elitarni twórcy nie mogą być wobec masowej kultury obojętni, wciąż uwikłani w swoistą grę - od flirtu po potępienie.
Trzecia
Popkultura korzysta z mitów i archetypów, ale zmienia ich istotę - karę, która spotyka bohaterów. Happy end za wszelką cenę. Nawet kiedy Orfeusz odwróci się patrząc na Eurydykę nadleci Batman, żeby ją uratować w ostatnim momencie. Odbiera mitom i symbolom ich wieloznaczność, krzyż w “Pasji” traci znaczenie symbolu kaźni, staje się jej narzędziem. Tylko narzędziem.
Czwarta
W niepewnym świecie, w którym ideologie i religie tracą moc - w którym człowiek nie ufa ani politykom, ani księżom, ani rodzicom, nie wierzy filozofom ani wyroczniom - pozwala ma skoncentrowanie się na swoich emocjach jako jedynym pewniku. Popkultura karmi te emocje, każąc śmiać się z Kiepskich, chociaż to krzywe lustro, w którym odbija się twarz przeciętnego widza. Każe płakać na melodramatach, bać się o bohatera filmu akcji, z wygodną pewnością. że nie może on zginąć(zresztą można wcześniej przeczytać streszczenie). Popularność piłki nożnej jest chyba najlepszym dowodem - ważne kto i w jakim stylu wygra, a namiętności, jakie budzi mecz są odwieczne: “nasi” i “obcy”, “wojna zastępcza” - konieczna jak powietrze mężczyznom pozbawionym dzid, ale uzbrojonym w kije i noże.
Piąta
Czy możliwe jest mieszanie się kultury masowej z elitarną? Źle postawione pytanie - oczywiście, że możliwe, ale z jakim skutkiem? Czy popkultura próbując wznieść się w górę nie straci najważniejszego - masowego odbiorcy? Czy twórca zniżający sie do poziomu przeciętnego człowieka nie zatraci swojej finezji? Kiedy prosty język staje się prostacki? Język jest wszak narzędziem poznania. Która metafora jest trafna i zrozumiała, ale jeszcze oddaje istotę rzeczy?

Potrafię pogodzić się z tym, że znakomity aktor gra w serialu, bo może uczynić go po prostu lepszym, nie tracąc twarzy(wspaniały Holoubek w “Opowiadaniach profesora Tutki”), nie umiem zaakceptować decyzji Zanussiego o zaangażowaniu Dody do jego filmu, to jakby postawić ją w jednym rzędzie z Komorowską i Zapasiewiczem. Można człowieka wytresować, ale nie można mu nadać tego wewnętrznego blasku, który płynie z namysłu. Metafizyczny temperament nie jest cechą wszystkich ludzi.

“Weź kopę jaj i postaw dziewkę, aby ucierała…”

marzec 23, 2008 by defendo

Kiedy mowa o ostatecznych argumentach, oczyma duszy widzę scenę z “Ojca chrzestnego” - pamiętacie tę odciętą głowę ukochanego wyścigowego konia w łóżku bohatera?

Dziś trafiłam przypadkiem na “Kalendarz Polski i Ruski” Stanisława Duńczewskiego z lat 1747, 1752, 1761, 1763, niestety - zaledwie fragmenty, a szkoda, wspaniale się czyta doskonałe rady, zwłaszcza zalecenia medyczne. Mam te fragmenty w postaci fotokopii. Duńczewski, astronom, Doktor Praw, Geometra Przysięgły Trybunału, Doktor Filozofii(jak sam się przedstawia), związany z Akademią Krakowską i Zamojską pisywał dla braci-szlachty kalendarze, które były kompendium ówczesnej wiedzy, internetem dla bogatszych, bo ich zawartość była szalenie różnorodna.

Taki przepis podaje na przekonanie niedowiarka do możliwości zmartwychwstania:

“Kurę opić gorzałką, żeby się oskubać dała, głowę jej między skrzydła włóż. Rozbij 8 żółtków z jaj, maść nimi po wierzchu kury niegrubo a równo, przytknij do ognia. żeby zżółkniała. Połóż na półmisek i daj do stołu, jak prędko ją widelcem kolniesz, ożyje i uciekać będzie.”

Podobno tego właśnie sposobu użyto wobec Mikołaja Radziwiłła, który natychmiast po ujrzeniu na własne oczy “cudu” udał się do ks.Piotra Skargi, kazał się wypowiadać i wrócił na łono Kościoła katolickiego. Szkoda tylko, że dokonał swoistego auto da fe: kazał spalić na stosie heretyckie księgi, a bibliotekę miał ponoć bogatą.

Jeszcze przepis mojej praprababci: “funt orzechów tureckich posiekać drobniutko(nie mieląc - dopilnuj, żeby tak się stało), wymieszać z funtem cukru, wsypać do donicy i ucierać pół godziny, dobrze patrząc, czy ucierająca ma ręce czyste i włosy pod chustką ukryte. Dodawaj do masy po jednemu 18 żółtek. Potem dodać pianę z 10 białek i pół laseczki utłuczonej z cukrem wanilii. Podzielić na dwie części i upiec w dwóch dużych tortownicach. Po wystudzeniu przełożyć masą z żółtek, migdałów i cukru na świeżym maśle(masz to w przepisie na gateau de provence). Dekorować glazurą i posypać drobnymi pistacjami. To na święta, albo dla szczególnych gości. Na podwieczorek dobrze jest podać tymbal z ryżu na araku.”

Ciekawe, skąd wezmę tureckie orzechy? Odziedziczyłam rękopis z poradami i przepisami, ale za nic nie wiem, o jakie funty chodzi(bo różne były), co to jest plombiere i parfaits oraz skąd wziąć zamykaną formę budyniową. Nie wspomnę już o zupie z kardów(w życiu ich na oczy nie widziałam).

Wszystkim serdecznie dziękuję za życzenia - a ze swojej strony życzę Wam cudownej, szczęśliwej wiosny, zdrowia, interesujących rozmów i spotkań, oczarowań i niepokojów…

Całkiem nieważna notka

marzec 19, 2008 by defendo

Większość facetów chce mieć kobietę w łóżku i w kuchni - to zupełnie zaspokaja ich potrzebę posiadania.W gruncie rzeczy nie interesują ich jej poglądy - a najlepiej, jeśli nie ma ich wcale lub powtarza słodkie truizmy w rodzaju “życie jest trudną sztuką” - posiadacz odczuwa wtedy cichą dumę: oto zdobył sobie intelektualistkę. Kluczem jest tu słowo “sobie”. I trwa między nimi cicha, spokojna i banalna miłość. Bezpieczny port.

Są tacy, którzy koniecznie chcą poznać obiekt swojej miłości - wiedzieć o jej myślach, znać najdrobniejsze szczegóły ciała i przeszłości. Sami sobie rozszerzają paletę wielobarwnego cierpienia - każda informacja o niej to obnażenie odrębności jej doświadczenia, emocji, przeżyć. Każdy okruch wiedzy - o którą mężczyzna zabiega - powoduje, że ma on coraz silniejsze uczucie oddalania się od partnerki, więc cierpi. Już zaczyna wiedzieć, że ona nie jest nim, jest osobna. Im bardziej tę osobność dostrzega, tym bardziej się dręczy i zaczyna podejrzewać, że mógłby znaleźć dziewczynę bliższą sobie - w końcu jest ich tyle…To też miłość. Port mniej bezpieczny.

Rzadkość to mężczyzna budujący związek - spokojnie i czule, gwałtownie i zazdrośnie. Nie wystarcza mu łóżko i stół. Godzi się na odrębność swojej kobiety. Chce wiedzieć o niej rzeczy naprawdę ważne - ważne nie dla niego, a dla obojga. Cieszy go jej samodzielność intelektualna, chociaż wie doskonale, że musi ustawicznie być dla niej atrakcyjny również pod tym względem, utrzymywać leciutką przewagę, bo jego dziewczyna umie odejść. Taka para wciąż się wzajemnie inspiruje, a obserwowanie rozwoju partnera-partnerki jest źródłem radości i dumy. To nie port - to żeglowanie na pełnym morzu, lawirowanie wśród raf, ciągłe sztormy. Jednak zetknięcie się takich jednostek może je połączyć w przepiękny katamaran. Sądzę, że to miłość bezwarunkowa, najrzadsza.

___________________________________________________
Słabi mężczyźni poszukują takich kobiet, które by ich wspierały, były opoką. Silni chcą kobiety jak nagrody dla zwycięzcy. Jakie parszywe fatum powoduje, że niemal zawsze słaby dostaje nagrodę, a silny - oparcie?

Atrakcyjność chrześcijaństwa

marzec 17, 2008 by defendo

Każda religia zwalniając od samodzielnego myślenia wymaga w zamian przyjęcia określonego światopoglądu z systemem etycznym, który w niej funkcjonuje. Myślę, że atrakcyjność chrześcijaństwa polega na stosunkowo szerokim jednak[relatywnie] marginesie umożliwiającym dyskusje. Oferuje rytuały narzucone i uświęcone przez ponadosobnicze związanie z tradycją i kulturą superego. A trudno się obejść bez rytuałów - porządkują życie, znaczą jego rytm. I tu zapędziłam się za daleko - problem rytuałów i ich znaczenia jest zbyt skomplikowany, żeby go tu rozwijać. I ma zasadnicze znaczenie - nie sposób go przecenić.
Może więc w kategoriach masy i władzy [ale nie w ujęciu Le Bona]. Masa ma tendencję do wzrastania i jest podatna na emocje. Z masą skorelowana jest władza. Obie wywierając presję na jednostkę powodują odruchową obronę jej tożsamości. W tej sytuacji obroną jest cofnięcie się psychiki pojedynczych członków masy do stadium, w którym symbole miały cielesny wymiar [stąd może kult nie tyle Boga, ile jego wizerunków, różnych "cudownych obrazów"; stąd może mnożenie bytów niby-boskich w religiach monoteistycznych] - to umożliwia
utożsamienie się człowieka z masą i władzą. To z kolei wywołuje uczucie pewnej bezradności niwelowanej przez nadawanie władzy - Kościołowi i wszystkiemu co się z nim wiąże [więc i kapłanom] - jakiegoś nadprzyrodzonego sensu. Bywa, że taki sens nadaje się innej władzy - tak można by tłumaczyć zgodę mas na dyktatury totalitarne [nie tylko przyzwolenie - nawet entuzjazm].

Bóg pod lupą oksfordczyków

marzec 2, 2008 by defendo

“Naukowcy z Oksfordu dostaną prawie 4 mln dol. na trzyletnie badania,
które mają wyjaśnić, dlaczego ludzie wierzą w Boga
Naukowcy z Oksfordu dostaną prawie 4 mln dol. na trzyletnie badania,
które mają wyjaśnić, dlaczego ludzie wierzą w Boga. Pieniądze
zaoferowała Fundacja Johna Templetona, która od lat usiłuje godzić
religię z nauką. Poszukiwaniem źródeł wiary zajmą się
antropologowie, teologowie i filozofowie z oksfordzkiego Centrum
Nauki i Religii Iana Ramseya. - Wiara w Boga jest uniwersalna,
obecna w większości kultur świata, więc być może to ateizm bardziej
wymaga wyjaśnienia - mówi dyrektor centrum Roger Trigg.”

Po tym doniesieniu prasowym - cytuję za “Gazetą Wyborczą” - zaczęła się burza godna Emmy(nie daruję jej tych dachówek, które mi strąciła, wyrzucę jej imię z mojego kalendarza). Obserwowałam dyskusje i zauważyłam pewną prawidłowość - podczas gdy ateiści wyrażali wątpliwość, czy teologowie powinni badać ten problem - bo badać będą niejako samych siebie i zastanawiali się, czy poświęcenie tylu pieniędzy na coś, czego rezultaty są z góry znane, ma sens, to wierzący oczekują “naukowego” potwierdzenia słuszności swoich poglądów. Fundacja Templetona nie jest fundacją neutralną, jest związana ściśle z religią chrześcijańską.
Kościół od wieków starał się powstrzymać rozwój nauki, jeśli zagrażał on kreacjonizmowi, jeśli burzył mit o konieczności istnienia Boga. Wykorzystywał do tego różne narzędzia, walczył mieczem i - o wiele skuteczniej - ogniem, zapalając stosy, na których płonęli ci, którzy mieli odwagę myśleć. Mózg bywa wszak narzędziem niebezpiecznym, jeśli się go używa. Użył go Dawkins, pisząc “Boga urojonego”(ciekawe, czy ta książka jest na indeksie ksiąg zakazanych przez Kościół - sam fakt istnienia tego indeksu jest obrazą dla rozumu). Współczesny Kościół walczy inną, równie skuteczną bronią - pieniędzmi. Przyjrzałam się projektom, których realizację wsparła Fundacja Templetona. Większość z nich nie ma nic wspólnego z nauką. Część jest próbą - co najmniej bezczelną - udowodnienia istnienia Boga przy pomocy eksperymentów naukowych. Bezczelną - bo nawet teolodzy twierdzą, że nie da się zaprzeczyć jego istnieniu poprzez badania - jakże więc można potwierdzić? Każde poważne badanie naukowe musi być poprzedzone postawieniem pewnej hipotezy, którą ma ono potwierdzić lub ją obalić. Obie opcje są równie uprawnione - przynajmniej na początku. Naukowiec - przekonany “święcie” pieniędzmi ze “świętej” instytucji już w fazie formułowania pytań badawczych przestaje być badaczem, stając się narzędziem do udowodnienia “jedynie słusznej” racji.
Nie oburza mnie stwierdzenie Trigga. Może warto dowiedzieć się czegoś o ateizmie, przecież to ateistów trzeba ośmielać, to oni są w mniejszości, narażeni na ustawiczne ataki ze strony tych, którzy swoją religijność łączą z poczuciem misji. A misję pojmują jak pierwsi misjonarze - nawrócić, kogo się da, resztę zniszczyć, a jeśli zdarzy się pomyłka, Bóg i tak rozpozna swoich.
Religia jest użyteczna - nie przeczę. Nie dlatego jednak, że kształtuje moralność - o wiele większy postęp w tym zakresie jest zasługą np.Rewolucji Francuskiej. Moralność nie musi być wynikiem wychowania religijnego, ale tak nauczono wyznawców - i są o tym przekonani(ciekawe, czemu w więzieniach niemalże nie ma ateistów? chyba że to więźniowie polityczni). Moralność otrzymaną z zewnątrz wpojono nam pod nazwą religii - i jesteśmy przekonani, że dzięki niej nie zabijamy i nie kradniemy. A przecież ateiście nie kradną. Nie zabijają, są wrażliwi na cudzą krzywdę itd. Religia jest użyteczna - bo zaspokaja potrzebę, którą ma większość ludzi - oparcia się na jakimś autorytecie. Niewielu jest tak uczciwych, odważnych i ofiarnych, żeby umieć nie tylko wypracować własny światopogląd - oderwany od wychowania(również religijnego), ale go publicznie bronić. Grecy wypracowywali normy moralne - i używali następnie bogów do ich wspierania, nie odwrotnie. Pewnie dlatego właśnie tam - pokolenie po pokoleniu - narodzili się Sokrates, Platon, Arystoteles - tak swobodni, że żaden nie szedł ślepo w ślady mistrza, miał odwagę podważać jego poglądy i tworzyć własny system.
Niech więc oksfordczycy badają, dlaczego ludzie wierzą lub nie wierzą w Boga. Niech korzystają z milionów dolarów. Nie sądzę, żeby powiedzieli coś, co nas zaskoczy, ale dobrze, że będziemy o tym rozmawiać. Rozmowa też wymaga odwagi.

Gra

luty 24, 2008 by defendo

Uwodzenie jest rodzajem manipulacji. Manipulant inscenizuje rzeczywistość, posługując się arsenałem gestów, rekwizytów, rytuałów. W sieć wykreowanej rzeczywistości stara sie pochwycić manipulowanego. Niełatwo ją tak zbudować, żeby pochwycić czyjeś pragnienia, przeczucia, zawładnąć emocjami. Uwodziciel próbuje opanować wewnętrzny świat uwodzonego, który nie jest przecież zbudowany zgodnie z zasadami logiki, dlatego właśnie uwodzenie jest sztuką, która kocha mistrzów i toleruje rzemieślników. Nie znosi zaś partaczy.
Gracz balansuje na granicy fikcji - którą sam tworzy dla granego - i rzeczywistości, świadomie zaciera ich granice. To niebezpieczna zabawa, łatwo stać się granym. Obiektem cudzych zabiegów, którym tak wygodnie się poddać.
Uwodzić można słowem. To właśnie czynią literaci. Pozbawieni możliwości stosowania innych rekwizytów - bo nie zaproszą na wino, nie oczarują odpowiednio dobraną muzyką, nie mogą posłużyć się gestem, bezpośrednim dotknięciem, aromatem kwiatów - stwarzają rzeczywistość przy pomocy słów jedynie, tak uszeregowanych, żeby tworzyły pułapkę dla emocji i myśli czytelnika. To uwodzenie bezpieczne dla manipulanta, ponieważ sam pozostaje w pewnym sensie poza zasięgiem uwodzonego, role nie mogą się odwrócić.
Internet to zmienił.

Blogopisarze wchodzą w bezpośrednie relacje ze swoimi czytelnikami. Rozmawiamy, spieramy się, modyfikujemy teksty i poglądy. Czasem rodzi się między nami intymność - powstaje związek przypominający supeł: kształtujemy kogoś na obraz i podobieństwo własnych wyobrażeń, ale sami - kreatorzy - dostosowujemy się i zmieniamy. Teksty not i komentarzy w blogach są jedynym narzędziem, które służy do cyzelowania znaków. Znaki tworzą sieć, która jednych wabi, innych odstręcza - i takie jest jej zadanie. Piszę nie kłamiąc, nie naruszam prawdy. Wiem jednak, że można mnie odczytywać rozmaicie. I nie pomagam - nie wręczam klucza do interpretacji. Ukrywam go w powodzi słów, czasem jest doskonale widoczny, ale niełatwo go wziąć do ręki.
Interakcje - również w blogach - to gra, której istota polega na tym, że jesteśmy jednocześnie grającymi i granymi. To nie my panujemy nad grą - to ona ma władzę nad nami. Budujemy doskonałe warownie, azyle tak wspaniale chroniące nas przed wszelkimi niebezpieczeństwami, solidne konstrukcje z rozwagi i dystansu. Przyglądamy się im z dumą - zadowoleni z trwałości i niezniszczalności. Problem w tym, że kiedy ich naprawdę potrzebujemy, okazuje się, że jesteśmy poza ich murami, nadzy i bezbronni.
Uwodziciele(ci skuteczni) - wbrew temu, co sami o sobie myślą - są największymi przegranymi. Utrzymanie władzy nad uwiedzionymi kosztuje wiele wysiłku, wymaga starań i zabiegów. To jest to, o czym zapominają, a co kosztuje najwięcej - utratę władzy, w której zdobycie zainwestowali.

Wszelkie prawa zastrzeżone

luty 12, 2008 by defendo

Właściwie jest dobrze. Ani o jeden księżyc z wiele czy za mało. Tyle uderzeń serca, ile trzeba. Nie za wiele gwiazd. Dom. Ostrożność wobec obcych. Tyle ciepła dla bliskich, ile są w stanie znieść. Wszystko akuratnie poukładane. Na swoim miejscu. Buty, rękawiczki, książki. Nawet cierpienia w miarę, tyle ile należy wytrzymać, żeby odróżnić od niego radość nie-cierpienia. Starannie wybrana muzyka z absolutnie posłusznego głośnika. Ludzie i zwierzęta troszczą się o mnie. Kwiaty przyzwoicie umierają w wazonie, w którym codziennie zmieniam wodę. Zadbano i o to, żeby dzwonek powiadamiał mnie o wizytach.
- Kto tam? Jestem nieubrana, proszę poczekać!
- Nie szkodzi, wielu zastaję nieubranych.
- Kim jesteś?
- Aniołem Twojej śmierci. Przyszedłem zabrać Cię na spacer.
Za drzwiami stoi wspaniały okaz ludzkiego samca: elegancki, pięknie pachnący, doskonale ubrany, uśmiechnięty. Patrzy mi prosto w oczy.
- Nie znam Cię, chociaż masz w sobie coś znajomego…
- Znasz, znasz. Zanim się urodziłaś – byłaś martwa. Potem umierałaś wiele razy.

- Naprawdę muszę się ubrać. Nie mogę tak wyjść.
- Możesz. Wszystko możesz, bo już czas.
- Rzeczywiście mogę, wszystko już poukładałam, zostawiłam porządek. Tylko jeszcze kilka słów komuś napiszę.
- Nie pisz. Przyszedłem, bo w tym uporządkowanym świecie nie ma dla Ciebie miejsca.

Budzę się i gorączkowo przywracam chaos. Uspokojona. Wiem już, że kiedy wszystko wokół mnie znajdzie się na swoim miejscu, kiedy odbiorę rzeczom ich znaczenie, zadzwoni dzwonek. Chciałabym tylko, żeby ten wilk, którego widziałam w zwierzyńcu, zamknięty w klatce i uporczywie biegający wzdłuż siatki, tam i z powrotem, wydostał się wreszcie na wolność. I żeby żaden bezmyślny dzieciak nie oblewał benzyną pszczół i nie rzucał między nie plonącej zapałki, żeby patrzeć, jak pięknie płoną żywe, maleńkie pochodnie.

Jedyne, co dostałam naprawdę na własność, co posiadam bezwarunkowo – to życie. Mam więc prawo je przerwać w dowolnym momencie, precyzyjnie wybranym. W ten sposób mogę zyskać przewagę nad czasem, władać śmiercią, której nie będę posłuszna. Przyjdzie, kiedy ją wezwę i zmuszę do zaistnienia. To ja zdecyduję o tym, jak będę na jej przyjęcie ubrana, nie zaskoczy mnie żaden dzwonek. Myślenie o tym, jak wielką mam nad nią władzę, sprawia mi przyjemność niemal fizyczną. Mam do niej wszystkie prawa. Zastrzegłam je sobie. Ostemplowałam znaczkiem “c” w kółeczku. Wytatuowałam. Nie mam obowiązku żyć, jedynym moim obowiązkiem jest dyskurs – poznanie poprzez operacje myślowe. Nie przez postrzeganie i intuicję - ten rodzaj poznania toczy się równolegle, obarczony błędami i złudzeniami. Posiadam życie. Decyduję o nim. Każdy ma prawo przerwać własne w dowolnie wybranej chwili. Nie pod wpływem smutku czy rozpaczy. Po prostu zrezygnować. Odejść z niego. Zewsząd.

Blogomania

luty 8, 2008 by defendo

Ciekawe, ile ekshibicjonizmu jest w pragnieniu pisania blogu? Jak bardzo chcemy odsłaniać kurtynę własnego teatru, narażać się na osąd bezlitosnej publiczności. Cały ten zgiełk, bełkot - komu potrzebny? Czytelnikom czy autorom? Pozwalam Wam poczuć się lepiej, kiedy myślicie, że sami lepiej i precyzyjniej ujęlibyście moje myśli w ramy słów? Budzę Waszą cichą radość, kiedy popełniam błędy w rozumowaniu, kiedy dostrzegacie usterki stylu? Kiedy uważacie mnie za nudną i nadętą - czy wtedy sami stajecie się lepsi, nie smęcąc, mówiąc jasno i do rzeczy? Patrzę na blogi - ostatnio nieco uważniej. Widzę, jak popularne są te, które obnażają emocje autorów. Nie te, w których można znaleźć bogactwo myśli. Czego więc szukacie? Nowej dostawy cudzych uczuć? Potwierdzenia, że nie tylko Wy podlegacie chwilom, nastrojom, bywacie ofiarami i katami?

A może autorzy potrzebują publicznie się rozbierać, zdejmując z siebie wszystko, nawet z kataną w dłoni otwierając wnętrzności? Po kolei ukazują martwą naturę mieniącą się wielobarwną tęczą: brąz wątroby, jasną różowość płuc, żółć i ochrę tłuszczu. Wiwisekcja wabi ciekawych, któż nie chciałby dotknąć palcem parujących trzewi?

Szukam w blogach obrazu świata, jaki tworzy się na siatkówce nie moich oczu. Konfrontuję z własnym oglądem. Dekonstruuję i układam na nowo już nieco inną wieżę. Niezmienna i podatna - bronię się i poddaję jednocześnie.

Chcę zobaczyć, jak to jest. Pisać siebie - nie tylko swoje myśli ujawniając. Odsłaniać przed sobą niepokój. Niszczyć lęk - bo zwerbalizowany może stracić moc. Może też stać się silniejszy. Nie wiem. Otworzyłam drugi blog - intymny, mój własny zawór bezpieczeństwa, potencjalnie groźny. Pozwoliłam Wam tam trafić, umieszczając link na marginesie tej strony. Do słów dodaję obraz. Nie ukrywam twarzy, chociaż jeszcze zasłona włosów mnie strzeże.

Tutaj nadal będę rozważać i roztrząsać to, co jest dla mnie ważne.

Pisałam o niekonieczności, a nawet o niemożliwości istnienia zła. Dziś - kontynuując - neguję możliwość istnienia piekła. Tego pozaziemskiego. Jeśli Bóg jest - to jest dawcą jedynie dobra - taką tezę niedawno postawiłam. Załóżmy jednak, że bywa okrutny, albo że Antypersona jest dawcą zła. Nawet wtedy nie może istnieć nic oprócz edenu. Żaden Bóg nie skazałby bowiem tych, którzy go po śmierci dostąpią, na straszliwe cierpienie. Bo cierpieniem byłoby przebywanie w raju ze świadomością, że bliscy - kochani i konieczni, znaleźli się poza nim. Brak choćby jednej osoby powodowałby nieznośny ból. A przecież elizejskie pola są krainą niezmąconego szczęścia. Piekło ma prawo bytu - ale tylko na ziemi.

Ta podświadoma pewność pozwala nam pogrążać się w uśmiechu.

Zawór bezpieczeństwa

luty 6, 2008 by defendo

W każdej rodzinie powinien być – i przeważnie bywa – tzw. dyżurny wariat. Z reguły jakis kuzyn, kuzynka, ciotka, ktoś kto zwalnia pozostałych członków rodu z konieczności popełniania drobnych idiotyzmów, koncentrując w jednej osobie talent do popełniania niewielkich lub większych szaleństw.

W mojej rodzinie padło na jedną z ciotek – kuzynkę Mamy. Pamiętam pierwszy kontakt z Wandeczką(tak się wabi). Byłam wtedy mocno podrośniętym dzieckiem. Podczas kolacji oddelegowano mnie do otworzenia drzwi komuś, kto nie potrafił odkleić palca od dzwonka. Otworzyłam – o przycisk urządzenia do alarmowania o wizycie opierała się osoba w trampkach objuczona plecakiem i kompletnie mi obca. Zamiast powitania usłyszałam pytanie: “A ty kto?”, na które wcale nie oczekiwano odpowiedzi. Baba energicznie wparowała do naszego domu, w przedpokoju z rozmachem uwolniła się od plecaka i oznajmiła oniemiałej rodzinie, zgromadzonej przy kolacji: “Oto jestem! Co za radość!”, po czym rozsiadła się przy stole, zajmując moje miejsce.

Przeczytaj resztę tego wpisu »