Archive for the ‘Kultura i sztuka’ Category

New Brave World?

czerwiec 6, 2008

Mroczny geniusz Huxleya potrafił antycypować rzeczywistość. Wobec cywilizacji, gotującej nam “powszechną szczęśliwość” wspieraną prozakiem i ritalinem, przedłużającą życie przy pomocy antybiotyków i transplantacji, poprawiającej wygląd nosa i biustu dzięki technikom chirurgii plastycznej, zmierzającej ku hodowli człowieka poza ciałem kobiety, człowieka wyselekcjonowanego ściśle dzięki rozpoznaniu ludzkiego genomu - mamy tylko dwa wyjścia: szaleństwo akceptacji i szaleństwo odrzucenia. Jak odrzucić ład społeczny, w którym nikt przecież nie jest krzywdzony, każdy otrzymuje dokładnie to, czego pragnie - ba! nawet jego pragnienia i marzenia są stymulowane i realizowane z wyprzedzeniem. Ludzie zostają łagodnie skłonieni - bez przemocy, bo przeciw niej zawsze mogliby się zbuntować - do przyjęcia “jedynie słusznego” sposobu istnienia. W świecie bez chorób i konfliktów, pozbawionym powodów do depresji, rozpaczy czy złości. Nawet samotność wyeliminowano - dobierając każdemu odpowiedniego partnera. Żyć, nie umierać. Bez bólu i destrukcji, jaka powoduje choroba.

Utopia Huxleya jest w pierwszej fazie realizacji. Wolność jest zagrożona. Niewolnicy nawet nie wiedzą, że są niewolnikami, a nawet jeśli mgliście zdają sobie z tego sprawę, to nie mają nic przeciw temu. Niewolnicy kart kredytowych, systemu ubezpieczeń społecznych, prawa i regulaminów, konwenansów i norm kulturowych. Zdrowi i szczęśliwi nie walczą, nie mają aspiracji, są absolutnie niekreatywni. Gdzie podziała się godność? Nie wiem, ale wiem, że łatwiej umrzeć za godność niż zachowując godność.

Tylko Dzikus chce kochać nieszczęśliwie, chce czytać Szekspira. Nikomu poza nim na Szekspirze już nie zależy. Iluż pozostało dziś Dzikusów Huxleyowskich? Kto czyta Cervantesa? Kto poważnie traktuje problemy Józefa K. czy Obcego Camusa i umie w nich dostrzec analogie do własnego życia? Dzikus ma czas i ochotę  na refleksję, na namysł, na rozpacz - kogo dziś stać na takie luksusy?  Każdy w ramach pierwszej fazy realizacji Huxleyowskiej utopii dąży tylko do utrzymania homeostazy swojego szczęścia, które ma zwiększyć sumę szczęśliwości na Ziemi, więc w końcu dotyczyć wszystkich jej mieszkańców. W jakim celu? Cel dawno znikł. Ale komu na nim zależy?

Dzikus przegrywa w momencie, kiedy chce społeczeństwo kastowe - które uważa za niesprawiedliwe -  zastąpić społeczeństwem jednokastowym, umieszczając wszystkich w kaście najwyższej. Zapomina, że każdy człowiek jest odrębną “kastą”. Koszmarną rzeczywistość usiłuje zastąpić jeszcze groźniejsza. Czy dziwi widok jego stóp “kołyszących się tuż pod wierzchołkiem sklepienia”? Stóp jedynego nieszczęśliwego niewolnika w społeczeństwie niewolników szczęśliwych.

Ludzie odhumanizowani nie są nieszczęśliwi. Nie mają pojęcia o swoim odhumanizowaniu - a gdyby je mieli - i tak ich by to nie obeszło. Wolą żyć jak najdłużej nawet za cenę obniżenia sprawności intelektualnej, wolą uniknąć depresji i rozpaczy za cenę rezygnacji z twórczości.

Dawniej nauka szła w las - co budziło niepokój. Dziś “idzie w miasto” i sprzedaje się pod każdą latarnią, wciąż obniżając cenę. Nikt się nie niepokoi, bo w końcu komu zależy na jej cnocie?  Każda fundacja może sobie pozwolić na kupienie jej usługi, każda firma produkująca masło  czy margarynę, każdy bogatszy człowiek. Żaden klient nie jest zbyt odrażający, jeśli dysponuje pieniędzmi lub władzą.

Dopisek całkowicie zbędny, ale ściśle związany z tematem(mimo wszystko), jako że wskazuje chyba jedyny sposób obrony:

Sokrates domagał się duszy i walczył o nią, prowadził swoich uczniów i przeciwników do poznania, opartego nie na wierze, a na wiedzy i dociekaniach - to dlatego był tak niebezpieczny, bo poznanie zmienia najgłębiej. Całkowicie bezbronny wobec przemocy, uważał rozum za jedynego sędziego ludzkiego życia. Tak łatwo było uderzyć  w twarz filozofa, człowieka zbędnego, bo “nadmiar mądrości może tylko popsuć”(Kalikles w “Gorgiaszu Platona), ośmieszyć go publicznie(Ksantypa), oskarżyć(Eutyfron), a tak trudno polemizować z jego argumentami. I jak nie kochać go za dozgonny optymizm, wiarę w to, że człowiek jest z natury dobry, że jeśli źle czyni to  w y ł ą c z n i e na skutek niewiedzy? Myślał tak nawet wtedy, kiedy pił swoją cykutę.

(Nie)porozumienia

kwiecień 29, 2008

(Nie)porozumiewanie się z otoczeniem to sztuka, której zaczynamy się uczyć w chwili przyjścia na świat. Najpierw oznajmiamy donośnym rykiem, że już jesteśmy i niekoniecznie nam się to podoba, potem, że nie życzymy sobie być głodni i mokrzy, ale za to życzymy sobie, żeby nas na rękach noszono. Niemowlę nie tylko “mówi” - ono potrafi wrzaskiem skutecznie wytresować rodzinę, tak by spełniła jego wymagania. Niektórym to nie mija z wiekiem.
Potem nadal wyrażamy swoje uczucia używając aparatu mowy, ale umiemy je już werbalizować. Może przesadzam, mówiąc “umiemy”, ale większość z nas się stara. Trzylatek ryczy, bo jest mu tak jakoś niefajnie, bez konkretnego powodu. Jeśli ktokolwiek podczas wbijania gwoździa trafił we własny palec, wie, że wyrazy, jakich wtedy użył nie miały na celu przekazania słuchaczom jakiejś informacji, ale opisywały doskonale jego stan ducha spowodowany bólem ciała i dotkliwą niemożnością zrzucenia całej winy na kogoś innego(cierpienie podwójne). Sześciolatek wracający z zerówki wyrzuca z siebie potok słów na temat: “co było w szkole” i czyni to zupełnie bezładnie, bo nie chce informować, chce tylko pozbyć się własnych myśli. Idiotyczne gadulenie na czacie czy przez telefon(świetnie pokazane w skeczu kabaretowym “Komórka”) jest bardzo potrzebne mówiącemu, bo zaspokaja on potrzebę kontaktu i wyrzuca z siebie emocje(słuchacz ma zdecydowanie gorzej, czasem czuje się jak “ściana płaczu”, w której pociski słów ryją dziury). Te wszystkie formy porozumiewania się służą tylko jednemu celowi - rozładowaniu napięcia emocjonalnego, niczemu więcej. Nie chcemy nikogo o nic prosić, przekazać mu informacji, pokłócić się czy pogodzić. Wcale o tym nie myślimy. Myślimy wyłącznie o sobie. To ja jestem zła, przestraszona, wściekła, zawiedziona, szczęśliwa, zachwycona itd. Część ludzi poprzestaje na tej formie porozumiewania się z bliźnimi.
(more…)

Egalitaryzm? Jestem “za”, a nawet “przeciw”…

kwiecień 25, 2008

Nie jestem przeciwna egalitaryzmowi płacowemu. W tej dziedzinie powinna panować sprawiedliwość, polegająca na tym, że ktoś, kto dysponuje większą wiedzą i zdolnościami - powinien być wynagradzany lepiej niż ten, kto tych walorów nie posiada. Ale lepiej - nie znaczy “niebotycznie”, lecz adekwatnie. Bożek wolnego rynku pożera własne dzieci - młodych ekonomistów, zafascynowanych i ślepo wierzących jednym teoriom i bezwzględnie odrzucających inne. Wyuczona wiedza nie pozwala im na rozumienie rzeczywistości - dziwią się, że lekarze czy nauczyciele strajkują, bo chcą mieć większe dochody. Ekonomiści zapominają, że od jakości pracy szczególnie tych grup zawodowych zależy jakość kapitału ludzkiego. Usiłują wtłoczyć wszystko w mechanizmy wolnorynkowe, tracąc z oczu uwarunkowania pozarynkowe(McCloskey przeprowadził znane badanie wśród młodych ekonomistów na Zachodzie; tylko 3% z nich zakwestionowało pogląd, że “taryfy celne i kwoty importowe redukują dobrobyt społeczeństwa”, a tymczasem nikt z wybitnych speców od ekonomii, badających problem, nie stwierdził, że np. wysokie cła w USA w XIX w. wpłynęły na oniżenie dobrobytu Amerykanów; w odpowiedziach badanych ekonomistów dominowało więc przekonanie, nie wiedza). Płace managerów w Polsce są wyższe od średniej krajowej 20-50 razy; tłumaczy się społeczeństwu, że muszą być ludzie bardzo bogaci, żeby biedniejszym żyło się lepiej, bo Ameryka, Niemcy, Japonia też tak robią. Nie mówi się tylko, że w dużych japońskich firmach(zatrudniajacych ponad 1000 osób) manager otrzymuje trzy do pięciu razy wyższą płacę od szeregowego pracownika. Szefowie Banku Światowego przyznali(M.Bruno, L.Squire, “Im większe nierówności zasobów, tym wolniejszy wzrost”, 1996): “nasze badania nie potwierdzają szeroko podzielanego poglądu, że rządy stają przed alternatywą: równość czy wzrost. Najefektywniejsza okazała się polityka, która równocześnie promuje obie te rzeczy”. Wystarczy zresztą spojrzeć na “cud gospodarczy” w wykonaniu azjatyckich tygrysów. Anglia potrzebowała na podwojenie dochodu narodowego per capita aż 58. lat, a egalitarna Korea Pd.- jedenastu(zainwestowała w edukację i zdrowie, nie w płace kadry zarządzającej, być może nieumiejętność podjęcia takich działań jest przyczyną klęski ekonomicznej krajów Ameryki Południowej). Powielamy błędy? Powtarzamy lekcję, którą przerobili inni - ale powtarzamy razem z bykami, uważając je za konieczne. Powielamy też błędy angielskiego systemu edukacyjnego, powielamy system testów, który wytresował młodych Amerykanów tak rewelacyjnie, że większość naukowców muszą oni importować spoza USA. Ale ich na to stać.

Nie jestem zwolenniczką egalitaryzmu w nauce czy kulturze. Chłam finansuje się sam. Kicz niech pozostanie w zasięgu mechanizmów wolnorynkowych. Edukacja - zgodnie z postulatem, wyrażonym w komentarzu Rojpliego - powinna dawać równe szanse. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę z tego, że dzieci wychowane w domach, w których panuje kult wiedzy, nie życiowego cwaniactwa, którego efektem jest posiadanie “fury, skóry i komóry” - mają o wiele większe szanse na zdobycie dobrego wykształcenia. Właściwie miałyby, bo system testów skutecznie eliminuje perły, preferując przeciętniaków. Renomowane uczelnie, chcąc pozostać w gronie najlepszych, wcześniej czy później wypracują własne kryteria naboru, żeby te perły wyłowić. Albo wypadną z rankingu. Nie zamkną też wydziałów humanistycznych - nie tylko zarządzanie i bankowość, nie tylko ekonomia(z różnymi przymiotnikami), nie tylko kierunki politechniczne będą dla nich ważne. Nadal będą kształcić etnologów i politologów. Po to, żeby potem co mądrzejsi ekonomiści wpadli wreszcie na pomysł, że warto im płacić na tyle dobrze, żeby swój zawód wykonywali. Bo jest potrzebny. Dobry bibliotekarz to osoba, dzięki której ogromna część czyjejś pracy jest wykonywana szybciej i lepiej.

Kultura - nie ta masowa - nie sfinansuje się sama. Opery są dotowane. Nikomu nie przychodzi do głowy dziki pomysł(dziki, bo godny dzikusa), żeby sama się utrzymywała. Teatr eksperymentalny, film niekomercyjny, filharmonia, dobra książka - to luksusowe kochanki. Należy je utrzymywać dla rozkoszy, której nie da prostytutka. Wyrafinowania można uczyć, również konsumentów. A że konsumenci popu będą liczniejsi? Jedni wolą metresy, inni dziewczyny uliczne - i tych drugich jest znacznie więcej, sądząc z podaży. Martwi tylko bezczelność nieuków, którzy nie dość, że przechwalają się swoją niewiedzą, to jeszcze okazują pogardę tym, którzy ośmielają się mieć gust bardziej subtelny. Przeżywamy chyba kolejny najazd barbarzyńców. Czas się bronić.
Ekonomiści - zwłaszcza młodzi - sądzą, że filozofowie, teatrolodzy, literaturoznawcy, muzykolodzy itp. są niepotrzebni, mogą być więc nędznie wynagradzani, jako że nie tworzą dochodu narodowego. Otóż tworzą, drodzy mlodzi panowie w pięknych garniturach, do których końskie okulary nijak nie pasują - to oni wpływają na jakość kształcenia Polaków, to oni budują w nich poczucie piękna, kształcą dobry gust, zmuszają do myślenia i polemik. To właśnie oni budują wam lepszy kapitał ludzki(jak to określacie), a lepszy kapitał daje większy zysk. Popatrzcie czasem na całość problemów społecznych, bo ekonomia jest tylko ich częścią. “Kochani ludożercy…”

Erotyzm i pornografia

kwiecień 19, 2008

Tadeusz Boy-Żeleński sto lat temu napisał:
“Że ten język najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki.(…)
To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to - nie ma wyrażenia,
O tym - w Polsce się nie mówi!(…)
Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!(…)
Ludziom trzeba tak niewiele.
By na ziemi niebo stworzyć -
Lecz wykrztusić jak: - Aniele,
Ja chcę z Tobą “cudzołożyć”!?
Jak wyszeptać do dziewczęcia:
- Chcę “pozbawić cię dziewictwa”…
Nie obawiaj się “poczęcia”,
Kpij sobie z “ja-wno-grzesz-nic-twa”!
A przodkowie potrafili jednak. Wystarczy poczytać listy Sobieskiego do Marysieńki, przez tegoż Boya opracowane i niewykastrowane przez cenzurę kościelną. Te “konfitury”, te “słodkości najmilejsze”. Cenzorzy zresztą skompromitowali się okrutnie, pozostawiając fragment, w którym Jan dziękuje ukochanej za bransoletkę uplecioną z włosów, jaką od niej otrzymał. Wzięli to za dowód romantycznej miłości, czystej i niewinnej. Bo nie doczytali, skąd rzeczone włosy pochodziły, a one z łona lubej wzięte zostały.
Jakże często pisarz czy tłumacz, by “nie obrażać moralności” i uniknąć wulgarności, używa terminów medycznych, wpadając przy tym w pułapkę śmieszności. Wyobraźmy sobie taką balladę Burnsa, opowiadającą o rzetelnym, jurnym rżnięciu, kiedy nadpoprawny translator mówi o “kopulacji” z rumieńcem zażenowania(może to stąd wzięło się włoskie “traduttore tradittore” - tłumacz zdrajcą?). Tak wyedukowane pokolenia, miast mówić pięknie i dorzecznie, pytały swoje bogdanki: “Jakże będzie, względem tego, co i owszem?”
Nie bez powodu mówię o języku, bo język uważam za narzędzie poznania. Dosłownie i w przenośni. Może służyć do poznawania smaku skóry partnera(partnerki), do pieszczot, ale też - opisując świat - stwarza go każdemu z nas. Każdemu nieco lub całkiem inny. Większość funkcjonujących w nim pojęć jest jednak podobnie rozumiana. Niewiele jest takich jak “pornografia” i “erotyzm”, tak bardzo ze sobą związanych i o tak szerokich zakresach, że każdy ustala je sobie indywidualnie. W dodatku zakres ten zmienia się wraz ze zmianą obyczajów, a te wciąż ewoluują, wbrew konserwatystom moralnym.
Trafiłam na definicję, podaną przez “Sexuologia Lexikon” z 1961r., której autorzy nie mieli wątpliwości: “Z erotyzmem mamy do czynienia, kiedy sprawy emocji seksualnych komunikowane są za pomocą sugestii, aluzji i symbolu, a kiedy seks zostaje obnażony w sposób bezpośredni, naturalistyczny i obsceniczny, wówczas mamy do czynienia z pornografią”. Wydaje mi się, że już wtedy ta definicja nieco archaiczna była. Poza tym jest obarczona poważnym błędem - zawiera element oceny. Rysunki Picassa, które z wyraźnym upodobaniem tworzył, a na których w rolach głównych występuje malarz i modelka, wg cytowanej definicji są pornografią w czystej postaci. Dziś ta słownikowa definicja sprzed niecałych pięćdziesięciu lat byłaby nie do przyjęcia dla większości z nas. Tak jak jest dla mnie nie do przyjęcia ta, którą podaje “Popularny słownik wychowania prorodzinnego i seksualnego”, chociaż jej współautorem jest ceniony przeze mnie Zbigniew Lew Starowicz: “Pornografia - teksty, rysunki, fotografie i inne formy twórczości, których świadomym i podstawowym celem jest wywołanie podniecenia seksualnego u odbiorcy”. Przyjęcie takiej definicji spowodowałoby wycięcie słynnej sceny z “Gildy”, w której Rita Hayworth zdejmuje rękawiczkę. Większość filmów należałoby na śmietnik wyrzucić, bo mnóstwo scen “niewinnych” ma widza podniecić, zresztą po to przyszedł do kina. Może “Terminator” by się ostał jeno, jak sznur, na którym należy “umoralniaczy na siłę” powiesić. Bo i w słynnym i starym “Męczeństwie Joanny d’Arc”(zrealizowanym w Hollywood) nie brak erotyzmu. Święta biustonosz nawet nosi. Nagie plecy Marlona Brando w “Tramwaju zwanym pożądaniem” nożyce cenzora powinny wyciąć bez chwili wahania.
Pornografia jest zakazana w wielu krajach, w innych jest reglamentowana. W internecie każdy może sobie pooglądać. Śmieszne są pytania, kierowane do internauty, czy na pewno ma 18 lat. Śmieszne jest to, że ponieważ umieszczam w bloxie erotyki, muszę opatrzyć swój blog zastrzeżeniem, że nieletnim go czytać nie wolno. Śmieszne, że moje “smoczki” zostały uznane przez niektórych za rysunki nieprzyzwoite i niemoralne, w myśl zasady “nie uchodzi, moja pani, nie uchodzi…” tudzież innej: “szanująca się kobieta nie powinna(tu lista niepowinności)…”, a najlepiej, żebym buzię w ciup, a ręce w małdrzyk i za matronę robiła. A ja za nikogo robić nie chcę, bom leniwa i moje nogi fatalnie wyglądają w midi(nie ma chyba gorszej długości, zakonnice powinny mieć ja nakazaną, jako totalnie aseksualną, bo suknie do kostek obiecują tajemnice ciała odkrywcom powoli poznawać, jest w nich coś kuszącego). Śmieszne, że w pokojach czatowych dorośli (bardzo dorośli, bo kilkudziesięcioletni) ludzie nie mogą sobie swobodnie porozmawiać o tym, co - nie da się ukryć - bardzo ich rajcuje, bo administratorzy ich wyrzucą - jak niesforne dziecko z piaskownicy, a niań, troszczących się o ten fragment moralności tam dostatek. Śmieszne - ale też dość obrzydliwe - jest to, że cytując Borgesa muszę pomijać “kurwę”, której użył był dosłownie i w przenośni jego bohater. Metoda nieegzekwowalnych - w praktyce - zakazów jest w ogóle śmieszna, bo nieskuteczna. Ośmiesza zresztą zarówno samą siebie jak i swoich twórców.
Smutne natomiast jest to, że wychowaniem seksualnym w szkołach zajmują się katecheci. To już nie jest śmieszne. Że zaczynają swoją pracę uświadamiającą wykonywać na podopiecznych, którzy inicjację już mają za sobą, a pigułki i prezerwatywy na nocnych stolikach nie kładą i w kieszeniach nadal nie noszą. W przeciwieństwie do papierosów czy puszki z piwem, bo te mają przy sobie niemal zawsze(to wiek próbowania, wszystkiego, zwłaszcza tego, co zabronione - i to jest naturalne, drodzy katecheci). Bzdurzenie o szkodliwości lateksu i jego negatywnym wpływie na potencję jest domeną tych “naprawiaczy dziecięcych dusz”. Mówienie nie wprost, a gadanina o “zapieczętowanej tajemnicy kobiecego łona” jest charakterystyczna dla tych, którzy wstydzą się własnego i cudzego ciała, a seks uważają za zło konieczne. Konieczne do prokreacji. Problem z mówieniem - taktownym, nie ordynarnym, ale i nie idiotycznie zawoalowanym motylimi i pszczelimi skrzydłami - o sprawach ciała i seksu  jest dość powszechny. Nie tylko u nas. Kiedy Anglicy chcieli propagować w Indiach  świadome rodzicielstwo, rozdawali prezerwatywy, informując, że dzięki nim dzieci się rodzić nie będą. Hindusi wzięli chętnie, ale środek nie spełnił zadania, więc zaczęto szukać przyczyn. Okazało się, że mieszkańcy “perły w koronie” położyli środek antykoncepcyjny na domowych ołtarzykach i… modlili sie doń, jak do bóstwa, które miało zapewnić im “niepoczęcie”. Bogini Pruderia zakneblowała Anglików - zabraniając zademonstrowania sposobu użycia, choćby na kiju od miotły(może to i lepiej, bo tak pouczeni mogliby rzeczywiście kije ozdobić gumkami).
Bogini Pruderia rządzi sobie w najlepsze. Wszechobecna dulszczyzna ma się w Polsce nieźle i coraz lepiej. Tyje i panoszy się. Co jakiś czas wrzeszcząc w obronie życia niechcący napoczętego  i skrzętnie zamiatając pod dywan własny udział w tym akcie, choćby w postaci odcinania młodzieży od rzetelnej informacji.
Wulgarności nie cierpię. Ale dla mnie wulgarność to pospolitość. To te armie białokurteczkowych dziewczyn, klnących na czym świat stoi i tłukących się po buźkach, bo na którąś spojrzał chłopak, a nie miał prawa, bo “mój ci on, mój” i plujących pod nogi własne i przechodniów pestkami słonecznika. Soczyste przekleństwo wyrywające się z ust kogoś, kto nie zdzierżył, słuchając kolejnego popisu Pospieszalskiego(który wie, że “warto rozmawiać” publicznie ze sobą samym i swoimi zwolennikami) lub kto odczuł na własnej skórze skutki kolejnego zakalca prawnego upieczonego przez władze - nie razi mnie zupełnie. Ani powieść Rotha.
A pornografia? Moim zdaniem też jest wulgarna. Więc nie akceptuję. I wiem, że była, jest i będzie, dopóki będzie na nią popyt. Bo jest najzwyczajniej w świecie potrzebna. Różnym ludziom i z różnych powodów. Bywa nawet zalecana przez część seksuologów niektórym pacjentom. Dorosły człowiek, który ma udane życie seksualne, nie potrzebuje jej, chociaż pewnie od czasu do czasu zerknie, choćby z ciekawości. W większych dawkach jest jednak niestrawna, choćby ze względu na monotonię. Można lubić kawior, ale jedzony na śniadanie, obiad i kolację - zemdli.
Podoba mi się quasi-definicja Borowczyka: “Wszystko, co piękne, na pewno nie jest pornografią”. Podoba mi się jako bon mot. Ale rodzi pytanie o definicję piękna… Jednak jeśli przyjąć, że każdy ma swoją, to jest bardzo sensowna. Tylko co zrobić z tymi, którym podoba się Doda siedząca na grzbiecie jelenia na rykowisku?

Wiem, że tematu nie wyczerpałam. Ale najpiękniejsze akty seksualne, te strzeliste, jak modlitwa, nie wyczerpują, tylko rodzą kolejną modlitwę, prośbę o jeszcze. Nie łudzę się, że zostanę poproszona o kontynuację. Mimo to jeden z kolejnych tekstów poświęcę erotyce w filmie. Bo kto mi zabroni?

W obronie mężczyzny

kwiecień 12, 2008

Jego mości życie*

Jeszcze jest chłopcem
żyje w nim nadzieja
stroi się w zbroję z srebrnego papieru
jeszcze mu wolno dotykać bezkarnie
każdego z pytań
nim go dzień zagarnie

Marzył - i przyszło
chciał - i mu się stało
goli się wreszcie - utył i sporządniał
wygodnie siedzi w swoich długich spodniach
ma za złe Bogu, babskim tyłkom, klęskom
nie tak być miało
miało być zwycięstwo

Rośnie w nim wrzawa
bunt sie wzmaga - leci
i uleciało wśród żony i dzieci
jego wieczory nie pachną kadzidłem
a szarym mydłem
barchanowych szat
pat

Zaczynam od wiersza(za którego grafomaństwo przepraszam serdecznie znawców), poświęconego mężczyznom. Tym, których życie nie do końca i nie tak, jak chcieli, się toczy. Toczy obok. Przy akompaniamencie telewizora. Z kimś, kogo już nie kochają u boku, ale z tym kimś trwają dla dobra. Nieważne czyjego. Każdy argument jest dobry, byle dostatecznie usprawiedliwiał inercję.
Przecież poświęca się dla rodziny(jak większość facetów), zarabia, dba o nią. Skąd więc wieczne pretensje żony? Czemu podejrzewa go o zdradę? W końcu jej nie zdradził, bo mu się zwyczajnie nie chciało. Bo to wymagałoby jakiegoś wysiłku - zdobywania innej kobiety od początku, wciągania brzucha, umizgów, poznawania, dbania o siebie. Zero luzu - wtedy trzeba uważać na wszystko - choćby przez krótki czas, zanim dodatkowa partnerka oswoi się z niedoskonałością “ideału”. Czemu ta żona tak ujada i ujada? Powinna być szczęśliwa. A jeśli nie jest - to jej wina, sama nie wie, czego chce. Ona zapomniała już, że on m u s i od czasu do czasu usłyszeć “Wierzę w Ciebie”. Szczególnie wtedy, kiedy coś idzie niekoniecznie dobrze, kiedy rzeczywistość z różowej zamienia się w szarą, czasem czernieje znienacka. On - skazany na wieczną rywalizację w pracy, a coraz częściej również na niepewność, czy niedługo nie będzie musiał poszukać sobie nowej - wraca do domu i szuka w nim azylu - miejsca, gdzie o konkurowaniu z innymi może wreszcie zapomnieć, oglądając sport, w którym właśnie rywalizują inni, nareszcie nie on sam. Może w tym właśnie tkwi tajemnica popularności programów sportowych wśród mężczyzn? Gorzej, jeśli zabiera pracę do domu. Wtedy traci swoją bezpieczną niszę. Zastanawia się wciąż nad tym, co go jutro czeka, warczy na otoczenie, bo nadal jest w fazie rywalizowania. A jeszcze gorzej, kiedy pracująca kobieta przyniosła robotę do domu. Oboje bezwiednie zaczynają rywalizować. Nie odpoczywać. Następnego dnia idą do swoich biur - równie zmęczeni. I oto ona zaczyna zarabiać - czasem więcej, niż on. Bo pracuje w komputerze, który wymaga cierpliwości, inteligencji, wytrzymałości - a te cechy kobieta posiadła u boku mężczyzny. Bo musiała jakoś z nim wytrzymać przecież. Jest lepsza. Mężczyzna może stać się z powrotem Narcyzem, Piotrusiem Panem i włożyć sobie krótkie gatki - ona i tak patrzy przecież na niego nieco pogardliwie. Dorównała mu, a nawet go przewyższyła. A on zapłacił za to - tak jak kiedyś płacił za jej perfumy, czekoladki, fatałaszki. Tym razem zapłacił jednak bardzo drogo - utratą męskości. Stał się chłopcem albo czort wie, kim. Ona musi się rozwijać - i robi to. On? A po co? Jeśli straci pracę - ona zarobi na dom. Ma się rozwijać dla niej? A po cholerę? I tak żaden inny nie będzie na tyle głupi, żeby ją zechcieć, tyle lasek chodzi po świecie. Mężczyzna oddaje po kolei wszystkie przyczółki, wcale ich nie broniąc , nawet nie próbując. Kobieta przejmuje je - nie chcąc ich właściwie. Wolałaby być chroniona, wspierana, być partnerką, nie chce dominować. Któraż nie lubi być noszona na rękach? Któraż nie chciałaby się poddać jego woli, być zwolniona z decydowania o wszystkim? Ale już pewnie tego nie potrafi, bo straciła zaufanie do jego siły, bo nie chce oddać się w ręce wiecznego chłopca. Ten chłopiec szuka sobie namiastek dawnej adrenaliny, która towarzyszyła mu podczas polowania: skacze na bungee, uprawia survival, pcha się na najwyższe szczyty i w Rów Mariański. Nie dla odkryć. Sportem ekstremalnym jest też czasem zaliczanie kolejnych kobiet - też adrenalina. Nawet bywa wierny, ale tylko dopóki trwa fascynacja erotyczna tą jedną. Potem drugą, trzecią, czwartą… Używa je po kolei, więc uważa się za monogamistę. Czasem robi pieniądze - bo są mu konieczne dla osiągnięcia rzeczonego skoku adrenaliny - w końcu udział w rajdzie Safari na przykład swoje kosztuje. Dziś nie da się sprawdzić swojej męskości w obliczu niebezpieczeństwa, które kiedyś było jej nieustannym probierzem - facet leci więc na siłownię. Tam buduje sobie masę mięśniową, bo tą - jako doskonale widocznym, w przeciwieństwie do innych, atrybutem - może uwodzić partnerki. Rzecz w tym ,że siła bohaterów westernu była wykorzystywana w obronie honoru, w obronie słabszych - kobiet i dzieci, w obronie ważnych wartości. O tym zapomniał zupełnie współczesny modelator muskułów. Zapatrzony w Terminatora, pozbawionego ludzkich uczuć, nie pamięta o Johnie Wayne, który występował w czyjejś obronie, walczył dla kogoś, kochał. Nie musiał o tym wrzeszczeć, często zaznaczał to tylko spojrzeniem, ale jego kobieta w i e d z i a ł a . I była z niego dumna.
Są i inni. Z “sercami połatanymi jak żagiel”(Grek Zorba). Dojrzali. Umiejący kochać kobietę, a nie tylko swój obraz w jej oczach. Przyznający się do porażek i błędów. Ci, dla których prawdziwe kobiety są gotowe nie tylko ufarbować włosy na dowolny kolor, ale chcą wciąż czuć ich obecność; których nie zdradzą nigdy. Dla których potrafią zmienić swoją pracę, adres, przy których nie boją się starzeć. Silni siłą nie tyle fizyczną, ile siłą charakteru, żałujący nietrafionych decyzji i naprawiający skutki błędów. Którzy od partnerki wymagają nie tylko pięknej buzi i dobrego gustu w wyborze strojów, którzy są zażenowani jej niewiedzą - i nie usiłują jej bronić, kiedy zostanie to dostrzeżone. Których drażni głupota słodkich idiotek. Wymagający. Dumni i pokorni jednocześnie. Potrafiący mówić o swoich emocjach. Którzy potrafią zamykać swoją kobietę w ramionach na środku ulicy, całować ją nawet na torach kolejowych czy w kawiarni pełnej ludzi. Oni wiedzą, że męskość i kobiecość to nie opozycja - a dopełnienie. Wiedzą, że pozbawieni kobiety są niepełni. Mają poczucie braku. Nie byle jakiej kobiety. To oni zdobywają te odnalezione, jedyne. Nie interesują ich te zdobywające. Są tacy. Wierzę.
* Jego mości życie - bo to nie on je sobie i innym mości, ten jegomość, to jego życie umościło i wkleiło w miejsce, z którego ani się wyrwać, ani w nim tkwić ;)

“Nie da się ukryć - chamiejemy”

kwiecień 7, 2008

Tytuł jest cytatem z artykułu w dzisiejszej “Wyborczej”. “Nie da się ukryć, że chamiejemy” - twierdzi prof. Kazimierz Krzysztofek. A ma podstawy, żeby tak mniemać. Badania CBOS wykazały, że 70% dorosłych Polaków wcale nie uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych. Żadnych. Okazjonalne, choćby niewielkie zainteresowanie nimi przejawia 27% rodaków, a zaledwie 2% jest “zdecydowanie zainteresowanych”. Cóż, elity muszą być nieliczne, to wynika z definicji, ale nie przypuszczałam, że aż tak. Książki czyta nieco ponad 37% Polaków(spadek od 2004r. o 15%), na koncerty chodzi 10%(trzy lata temu ponad 22%), na wystawy - 5%(oglądało je 15%), w teatrze bywa blisko 7%(a jeszcze niedawno - 15%).
Krótko, byle jak i jaskrawo - tak najlepiej. W każdej dziedzinie - od miłości po informację. Nawet patrzeć nie umiemy - rzucamy tylko okiem. Blogi z nagimi kobietami, najlepiej celebrity(znanymi wyłącznie z tego, że są znane) biją rekordy popularności. Odsłony trwają tam jednak króciutko - sekundę, dwie. Już w szkole dzieci uczą się “fragmentaryczności” - poznają fragmenty “Chłopów”(jak zatem mają zobaczyć w Jagnie personifikację seksualnej siły natury? jak pojąć ludowe poczucie sprawiedliwości, które każe jej akceptować karę wywiezienia ze wsi na furze gnoju?), fragmenty “Trylogii” Sienkiewicza, “Iliady” itd. Wszystko pokawałkowane, bez czasu do namysłu, bez refleksji. System testów zniszczył skutecznie systematyczność wiedzy. Absolwent szkoły średniej “ogólnie wykształcony” jest szczególnym laikiem. Nie ma bladego pojęcia - nieszczęśnik tresowany do rozwiązywania testów maturalnych - o chronologii epok literackich, nazwisko Rabelais nie kojarzy mu się z niczym, sokół z “Dekameronu” to po prostu taki ptak, pojęcia nie ma o gatunkach i rodzajach literackich, historia to dla niego wielki zbiór faktów i dat, nikomu niepotrzebnych. O całkach nie ma zielonego pojęcia. Idiotyczna reforma, skracająca pobyt w LO(celowo mówię “pobyt”, bo z nauką nie ma to nic wspólnego) do trzech lat zniszczyła dobry system kształcenia. Naprawdę jeden z lepszych w świecie. Jedyny zysk to lepsze opanowanie języków obcych. Ale do tego nie trzeba było budować gimnazjów.
Historii jeszcze niedawno uczono od czwartej klasy szkoły podstawowej i przez pięć lat podstawówki sztubak zyskiwał naprawdę sporo wiedzy. W szkole średniej rozszerzał ją w ciągu następnych czterech lat. Nie musiał jej kochać, ale nie dało się uniknąć pewnej porcji wiadomości. Tak jak nie dało się nie wiedzieć, że po paleozoiku nastąpił mezozoik, a polskie góry powstały w wyniku fałdowań kaledońskich czy alpejskich. Wskazanie na mapie Wenezueli nie było wyczynem godnym wykształciucha, tylko normą, zdziwienie budził ten, kto tego nie umiał. Dziś studenci politologii boją się kolokwium, na którym na “ślepej mapie” mają wpisać nazwy państw azjatyckich. A znalezienie na mapie Polski Lublina jest poważnym problemem dla maturzysty z Poznania. Pozbawcie swoje dziecko dostępu do internetu, a nie będzie umiało znaleźć żadnej informacji, już nie potrafi szukać - zresztą dorośli też opierają się o “Wikipedię” traktując ją jak alfę i omegę, a tam roi się od błędów.
Sprawdźcie, jak piszą Wasze dzieci. Czy umieją sformułować tekst dłuższy niż kilka zdań. Zobaczcie, z jakimi trudnościami boryka się ten, kto ma napisać licencjat, śmiertelnie przerażony, że musi spelnić wymóg oddania minimum kilkunastu stron napisanych samodzielnie. Kretyńskie testy zniszczyły tych, którzy myślą samodzielnie, są utalentowani literacko, mają coś do powiedzenia. Kto czyta wpisy w blogach, które zawierają więcej niż jedno-dwa zdania? I to najlepiej pojedyncze, bo rozumienie zdań złożonych wymaga już pewnego wysiłku, a na to stać nielicznych. Niedawno czytałam świetną notę w blogu Torlina, poswięconą Steinhausowi - na końcu autor przepraszał(!) za zbyt długi wpis. A niech szlag trafi analfabetów i czytelników pisma obrazkowego! Elity czytają! I to z radością. Co z tego, że najlepsze blogi nigdy nie wejdą na najwyższe pozycje w rankingu? Ja będę je czytać. Nie “odsłaniać” dla obrazka, c z y t a ć. I zastanawiać się nad treścią. Nie będę czytać tych, których autorzy wklejają obrazki z sieci, bo umiem je sama znaleźć, chyba że obrazek naprawdę ilustruje myśl autora. Nie będę czytać opisów emocji dorastającej panienki w wieku balzakowskim(mentalnej dziewicy, nie dziewczątka!). Nie będę czytać kolejnych ataków personalnych na wirtualnych znajomych i blogów, których główną, a często jedyną treścią jest gadanie o cudzych blogach. Co innego nawiązanie do tego, o czym pisze ktoś inny - to już polemika lub podanie źródła inspiracji. I mam w nosie “odkrywcze” marudzenie o naszyjnikach scytyjskich czy historii koła - wolę poczytać Cerama czy Kosidowskiego. Ale jeśli ktoś z pasją napisze o tym, że wynalazek strzemienia zmienił dzieje Europy - poczytam z przyjemnością. I że nasza “małpa” w adresie mailowym jest dla Rosjan “pieskiem”.
Do teatru, opery i na wernisaże będę chodzić. Bo mam taką luksusową potrzebę. I niech mi panowie socjologowie nie trują, że takie potrzeby pojawiają się dopiero u ludzi o dochodach powyżej 8,5 tys. zł. miesięcznie, bo to bzdura. I niech mi zwyczajne chamy nie zarzucają snobizmu. Ani tego, że dbam o urodę słowa, że metafor używam wyszukanych. Używam, bo szanuję czytelnika. Nie traktuję go jak przymuła, zdolnego jedynie do odcyfrowywania sms-ów.
A pozostałym mogę tylko powiedzieć: casse toi, pauvre con…

Nota bene - zabrałam kiedyś ze trzy razy nieco młodszego ode mnie syna znajomych do filharmonii, był wtedy w górnych klasach podstawówki i dolnych technikum.Jechał pod przymusem ujadając wielce i twierdząc, że wolałby koncert rockowy. Po kilku latach spotkałam przystojnego faceta w smokingu - w tejże filharmonii; Marcin zaczął tam bywać z wlasnej woli. Gra rocka, czasem zabiera mnie na koncerty i do klubów. Nochżeż można, cholera!

Kultura elitarna - kultura masowa (kilka beztroskich uwag)

marzec 29, 2008
Pierwsza

Kiedy właściwie narodziła się popkultura? Czy grafitti na ścianach Forum Romanum wykonane w czasach starożytnych są jej przejawem? Chyba nie - to tylko dowód wandalizmu, chęci naruszenia piękna zbyt czystego, zbyt doskonałego. Średniowiecze? Przepiękna bazylika w Vezelay budziła jednakowy podziw pielgrzymów, mówiła do nich językiem płaskorzeźb i rzeźb, który był przez nich odczytywany tak samo. Nie wiem, kiedy powstała, ale w romantyzmie już widać wyraźny podział. Poeci czerpią z kultury ludowej jak z nowego, nieznanego salonom źródła.
Druga
Kultura wysoka zawdzięcza swoje istnienie popkulturze. Gdyby nie ona - nigdy nie nabrałaby przekonania o swojej “wysokości”; trwa poprzez kontrast z tym, co wulgarne i pospolite. A jeśli tak - to zawdzięcza swoje istnienie właśnie “majteczkom w kropeczki”(istnienie zawdzięczamy rodzicom, więc “majteczki” są ojcem i matką kompozycji Góreckiego). Kolejna implikacja tego założenia: elitarni twórcy nie mogą być wobec masowej kultury obojętni, wciąż uwikłani w swoistą grę - od flirtu po potępienie.
Trzecia
Popkultura korzysta z mitów i archetypów, ale zmienia ich istotę - karę, która spotyka bohaterów. Happy end za wszelką cenę. Nawet kiedy Orfeusz odwróci się patrząc na Eurydykę nadleci Batman, żeby ją uratować w ostatnim momencie. Odbiera mitom i symbolom ich wieloznaczność, krzyż w “Pasji” traci znaczenie symbolu kaźni, staje się jej narzędziem. Tylko narzędziem.
Czwarta
W niepewnym świecie, w którym ideologie i religie tracą moc - w którym człowiek nie ufa ani politykom, ani księżom, ani rodzicom, nie wierzy filozofom ani wyroczniom - pozwala ma skoncentrowanie się na swoich emocjach jako jedynym pewniku. Popkultura karmi te emocje, każąc śmiać się z Kiepskich, chociaż to krzywe lustro, w którym odbija się twarz przeciętnego widza. Każe płakać na melodramatach, bać się o bohatera filmu akcji, z wygodną pewnością. że nie może on zginąć(zresztą można wcześniej przeczytać streszczenie). Popularność piłki nożnej jest chyba najlepszym dowodem - ważne kto i w jakim stylu wygra, a namiętności, jakie budzi mecz są odwieczne: “nasi” i “obcy”, “wojna zastępcza” - konieczna jak powietrze mężczyznom pozbawionym dzid, ale uzbrojonym w kije i noże.
Piąta
Czy możliwe jest mieszanie się kultury masowej z elitarną? Źle postawione pytanie - oczywiście, że możliwe, ale z jakim skutkiem? Czy popkultura próbując wznieść się w górę nie straci najważniejszego - masowego odbiorcy? Czy twórca zniżający sie do poziomu przeciętnego człowieka nie zatraci swojej finezji? Kiedy prosty język staje się prostacki? Język jest wszak narzędziem poznania. Która metafora jest trafna i zrozumiała, ale jeszcze oddaje istotę rzeczy?

Potrafię pogodzić się z tym, że znakomity aktor gra w serialu, bo może uczynić go po prostu lepszym, nie tracąc twarzy(wspaniały Holoubek w “Opowiadaniach profesora Tutki”), nie umiem zaakceptować decyzji Zanussiego o zaangażowaniu Dody do jego filmu, to jakby postawić ją w jednym rzędzie z Komorowską i Zapasiewiczem. Można człowieka wytresować, ale nie można mu nadać tego wewnętrznego blasku, który płynie z namysłu. Metafizyczny temperament nie jest cechą wszystkich ludzi.

Evviva l’arte!

styczeń 15, 2008

Mężczyzna jest władcą spojrzenia. Kobieta - obrazem.
Krytycy, pisząc o twórczości mężczyzn, używają określeń kojarzących się z energią seksualną(”silny”, “agresywny”, “gwałcący”, “wielka potencja”, “zapis na nagim płótnie”). Renoir mawiał, że maluje swoim penisem. Kandinsky - że traktuje płótno jak dziewicę, gwałconą pędzlem. Klein poszedł jeszcze dalej - po diabła pędzel? pokrywał farbą kobietę i odciskał jej ciało na papierze. Kobieta była-jest przedmiotem seksualnym - jej ciało wabi oczy, budzi pożądanie; nie ma najmniejszego znaczenia, k i m jest. I jednocześnie jest kompletnie pozbawiona własnej seksualności. Modelki nie pożądają, wstydzą się ciała, zasłaniają twarz, odwracają oczy od widza, są bierne lub przerażone, na ich twarzach nie ma rozkoszy - tak właśnie przedstawiają je mężczyźni. I kobiety. Budząc emocje seksualne - same zostały wyzute z seksualizmu, jakby za karę. Są ucieleśnieniem ideału - kobiety poddanej, biernego obiektu branego w posiadanie. Jakakolwiek aktywność modelki groziłaby naruszeniem męskiej dominacji.
Dziś granice między przedmiotem a podmiotem zatarły się, co potwierdzałoby moją tezę o nieistnieniu granic niefizycznych. To, co ohydne - pociąga. Nie ma tabu dla artystów - nagość, publiczny onanizm, wydzieliny ciała traktowane jako tworzywo plastyczne - to wszystko ma zwrócić uwagę na fakt, że sfera seksualna jest objęta największą liczbą restrykcji, tak jak choroba, śmierć, poród. Można upubliczniać głupotę i nienawiść, wzniecać i prowadzić wojny, zabijać - ale nie należy epatować nagością i miłością. Sceny zabijania może zobaczyć każde dziecko w co drugim filmie, zrealizowane z niemal instruktażową starannością. Nie wolno jednak pokazać dziecku pełnego aktu miłosnego. Nawet Warhol - w słynnym filmie ukazującym twarz bohatera podczas i po akcie seksualnym, ograniczył się do umieszczenia w kadrze wyłącznie twarzy.
(more…)

Przeciętność

styczeń 11, 2008

Ciekawe, czemu polską specjalnością jest promowanie przeciętności przy jednoczesnym niszczeniu wszystkiego, co oryginalne i nowatorskie? Czyżbyśmy aż tak zasugerowali się dowcipem o “polskim piekle”, że posiada on moc sprawczą, determinując działania?

Ogromną popularnością cieszy się Doda - ubrana i śpiewająca dokładnie tak samo, jak tysiące innych panienek(nie tylko w naszym kraju), najwięcej czytelników zdobywają kolorowe plotkarskie tygodniki - często spolszczone(w zakresie realiów), których cechą charakterystyczną jest zwolnienie odbiorcy z jakiegokolwiek myślenia, sale kinowe są zapełnione, jeśli na ekranie pojawia się kolejny film z cyklu “zabili go i uciekł”, do KFC i innych McDonald’sów chodzą całe rodziny, a bohater programu tv BB zostaje posłem na sejm i autorytetem dla wielu rodaków. Przykłady można zresztą mnożyć.

(more…)

Perły i pomyje

styczeń 7, 2008

Samodzielne myślenie wymaga przygotowania. Nie jest dostępne wszystkim. Mogę dziecku opowiadać swoje myśli, pokazywać mu obrazy Boscha, prowadzić za rączkę do filharmonii. I niczego nie mogę wytłumaczyć. Kiedy samo zacznie słuchać, zastanawiać się, konfrontować, kiedy zacznie czytać, naładuje akumulatory wiedzą powstałą dzięki obcowaniu z cudzą myślą, piękną i ważną, zapisaną w tekstach - dopiero wtedy ma narzędzia niezbędne do samodzielnego myślenia. Ta samodzielność nie jest obowiązkowa - większość ludzi doskonale się bez niej obywa. Nie jest im do niczego potrzebna. Ba, sprawiłaby im nawet dotkliwą przykrość - lenistwo umysłowe gwarantuje spokój.

Pop-kultura nie cierpi paradoksów. Nie tyle kreuje, ile reprodukuje rzeczywistość tak, by ją maksymalnie uprościć. W recepturze tej papki nie ma niczego, co kazałoby odbiorcy posiadać jakiekolwiek kompetencje, jakakolwiek wiedzę. Wszystko jest jednoznaczne. Starannie odcedzono to, co mogłoby budzić niepokój, wszelkie aluzje, które odsyłałyby go do skarbnicy myśli ludzkiej, do jakichś dzieł, do idei. Ideą pop-kultury jest brak idei. Nawet śmierć jest oswojona, bo mówi się o niej językiem, jakim uspokaja się dzieci: “odszedł”, “zasnął”, “opuścił nas, ale jest tam, gdzie mu lepiej”. Pop-kultura kocha symetrię: wszelka komplikacja struktur jest dla niej nie do przyjęcia(muzyka atonalna, teatr Grotowskiego czy Becketta, obrazy Pollocka czy chociażby Wojtkiewicza, wiersze bez rymów, antypowieść itp.). Również symetrię ciał - prawdziwa gwiazda jest modelowana i przykrojona tak, żeby jej ciało przystawało do możliwości estetycznych masowej wyobraźni: żadnych deformacji, nadwagi, brzydoty. I symetryczne do innych ciał.

(more…)