Archive for the ‘Bez kategorii’ Category

Przekłamania

czerwiec 26, 2008

“Młody tokijczyk zasztyletował siedem osób”, “Dziennikarz BBC zmordowany w Afganistanie”, “Lekarze walczą o życie noworodka, bestialsko skatowanego przez ojca” - wystarczy rzucić okiem na pierwszą lepszą gazetę, posłuchać wiadomości, przejrzeć newsy i można odnieść wrażenie, że poziom agresji wciąż rośnie. W księgarniach - książki o molestowaniu, pamiętniki katowanych żon, poradniki typu “Jak radzić sobie w tym strasznym świecie”, w blogach -  ocean rozpaczy pod hasłem “nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, mama i tata, chudzi i grubi”(że zacytuję niezapomniany Kabaret Starszych Panów) i rozpamiętywanie krzywd. Na forach dramatyczne pytania typu:”ukochany na mój widok odwraca się i spluwa ze wstrętem, czy sądzicie, że już mnie nie uwielbia?”. Przybysz z kosmosu uznałby pewnie, że trafił na planetę, na ktorej dominuje przemoc i okrucieństwo, a głównym celem Ziemian jest dowalanie bliźnim.
A przecież tak nie jest. Sądzę, że obecny wiek charakteryzuje poważna zmiana jakościowa - przejście od konfrontacji do unikania starć. I to nie tylko w sferze polityki, również w wymiarze indywidualnym.
Argumenty?
Gdzie podziali się rewolucjoniści? Che Guevara miał kiedyś mnóstwo naśladowców, dzisiaj trudno byloby wskazać choćby kilku. Gdzie masowe poparcie dla politycznych radykałów, gdzie tłumy, które potrafił uwieść charyzmatyczny przywódca? Nie tylko w Polsce wyborcy pokazują ekstremistom żółtą kartkę. Styl konfrontacyjny - miast przyciągać swoją wyrazistością - odstręcza.
Spójrzmy na wychowanie - autorytaryzm umarł śmiercią naturalną, chociaż nie bez pewnej pomocy  ze strony współczesnej psychologii i pedagogiki(ale i one sa produktem społecznym, zmieniają się zatem zgodnie z kierunkiem, w którym ewoluuje społeczeństwo). Rodzice starają się być raczej partnerami swoich dzieci, nie mentorami.
Kobiety wyemancypowały się tak bardzo, że nawet zaczęło im to przeszkadzać i domagają się noszenia ich na rękach, obsypywania kwiatami i prezentami, wiele z nich deklaruje chęć rezygnacji z pracy zawodowej na rzecz rodziny, oczywiście pod warunkiem, że nie utracą “praw nabytych”(wyborczych, prawa do podejmowania decyzji, prawa do ciosania kołków na głowie swojego mężczyzny - inna rzecz, że wiele tych głów nadaje się wyłącznie do tego). Mężczyźni za nic nie chcą wrócić do roli pana i władcy, bo rozleniwili się straszliwie. Owszem, niektórzy by nawet pozdobywali, ale coś łatwiejszego niż kobieta, jakiś Mont Everest czy Biegun Południowy w kąpielówkach, uciekają w sporty ekstremalne, bo życie(i kobiety) nie jest już wyzwaniem i przygodą.
Konflikt pokoleń? Archaiczne pojęcie, młodzieńczy bunt zgasł, już się nawet nie tli. Bo jak się buntować, kiedy wszelkie próby odejścia od norm spotykają sie z akceptacją? Kiedy moje dziecko na równi ze mną zachwyca się muzyką Deep Purple, a mnie zaczarował Sigur Ros? Kiedy homilie wygłaszane przez starych o konieczności kształcenia się przestały być konieczne, bo dzieciak doskonale widzi, ze bez tego będzie bezrobotny, a przecież pieniądze są mu konieczne, bo pojechałby gdzieś, kupiłby coś(chce   m i e ć), bo koledzy też się uczą. Więc i on, choć czasem niechętnie. Między pokoleniami “brak okazji by się czubić, każdy robi to, co lubi”.
Konflikty społeczne? Natychmiast powstaną okrągłe stoły, przy których - bądź pod którymi - odbywają się negocjacje. Trudności lepiej obejść lub ich nie dostrzec. Zawód negocjatora jest wynalazkiem naszych czasów.
Teraz najważniejsze - konflikt wewnętrzny, indywidualny. Wewnętrzne rozdarcie, które dawniej było spowodowane niemożnością pogodzenia powinności z wolnością, wartości indywidualnych z wartościami społecznymi, a które było warunkiem kreatywności, powodowało przymus działania, generowało bunt, kazało zastanawiać się nad tym “kim jestem” - dziś zostało zaszyte powszechną akceptacją dla indywidualizmu. Dawny postulat “bądź sobą” znaczył tyle, co “miej na swój temat możliwie klarowny sąd, dowiedz się, co tobą kieruje i działaj zgodnie z własną wolą, korzystając z wewnętrznej wolności”. Dziś ten postulat brzmi inaczej: “bądź sobą kompatybilnie z innymi”. Nie musisz posiadać samoświadomości, wystarczy, że wpasujesz się w miarę dokładnie w świat innych. Twoje zachowanie, działanie - ma być skuteczne, nie zastanawiaj się, nie zadawaj sobie niewygodnych pytań.
To, co najważniejsze, nie dzieje się już w tobie, między tobą i tobą - przeniosło się na relacje “ty - reszta świata”.
Skutki? Młody mężczyzna(kibol) okrutnie zamordował innego, który mu się naraził. Wyrok - 15 lat więzienia. Apelacje. Sąd podwyższył wyrok do lat 25, uzasadniając: “skazany nie tylko nie przejawia cienia skruchy, ale nadal podkreśla swoją przynależność do grupy skinów(przybyło mu tatuaży), jest arogancki i przekonany, że w gruncie rzeczy dokonał czynu chwalebnego”. Typowy przykład(choć ekstremalny) współczesnych zmian  osobowości, zanik samoświadomości daje efekt braku poczucia wstydu, braku wyrzutów sumienia. Nie ma konfliktu wewnętrznego, są jasne relacje z grupą, z która się identyfikuje. Kropka.
Inny skutek - jesteś sobą o tyle, o ile jesteś w stanie być kompatybilny z innymi, ci “inni” są jednak różni. musisz umieć w każdej chwili uwolnić się od jednej przynależności na rzecz następnej. I płacisz za to poczuciem, że jesteś nikim i znikąd. Patrzysz, ale nie angażujesz się. Nie ma już dzieciaków, które utożsamiały się z Jankiem Kosem z “Czterech pancernych”, nie utożsamiają się też z Harry Potterem(przepraszam za ten przykład, bardzo nie lubię tej postaci i całego tego zgiełku wokół niej, ale stała się jakimś znakiem), postacie medialne nie funkcjonują jako modele. Oni to oni, ja to ja - o tym wie każde dziecko. Widz nie płacze na melodramatach, a kiedy ogląda horrory zastanawia się, jak zrealizowano scenę(technicznie), nie odczuwa jej.
Mam wrażenie, że człowiek zaczął uciekać od innych, bojąc się jednocześnie ich utracić. Żyje w sieci, bardzo podobnej do sieci internetowej, chcąc pasować do każdego jej miejsca. Żeby to robić skutecznie - ucieka od siebie. Coraz bardziej samotny. Może ucieka od siebie, bo boi się wewnętrznej pustki? Czy może ją komuś zaoferować? Koperta przetargowa nie powinna zawierać niezapisanej kartki.
Ci, którzy rozmawiają w sieci, znają te typowe dialogi:
- Cześć, poznamy się?
Jeśli ostrożnie i niechętnie wyrazicie zgodę, oczekujcie, że interlokutor zastosuje taki schemat:
- Jestem Edek, mam 39 lat, ważę…(podaje wzrost, kolor oczu i włosów), a Ty?
Nie odpowiadacie? Obraża się, nie rozumie, że w necie to są informacje zupełnie nieistotne. Czasem więc odpowiadacie. Rozmowa zamarłaby, ale można ją lekko podkręcić jakąś uwagą o pogodzie. Rozmówca przechodzi do konkretów, pytając o preferencje seksualne. Próbujemy więc przejąć inicjatywę(mamy dobrą wolę):
- Jeśli chcesz, żebyśmy się poznali, opowiedz mi o osobie.
- Ale co mam powiedzieć? Pytaj…
Cierpliwie wyjaśniasz, że nie jesteś wścibski, niech wybierze, co chce o sobie powiedzieć(to dla nas dodatkowa informacja, dowiemy się, co dla niego ważne). Najczęściej żegna nas ozięble już w tym miejscu. Czasem stwierdza, że woli pytania, bo nie umie mówić o sobie. Co na ogół jest prawdą. Często jednak po prostu nie ma o czym mówić. Zagadnął cię, bo chciał złapać w sieć zależności kolejną osobę. Może to jego metoda na łatanie samotności i jego własnej wewnętrznej pustki?  Szuka kompatybilnych - ale nie podejmuje wysiłku, nie inwestuje.
Coraz częściej jestem niekompatybilna z rzeczywistością ;)
I wiem, jako że posiadam nienowoczesną osobowość, że nie mogę byc kompatybilna ze wszystkimi. Nie wiem, czy z kimkolwiek. Wolę zamiast tego prawdziwe więzi z tymi, których piękny, wewnętrzny niepokój mnie uwodzi. Właścicieli  nienowoczesnej osobowości jest - na moje szczęście - jeszcze wielu. Może więc ona przetrwa, w końcu ewolucja pozwala na współistnienie różnych linii rozwojowych.
“Pijana matka zostawiła dzieci bez opieki”, “W kolejnym zamachu bombowym zginęło siedem osób”, “Amerykanie torturują więźniów - jeńców wojennych”…Coraz mniej konfliktów, coraz mniej agresji, przynajmniej tej fizycznej,  w świecie.  A te tytuły? To właśnie przejaw naszej nadwrażliwości na przemoc - w społeczeństwie, w którym jej poziom spada.

Język niehermetyczny - czytelnik intertekstualny

czerwiec 18, 2008

Znam wiele opowieści opartych na grze intertekstualnych cytatów - grze świadomie proponowanej przez autora(Umberto Eco, Jorge Borges, Cervantes, Joyce) lub stosowanej pewnie nieświadomie, jak uczyniła to np. Mniszkówna. Czytelnik może ograniczyć się do “lektury pierwszego stopnia” - czyli do śledzenia wydarzeń, chcąc dowiedzieć się, czy pułkownik Aureliano Buendia, którego Marquez w pierwszym zdaniu powieści stawia przed plutonem egzekucyjnym i tam go zostawia, zabierając nas do Macondo, zostanie rozstrzelany czy też jakimś cudem się uratuje; czy miłość Rogożyna do Nastasji Filipownej znajdzie szczęśliwy finał, czy prezydentowa de Tourvel ulegnie Valmontowi itd. Można też przejść do “lektury drugiego(trzeciego,czwartego?) stopnia” szukając kolejnych sensów, ukrytych znaczeń, pozwalając się prowadzić autorowi w tajemne ścieżki, otwierane coraz to nowymi kluczami. Czasem kluczem jest tytuł(”Gra w klasy”, “Lalka”), innym razem klucza trzeba szukać w realiach, w których żył twórca(”Mistrz i Małgorzata”), najczęściej - w odwołaniach do innych tekstów. Dopiero takie spojrzenie sprawia, że można poczuć prawdziwą “radość czytania”.
Można tę koncepcję przenieść na relacje międzyludzkie zachodzące w sferze komunikacji werbalnej. Kiedy ktoś mówi, że budzi się we mnie zielonooki potwór, odczuwam cichą radość, chociaż nie powiedział mi nic przyjemnego przecież. Zasugerował, że jestem zazdrosna. Cytując Szekspira sprawił jednak, że mechanizm obronny(może nawet agresja), który uruchomiłby się pod wpływem zarzutu uczynionego wprost, nie włączył się. Włączyły się natomiast wspomnienia wszystkich konsekwencji, jakie spotykają szekspirowskich bohaterów, których niszczą ich zazdrości. Włączyła się sympatia dla rozmówcy, który nie tylko czytał wielkiego dramaturga, ale sobie jego teksty zinterpretował i zinterioryzował, włączyło się poczucie wspólnoty kulturowej, przyjemność estetyczna itd.
Pozwolę sobie zilustrować takie “wielowarstwowe” porozumienia na przykładzie mojego dialogu z Antrimem(komentarze w Jego blogu), z góry prosząc go o wybaczenie, jako że nie prosiłam o zgodę.

Ja: Właśnie zobaczyłam, że znalazłeś się w pierwszej setce blogów WordPressu - gratuluję!
On: Defendo, nic się nie dzieje bez przyczyny. Jak np moja ucieczka do WordPressu, w czym jest Twoja zasługa, bo nie znałem nikogo innego na tym blogowisku. Wywiodłaś mnie jak Ariadne Tezeusza z tamtego labiryntu. Za co dzięki :-)
Ja: Zasługa czy wina? Tezeuszu - zniszcz mit - nie niszcz Ariadny ;)
“Nie dziękuj, wyznam Ci szczerze - pierwszy bym pałkę strzaskał na Twej głowie, gdyby nie dziatek pacierze” lub stosy pacierzowe, atomowe i te najpiękniejsze - na których płonę w najlepszym towarzystwie ;)
Nie umiem Cię nie kochać, moja inspiro :)
On: Defendo, serce, zasługa, nie znam co to wino. Ariadna plecie nić pajęczą, więc nie ma mowy o targaniu tejże. Ja lubię gdy ktoś plecie. aaa, wiszcz Adamkus! To jeden z jego najbardziej komicznych wierszydeł. “Obaczył kupiec łzy radosne, leje z wozu na ziemię, wylata…a zbójcy? wzrok dziki, suknie plugawe czyli kobity przebrane, pewnie koleżanki żony (tato nie wraca, mama z radości koziołki wywraca..) Dlaczego taki nijaki rodzaj? Ta inspira, ten inspir = mój inspirzu zatem? :-))

Rozmawialiśmy o niedogodnościach blogowania w Bloxie, dużo wcześniej, rzeczywiście polecałam WordPress, przeprowadzkę określił jako wywiedzenie z miejsca niemiłego, a poniewż jestem kobietą - i zapewne z innych również przyczyn - skojarzył z nicią Ariadny. Pomna jej losu(Tezeusz wszak ją porzucił lub został o tego zmuszony) - wolałam,żeby zniszczył mit - czyli zakończenie opowieści, niekorzystne dla mnie, jako że nie chciałabym utracić możliwości obcowania z Antrimem. Na podziękowania, oczywiście, nie zasłużyłam - zatem: “nie dziękuj” i Mickiewicz sam się cisnął na usta. “Pacierz” połączył się ze stosem pacierzowym, odleciał, pozostał stos, a to jeden z moich ulubionych symboli i wyznacznik losu. Nazwanie mężczyzny “inspiracją” wydało mi się niestosowne gramatycznie, ograniczyłam się do “inspiry”. I powiedzcie - jak nie ucieszyć się z odpowiedzi? “Serce nie sługa” przybrało postać parafrazy:”serce,zasługa”, “wina” została potraktowana jako dopełniacz słowa “wino”, autor cytatu - rozszyfrowany, a tekst ballady zyskał oryginalną interpretację i dodatkowe rymy, podważające nieskazitelność małżonki. Mnóstwo tu zresztą ukrytych sensów(podejrzewam,że Antrim nie lubi babo-chłopów, kobiet z upodobaniem wciskających się w portki - też uważam, że damski tyłek nie jest stworzony do tego rodzaju garderoby, a nogi kobiety o wiele lepiej wyglądają w szpilkach niż w trampkach), możliwości rozwijania dialogu, opartej np. na skojarzeniu inspirzu-inspirze-potworze-harpio, są i podteksty, jest zabawa, która lubimy oboje - zabawa słowem, możliwa dzięki temu, że oboje traktujemy je poważnie.

Często czuję taką cichą radość, kiedy czytam komentarze w moim blogu - wynikającą ze świadomości porozumienia z interlokutorami(nawet kiedy mamy inne poglądy), z umiejętności “pięknego różnienia się”, z akceptacji i wzajemnego szacunku.

Mój tekst woli czytelnika intertekstualnego od czytelnika naiwnego. Chociaż… ;)

A link do blogu Antrima podaję obok:)

Przerwa na wypoczynek

maj 15, 2008

W związku z wyjazdem i bez związku z chęciami do pisania, przerwa w pisaniu nastąpi do mojego powrotu, który nastąpi w terminie bliżej nieznanym. Spaceruję teraz po bulwarach La Cot d’Azur.

Pozdrowienia dla wszystkich. Defendo

To “przesądy światło ćmiące”…

maj 7, 2008

Tytuł jest cytatem, łatwo rozpoznawalnym, prawda? Autor tych słów sam był jednak człowiekiem przesądnym, skoro wdał się we flirt z Towiańskim, skoro ożenił się niechętnie, ulegając “przesądom towarzyskim”. Miał do tego prawo - w końcu uważamy romantyków za irracjonalistów, to racjonaliści kierują się przekonaniami, nie przesądami. Tylko co różni przekonanie od przesądu? Jak się ma przesąd do wierzeń?
Jeśli założymy, że “ogólnie dominujący pogląd wśród ludzi wykształconych i myślących” nie jest przesądem, to jak w tym kontekście wygląda religia? Jest przekonaniem, przesądem czy efektem racjonalnego myślenia? Nauka dostarcza dowodów. Jednak nie wszystko można empirycznie udowodnić. Kamień filozoficzny dziś jest tylko przedmiotem do rzucania (rzucać mogą niewinni, ale któż nie uważa się za niewinnego?), dawniej nikt nie wątpił w jego istnienie. Wyobrażam sobie, jaka burzę wywołałabym stwierdzeniem, że to, czego nie można dowieść, należy do sfery przesądów. Natychmiast znaleźliby się tacy, którzy dowodziliby istnienia Boga, Atlantydy i cywilizacji pozaziemskich. Słowo “przesąd” ma bowiem zabarwienie pejoratywne. I tu mam poważne wątpliwości, których nie potrafię rozstrzygnąć - wiara w Boga jest kwestią przekonania (przeświadczenia) o jego istnieniu. Więcej - najgorliwsi wyznawcy nie tylko wierzą - oni w i e d z ą, że Bóg istnieje. Na to jestem gotowa przystać. Gorzej, jeśli zaczynają twierdzić, że ich wiedza ma cechy wiedzy naukowej i że są w stanie dowieść, że Bóg jest. I dowodzą, pytając, czy nie widzę wyraźnych znaków, które wszystkim daje. Nie widzę. Poza tym uważam takich wierzących za heretyków, bo tak jak nie można dowieść nieistnienia Najwyższego, tak nie można go również dowieść.
Sądzę, że to jedno z pojęć relatywnych - zmienia się jego zakres w różnych epokach i kulturach. Kiedy odkryto kości prehistorycznych zwierząt, przeciwnicy ewolucjonizmu twierdzili, że Bóg specjalnie podrzuca te gnaty, żeby wypróbować wiarę ludzi. Dziś kreacjoniści używają całkiem innych argumentów - tamte byłyby zupełnie niestrawne dla współczesnego człowieka.
Każde nowe odkrycie modyfikuje wcześniejsze sądy i przekonania. Czasem je potwierdza. Szczególna sytuacja kobiety ciężarnej obarczała ją odpowiedzialnością za płód - nie wolno jej było patrzyć z upodobaniem na zwierzęta(bo dziecko urodzi się z ogonkiem), powinna była unikać sytuacji niebezpiecznych, sama była tabu - i wszystkie związane z nią bezpośrednio przedmioty itd. Lekarze uznali to za przesąd. Ale współczesna medycyna potrafi udowodnić, że zachowania i przeżycia matki wpływają na rozwój płodu. “Plotki starej ciotki” zawierają jednak ziarenko prawdy.
Przekonania niekoniecznie racjonalne wpływają na rzeczywistość. Jeśli inwestorzy będą święcie przeświadczeni, że kurs złotówki spadnie, zaczną wycofywać się z naszego rynku, co spowoduje faktyczny spadek kursu waluty od niedawna wymienialnej. Ludzie nie chcą mieszkać na trzynastym piętrze, więc mnóstwo hoteli na Zachodzie “nie ma” tego piętra - po dwunastym jest czternaste. Nie tylko dlatego, że hotelarze są przesądni - dlatego że trzynaste piętro nie przyniosłoby im zysków..
Przekonanie naszych mistrzów od oświaty spowodowało, że dzieci są wydane na pastwę testów. Skąd wzięło się mniemanie, że test skutecznie sprawdza, czy młody człowiek myśli i potrafi swoje myśli werbalizować? Z Zachodu się wzięło. Żal, że decydentom szkoda było zachodu, żeby dowiedzieć się, jakie są wady i zalety takiego probierza.
Przesąd ma kolosalną przyszłość - rozwija się i kwitnie zwłaszcza w tych sferach życia, w których nie jesteśmy w stanie skutecznie kontrolować szans i okoliczności. Iluż z nas gra w totolotka, obstawiając liczbę oznaczającą ich wiek, datę urodzenia lub tę, którą z jakichś powodów uważają za szczęśliwą? Kto ośmieliłby się zostawić w domu swój amulet, kiedy wybiera się na ważne spotkanie? Któż nie zapyta potencjalnego partnera o to, pod jakim znakiem zodiaku się urodził? Kto omija wzrokiem horoskopy w gazetach? Czasem udajemy tylko, że to wszystko nas nie dotyczy, że przecież my myślimy racjonalnie, przesądy są domeną dzikich. Akurat! Amulet, ściskany ukradkiem w garści, dodaje nam pewności siebie - a to może spodobać się naszemu ewentualnemu pracodawcy, Przeczytany w kolorowym tygodniku pomyślny horoskop może nas zmobilizować do umówienia się na randkę - i rzeczywiście uda nam się wtedy znaleźć cudownego partnera. Tego rodzaju koincydencje są chętnie dostrzegane i nie tylko wzmacniają przesąd, ale są czynnikiem sprawczym - generują następne.

Uruchamiamy proces myślenia, żeby szukać ładu, znaczeń i sensów, jakiejś regularności w chaotycznym świecie. Przesąd i nauka mają więc wspólne korzenie - właśnie owe poszukiwania. Czarownica, spalająca woskową laleczkę, która wyobraża Ciebie i w której umieściła Twoje włosy czy obcięte paznokcie, wierzy, że palące bóle, które czujesz, bo akurat uaktywnił się Twój wrzód żołądka, są efektem jej działań. Widzi wyraźny i namacalny związek między Tobą i laleczką. Darwin, tworząc swoją teorię, najpierw obserwował działanie sztucznej selekcji prowadzonej przez hodowców bydła - potem przeniósł tę obserwację na cały świat zwierzęcy. Naukowiec nie poprzestaje jednak na dostrzeżeniu analogii - powinien jeszcze wyjaśnić taki związek - i zweryfikować swoją tezę. Powinien… nie zawsze jednak może(tak było z aseptyką - najpierw Semmelweis dostrzegł, że mycie rąk przez położników może zmniejszyć śmiertelność noworodków i ich matek, dopiero potem odkryto bakterie, odpowiedzialne za zakażenia). Człowiekowi przesądnemu za jedyny dowód służy Twój ból - i to mu wystarcza. Widziano też wyraźną korelację między stopą urodzeń w GB a produkcją żelaza w USA - zjawisko trwało ponad 45 lat na przełomie XIX i XX w. - im więcej Amerykanie produkowali surówki, tym mniej wyspiarze “produkowali ” dzieci. Przesądnym to wystarczyło za jednoznaczny dowód wzajemnego powiązania obu tendencji.
Przesąd jest reakcją warunkową. Często uruchamianą “na wszelki wypadek” - jakbyśmy się bali, że niedopełnienie jakiegoś elementu rytuału związanego z przesądem spowoduje ogromne perturbacje - nie tylko zresztą w naszym życiu.Kosmos może ucierpieć, jeśli przejdziemy pod drabiną, jeśli pierwszym gościem w nowym roku będzie kobieta itd.

Czasem znajduję czterolistną koniczynkę - tak się składa, że w takim dniu nigdy nie spotkało mnie nic złego, zawsze czekała mnie jakaś przyjemna niespodzianka. Na kilka dni przed nagłą śmiercią moich najbliższych przez otwarte okna mojego domu wlatywał ptak(gołąb lub wróbel) i trzeba było pomóc mu się wydostać.
Jesteśmy racjonalni, sceptyczni, czasem nieco cyniczni - jak mniemamy - ale nosimy w sobie tę sferę psychiczną, która jest doskonale odporna na twierdzenia nauki i rygory myślenia. Dbam jednak, żeby moje poglądy miały dostateczne uzasadnienie, a tych spośród nich, którym go brak - nieco się lękam…

Małżeństwo - kryzys czy ewolucja?

kwiecień 26, 2008

Rodzina jest uważana - czy raczej była uważana - za najbardziej stabilny i konserwatywny element społeczeństwa. A przecież się zmienia. Socjologowie i politycy upatrują w tym albo kryzys rodziny jako takiej i prognozują utratę jej znaczenia jako fundamentalnej struktury społecznej oraz powstanie w to miejsce nowej formy związków; inni sądzą, że model rodziny podlega transformacji adaptując się do potrzeb akceleracyjnie zmieniającego się świata. Ci ostatni są również zwolennikami tezy, że rodzina zawsze podlegała ewolucji a jej wzorzec zależy od stosunków społeczno ekonomicznych w danym czasie i miejscu. Z danych statystycznych wynika, że do najbardziej ekspansywnych nietradycyjnych modeli rodziny należy monorodzicielstwo i bezdzietność z wyboru. Zjawiska te występują w szczególnym natężeniu w krajać wysoko rozwiniętych: w Japonii ponad połowa kobiet które ukończyły trzydziesty rok życia nie urodziła jeszcze pierwszego dziecka, trzydzieści lat temu odsetek ten wynosił 24%; w zachodnich landach Niemiec 30% z wyższym wykształceniem nie posiada potomstwa. Przybywa związków partnerskich. Konkubinat - charakterystyczny dawniej tylko dla tzw. dołów społecznych stał się nagle niemal obowiązującym stylem życia młodych, zapracowanych, poszukujących sukcesu zawodowego Polaków.
Coraz częściej tradycyjna rodzina nuklearna zastępowana jest przez inne typy związków:
1. kohabitacja (konkubinat): w 1990 roku taką formę związku realizowało około 250 tys. par obecnie ponad 300 tys. (forma szczególnie popularna w krajach skandynawskich, w świetle prawa praktycznie równa formalnym małżeństwom)
2. rodzina rekonstruowana (łączenie się osób, które poprzednio były w innych związkach. Często wnoszą one “posag” w postaci własnych dzieci)
3. DINKS (double-income-no-kids) takie rodziny zakładają dobrze zarabiający ludzie z dużych miast którzy nie chcą mieć potomstwa (w Polsce około 500 tys. par)
4. Samotni rodzice (20% - 30% wszystkich rodzin)
5. Rodziny homoseksualne (zalegalizowane np. w Holandii, Hiszpanii i UK)
6. Rodzina nomadyczna zwana dojazdową, małżonkowie żyją na odległość ponieważ jedno z nich lub oboje pracują w wielkiej międzynarodowej korporacji bądź za granicą (w Polsce 4% związków, na świecie około 15%) etymologia: fr. nomade, łac. nomas, gr. nomas - “wędrujący w poszukiwaniu pastwisk”.
7. LAT (living apart together) biorą ślub ale żyją osobno mając własny krąg towarzyski i mieszkanie

I co? I nic. Okudżawa śpiewał: “Co było - nie wróci i szaty rozdzierać by próżno”, chociaż interesująco rozrywane mogłyby ozdobić świat widokiem np. piersi(jak te Wolności, wiodącej lud na barykady na obrazie Delacroix). Łatwo ubolewać nad nietrwałością związków i wzdychać za dawnymi czasami, ale wystarczy policzyć, że kiedyś średnia długość życia była jednak inna. W praktyce “nieopuszczanie do śmierci” oznaczało w średniowieczu lat piętnaście - zawsze można było liczyć na wojnę, cholerę, poród, pożar itd. Jeśli ktoś dożywał wieku sędziwego - to zdążył być po drodze ze trzy razy żonaty. Instytucja swatki gwarantowała do niedawna, że państwo młodzi nie będą się specjalnie różnili statusem ekonomicznym wychowaniem, pozycją. To z kolei umożliwiało trwanie w związku, bo brakowało poważniejszych konfliktów. Dziś ta sama formuła ślubna jest poważnym wyznaniem i wyzwaniem - to perspektywa jakichś pięćdziesięciu lat! Pół wieku… a pół wieku wystarczyło na dwie wojny światowe, wynalezienie i upowszechnienie samolotu i łodzi podwodnych, stworzenie bomby atomowej, że już nie wspomnę o rewolucjach - to wszystko w ciągu pierwszej połowy minionego stulecia. Tymczasem już w trzecim roku małżeństwa, zawartego wyłącznie z “wielkiej miłości”, która stała się obowiązkowa od czasu powstania romatycznych powieści(i znów winni są pisarze!) i rozwoju filmu, w którym każdy wielki romans musi kończyć się śmiercią lub ślubem(cóż za piękna równość tych pojęć), kończą się tematy do rozmów. Sytuację ratuje telewizor i komputer. Zdarzają się jednak awarie prądu. Komputer zresztą też jest narzędziem niebezpiecznym, bo umożliwia szerokie kontakty z tymi cudownymi, pachnącymi i mądrymi ludźmi w necie, którzy w niczym nie przypominają aktualnego partnera. Wielka miłość jako jedyna przyczyna małżeństwa jest niebezpieczna - skoro raz z jej powodu się ożenił(wyszła za mąż), dlaczego nie może tego zrobić po raz drugi? Oczywiście obiekt musi się zmienić. Prędzej czy później mąż dojdzie do wniosku, że przeciwieństwem Poligamii jest Monotonia. A kto dziś jest w stanie utrzymać harem? Nawet Arabowie rzadko miewają dozwolone cztery żony. Pewnie dlatego brydż nie stał się ich sportem narodowym.
Najlepiej nie poświęcać małżeństwu całego życia. Zawrzeć je później, powiedzmy po trzydziestce, a przedtem lwią część czasu oddać sobie samemu - interesować się życiem Siuksów, astronomią, brydżem, piłką kopaną. Oboje mogą zajmować się tą samą dziedziną lub należeć do różnych kółek zainteresowań. Będą jednak mieli mniej czasu na nieporozumienia, wyrzuty, krytyczne obserwacje podczas trwania związku. Więcej na wzajemną życzliwość. A miłość? To warunek konieczny. Ale niewystarczający. Sprawdź, czy ją/jego kochasz, to znaczy czy podoba Ci się niezależnie od wymarzonego ideału, czy chcesz jej/jego, bo to po prostu on/ona, a nie jakaś Pamela A. czy Antonio B. Sprawdź jednak, czy się z nią/nim nie nudzisz? Czy nie jest wyraźnie od Ciebie głupszy? Jakie ma maniery? Czy przypadkiem nie oddychasz z ulgą, kiedy już wychodzi, bo nareszcie możesz zająć się ulubioną książką czy pójść na mecz(chociaż strasznie się cieszyłeś ze spotkania)? Czy jej słodycz nie trąci idiotyzmem, za który będziesz się wstydził w towarzystwie? Czy chcesz się budzić na moment w nocy, po to tylko, żeby upewnić się, że jest przy Tobie - i zasypiać z uśmiechem? Czy poranna kawa wspólnie pita budzi w Tobie ochotę na pocałunki? Mam jeszcze wiele pytań…ale jak w tej starej, żydowskie anegdotce - czy Ty masz jeszcze kury? Znaczy - cierpliwość? Nie? Nie dziwię się….

Wcześniej czy później musiało do tego dojść. Zamieniłam teksty. Ten, który zamierzałam umieścić w moim blogu w bloxie - wylądował tutaj, a tam zaistniał ten, który przeznaczałam do WordPressu(”Męski dreszcz rozkoszy”). Siła wyższa - nie będę zmieniać.

Jako b y ł a zwolenniczka PO głos zabieram…

kwiecień 22, 2008

Ludzie mają poglądy. A nawet światopoglądy. Wolno im. Gowin sobie poświatopoglĘdził w telewizji. Wolno mu? Wolno. Tylko po diabła głosowałam na partię, deklarującą się jako “liberalna”, skoro jej wpływowy polityk bzdurzy publicznie nieliberalnie zgoła? Poglądy Pana pOSŁA można streścić tak:
1. In vitro - tak, ale tylko dla par heteroseksualnych i to pozostających w związkach ślubnych. Bo w konkubinatach to tylko przemoc, ruja i poróbstwo. Szanowny pan poseł nie dostrzegł, że badania mówią, iż ok. pół miliona par w Polsce żyje właśnie w takich związkach, a nie są one już - jak dawniej - charakterystyczne dla tzw. dołów społecznych, ale są normą wśród młodych, wykształconych rodaków. Bo oni wcale nie spieszą się do kościoła. I właściwie kościół powinien się cieszyć - wprawdzie panna młoda idzie do ślubu rzadko z wiankiem, a częściej z przychówkiem in spe lub niosącym tren sukni nawet, ale za to decyzja jest pewnie świadoma. I małżeństwo mniej rozerwalne. Chociaż niewykluczone, że rozrywkowe. Bo ludzie lubią się bawić, jak zauważył pewien pan o niewymawialnym dla “prawdziwych Polaków” nazwisku - Huizinga(w książce “Homo ludens”).
Na marginesie - studenci uczelni niekatolickiej z lubością wspomninają, jak pani wypożyczona z uczelni katolickiej potwornie miała powiedzieć na ćwiczeniach to nazwisko. Zaczęła od “Hhhhhh…” zaczerwieniła się, napisała na tablicy i wystękała: “Rozumiecie państwo…”, ale państwo było już głównie pod stolikami, poszukując “upadniętych” piór - pewnie z ogona tej “muzy”.
2. “Dziecko rozwija się tylko wtedy harmonijnie i dobrze, kiedy ma ojca i matkę”. Panie pośle i reprezentancie Ty mój, mordo Ty moja nieludzka! A da się inaczej? Plemnik i jajeczko - jedno od tatusia, drugie od mamusi. Mało tego - jako jednostka rozwiedziona wychowałam - pańskim zdaniem - dziwadło, które już niemal na starcie było przegrane. Wiem już, czemu bogobojny totalizator nie pozwolił mu wygrać więcej niż 10 zł. Bo się mi rozwinęło nieharmonijnie. Cud, że jest heteroseksualne!
3. “Sprawcami nadużyć są konkubenci” - jasne, Panie G.! Ślicznie Pan to ujął. Żaden normalny mąż nie zgwałcił córki, żaden ksiądz nikogo nie molestował. Kobiety są w “normalnych” rodzinach kochane do upadłego. Aż upadną - rzetelnie przekonane rzemienną dyscypliną, kablem od żelazka, wężem od pralki… Maczugą już nie - mężowie idą z duchem czasu. Jeden z liderów postępu tłumaczył w sądzie, że udusił żonę dla jej dobra - podobno podduszanie w trakcie orgazmu zwiększa doznania. Ale o tym to już Otello wiedział.
4. Pan Gowin jest szefem komisji d/s bioetyki. Cudo! Etyczny do bólu trzewi, wie, co dobre dla innych. Z pewnością siebie godną pewnego zwierzaka, który też lubi iść w zaparte, mniema, że posiadł monopol na prawdę jedyną i objawioną. A tymczasem nie posiadł jej - a zgwałcił. A że jest różnica - wiedzą ci, którzy gwałtu doznali. Bo prawda popatrzy z politowaniem, powie: “a myślałam, że jesteś w i e l k i ” i odwróci się tyłem, wskazując miejsce, które post factum należy całować. Nie w ramach pieszczoty - w ramach ekspiacji.
5. Pan Gowin wielce niepolityczny jest(nie chcę rzec, że mało mądry) - bo naraził się jednocześnie wszystkim: liberałom(bo jakoś mu nie po drodze z Friedmannem), Kościołowi(bo jednak in vitro warunkowo dopuszcza), pozostającym w konkubinacie(wyżej opisane), singlom(bo dzieci nie są w stanie wychować), mnie(o to już mniejsza…). Ostatnio pierwszej z konsekrownych w diecezji lubelskiej dziewic zlecono badanie poczytalności kolejnej kandydatki. W zleceniu wskazano oczywiście ekspertkę, bo nie daj Boże ktoś bezstronny jakąś aberrację by dostrzegł. Tak więc jedna dziewica drugiej wystawiła certyfikat normalności. Niech żyje solidarnośc hymenów!
Zapewne jeden z moich ulubionych hierarchów był w wielkim kłopocie - bo to ani się sprzeciwić, ani popierać… Panie biskupie Życiński! I tak Pana lubię, bo Pan odstaje in plus! A dziewice? Są i będą, odkąd smoki zmieniły dietę i za namową Zatońskiego palenie rzuciły i na trawkę przeszły… tfu! na sałatę… biedne te dziewice, nawet smoki ich nie chcą…

PS. A Jan Maryja Rokita na in vitro załapać się może… Bo po diabła miałby wykonywać te “śmieszne ruchy, niegodne konserwatywnego filozofa”?

Addenda: bardzo proszę o przeczytanie komentarza Torlina do tego tekstu, bo ważny! I mojej odpowiedzi, bo rzeczywiście w tekście zabrakło podstawowej tezy. Zaistniała dopiero w komentarzu.

Pokolenie “Zamiast”

kwiecień 15, 2008

Wcale nie chciałam o tym pisać, ale nie udało mi się ominąć tematu. Będzie o lekturach szkolnych - temacie numer jeden, dwa lub trzy wielu blogów i forów. Poczułam się jednak zmuszona, bo komentarze to jednak za mało.
Poczytałam wypowiedzi, porozmawiałam. I znów się z lekka rozzłościłam. Oliwy do ognia dodał komentarz jakiejś nieznanej mi postaci wirtualnej(nie na tym blogu), która miała mi za złe, że tego, co chcę powiedzieć, nie da się wyrazić w dwóch zdaniach pojedynczych. Da się właściwie, ale nie da się wtedy zrozumieć, o co mi chodzi. Konsumentka sms-ów nie jest w stanie strawić wypowiedzi, w której użyto argumentów. Wypowiedź w więcej niż dwóch linijkach i w dodatku pozbawiona obrazka jest dla niej niestrawna. Dodam, że blog, na którym otrzymałam reprymendę, nie jest własnością samozwańczej strażniczki miejsca na komentarze.
Pomyślałam, że to żałosny efekt zmian w szkolnictwie - konkretnie “rewolucji egzaminacyjnej”. Tresura zaczyna się w starszych klasach szkoły podstawowej, kontynuuje się ją w gimnazjum, apogeum osiąga w szkołach średnich. Idealny jej wytwór potrafi bezbłędnie rozwiązać testy, przy obowiązkowo wyłączonym mózgu. To urządzenie bowiem generuje czasem oryginalne pomysły i nietypowe rozwiązania, które grożą takiegoż testu niezaliczeniem. Klucz odpowiedzi, którym m u s i się posługiwać egzaminator, precyzuje, ile i za co. I choćby polonistę zafascynowało oryginalne spojrzenie maturzysty na postać literacką, problem, choćby podziwiał bogactwo jego języka - jest zmuszony uciąć mu punkty, bo…(i tu następuje katalog, e-numeratywny). Bodaj temu, kto testy uznał za jedyny probierz kompetencji, ucięło.. nie punkty, a jakieś ważne dla życia organy. Głównie te, których używanie sprawia przyjemność. I oby leczył go psychiatra szkolony metodą testów(najlepiej po kursie dwutygodniowym, bo skoro można po takim odpowiadać za bezpieczeństwo państwa, to cóż dopiero za zdrowie psychiczne jednego czy kilkudziesięciu jego obywateli?). I pal licho maturę - bo dziś każdy tresowany matoł ją zda, gorzej, że jej wyniki decydują o przyjęciu na studia. Na najlepsze uczelnie i najlepsze ich kierunki przyjmuje się tych z najwyższym wynikiem - ergo - wzorcowo wytresowanych. Jacyż z nich będą studenci? Przeczytanie i zrozumienie tekstu o koncepcji duszy wg Platona i Arystotelesa grubo przerasta ich możliwości, a zaliczenie kolokwium, kiedy trzeba w ciągu 15 minut udowodnić, że pojęło się, o co chodzi, staje się wyczynem na miarę wdrapania się na Annapurnę. Zimą. Bo s i ę nie pojęło. A kolokwium to nie test. Mądry wykładowca rzadko stosuje tę formę sprawdzenia wiedzy studenta. Bo ona niczego nie sprawdza.
Licealista postuluje w swoim blogu czytanie niemal wszystkiego we fragmentach, bo “nie ma czasu”. Podaje swoje fascynacje literackie z gimnazjum - są “Chłopcy z placu broni”, jest “Quo vadis”, “Krzyżacy”, nawet “Tajemniczy ogród”. Zrozumiałe - przynajmniej dla mnie - chłopak szuka podświadomie wzorców rycerskich. Jestem w stanie przyjąć do wiadomości nawet to, że akurat w Sienkiewiczu ich szuka, chociaż - wg mnie - to literatura lotu niskiego i koszącego, Mniszkówna miała na kim się uczyć. Ale niech mu będzie. Diabli mnie jednak wzięli, kiedy napisał, że bardzo mu się fragmenty “Świata Zofii” spodobały. I tu nastąpił apel do “kogoś”, żeby wyabstrahował zestaw najlepszych… Piekło i szatani! Podobało mu się! Te fragmenty! Czemuż, do cholery, nie przeczytał całości? Bo nie kazali. Książki nikt mu z garści nie wydarł. Nie zamazał tuszem niepoleconych rozdziałów. Wystarczyło nakazać czytać “kawałki”, żeby młody człowiek posłusznie ominął pozostałe. Chociaż mu się podobało. I istnieje w świętym przekonaniu, że każdą książkę można pochlastać - a on po “kawałkach” pozna całość. Można dzieciakom śmiało zalecić “Kochanka lady Chatterley” zabraniając czytać erotyczne sceny - i wyjść z pokoju - na pewno ocząt nie skalają widokiem lady Jane w sypialni - niemałżeńskiej. Ksiądz Piramowicz byłby dumny z takich wychowanków. Radził wszak kartki sklejać, zanim panienkom “Rodzinę Połanieckich” czytać się zezwoli. A tu proszę - i bez kleju można. Czysta oszczędność.
Wszystko we fragmentach, w pośpiechu, ćwiczone do mechanicznego rozwiązywania testu(problemu), zero refleksji, żadnego namysłu. Pokawałkowana wiedza, sfragmentaryzowany mózg. Nie szukać odpowiedzi na własną rękę, bo nie daj Boże, nie będzie poprawna, a czasu szkoda; otoczyć kultem “gotowce”. Wszystko “zamiast” - film zamiast książki, zabawka zamiast rodziców, dyscyplina zamiast norm, pieniądze zamiast szczęścia, seks zamiast miłości. Nasza edukacja zmierza do wychowania pokolenia “ZAMIAST”. Nie, nie do wychowania - do wyprodukowania.
Szkoła też “pokawałkowana” - kiedyś przedmiotów takich jak historia, biologia czy fizyka uczono w podstawówce - historii przez lat pięć, biologii chyba tyleż, fizyki - trzy. Poszerzano wiedzę w szkole średniej - cztery lub trzy lata. I uczeń musiał czegoś się nauczyć, bo uniknąć się nie dało. Dziś liże - fizykę w elementach(podstawówka), jęzor nieco głębiej,ale za to rzadziej niż dawniej, bo mało godzin(gimnazjum), ciut w średniej - i polizał. W jamie gębowej absmak lub apetyt, ale rozpoznać smak trudno. Jeszcze trudniej rozsmakować się.

Tak na marginesie - ciekawa jestem ,dlaczego poloniści nie biją na alarm z całkiem innego powodu - gramatyki nie uczy żadna szkoła. Z gimnazjum wyleciało to, co dawniej obowiązywało w podstawówce. A bez znajomości budowy zdań złożonych n i e da się poprawnie stosować znaków interpunkcyjnych. NIE DA SIĘ! Żadna intuicja nic nie pomoże. Intuicja nie podpowie, że wtrącenie trzeba wydzielić takim samym znakiem z obu jego stron. Jeśli myślnik - to na początku i na końcu, przecinek takoż. Nie wspomnę już o nieszczęsnych imiesłowach. “Idąc ulicą, łopotała jej sukienka” - i tak SE szła, aż poszła w las, jak nauka.
Jeśli ktoś ma mi za złe długość noty - niech nie czyta. I niech diabli porwą analfabetów tresowanych do czytania tekstu mieszczącego się na ekraniku komórki! Dla nich tylko erzace, dla nas - ekskluzywne oryginały.

To nie nowy wpis

kwiecień 2, 2008

…tylko uwaga techniczna. Dałam się sprowokować, ale mam pełną tego świadomość. Mam dość tego, że niektórzy próbują mnie w sieci “przedstawiać’ i “przestawiać”. Jako:
- matronę(poczekam z tym do czasu , aż utyje i zgłupieję na tyle, żeby poczuć się wyrocznią i zacząć umoralniać)
- wulgarne babsko(podszywanie sie pod moje tlenowe nicki i ordynarne posty na na forach)
- zramolałą półidiotkę(”starszą panią” zostanę kiedyś z przyjemnością, ale raczej nie zasłużę sobie na miano “sympatycznej”)
- starą pannę omszałą i zmurszałą jak pień
- przemądrzałą, samotną jędzę
- typowy przykład kogoś pozbawionego poczucia humoru(”nie zauważyli” wpisów w kategorii “życie bywa zabawne”, bo im nie pasowały do wizerunku tworzonego na użytek podskoków w rankingu; podskoki często bywają mylone z przedagonalnymi drgawkami, a uśmiech zawistnych kobiet to raczej trissmus niż grymas zwiastujący życzliwą radość)
- samotną, niedopieszczoną i złaknioną byle kogo(zapewniam, że trudno mnie zdobyć, ale to nie znaczy, że nie bywam kochana)
- mają na mnie jeszcze ze sześć innych pomysłów.

W związku z tym, że za daleko zaszły te dziwaczne próby zabawy moim kosztem - publikuję w moim drugim blogu szkic mojego wizerunku. Odsłaniam twarz i nie tylko twarz. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem: “jesteś taka, jaką Cię widzą inni i tylko taka”, bo podobne mniemanie wpędziłoby mnie w schizę. Nie stracę poczucia autotożsamości, bo wiem, czym to grozi. Nie chcę pseudoreklamy, która zwiększy statystyki mojego blogu - nie zależy mi na liczbie odsłon czy kliknięć, ale bardzo zależy mi na moich Czytelnikach. Wcale nie uważam, że ilość równoważy jakość, chyba że u ryb, gdzie masa ikry umożliwia przetrwanie gatunku. Nie jestem piękna i młodziutka ani stara i brzydka. Jestem zwyczajna. I tyle.

Pokazuję język tym, którym wydaje się, że mnie dobrze znają, chociaż nigdy nie spotkali mnie realnie. Tym, którzy sądzą, że umieją czytać ze zrozumieniem, a robią to tylko po to, żeby pozbawić moje frazy kontekstu i wydziwiać nad ich nieczytelnością. Tym, których drażni to, że lubię metafory, że czytam nie tylko blogi i program TV, że korzystam z wiedzy, przetwarzając ją i uzupełniając. Tym, którzy chcieliby mnie widzieć nobliwą i bez skazy, bo mi rzekomo “nie wypada” żartować i pisywać erotyków. Tym, którzy próbują mi implantować swój własny, jedynie słuszny system wartości, zaczynając wypowiedź od: “szanująca się kobieta nie powinna…”. Kiczowielbicielom. Tym, którzy zdystansowali sie tak bardzo do netu(i zapewne realu), że są zimni jak pięty nieboszczyka, a jedyne uczucia, jakie czasem nimi miotną to złość i nienawiść. Niewyraźnym - którzy wolą nie zajmować stanowiska, bo - nie daj Boże - ktoś się oburzy, a oni wolą się nie narażać. Tym, którym mózgi sfosylizowały sie dawno i przybrały kształt kryształowych, niezłomnych zasad, których zbiór zatytułowali “wiem swoje”. Słodziusienieczkim i bezmyśłnym motyluniom, bezmyślnym do bólu trzewi własnych i słuchacza.
Dziękuję tym, którzy chcą rozumieć, potrafią się uśmiechać, nie zgadzają sie ze mną, ale umieją powiedzieć, dlaczego. Tym, którzy podejmują dyskusję, którzy chcą mi coś powiedzieć. Tym, którzy oddzielają mój pogląd ode mnie samej - i walczą tylko z nim. Tym, którzy udzielają mi pomocy niepierwszej i pierwszej. Tym, którzy przychodzą w odwiedziny, bo wiedzą, że czeka tu na nich wygodny fotel. Nawet jeśli mają ochotę tylko pomilczeć.

“Weź kopę jaj i postaw dziewkę, aby ucierała…”

marzec 23, 2008

Kiedy mowa o ostatecznych argumentach, oczyma duszy widzę scenę z “Ojca chrzestnego” - pamiętacie tę odciętą głowę ukochanego wyścigowego konia w łóżku bohatera?

Dziś trafiłam przypadkiem na “Kalendarz Polski i Ruski” Stanisława Duńczewskiego z lat 1747, 1752, 1761, 1763, niestety - zaledwie fragmenty, a szkoda, wspaniale się czyta doskonałe rady, zwłaszcza zalecenia medyczne. Mam te fragmenty w postaci fotokopii. Duńczewski, astronom, Doktor Praw, Geometra Przysięgły Trybunału, Doktor Filozofii(jak sam się przedstawia), związany z Akademią Krakowską i Zamojską pisywał dla braci-szlachty kalendarze, które były kompendium ówczesnej wiedzy, internetem dla bogatszych, bo ich zawartość była szalenie różnorodna.

Taki przepis podaje na przekonanie niedowiarka do możliwości zmartwychwstania:

“Kurę opić gorzałką, żeby się oskubać dała, głowę jej między skrzydła włóż. Rozbij 8 żółtków z jaj, maść nimi po wierzchu kury niegrubo a równo, przytknij do ognia. żeby zżółkniała. Połóż na półmisek i daj do stołu, jak prędko ją widelcem kolniesz, ożyje i uciekać będzie.”

Podobno tego właśnie sposobu użyto wobec Mikołaja Radziwiłła, który natychmiast po ujrzeniu na własne oczy “cudu” udał się do ks.Piotra Skargi, kazał się wypowiadać i wrócił na łono Kościoła katolickiego. Szkoda tylko, że dokonał swoistego auto da fe: kazał spalić na stosie heretyckie księgi, a bibliotekę miał ponoć bogatą.

Jeszcze przepis mojej praprababci: “funt orzechów tureckich posiekać drobniutko(nie mieląc - dopilnuj, żeby tak się stało), wymieszać z funtem cukru, wsypać do donicy i ucierać pół godziny, dobrze patrząc, czy ucierająca ma ręce czyste i włosy pod chustką ukryte. Dodawaj do masy po jednemu 18 żółtek. Potem dodać pianę z 10 białek i pół laseczki utłuczonej z cukrem wanilii. Podzielić na dwie części i upiec w dwóch dużych tortownicach. Po wystudzeniu przełożyć masą z żółtek, migdałów i cukru na świeżym maśle(masz to w przepisie na gateau de provence). Dekorować glazurą i posypać drobnymi pistacjami. To na święta, albo dla szczególnych gości. Na podwieczorek dobrze jest podać tymbal z ryżu na araku.”

Ciekawe, skąd wezmę tureckie orzechy? Odziedziczyłam rękopis z poradami i przepisami, ale za nic nie wiem, o jakie funty chodzi(bo różne były), co to jest plombiere i parfaits oraz skąd wziąć zamykaną formę budyniową. Nie wspomnę już o zupie z kardów(w życiu ich na oczy nie widziałam).

Wszystkim serdecznie dziękuję za życzenia - a ze swojej strony życzę Wam cudownej, szczęśliwej wiosny, zdrowia, interesujących rozmów i spotkań, oczarowań i niepokojów…

Całkiem nieważna notka

marzec 19, 2008

Większość facetów chce mieć kobietę w łóżku i w kuchni - to zupełnie zaspokaja ich potrzebę posiadania.W gruncie rzeczy nie interesują ich jej poglądy - a najlepiej, jeśli nie ma ich wcale lub powtarza słodkie truizmy w rodzaju “życie jest trudną sztuką” - posiadacz odczuwa wtedy cichą dumę: oto zdobył sobie intelektualistkę. Kluczem jest tu słowo “sobie”. I trwa między nimi cicha, spokojna i banalna miłość. Bezpieczny port.

Są tacy, którzy koniecznie chcą poznać obiekt swojej miłości - wiedzieć o jej myślach, znać najdrobniejsze szczegóły ciała i przeszłości. Sami sobie rozszerzają paletę wielobarwnego cierpienia - każda informacja o niej to obnażenie odrębności jej doświadczenia, emocji, przeżyć. Każdy okruch wiedzy - o którą mężczyzna zabiega - powoduje, że ma on coraz silniejsze uczucie oddalania się od partnerki, więc cierpi. Już zaczyna wiedzieć, że ona nie jest nim, jest osobna. Im bardziej tę osobność dostrzega, tym bardziej się dręczy i zaczyna podejrzewać, że mógłby znaleźć dziewczynę bliższą sobie - w końcu jest ich tyle…To też miłość. Port mniej bezpieczny.

Rzadkość to mężczyzna budujący związek - spokojnie i czule, gwałtownie i zazdrośnie. Nie wystarcza mu łóżko i stół. Godzi się na odrębność swojej kobiety. Chce wiedzieć o niej rzeczy naprawdę ważne - ważne nie dla niego, a dla obojga. Cieszy go jej samodzielność intelektualna, chociaż wie doskonale, że musi ustawicznie być dla niej atrakcyjny również pod tym względem, utrzymywać leciutką przewagę, bo jego dziewczyna umie odejść. Taka para wciąż się wzajemnie inspiruje, a obserwowanie rozwoju partnera-partnerki jest źródłem radości i dumy. To nie port - to żeglowanie na pełnym morzu, lawirowanie wśród raf, ciągłe sztormy. Jednak zetknięcie się takich jednostek może je połączyć w przepiękny katamaran. Sądzę, że to miłość bezwarunkowa, najrzadsza.

___________________________________________________
Słabi mężczyźni poszukują takich kobiet, które by ich wspierały, były opoką. Silni chcą kobiety jak nagrody dla zwycięzcy. Jakie parszywe fatum powoduje, że niemal zawsze słaby dostaje nagrodę, a silny - oparcie?