Atrakcyjność chrześcijaństwa
Każda religia zwalniając od samodzielnego myślenia wymaga w zamian przyjęcia określonego światopoglądu z systemem etycznym, który w niej funkcjonuje. Myślę, że atrakcyjność chrześcijaństwa polega na stosunkowo szerokim jednak[relatywnie] marginesie umożliwiającym dyskusje. Oferuje rytuały narzucone i uświęcone przez ponadosobnicze związanie z tradycją i kulturą superego. A trudno się obejść bez rytuałów - porządkują życie, znaczą jego rytm. I tu zapędziłam się za daleko - problem rytuałów i ich znaczenia jest zbyt skomplikowany, żeby go tu rozwijać. I ma zasadnicze znaczenie - nie sposób go przecenić.
Może więc w kategoriach masy i władzy [ale nie w ujęciu Le Bona]. Masa ma tendencję do wzrastania i jest podatna na emocje. Z masą skorelowana jest władza. Obie wywierając presję na jednostkę powodują odruchową obronę jej tożsamości. W tej sytuacji obroną jest cofnięcie się psychiki pojedynczych członków masy do stadium, w którym symbole miały cielesny wymiar [stąd może kult nie tyle Boga, ile jego wizerunków, różnych "cudownych obrazów"; stąd może mnożenie bytów niby-boskich w religiach monoteistycznych] - to umożliwia
utożsamienie się człowieka z masą i władzą. To z kolei wywołuje uczucie pewnej bezradności niwelowanej przez nadawanie władzy - Kościołowi i wszystkiemu co się z nim wiąże [więc i kapłanom] - jakiegoś nadprzyrodzonego sensu. Bywa, że taki sens nadaje się innej władzy - tak można by tłumaczyć zgodę mas na dyktatury totalitarne [nie tylko przyzwolenie - nawet entuzjazm].
marzec 17, 2008 @ 4:34 pm
Hmmm.. Trudne to zagadnienie, a na sprawe patrze bez przygotowania, jak zupelnie swiezy amator.
Jednak zdaje sie tu pojawiac pewien trop, dosc oczywisty (przypomnailo mi sie pojecie “ucieczki od wolnosci” ilustrowane pojawieniem sie kalwinizmu jako rekacji na chaos po koncu Sredniowiecza), tj. trop psychologiczny. Innymi slowy, to w naszej glowie pojawia sie potrzeba pewnego CD z nowym systemem operacyjnym, kiedy sami siebie nie jestesmy w stanie przeprogramowac dla potrzeb, ktore nam swiat stwarza.
Mialem kiedys pewna intuicje, jakkolwiek to by wymagalo dokladniejszego poczytania Nowego Testamentu, ze to co tam proponuje Jezus, jest w gruncie rzeczy sposobem spojrzenia z zewnatrz na nasze najprostsze reakcje psychologoczne i pewien plan poradzenia sobie z nimi. Zarowno historia jawnogrzesznicy jak i przypowiesc o belce i slomce, oddaja pewna realna prawde o naszych reakcjach. Przypowiesc o talentach moglaby pochodzic od wspolczesnego terapeuty. W tym sensie bylo to podejscie rewolucjyne i pewnie do dzis plodne, gdyby nie nastapily pewne procesy, ja wiem, beretyzacji tego przekazu.
PS. Defendo, co do poprzedniego wpisu z twoim pytaniem. Na takie powazne tematy to nigdzie :-) Ale my sie znamy skads juz. Rzuce ci majla w wolnej chwili:-)
marzec 18, 2008 @ 4:30 pm
Postaram się być obiektywnym, choć pewnie mi się nie uda.
Uleganie religii, a właściwe jej przedstawicielom: Jezus, Dalajlama itd to kwestia wrażliwości. Polecam “Dwa źródła moralności i religii” Henriego Bergsona.
Nie mogę się jednak zgodzić ze stwierdzeniem:
Każda religia zwalniając od samodzielnego myślenia wymaga w zamian przyjęcia określonego światopoglądu z systemem etycznym, który w niej funkcjonuje.
Owszem, wyznając daną religię akceptujemy pewne “prawdy wiary” czy “przekonania”, ale nie możemy wyłączyć myślenia i analizowania tego co przyjęliśmy. Wtedy to stajemy się pacynkami, a nie wyznawcami. Faktem jest, że wiara i rozum nie znajdują dla siebie miejsca na tym samym szczeblu. Jednak jedno nie wyklucza drugiego. Kwestia zdrowej selekcji i uznania.
Co do symboli cielesności to kwestia podziału na religię statyczną i dynamiczną - znowu Bergson. Władzą jest Bóg, Kościół jedynie powiernikiem. Kościół ma władzę (w sensie regulowania praw kanonicznych i administracji). Wielokrotnie jej nadużywał, ale weź pod uwagę, że prócz Boskiej części Kościoła istnieje jeszcze ta ludzka. Mylna i ułomna.
Pozdrawiam
Kapeć
marzec 19, 2008 @ 10:19 przed południem
Podobno kiedyś jakiś nawiedzony facet powiedział :”religia to opium dla mas”. Cóż. Wybierałem to drugie (opium) namacalne. Do obłędu w swej ekstazie genialne. Do istoty bólu realne. Wybrałem. Wybór nie zwolnił mnie z wysiłku myślenia ,przeciwnie. Na koniec mała dygresja :i co dzień nie zwalnia.
Pozdro Def
c.
marzec 19, 2008 @ 9:02 pm
Rojpli - chyba wiem, jaką miałeś intuicję. Jezus(nie Chrystus) jako postać historyczna niewątpliwie wywarł wpływ na ludzi, wokół niego skupionych. Nowa, uniwersalna religia była wówczas potrzebna - w obliczu ogromnej rzeszy niewolników, wielu cierpiących, potężnych podziałów społecznych. Religia, która obiecywałaby swoim wyznawcom pośmiertną nagrodę w zamian za doczesną wiarę. Bo wtedy niczego innego od nich nie wymagała - wyłącznie wiary. Istniejący już wówczas buddyzm był za trudny(zauważyłeś paradoks? Budda był ateistą, a po śmierci stał się bogiem - właśnie dlatego, że ludzie potrzebują czegoś namacalnego, abstrakt jest dla większości nie do przyjęcia).
marzec 19, 2008 @ 9:09 pm
Gloomy - a dlaczego akurat Bergson? Może John S. Mill?
Myślą i analizują tylko niektórzy - pozostali po prostu chodzą do kościoła i są członkami Kościoła - przez myśl im nie przejdzie kwestionowanie choćby jednego zdania “wyroczni” - zauważ, jak traktowano słowa JPII - nikt w Polsce nie ośmielił się polemizować. Podejrzewam, że niewielu usiłowało zrozumieć.
Symbole cielesności… cóż, sądzę, że pojęcie Boga-Demiurga, Boga-Absolutu jest dla większości ludzi nie do przyjęcia. Bo niewyobrażalne. Wyobrażalne jest to, co materialne - chusta Weroniki, całun turyński, kawałki drewna z krzyża - to do tych p r z e d m i o t ó w się modlą, modlą się do świętych, ich proszą o łaskę. Dlaczego?
marzec 20, 2008 @ 1:17 pm
Lubię Bergsona, dlatego. John Stuart Mill - jego stosunek do empiryzmu był dość czerstwy (bez urazy). Też jestem członkiem kościoła, ale polemizować chcę i będę. Pewnych słów nie ośmieliłbym się kwestionować, lecz nikt nie zabroni mi refleksji nad nimi.
Do świętych modli się jedynie nieuk (pomijam dewotki, dzieci i osoby z cyklu “katolik polski”). Zawsze modlimy się do Boga (bynajmniej według chrześcijaństwa powinniśmy). Resztę prosimy tylko o wstawiennictwo u niego.
Jeżeli chodzi o Boga-Absolutu, uwielbiam marzyć. To co materialne może być również opisane słowami, a słowa nie są w stanie oddać tego co jest absolutem miłości i dobra.
Dlaczego? Wiedzą to tylko Ci, którzy się modlą, ja nie siedzę w ich głowach i nie znam intencji.
Pozdrawiam
Kapeć
marzec 20, 2008 @ 1:58 pm
Tak sobie myślę, że kluczowe dla tych rozważań jest rozróżnienie pomiędzy religią i wiarą (trochę jak podmiot wierzący i przedmiot realizacji wierzeń). Oddzielając aksjologię od metafizyki jest możliwe oddzielenie wypracowanego systemu etycznego od sfery sacrum. Taki system etyczny można spokojnie modyfikować nie bacząc na kodyfikację konkretnego systemu religijnego (religia ze swej natury musi być skodyfikowana w system wierzeń). W uproszczeniu - Bóg jest zazwyczaj (by nie napisać zawsze) związany ze świętą księgę. Refleksja jest więc dopuszczalna o tyle, o ile ma poparcie w wykładni świętego tekstu (choć należałoby tu pamiętać o późniejszych wykładniach konkretnych Kościołów, które również mają status obowiązujących). Reinterpretacja tekstu źródłowego (zwłaszcza w bardziej znaczących kwestiach) w praktyce prowadziła zazwyczaj do powstawania nowych odłamów religijnych.
Twoje spostrzeżenia dotyczące materializacji przedmiotów kultu wydają mi się trafne. Potwierdzają je np. dane na które powoływał się Guy Sorman w “Made in USA”. Wg podanych tam statystyk liczba amerykanów, która twierdziła, że miała bezpośredni kontakt z Bogiem kształtowała się na poziomie 70-75% (cytuje z pamięci, książkę czytałem rok, dwa lata temu..)
marzec 21, 2008 @ 11:28 przed południem
Amerykanie przykładem? …dobre.
marzec 21, 2008 @ 7:53 pm
Nie bardzo wiem skąd wynikają Twoje wątpliwości, ale w kwestii liczb zerknij na witrynę adherents.com, są tam ciekawe statystyki dot. wyznań religijnych.
marzec 22, 2008 @ 7:53 przed południem
Gloomy - po prostu rozmyślam. Nie chcę niszczyć czy naruszać czyjejś wiary. Ale przyglądam sie jej dogmatom. Zwłaszcza dogmat piekła mnie interesuje w kontekście koncepcji Boga jako dawcy jedynie dobra.
marzec 22, 2008 @ 7:56 przed południem
Dzięki za namiary - tych statystyk nie znałam, Voglerze ;)
Racja - należy oddzielać religię i wiarę(w rozważaniach). Dla większości ludzi są to jednak sprawy ściśle łączne w teorii i kompletnie różne w praktyce.
marzec 22, 2008 @ 8:46 pm
Volger, dzięki za stronę, również nie znałem.
Wątpliwości towarzyszą mi od zawsze. Amerykanie nie są dla mnie wzorem, mimo wszystko.
Defendo, Rozmyślanie to dobra rzecz, tym na pewno nie zniszczysz wiary. Piekło… wizja Dantego przypadała mi najbardziej. Do piekła idzie się na własne życzenie.
marzec 24, 2008 @ 5:05 pm
Piekła nie ma… :)
marzec 27, 2008 @ 9:09 pm
Nie prowokuj ;-)
marzec 27, 2008 @ 9:11 pm
To nie prowokacja. To wynik logicznego rozumowania;)
marzec 27, 2008 @ 9:15 pm
Jeśli Bóg jest - to jest dawcą jedynie dobra - taką tezę niedawno postawiłam. Załóżmy jednak, że bywa okrutny, albo że Antypersona jest dawcą zła. Nawet wtedy nie może istnieć nic oprócz edenu. Żaden Bóg nie skazałby bowiem tych, którzy go po śmierci dostąpią, na straszliwe cierpienie. Bo cierpieniem byłoby przebywanie w raju ze świadomością, że bliscy - kochani i konieczni, znaleźli się poza nim. Brak choćby jednej osoby powodowałby nieznośny ból. A przecież elizejskie pola są krainą niezmąconego szczęścia. Piekło ma prawo bytu - ale tylko na ziemi.
Samą siebie zacytowałam(nieco wcześniej to wpisałam). Wciąż mam wątpliwości, ale w możliwość piekła uwierzyć nie umiem. Dostrzegłeś, jak bardzo “ludzkie” jest u Memlinga, Boscha i innych? W przeciwieństwie do nieba…
marzec 28, 2008 @ 2:11 pm
I znów wpiszę się w kontekst. Parę lat w polskiej prasie ukazał się artykuł, który wywołał ożywioną dyskusję, ponieważ jego teza wyglądała mniej więcej tak: “Jeśli Bóg jest miłością, to jak wytłumaczyć istnienie piekła?” Końcowy wniosek - miłości nie ma - pokrywałby się z Twoimi spostrzeżeniami, defendo.
marzec 28, 2008 @ 2:16 pm
Piekło ma prawo bytu - ale tylko na ziemi.
Wyprzedziłaś mnie.